Wyprawa na dwóch kółkach

Autor: |

Od lewej Piotr Abramowicz i Adam Kuna / fot. z archiwum P. Abramowicza
Dwa dni i 250 kilometrów do przemierzenia. Piotr Abramowicz i Adam Kuna, którzy na co dzień uczą w I Liceum Ogólnokształcącym im. W. Broniewskiego w Świdniku, postanowili uczcić wakacje, okrążając Tatry na rowerach. W rozmowie opowiedzieli nam o wyprawie oraz o przygodach, które spotkały ich na trasie.

– Skąd pomysł, by na rowerach objechać Tatry?

Adam Kuna: Na pomysł wpadł Piotrek. Obaj lubimy góry i jazdę na rowerze. Fajnie, że mogliśmy połączyć te pasje. Mimo że tym razem nie chodziliśmy po górach, nie brakowało pięknych widoków, które nam to wynagrodziły.

Piotr Abramowicz: Można powiedzieć, że to trochę zasługa pandemii, a nauczania zdalnego, ciągłego siedzenia w domu, przed komputerem. Tęskniłem za jazdą na rowerze, więc zacząłem oglądać filmiki z różnymi trasami, między innymi dookoła Tatr. Początkowo sądziłem, że to zbyt ambitny cel, ale z drugiej strony pomyślałem, że warto spróbować. Także pomysł był mój, ale wiedziałem, że gdy zaproponuję go Adamowi, na wyrażenie zgody będzie potrzebował od 3 do 7 sekund (śmiech). Rzuciłem temat, od razu zaskoczył, więc przeszliśmy do jego realizacji.

– To się nazywa prawdziwe zaufanie.

P. A.: Dokładnie! Adam zaufał mi też co do wyboru torby podsiodłowej (śmiech). Kupiłem ją specjalnie na wyjazd. Zanim ruszyliśmy w Tatry, użyłem jej tylko raz, a powinienem jednak więcej, żeby wiedzieć, jak się sprawuje. Powiedziałem Adamowi, że jest spoko i też taką kupił. Pierwszy raz użył jej właśnie na wyjeździe. To przestroga dla wszystkich podróżujących – tak nie powinno się robić.

A. K.: Ja nie miałem z nią żadnych przygód na trasie. Za to Piotrkowi cały czas ruszała się na boki, chociaż była stabilnie przymocowana do siodełka.

P. A.: Mimo wszystko, sprzęt się sprawdził. Najbardziej obawialiśmy się, że po słowackiej stronie któremuś z nas popsuje się rower i nie będziemy w stanie nic z tym zrobić. I co wtedy? Na szczęście obyło się bez awarii.

– Jak jeszcze przygotowywaliście się do podróży?

A. K.: Szczerze mówiąc nie poświęciliśmy temu większej uwagi. Lubimy jeździć rekreacyjnie. Robimy dystanse o długości od 50 do 100 kilometrów, jeżdżąc po okolicach. Nasze przygotowania polegały więc raczej na skompletowaniu podstawowych narzędzi i części zamiennych, na przykład łańcuchów, dętki i  haka do przerzutek. Gdy byliśmy już gotowi, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę do Czarnego Dunajca, skąd rozpoczynała się nasza trasa.

P. A.: W przygotowaniach nieświadomie pomogli nam uczniowie I LO. Adam ma kurs instruktora wycieczek rowerowych, więc zorganizował kilka wyjazdów dla naszych licealistów. Podróżując z nimi, uczyliśmy się jeździć w większej grupie, bo wiadomo, w pojedynkę czy nawet we dwóch wygląda to inaczej. Kiedy jedziemy sami, ciśniemy jak najwięcej, z kolei jadąc w grupie, musieliśmy nauczyć się rozkładać siły. To doświadczenie, które rzeczywiście później przydało nam się na trasie.

– Przejechaliście 250 kilometrów. Dla kogoś, kto jeździ tylko po mieście to naprawdę duży wyczyn.

P. A.: Tu zdania są podzielone. W zależności od sprzętu, którego używaliśmy do mierzenia dystansu, pokazywał od 250 do 260 kilometrów.

A. K.: Myślę, że tego przejazdu nie ma co rozpatrywać pod kątem sportowym. To była czysta rekreacja. 260 km to dystans, który osoby wysportowane pokonują w ciągu jednego dnia, jeśli jadą po równym terenie. W górach też jest to możliwe, jeśli jedzie się tylko z bidonem na wodę, bez zbędnego obciążenia. My mieliśmy plecaki z ubraniami, sprzętem i wodą, więc szło nam trochę wolniej.

