Życie pisane muzyką

Autor: |

Freddie Mercury, w jednym z najbardziej rozpoznawalnych przebojów zespołu Queen, „Bohemian Rapsody”, śpiewał: „Czy to prawdziwe życie? Czy tylko fantazja schwytana na skrawku ziemi?”. Te pytania to pierwsze, co przychodzi mi na myśl po spotkaniu z Rafałem Tudrujem, gitarzystą zespołów Queen Band oraz Pozytyvni.pl. Historia świdniczanina jest nie­powtarzalna, pełna niezwykłych przypadków i szczęśliwych zbie­gów okoliczności. Razem tworzą opowieść o wielkiej pasji do muzy­ki, która mojemu rozmówcy towa­rzyszy od lat. A wszystko zaczęło się od legendarnego „We are the cham­pions”, ponadczasowego utworu Queen wydanego w 1977 roku, który do dziś porusza tłumy.

– Jak zaczęła się Pańska przygoda z zespołem Queen?

– Wszystko zaczęło się od rodzin­nego domu. Za sprawą mojego taty gitara była w nim obecna odkąd pa­miętam. Bardzo podobała mi się pio­senka „We are the champions”, więc mama kupiła mi kasetę magnetofo­nową z albumem „News of the world”, na którym znajduje się ten numer. Na początku lat 90. obejrzałem koncert Queen na kasecie video. To był występ w Budapeszcie, zagrany na stadionie. Pierwszy duży koncert za żelazną kur­tyną. Na żywo oglądało go 80 tysię­cy osób, potem był wyświetlany także w kinach. Wielkie show, które po pro­stu mnie urzekło. Zapragnąłem wy­stępować na scenie, tak jak moi idole. Zakochałem się w ich muzyce. Podzi­wiałem Briana May’a i pokochałem grę na gitarze, co do dziś sprawia mi wielką satysfakcję. Queen dał mi dużo frajdy i niesłychanych uczuć. Dzięki temu zespołowi poznałem ludzi z ca­łego świata, jestem częścią wydarzeń, o których nawet nie marzyłem. Dzie­cięca pasja przerodziła się w zawód i sposób na życie.

– Co sprawia, że ta kapela jest tak wyjątkowa?

– Moim zdaniem ma w sobie wszystko, czego powinno się oczeki­wać od dobrego zespołu. Chyba nie ma na świecie drugiej takiej kape­li, która nagrałaby tyle hitów. Prze­krój piosenek jest ogromny. Od rozbudowanych utworów, po total­nie tandetne brzmienia i dźwięki. To zespół, który przekroczył wszel­kie formy. Urzekło mnie, że świetnie grali rock, pop, piękne ballady, a jed­nocześnie zawiłe kompozycje, takie jak, na przykład „Bohemian Rhap­sody”. Ktoś kiedyś określił Queen jako kopalnię muzycznych tematów, ponieważ każda płyta była dla słu­chacza inną formą odbioru dźwię­ków. To niesamowite. Kiedy byłem dzieckiem i dostałem nowy album, tym razem „Hot space”, nie mogłem uwierzyć, że to oni. Dziwiłem się, że Brian May tak mało gra na gitarze. Teraz, gdy słucham jej jako dorosły człowiek, potrafię docenić to zróż­nicowanie. Freddie był muzycznym geniuszem. Niczym się nie przejmo­wał, żył po swojemu i został legendą.

– Fascynacja Queen i Brianem May’em doprowadziła Pana do współpracy, o której z pewnością marzy wielu gitarzystów.

– Od dwóch lat współpracuję z firmą Brian May Guitars. Któregoś dnia po prostu napisałem do nich, że jestem wielkim fanem Queen i wy­słałem film, na którym testuję gi­tarę Mini May. Odpisali, że bardzo podoba im się moja gra i postanowi­li umieścić moją solówkę na oficjal­nej stronie. Poprosili mnie o zdjęcie, zrobili opis. Mamy bardzo dobry kontakt. Nawet kilka dni temu roz­mawialiśmy o nowych modelach gitar. To wspaniała współpraca i niesłychana satysfakcja. Stanowi zwieńczenie mojej 25-letniej pracy jako muzyka. Parę dni temu zapre­zentowałem nowy film, gdzie tym razem gram używając ich gitary Frank. Na całym świecie ma ją łącz­nie tylko kilkadziesiąt osób, w tym ja. Jest po prostu doskonała. Towa­rzyszy mi w wielu miejscach, zwie­dza ze mną trochę świata. Świetnie się na niej gra.

