Zawsze jest jakieś wyjście

Autor: |

Mroczna, smutna, wywołująca złość i bunt w czytelniku. Tak w kilku słowach można opisać nową książkę „Co widziały cztery ściany” autorstwa Pati Maczyńskiej. Świdniczanka porusza w niej tematy tabu. Bardzo trudne i niewygodne, o których niechętnie się rozmawia. Opisuje przemoc domową, gwałt małżeński, znęcanie się psychiczne i fizyczne nad słabszą, niepełnosprawną osobą. Wytyka nieudolną pomoc ze strony służb i instytucji. To jednak tylko część tematów, o których rozmawiałyśmy.

Na początek legendy

Z panią Patrycją po raz pierwszy spotkałyśmy się w 2016 roku, przy okazji premiery powieści „Południca ze Świątyni Słońca”. Debiutująca wówczas autorka napisała o trzydziestoparoletniej kobiecie, Orianie, która wyrusza w podróż do Nowin Horynieckich, w poszukiwaniu Świątyni Słońca. Ta na pół legendarna, na pół baśniowa powieść spotkała się z sympatią czytelników, którzy poprosili o jej kontynuację. Tak powstała trylogia „Dziedzictwo Południcy”, w której skład weszły jeszcze „Klątwa Nawii” i „Skarb Szeptuchy”.

– To był niespodziewany debiut, który otworzył mi drogę do wielu ciekawych projektów – przyznaje Pati Maczyńska. – Nawiązałam kontakty ze wspaniałymi regionalistami, szczególnie z Roztocza i ziemi lubaczowskiej, gdzie umieściłam akcję książki. Wszystko tak się potoczyło, że z jednej powieści powstała trylogia. W „Skarbie Szeptuchy”, która zamyka cykl, nawiązuję do powiatu świdnickiego i tutejszych legend. W pobliskim Podzamczu odnaleziono kurhany, czyli dawne cmentarzysko. Wykorzystałam tę historię w swojej powieści.

Nowe znajomości i inspiracje przyniosły zaskakujące publikacje. Dwa lata temu pani Patrycja nawiązała współpracę ze stowarzyszeniem pasjonatów i regionalistów Tegit et protegit z Horyńca-Zdroju. Jest jedną z autorek artykułów zebranych w pozycji „Od Zamościa po Lwów. Szkice historyczne i literackie”. Wkrótce na rynku pojawi się ich druga część, tym razem pod tytułem „Z Roztocza na Grzędę Sokalską. Szkice historyczne i literackie”.

– Osoby związane ze stowarzyszeniem stworzyły aplikację mobilną „Ziemia Lubaczowska”, która jest wspaniałym przewodnikiem po Roztoczu i ziemi lubaczowskiej – tłumaczy pani Patrycja. – Piszę dla nich bajki, tworzę ilustracje, projektuję maskotki regionalne. Część ilustracji to drzeworyty, które niedawno zaczęłam tworzyć po warsztatach Józefa Lewkowicza, roztoczańskiego artysty ludowego. To kolejny projekt horynieckiego stowarzyszenia – reaktywacja tradycji Drzeworytu Płazowskiego. Mamy w planach wydanie „Bajarza”, który ma być ukłonem w stronę najmłodszych. W ten sposób chcemy zachęcić ich do poznawania swojej małej ojczyzny. Dzieci bardzo szybko dorastają i byłoby fajnie, gdyby udało się zaszczepić w nich iskierkę lokalnego patriotyzmu. Dzieci w ogóle są dla mnie bardzo ważne. Mam taką anegdotę. W „Szkicach historycznych i literackich” publikowane są biogramy ich autorów. Jako jedyna zaznaczyłam, że jestem mamą. Kto mnie zna, ten wie, że moim największym osiągnięciem jest syn Patryk i bycie jego rodzicem. Rodzina jest dla mnie najważniejsza, bez względu na to, jak ją definiować. W najnowszej książce sporo nawiązuję do samodzielnego macierzyństwa.

Między czterema ścianami

„Co widziały cztery ściany” to czwarta książka w pisarskim dorobku świdniczanki. Jednocześnie pierwsza, w której autorka nie rozpisuje się na temat legend i mitów. To utwór mówiący o przemocy domowej, oparty na prawdziwych wydarzeniach. Troje ludzi. Każde z innego środowiska i miejscowości. Łączy ich strach, traumatyczne przeżycia, ale też wiara w nowy, lepszy początek.

