Zachwyca mnie zatrzymywanie chwili

Autor: |

fot. z archiwum rozmówcy

Szczery uśmiech malucha i jego ciekawskie spojrzenie, gdy odkrywa nowe miejsca. Braterska miłość oraz radość rodzica trzymającego dziecko na rękach. Od kilku lat fotograf Monika Witkowicz ma okazję zatrzymywać w kadrze najpiękniejsze chwile przeżywane przez mieszkańców Świdnika. W rozmowie opowiedziała nam o tym, co stara się uchwycić w pracy z małymi i dorosłymi modelami oraz o niezwykłym, klimatycznym studiu, które stworzyła w domowym zaciszu.

– Czym jest dla Pani fotografowanie?

– To coś, co daje mi dużo energii i radości. Jedna z form aktywności, która zaspokaja moje osobiste, podstawowe potrzeby, takie jak chęć poznawania nowych ludzi i kontakt z nimi. Bardzo lubię też drugą stronę tej profesji, czyli obrabianie zdjęć. To bardzo ciekawe zajęcie. Choć pochłania dużo czasu, stanowi dla mnie relaks. Mam wtedy czas, by posłuchać muzyki, napić się herbaty i wybrać najlepsze kadry. Zdarza się, że gdy je oglądam, łapię się na tym, że coś mogłam wykonać inaczej. Myślę, na przykład: „Dlaczego nie przesunęłam go w bok? Tylko centymetr i byłoby idealnie.”

– Z obróbką można jednak przesadzić. Nie boi się Pani tego?

– Nie lubię mocno ingerować w zdjęcia. Staram się, by były jak najbardziej naturalne. Podoba mi się, kiedy widać na nich strukturę skóry czy drobne niedoskonałości, na przykład, gdy maluch nie ma jednego zęba. Nawet, jeśli jakieś ujęcie jest poruszone, obroni się, bo po prostu jest fajne.

– Jak narodziła się Pani pasja?

– Pomysł na taki rodzaj pracy pojawił się jeszcze w czasie studiów, kiedy aktywnie działałam w kołach naukowych. Poprzez różne formy, między innymi robienie zdjęć, miałam okazję pokazać, czym zajmowaliśmy się jako studenci. To były moje pierwsze kroki w świecie fotografii. Kiedy skończyłam rosjoznawstwo, ta pasja została ze mną. Zrozumiałam, że jest to coś, co chcę robić zawodowo i co pozwala mi realizować się w różnych dziedzinach. Można więc powiedzieć, że zostałam fotografem z przypadku, ale też z pragnienia tworzenia czegoś kreatywnego.

– Czego szuka Pani w kadrach?

– Ktoś powiedział kiedyś, że najlepszy aparat to ten, który zawsze mamy przy sobie. I faktycznie tak jest. Gdziekolwiek się pojawiamy, uwieczniamy to, co nas fascynuje, jak na przykład architektura czy natura. Ja też robię takie zdjęcia, ale raczej przy okazji. Bardziej zachwyca mnie potrzeba zachowania chwili. Szybkie ujęcie, kiedy pojawiają się emocje, uśmiech, radość. To coś, co naprawdę mnie fascynuje.

– Jest Pani specjalistką od sesji zdjęciowych, powstających w plenerze i w studiu. Które sprawiają Pani większą radość?

– Bardzo lubię zarówno sesje studyjne, jak i plenerowe. Rytm zdjęciom i miejscom, które wybieram na powstanie fotografii, nadają pory roku. Jeśli mam okazję zrobić ujęcia na tle budzącej się do życia wiosny, na pewno to wykorzystam. Przyroda jest nieobliczalna i cały czas się zmienia. Kiedy rozmawiam z koleżankami-fotografkami śmiejemy się, że czekamy aż zakwitną słoneczniki albo pojawi się lawenda. Później wyglądamy jesieni, która z jednej strony jest piękna i kolorowa, a z drugiej szara i brudna, co też ma swój urok. Osoba, która patrzy na życie artystycznym okiem, dostrzeże zmiany, jakie zachodzą, na przykład na niebie. W czerwcu wygląda ono inaczej niż w lipcu. Daje ogromne możliwości, by wyciągnąć fajne kadry. Równie ważne są oczywiście miejsca, które wybieram do sesji. To nie tylko lasy, ale też ciekawe budynki, szklarnie czy niecodziennie zaaranżowane ściany. Szukanie nowych lokalizacji jest jak wycieczka krajoznawcza.

– Jak je Pani znajduje?

– Najlepiej po prostu wsiąść w samochód i ruszyć w drogę. W ten sposób zwiedza się lokalny rynek, bo wiadomo, im bliżej, tym po prostu wygodniej. Często dzielimy się informacjami o ciekawych miejscach z innymi fotografami. Nie traktujemy się jak konkurencję, tylko staramy się sobie pomagać. Bardzo podoba mi się taka postawa. Każdy z nas ma inny, wyjątkowy styl. Nie da się wrzucić wszystkich do jednego worka. Szczerze mówiąc, te miejsca są naprawdę różne. Jako tło może posłużyć pole kukurydzy, a nawet ściernisko. Z kolei, jeśli chodzi o moje studio, jest naprawdę niewielkie. Podobno każdy fotograf, który już je ma, zawsze marzy, by było większe. W studiu wykonuję sesje tematyczne, na przykład świąteczne albo wiosenne. Praca w nim jest bardzo przyjemna. Wszystko, czego potrzebuję mam na miejscu i mogę dowolnie ustawiać, przestawiać. W sezonie świątecznym pachnie choinkami i piernikami. Nie ma tu nic sztucznego. Gdy widzimy na zdjęciu stary kredens, łóżko czy naczynia, one naprawdę tu są.