– Co ma w sobie ta gitara?

– Ma świetne brzmienie, jest zro­biona z bardzo dobrego drewna. Jest ostra, ma głębię i wszystko to, czego szukałem w tych instrumentach. Pa­miętam, że kiedy zagrałem na niej po raz pierwszy podczas koncer­tu, kolega z zespołu powiedział, że mega brzmię. Gitara była pięknie sły­szalna! Dzięki Frankowi wróciła do mnie miłość z dzieciństwa. Niedaw­no uświadomiłem sobie, że rysunek robota, który znajduje się na tej gita­rze, to ten sam, który możemy podzi­wiać na okładce „News of the world”. To niewiarygodne. Teraz wspólnie czekamy na powrót do normalno­ści i koncertowania. Zawsze, kiedy dostaję zaproszenie od znajomych, proszą, żebym zabrał ze sobą gitarę. Ludziom brakuje muzyki na żywo. Śmieję się, że dzięki Frankowi mógł­bym zwiedzić całą Polskę, bo otwiera każde drzwi.

– Czyj koncert zobaczył Pan po raz pierwszy na żywo: Queen czy Briana May’a?

– Pierwszy był Brian. Miałem ja­kieś 17 lat, kiedy razem z tatą po­jechaliśmy na jego koncert do Warszawy. Wtedy sądziłem, że to bę­dzie jedyny raz, kiedy usłyszę Bria­na na żywo. Był po 50., więc wydawał mi się już stary… Nie spodziewałem się, że będę miał okazję zobaczyć go jeszcze siedmiokrotnie. Każdy wy­stęp Queen to dla mnie nowe prze­życie. Inaczej odczuwam ich muzykę, oglądam koncert z nowym bagażem doświadczeń. Nie zmienia się jedno – uczucie pasji. Ostatni raz byłem na koncercie Queen w 2018 roku. Za­brałem na niego mamę. Rodzice za­wsze bardzo mnie wspierali. Nigdy nie wyśmiewali moich zaintereso­wań zespołem i nie radzili, żebym zajął się czymś innym. Cieszyli się, że Queen daje mi tyle radości. Teraz widzą, że dzięki niemu odnalazłem swoje miejsce w życiu.

– Wiem, że kilka lat temu miał Pan okazję poznać Briana May’a. Jak to jest, spotkać swojego najwięk­szego idola?

– Po prostu brakuje słów, by wy­razić, co się wtedy czuje. Spotkałem Briana w 2012 roku, kiedy Queen występował we Wrocławiu. To cie­kawa historia. Na dwa dni przed koncertem wygrałem dwa bilety. Po­nieważ wcześniej kupiłem jeden dla siebie, podarowałem je koleżankom. Jedna z nich zabrała ze sobą aparat fotograficzny. W dniu koncertu spo­tkaliśmy się i poszliśmy pod hotel, gdzie nocowali muzycy Queen. Cze­kaliśmy na nich, aż wyjdą na sound­check. Oczywiście przed budynkiem stała ochrona i tłum fanów. Kiedy z niego wyszli, zobaczyłem swoje­go idola. Bardzo chciałem pochwa­lić mu się tatuażem z jego podobizną, który miałem na ramieniu. Zawoła­łem do niego i pokazałem na ramię, a on odpowiedział i podał mi rękę. Koleżanka zrobiła mi wtedy najfaj­niejsze zdjęcie w życiu. Ręka w rękę z moim muzycznym guru, uśmiech­nięci. Można powiedzieć, że prezent w postaci biletu, który jej podaro­wałem, odwdzięczył mi się uchwy­ceniem wspaniałego wspomnienia. Rok później pojechałem ze znajomy­mi do Austrii, gdzie Brian grał solo­wy koncert. Wiedzieliśmy, o której godzinie zaczyna próbę, więc znów czekaliśmy na niego pod hotelem. Kiedy do nas wyszedł, poprosiłem go o autograf na ręce, który posta­nowiłem sobie wytatuować. Mieli­śmy mało czasu, bo na drugi dzień musieliśmy wracać do Polski. Udało nam się znaleźć studio i zrobić tatu­aż. Zawsze chciałem mieć coś zwią­zanego z Queen, co mogę mieć przy sobie niezależnie od okoliczności. Ponieważ gram na gitarze, ręce są moim narzędziem pracy. Wydawały mi się więc odpowiednim miejscem na tatuaż. Fajnie jest móc patrzeć na niego i wracać wspomnieniami do tamtych dni. To chwila zwieńczają­ca moją przygodę z kapelą. Gdybym jako dziecko usłyszał, że kiedyś po­znam Briana i uścisnę mu rękę, nie uwierzyłbym. Dla gitarzysty spotka­nie z mistrzem to niesamowite wyda­rzenie.