– Temat przemocy nie był mi obojętny ze względu na osobiste przeżycia. Muszę przyznać, że w naszym społeczeństwie inaczej patrzy się na ofiary. Takie osoby często uznawane są za przewrażliwione albo znerwicowane. Ich zachowanie może być różne, ale jest to spowodowane stanami lękowymi. Właśnie to negatywne podejście zmotywowało mnie do napisania książki. Chciałam, by ofiary przemocy nie czuły się osamotnione. Często nie przyznają się do tego, co przeszły. Po prostu się wstydzą. Łatwo jest je wykorzystać, zmanipulować, ponownie zranić. Trudno im wejść w nowy związek, dlatego zatajają to, co im się przytrafiło w przeszłości. Zdarza się, że nawet najbliższa rodzina nie wie, przez co przechodzą. Tak było w moim przypadku. Mieszkaliśmy w jednym mieszkaniu, a moi rodzice nie byli do końca świadomi tego, co się dzieje. Byłam młoda, ale nie zganiałabym tego na wiek. Po 20 latach inaczej na to patrzę. Dzięki terapii, nabrałam nowej perspektywy – tłumaczy moja rozmówczyni.

Chcę złamać tabu

Nowa powieść świdniczanki wbija drzazgę w oko społeczeństwa. Dotyka niewygodnych tematów, które wielu chciałoby przemilczeć. Jest głosem osób, które nie potrafią opowiedzieć o tym, co je spotkało. Można powiedzieć, że dla nich jest formą terapii. Dobrym przyjacielem, który mówi: „rozumiem cię, wiem przez co przeszłaś/przeszedłeś. Nie jesteś sam/sama.”

– Książka powstała pod wpływem spotkania z ludźmi, którzy doświadczyli przemocy domowej. To wciąż jest temat tabu. Te osoby są pozostawione samym sobie. Chciałam dodać im otuchy i pokazać, że jest nas wielu. Przemoc, to wbrew pozorom, ogólny problem. Najwyższa pora zacząć o nim mówić. Zawsze powtarzam, że to nie ofiara powinna się wstydzić tego, co się stało, tylko oprawca. Kiedy zaczniemy o tym rozmawiać, wiele spraw zacznie się układać. Osoby, z którymi nie potrafiliśmy się dogadać, zrozumieją nas, będą inaczej odbierać. Naprawdę warto walczyć o siebie. Poprosić o pomoc nawet kogoś obcego, a może i specjalistę – psychologa lub psychiatrę. To żaden wstyd! Ja też korzystałam z takiej formy pomocy. W dobie Internetu można w jakiś sposób wyrwać się z piekła. To ważne zwłaszcza teraz, podczas pandemii. Wiele osób jest zamkniętych w domach ze swoimi oprawcami. Wydaje im się, że nie mają do kogo zwrócić się o pomoc, że co by nie zrobiły, będzie źle. Nie będzie. Trzeba po prostu podjąć decyzję i konsekwentnie dążyć do jej zrealizowania – zapewnia pani Patrycja.

Decyzje o odejściu budzą jednak strach. Osoba, która przez lata żyła ze swoim oprawcą, musi nauczyć się żyć na nowo. Jest niepewna tego, co przyniesie los.

– Przeprowadziłam na ten temat wiele rozmów i zauważyłam pewien schemat działania. Na początku oprawca nie stosuje przemocy fizycznej. Stawia bardzo małe, drobne kroki. Przede wszystkim, odizolowuje od rodziny, przyjaciół. Kiedy ofiara chce spotkać się z koleżanką albo odwiedzić rodziców, on wymyśla tysiące powodów, dla których ta wizyta nie powinna się odbyć. Początkowo to takie subtelne sytuacje, później jest to wręcz oficjalny zakaz: „musisz wybrać, ja albo oni.” Jeśli to się uda, pojawia się druga kwestia – uzależnienie finansowe. Ofiara nie może pracować, bo musi zająć się domem, dziećmi. W ten sposób zostaje bez własnych pieniędzy. Wtedy zaczyna słyszeć, że do niczego się nie nadaje, że jest utrzymanką, że nie ma nic ani nikogo, a jeśli odejdzie, odbierze jej dziecko. Matka, która jest przywiązana do swojego dziecka, zniesie wszystko, bo wydaje jej się, że nie ma innego wyjścia. Tak też było w przypadku Anki, jednej z bohaterek mojej książki – wyjaśnia autorka powieści.

Moja rozmówczyni zwraca uwagę na schemat, który powtarza się w przypadku ofiar i ich oprawców. Zauważa jednak, że schematycznie zachowują się też służby, które powinny stać murem za pokrzywdzonym. Dążyć do wyjaśnienia sytuacji, w jakiej się znalazł, a przede wszystkim, pomóc uwolnić się z zaklętego kręgu niewybaczalnych zachowań. W książce Pati Maczyńskiej znajdziemy wątek Agnieszki. Kobieta razem z trójką dzieci uciekła od partnera, by zacząć nowe życie. Ten jednak odnajduje ją w nowym miejscu zamieszkania i wywołuje awanturę. Świadkami zajścia są sąsiedzi, którzy udzielają kobiecie pomocy i zawiadamiają odpowiednie instytucje. Nikt jednak nie prosi ich o zeznania, w zamian przesłuchiwane są osoby, które o sytuacji słyszały z opowieści.

