Tu dostaniesz to, czego Ci potrzeba

Autor: |

Szkoła języka angielskiego Konrada Dejko jest miejscem niezwykłym, może nawet bardziej stanem ducha niż klasyczną szkołą. Można uczyć się w niej tego, czego człowiek rzeczywiście potrzebuje. Nie jest akademią, ale szkołą językowego życia. Daje możliwość doświadczenia przygody normalnie niedostępnej dla wielu.

– Kiedy w piątej klasie podstawówki zaczynałem chodzić na angielski, uważałem, że to sztuka dla sztuki. W zasadzie nie było żadnej możliwości wykorzystania tego języka w czasach, kiedy wyjeżdżało się, co najwyżej do NRD albo Bułgarii. Czy świadomość, że angielski przydaje się w życiu jest dzisiaj bardziej powszechna?

– Po pierwsze, nawet wówczas Świdnik był miejscem dosyć wyjątkowym na mapie Polski. Już wtedy pracownicy WSK wyjeżdżali na kontrakty do Libii czy Iraku, gdzie angielski się przydawał. Ale rzeczywiście powszechna świadomość, że opanowanie tego języka jest potrzebne, jest teraz zdecydowanie większa.

– Czy przekłada się ona na chęć podjęcia nauki? W niewielkim mieście, jakim jest Świdnik, szkół nauki języków jest co najmniej kilka i wszystkie sobie radzą.

– Tak naprawdę jest ich około czterdziestu. Klienci są coraz bardziej wymagający, co sprawia, że początek roku szkolnego stoi pod znakiem układania planów, by w jak największym stopniu odpowiadały ich potrzebom. Dotyczy to nie tylko godzin, ale i formy zajęć.

– Wszyscy absolwenci Pana szkoły podejmują próbę zdobycia państwowych certyfikatów?

– Raczej mniejszość z nich. Oczywiście przygotowujemy do najpopularniejszych egzaminów państwowych, czy egzaminu ósmoklasisty, bądź matury. Ale wiele osób i myślę, że to bardzo zdrowe podejście, stara się zweryfikować swoją wiedzę praktycznie. Coraz więcej jest klientów, którzy wybiórczo zdobywają kompetencje językowe w bardzo specyficznych dziedzinach. Pomagamy im w tym i widzę, że to działa.

– Jaki jest procent dorosłych w stosunku do ogółu studentów?

– Oceniam, że jest ich około czterdziestu procent. Nie są to osoby, które uczą się dla idei, ale bardzo konkretnie i racjonalnie określają zakres interesującego ich materiału. Cieszą się, że mamy tak praktyczne podejście zdając sobie sprawę  z tego co jest na miarę naszych możliwości, co jest realne, a co nie.

– W ostatnich latach nauki w szkole podstawowej chodziłem na kursy angielskiego, rzecz jasna prywatne, bo w programie nauczania niepodzielnie panował wtedy rosyjski. Prowadząca zajęcia pani nauczyła nas przez te lata raptem trzech czasów, na których bazowaliśmy i które stały się potem znakomitą podstawą do dalszej nauki języka. Jaki nacisk kładą Państwo na gramatykę, a jaki na praktyczną znajomość języka?

– Staramy się przede wszystkim uczyć komunikacji. Jeżeli pani na kursie nauczyła trzech przydatnych czasów, to dobrze zrobiła. Podręczniki wciąż jeszcze bywają pisane z naciskiem na naukę gramatyki, jednak badania nad językiem wskazują, że nawet w ojczystej mowie, na co dzień mówimy na poziomie B1 i najczęściej posługujemy się czasem przeszłym. Podobnie jest z angielskim. Trudnych konstrukcji prawie w ogóle się nie używa, a te używane na co dzień są powtarzalne. Jeżeli chodzi o angielski, na pewno nie czasy są trudne. Próbujemy koncentrować się na tym, co jest faktycznie istotne, czyli związkach frazeologicznych i idiomach. To wyróżnik języka angielskiego. Jest w nim znacznie więcej słów na określenie tego samego znaczenia, niż w innych językach.

– Pańskie nazwisko widać w spisach autorów podręczników językowych wydawanych w samej Anglii. Jak to się stało?

– Dosyć skutecznie przygotowuję do egzaminów, prowadziłem szkolenia dla nauczycieli, na przykład w Moskwie czy na uniwersytecie w Samarze. Współpracuję z wydawnictwem Pearson. Recenzuję ich główne kursy: Roadmap i Speakout. Zgłaszam uwagi co działa, a co nie. To wydawnictwo, którego podręczniki, w setkach tysięcy egzemplarzy, ukazują się na całym świecie. Byłem również egzaminatorem IELTS. Jego zaliczenia wymagają brytyjskie uczelnie, urzędy imigracyjne Australii i Stanów Zjednoczonych. Egzaminowałem obywateli amerykańskich, którzy kończyli medycynę w Polsce. Okazało się, że żeby nostryfikować dyplom w Stanach, , trzeba wykazać się znajomością angielskiego na odpowiednim poziomie. Jest wielu ludzi z amerykańskim paszportem, którzy nie znają dobrze języka. Lekarz w tej sytuacji nie może praktykować. To też było ciekawe doświadczenie.