– Queen dał Panu szansę występo­wania na scenie.

– Od 15 lat razem z przyjaciółmi tworzymy grupę Queen Band. Łączy nas miłość do muzyki tego zespołu i radość z występowania na scenie. Większość z nas pochodzi z Lublina, ale niedawno dołączył do nas nowy wokalista, który mieszka w Policach. Mamy nadzieję, że wkrótce uda nam się zaprezentować coś z jego udzia­łem. Występy z Queen Band zawsze dają mi wiele energii. Ludzie fajnie reagują na piosenki, chętnie ich słu­chają i szaleją pod sceną.

– Występujecie dla publiczności, która doskonale zna twórczość Queen. Nie stresujecie się, jak za­reagują?

– Fani Queen potrafią być krytycz­ni. Od początku mieliśmy ich jed­nak po naszej stronie. Podobało im się, że nie kopiujemy swoich idoli, tylko gramy własną interpretację ich utworów. Po raz pierwszy zagraliśmy dla nich na zlocie w 2008 roku. Kiedy zaproszono nas na kolejną odsłonę wydarzenia, na zlot przyjechał także osobisty asystent Freddiego, który opowiedział o zespole i pokazał wcze­śniej nieznane zdjęcia. Obejrzał też nasz występ. Pamiętam, jak podszedł do nas po koncercie i powiedział, że wykonaliśmy świetną robotę. To był dla nas najpiękniejszy komplement.

– Ma Pan też drugi zespół, Pozyty­vni.pl.

– To grupa, w której gramy autor­skie numery oraz covery. Tworzymy go wspólnie z przyjaciółmi, z który­mi występuję w Queen Band. Nada­je się na wszelkie imprezy. W tych dziwnych czasach dużo gitarowych rzeczy komponuję w domu. Na razie w internecie zadebiutowały piosen­ki „Droga dla mnie” oraz „Pozytyvny song”. Wkrótce zaprezentuję „Dwa kraje”. To dla mnie ważny utwór. Łączy się z tym, że część mojej rodzi­ny mieszka w Belgii, przez co czuję się rozbity. Ukończyłem już pracę nad kolejnymi dwiema piosenkami, które nagram w najbliższym czasie. Komponowanie daje mi dużą sa­tysfakcję. Żałuję, że tak długo z tym zwlekałem.

– Jest Pan też nauczycielem.

– Prowadzę zajęcia indywidualne z gry na gitarze dla dzieci i młodzie­ży. Dużo ćwiczymy, staram się po­kazywać im różne piosenki. Czasem są to utwory artystów, których lubią, na przykład Lady Gagi, innym razem motywy z bajek czy filmów. Oczywi­ście proszą też o Queen czy innych klasyków rocka. Cieszą się, że mogą potem pochwalić się rodzicom, że umieją zagrać jakąś piosenkę. Przy­znam, że nauczanie otworzyło przede mną wiele nowych możliwości. To okazja, by poznać dużo różnorodnej muzyki, zainspirować się.

– Gdyby miał Pan słuchać tylko jednego utworu, co by to było?

– Queen, piosenka „Mother love”. Jestem emocjonalnie związany z al­bumem, na którym znajduje się ten numer. Sam utwór zawsze przy­prawia mnie o gęsią skórkę. Wokal Freddiego brzmi w nim niesamowi­cie. To mój ukochany kawałek.

Agata Flisiak

Last modified: 21 stycznia 2021