– Uważam, że w pewnych przypadkach służby powinny zacząć inaczej reagować – tłumaczy Pati Maczyńska. – Ostatnio bardzo głośno mówiło się o 3-letniej Hani z Kłodzka, która była maltretowana przez matkę i jej partnera. Sąsiedzi alarmowali służby, że coś się dzieje, jednak te zgłoszenia zostały zignorowane, niezauważone. Tak samo jest, gdy kobieta zgłasza się z prośbą o pomoc. Brakuje jednoznacznych procedur, dzięki którym służby będą wiedziały jak reagować. Jedna z bohaterek mojej książki zgłasza na policji, że została zgwałcona przez męża. Mundurowi, mężczyźni, reagują zdziwieniem, drwią z dziewczyny, uważają, że przecież mąż ma prawo, to obowiązek żony… W tej chwili sformułowanie „gwałt małżeński” coraz bardziej przebija się do ogólnej dyskusji. To naprawdę bardzo ważne sprawy, o których trzeba głośno mówić. Inaczej nic się nie zmieni. Rozmawiamy o kobietach, ale w książce pojawia się również historia, w której to niepełnosprawny mężczyzna staje się ofiarą.

Lata przygotowań i czekania

Napisanie książki, w której mówi się wprost o ludzkiej krzywdzie i nieudolności systemu, nie jest łatwe. Zabranie materiałów trwa latami, a i wtedy nie są one pełne.

– „Co widziały cztery ściany” pisałam przez 4, a może nawet 5 lat – przyznaje pani Patrycja. – Zbierałam materiały, czekałam na zakończenie spraw sądowych, żeby wiedzieć, jak zostaną wyjaśnione. Niektóre się zakończyły, inne wciąż są w toku. Jedna z nich dotyczy niepełnosprawnego mężczyzny, o którym wcześniej wspominałam. Jego żona alienowała go od 12-letniego dziecka i robi to nadal. Nie widzieli się od 3 lat. Tego kontaktu prawdopodobnie nie uda się już naprawić. Dziecko jest manipulowane, całkowicie zależne od matki i nie ma możliwości skonfrontować z ojcem tego, co słyszy na jego temat. Opieszałość sądów po prostu rozbija rodziny. Myślę, że takie sprawy można by załatwiać szybciej, ale… po prostu tak się dzieje. Człowiek odbija się od ściany. Na wielu etapach porzucałam pracę nad książką. Zastanawiałam się, czy warto. Wiedziałam, że w pewien sposób zostanę odebrana jako uczestniczka tych zdarzeń. Nie miałam pewności, czy chcę się z nimi identyfikować. Coraz częściej spotykałam się jednak z osobami, które wiele przeszły i to zmotywowało mnie, by wrócić do tworzenia. Choć od premiery powieści nie minęło wiele czasu, czytelniczki piszą do mnie i dziękują za książkę. Mówią „opisała pani moją historię”. To bardzo poruszające. Pani Patrycja ma nadzieję, że jej utwór będzie iskierką zmian dla ofiar przemocy.

– Może coraz więcej osób zacznie mówić o tym problemie i zajdą jakieś zmiany w systemie. Na komisariacie na stałe pojawi się psycholog, z którym ofiara będzie mogła porozmawiać i który przygotuje ją do zeznań. Może zgwałcona kobieta nie będzie przesłuchiwana przez mężczyzn, co jest dla niej trudne i upokarzające – dodaje.

Zaczynam nowy rozdział

Książka jest już dostępna w księgarniach. Pani Patrycja nie planuje jednak przerwy i już pracuje nad kolejną.

– Na razie zbieram materiały. Chcę wrócić do legend i opowieści. Starsi ludzie odchodzą, a młodzi wolą grać na komputerze. Ja chcę wysłuchać seniorów i zachować ich opowieści w czasie – mówi pani Patrycja. – Przez wiele lat byłam zamknięta w czterech ścianach. Teraz, kiedy tylko mogę, podróżuję. To dla mnie okazja do poznawania świata, odzyskania go i zachłyśnięcia się nim. Jest fantastyczny i warto go podziwiać. Trzeba tylko znaleźć w sobie siłę, by to zrobić. Kiedy się uda, wszystko inne też zacznie się układać. Ktoś się do nas uśmiechnie, wyciągnie pomocną dłoń, opowie, że przeżył to samo. Da nam moc i nadzieję na lepsze dni. Każdy może znaleźć coś, czym wypełni pustkę. Warto zrobić krok, by się o tym przekonać. Pamiętajmy, że tunel może ciągnąć się długo, ale na jego końcu zawsze czeka wyjście.

Agata Flisiak

Last modified: 26 marca 2021