– To właśnie stare przedmioty tworzą niepowtarzalny klimat.

– Początkowo, kiedy fotografia dziecięca nie była jeszcze tak popularna jak dziś, wykonywałam zdjęcia w domach klientów. Spotkałam się z dużą serdecznością. Ludzie chętnie otwierali przede mną drzwi, dzięki czemu mogłam uchwycić piękne chwile w domowych pieleszach. Teraz, gdy mam własne studio, cały czas dokładam coś nowego. Są poduszki, ubrania, różne drobiazgi. Stali klienci często odwiedzają mnie i przynoszą coś, co znaleźli u babci na strychu, na przykład czajnik albo miseczki. Przygarniam wszystko. Zdarza się, że kupuję przedmioty przez Internet czy na targu staroci w Lublinie. One nadają charakteru całej stylistyce zdjęcia. Mam też klientów, którzy wolą sesje w stylu glamour i to też jest w porządku, bo mogę sprawdzić się w czymś innym.

– Zdecydowana większość sesji, które Pani wykonuje, poświęcona jest najmłodszym. Jak pracuje się z maluchami?

– Bardzo to lubię. Sama jestem mamą trójki dzieci i muszę przyznać, że zmieniły mój styl i patrzenie na fotografię. Obchodzenie się z nimi bardzo pomaga mi też w kontakcie z ich rówieśnikami. Dzieci są szczere. Podczas sesji, nawet tych krótkich, staram się dać im czas na poznanie otoczenia. Wszystko jest przecież dla nich nowe. Gdy już się z tym oswoją i rozluźnią, stają się naprawdę radosne. Lubię zatrzymywać to na zdjęciach. Myślę, że spontaniczne kadry, kiedy dziecko gdzieś zagląda, patrzy, podaje rodzicowi jakiś przedmiot, mają w sobie coś wyjątkowego.

– A jak pracuje się z dorosłymi?

– W ich przypadku najważniejsze jest podejście do robienia zdjęć. Jeśli mama „na siłę” angażuje tatę w sesję zdjęciową, a on zapiera się rękami i nogami, siłą rzeczy nie uda się uzyskać dobrego efektu. Najczęściej jednak zmienia nastawienie na pozytywne, gdy tylko pojawi się w studiu. Cieszy się, że może zatrzymać w kadrze ważną dla całej rodziny chwilę. Rodzicom bardzo zależy na tym, żeby zachować w ten sposób wspomnienie z dzieciństwa swojej pociechy.

– Czy wśród Pani klientów są rodziny, które co roku przychodzą na sesje?

– To jest chyba największa radość, kiedy klienci wracają. To potwierdzenie, że komuś podoba się nasza praca. Mam pary, które najpierw fotografowałam na sesjach narzeczeńskich, a potem uwieczniałam na zdjęciach chrzciny ich dzieci. Są to więc nie tylko sesje, ale też fotografie okolicznościowe, na przykład z wesel, chrzcin czy komunii. Bycie częścią takich uroczystości zawsze jest dla mnie dużym wyróżnieniem. To znak, że ktoś mi ufa.

– Na co zwraca Pani uwagę podczas fotografowania uroczystości?

– Fotograf jest obserwatorem, a obiektyw jest jego drugim okiem. Ja skupiam się na emocjach. Lubię uwieczniać zamknięte chwile, które się nie powtórzą. Gdy ktoś na kogoś spojrzy albo się uśmiechnie. Oczywiście są takie sytuacje, jak na przykład zdjęcia ślubne z rodzicami czy dziadkami, które muszą być pozowane. Nawet wtedy staram się jednak zachować naturalność.

– Mówi się, że szewc bez butów chodzi. A fotograf? Czy w Pani rodzinnym albumie znajdą się zdjęcia?

– Najtrudniej uwiecznia się własne dzieci. Im są starsze, tym częściej kapryszą. Mimo to, staram się robić im zdjęcia. Brakuje mi jednak czasu, żeby złożyć z nich piękne albumy. Zawsze, gdy w przyrodzie zachodzą jakieś zmiany, zakładamy buty i ruszamy na dwór. Dzieci skaczące po kałużach, bawiące się w lesie czy u dziadków w domu – aparat to wszystko uchwyci. To wspomnienia. Widzę, że coraz więcej ludzi docenia takie chwile i chce je zachować na pamiątkę. Chcemy mieć 10 najlepszych zdjęć, by móc włożyć je do ramki czy podarować bliskim. Czas bardzo szybko mija.

– Praca fotografa to nieustanny rozwój.

– Cały czas się szkolę. Biorę udział w różnych warsztatach, bo technologie szybko się zmieniają. Środowisko, w którym pracuję i którym się otaczam, daje mi energię do tego, by się rozwijać. Spotykam ludzi, mających wiele różnych pomysłów. To oni motywują mnie, by iść do przodu.

Więcej informacji można znaleźć na www.facebook.com/Witkowicz-FOTO.

Agata Flisiak

Last modified: 9 grudnia 2020