P. A.: To duży dystans, nie ma co ukrywać. Jeszcze niedawno magiczną granicą było dla mnie 100 km. Tutaj, pierwszego dnia, według mojej aplikacji pokonaliśmy 110 km, a według Adama 120. Drugiego dnia było już ostro, bo przejechaliśmy 140, 150 km. Jesteśmy z siebie dumni, ale rzeczywiście, są to nieporównywalne odległości z tymi, które można zrobić na płaskim terenie. To zupełnie inna jazda. Na początku wyprawy kilometry same znikały nam spod kół. Pierwsze 70 km przejechaliśmy w mgnieniu oka. Nawet ich nie zauważyliśmy.

– Przez jakie miejscowości przebiegała trasa? Skąd wyruszyliście?

A. K.: Wybraliśmy trasę, która biegnie od Nowego Targu, następnie do Liptowskiego Mikulasza, Szczyrbskiego Plesa, Zdziaru, Jurgowa, Białki Tatrzańskiej do Nowego Targu i Czarnego Dunajca. Część od Nowego Targu do Trzciany na Słowacji to historyczno-kulturowo-przyrodniczy szlak wokół Tatr. Wiedzie dawnym nasypem kolejowym. Za Czarnym Dunajcem, skąd wyruszyliśmy, przebiegają przez tereny torfowisk. Ścieżka jest naprawdę fajna, lekka i przyjemna. Natomiast kończy się w Trzcianie i od tego momentu trzeba jechać od miejscowości do miejscowości. Na terenie Polski są wyznaczone miejsca postojowe, gdzie można napić się herbaty albo zjeść ciasto. Na Słowacji zanikają.

P. A.: Szlak jest wytyczony naokoło gór, a infrastruktura w Polsce jest naprawdę super. Każdemu polecamy tę trasę. Jest piękna. Nawet ktoś, kto nie jest zapalonym kolarzem, poradzi sobie z nią.

– Jechaliście dwa dni.

P. A.: Początkowo planowaliśmy, że przejazd zajmie nam 3 dni. Pierwszego dnia chcieliśmy dojechać do Liptowskiego Mikulasza (miasto na Słowacji – przyp. red.) i ten cel udało nam się zrealizować. Drugiego dnia planowaliśmy dotrzeć do miejscowości Zdziar. Wjechaliśmy w teren Tatr Wysokich, więc wiedzieliśmy, że będzie ciężko. Faktycznie, podjazd okazał się większy, dłuższy i trudniejszy niż nam się wydawało. Przez 45 km jechaliśmy pod górę. Poziom nachylenia terenu sięgał nawet 12 procent, także momentami nie było łatwo, ale daliśmy radę. Wracając do naszego planu, w Zdziarze mieliśmy zatrzymać się na nocleg. Był to jednak dzień moich 40. urodzin, więc zaproponowałem, żeby w ramach prezentu przejechać całą trasę. Rzeczywiście najpierw było intensywnie i męcząco, ale potem już sama przyjemność. Jazda z góry, piękne zjazdy, 60 km/godz. bez robienia niczego, tylko trzymanie kierownicy.

A. K.: To była świetna nagroda za te ciężkie podjazdy. Mieliśmy też 12-kilometrowy podjazd, na który wjeżdżaliśmy wolniej niż 10 km/godz. Były takie momenty, że jechaliśmy na najniższej przerzutce. Kręciliśmy korbą, ile się da, a licznik i tak pokazywał 6 km/godz.

P. A.: To było takie piesze tempo. Ten podjazd, o którym wspomniał Adam, był przed miejscowością Maletina, na Słowacji. To nasze przekleństwo. Trzeba było tam wjechać, łamane przez wepchnąć rower. Tam pierwszy raz nam się oberwało, ale też po raz pierwszy pokazały nam się góry. Do tego momentu jechaliśmy po w miarę gładkim terenie, trochę pod górkę, trochę z górki. Wtedy pomyśleliśmy „wow”. Drugiego dnia przekonaliśmy się jednak, że to tylko delikatna rozgrzewka przed tym, co nas jeszcze czekało. 45 kilometrów w terenie o nachyleniu nawet do 12 procent.

– Po drodze spotkały Was także inne przygody.

A. K.: Na dość długim i szybkim zjeździe pomyliliśmy trasę i musieliśmy zawracać. Wtedy byłem blisko zerwania łańcucha. Na szczęście udało się tego uniknąć.

P. A.: Tę pomyłkę biorę na siebie, bo jechałem pierwszy i skusił mnie zjazd. Na szczęście szybko się opanowałem i zawróciliśmy, bo gdybyśmy pojechali dalej, nadłożylibyśmy 50 km. To była piękna, prosta droga, ale w zupełnie innym kierunku niż ten, w którym jechaliśmy. Druga akcja to stado słowackich burków, które nas zaatakowało. Nie wiedzieliśmy, co z tym fantem zrobić. Na szczęście powstrzymał je łańcuch, którego początkowo nie zauważyliśmy. Kiedy minęliśmy psy i dojechaliśmy do jakiejś bramy, okazało się, że musimy zawracać i znów minąć ich terytorium.

A. K.: To moment, który przyprawił nas o najwyższe tętno (śmiech).

P. A.: Założyliśmy, że kierujemy się po śladzie. Ściągamy na aplikację trasę, którą ktoś wcześniej jechał i jedziemy zgodnie z tym, co nam pokazuje. Problem polegał jednak na tym, że jeśli ktoś, na przykład skręcił po drodze do sklepu, ta trasa też to pokazywała.

A. K.: Tam było pełno takich nieprzemyślanych skrętów, objazdów polną ścieżką, kluczenia przy rzece.

P. A.: W pewnym momencie daliśmy sobie spokój z tą nawigacją i wyznaczaliśmy kolejne odcinki korzystając z mapy Google. To wyprowadziło nas w rewir fabryk i gospodarstw, gdzie spotkaliśmy psy. Czy poza tym mieliśmy jakieś przygody? Chyba tylko tyle, że po pewnym czasie punkt styku ciała z siodełkiem dawał o sobie znać (śmiech).

A. K.: Raz złapał nas lekki deszcz, który okazał się pomocny. Zatrzymaliśmy się wtedy na 40 minut. Pozwoliło nam to zregenerować siły.

P. A.: Pogoda była lepsza, niż się zapowiadała. Założyliśmy, że po rozdaniu świadectw, od razu ruszamy na wyjazd, by wakacje zacząć z wielkim przytupem. Ustaliliśmy termin, jednak oglądając prognozy, zobaczyliśmy, że będzie padać. Kiedy przyjechaliśmy do Czarnego Dunajca było ładnie. Następnego dnia siępił deszcz, który miał trwać do 15.00. Na szczęście zaczęło się przejaśniać i o godz. 11.00 ruszyliśmy w trasę. Drugiego dnia deszcz przy Szczyrbskim Plesie to był tak na deser, po 45-kilometrowym podjeździe. Pogoda w górach jest nieprzewidywalna. Cały czas mieliśmy z boku burzę, na szczęście nic poważnego z tego nie wyszło.

– Macie plany na kolejne wyprawy?

A. K.: Na pewno będziemy jeszcze jeździć. Nie wiemy na razie gdzie, ale to naprawdę kwestia kilku sekund, żebyśmy podjęli decyzję.

P. A.: Chcielibyśmy zrobić 200 km jednego dnia, bo po Tatrach podnieśliśmy poprzeczkę. Oglądałem już trasę Velo Dunajec i Green Velo, które również są piękne. W Polsce nie brakuje atrakcyjnych tras. Jest z czego wybierać.

– Wiem, że tym wyjazdem chcieliście też dać dobry przykład Waszym uczniom.

P. A.: W naszym liceum panuje naprawdę fajna atmosfera. Zdarza się, że nawet mając wolny dzień, staramy się organizować coś dla uczniów. Adam, na przykład, zabiera ich na wycieczki rowerowe. Zajmuje się nie tylko trasą, ale też zebraniem całej grupy, formalnościami i tak dalej. To duża odpowiedzialność za siebie i dzieciaki. Cieszymy się, że chcą spędzać z nami czas. To naprawdę budujące, że robią coś, czego nie muszą.

A. K.: Cały czas pokutuje obraz nauczyciela jako surowej osoby, która stawia złe oceny. Myślę, że  jesteśmy przykładem na to, że nauczyciel to osoba, z którą można fajnie spędzić czas, a przy okazji czegoś się nauczyć.

P. A.: Staramy się być sprawiedliwi. Jeśli ktoś zasłużył na jedynkę, to ją stawiamy. Jednocześnie jako szkoła chcemy pokazywać naszą ludzką stronę. Wycieczki rowerowe były dla mnie okazją do spotkania z uczniami, nie siedząc przy biurku. To fajny akcent na zakończenie roku szkolnego, który był bardzo trudny.

A. K.: Planujemy zorganizować dla uczniów kilkudniowy rajd rowerowy. Oczywiście wcześniej musimy przygotować ich do tego kondycyjnie. Zorganizować zaplecze techniczne, miejsce do spania, jedzenie, samochód, który będzie nas zabezpieczał. Uczniowie są chętni, więc myślę, że jest to możliwe do osiągnięcia.

P. A.: Zauważyłem, że młodzież stała się bierna. W wakacje siedzi w domu albo idzie do pracy. Oczywiście nie podważam tego. Szacun dla tych, którzy po roku wytężonej pracy, robią coś jeszcze. Jeśli jednak nie jest to dyktowane finansami, chcielibyśmy im pokazać, że nie potrzeba dużych nakładów pieniędzy, żeby gdzieś pojechać i wspominać to przez długie lata. Mając 20 lat ma się wiele możliwości. Chciałbym, żeby uczniowie ich nie zaprzepaścili i korzystali, póki mogą. Nie muszą jeździć na rowerze. Niech robią to, co po prostu lubią.

Agata Flisiak

Last modified: 23 lipca 2021