– Jakie kwalifikacje są potrzebne do sprawdzania kompetencji językowych Amerykanów?

– Skończyłem filologię angielską i prawo. Przez British Council przeszedłem specjalne szkolenie, zakończone egzaminami, które mnie do tego uprawniają.

– Jak próbuje Pan leczyć ludzi z nieśmiałości do komunikowania się po angielsku?

– Słabością naszej kultury jest nieśmiałość, chociaż młode pokolenie coraz bardziej się jej wyzbywa. Mamy w sobie przekonanie, że: Nie, ja nie za bardzo dobrze mówię…. Staram się dobierać kursantów w pary i często bazuję na luce informacyjnej. Nie wyjaśniam, tylko stawiam problem do rozwiązania. Inscenizuję scenki. Trzeba coś kupić, wytłumaczyć. Kiedy ludzie koncentrują się na tej grze, nie myślą o tym, jak mówią, tylko próbują osiągnąć skutek. Co ciekawe, szczególnie nieśmiałe w posługiwaniu się obcym językiem są osoby, które osiągnęły już życiowy cel. Chcą być we wszystkim doskonale i wstydzą się, że to, co mówią, brzmi w sposób banalnie prosty.

– Nie jest przypadkiem tak, że ludzi z tej nieśmiałości leczy również pobyt za granicą? Przysłuchują się, jak mówi Francuz albo Niemiec i myślą: może jednak nie jestem gorszy…

– Polacy na ogół są lepsi w angielskim niż wiele innych nacji. Zawsze zachęcam do wyjazdu za granicę, choćby na wycieczkę, żeby przekonali się, jak bardzo język jest im potrzebny. Organizuję wycieczki małych grup do Cambridge, które dość dobrze znam. Chodziliśmy do oddziałów uniwersytetów i sami uczniowie decydowali co chcą zobaczyć. Widok pierwszego mikroskopu elektronowego, oryginał doktoratu, w którym opinano DNA, rękopis „Kubusia Puchatka” robią wrażenie. Mają potem za zadanie opowiedzieć drugiej osobie co było ciekawe i dlaczego. Daje to ludziom do myślenia: po co uczę się angielskiego. Mało tego, obserwując ludzi pracujących bądź studiujących na Uniwersytecie Cambridge, który, jak mówią, jest trzecim najlepszym na świecie,
widzą, że nie są oni jakoś bardziej inteligentni albo w ogóle inni. Młodzi ludzie dostają wtedy skrzydeł dochodząc do wniosku, że może oglądają coś przełomowego, ale sami też byliby w stanie to zrobić. Przez przypadek spotkaliśmy na ulicy Stephena Hawkinga, byliśmy na otwartym wykładzie poświęconym rybosomom. Za rok jego autor dostał Nobla.

– A przy okazji mogą zobaczyć najmądrzejsze krowy świata, które pasą się tuż za murami collegów. W Krakowie to raczej niemożliwe.

– Tak. Chodząc tam po trawnikach warto patrzeć pod nogi. Moja córka, kiedy była jeszcze mała, na dźwięk słowa Cambridge mówiła: a, to tam gdzie są krowy. Taka jest angielska tradycja, z której łatwo się nie rezygnuje. Z kolei w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, jeden z najwybitniejszych na świecie specjalistów od rozpoznawania owadów zabrał nas na zaplecze i pokazywał jak się to robi.

– Chyba nie każda wycieczka z Polski ma takie możliwości.

– Pomagam polskim naukowcom publikować w brytyjskich pismach specjalistycznych, a oni mają swoje kontakty. Naukowcy to w dużej części bardzo życzliwi ludzie, gotowi dzielić się wiedzą, szczególnie kiedy widzą błysk w oku młodego człowieka.

– Czym Pańska szkoła językowa przebija inne?

– Tym, że uczymy komunikowania się i że mówimy cały czas po angielsku bez względu na wiek ucznia. Widać to zresztą po sukcesach naszych absolwentów. Z przyjemnością przygotowuję też ludzi do egzaminów na brytyjskie uczelnie.

– Czy fakt, że ludzie masowo wyjeżdżają za granicę, zwłaszcza na Wyspy, wpłynęło na zmianę sposobów nauczania?

– Zmieniło się wszystko i bardzo mnie to cieszy, bo na lepsze. Polska jest bardzo bogatym, zachodnim krajem, jeśli chodzi o uczenie się…

– Jeśli chodzi o uczenie się…

– Nie tylko. Dobrze, że porównujemy się z Anglią czy Niemcami. Ale jeśli zestawić nas z całym światem, pod każdym względem jesteśmy w czołówce. Wracając do sposobów nauczania, w książce, która przed panem leży jest przede wszystkim platforma e-learningowa, są samosprawdzające się ćwiczenia, filmy i nagrania różnych życiowych sytuacji. Wszystkie materiały zostały sprawdzone przez statystyków, pod kontem przydatności w codziennej komunikacji i psychologów. Jest mnóstwo źródeł, zupełnie bezpłatnych. Mieszkając w Świdniku można za darmo otoczyć się językiem angielskim. Warto być ukierunkowanym, ale można bardzo szybko uczyć się za pomocą podcastów, oglądając Netflix, czytając angielskie gazety. To wszystko, jeszcze kilka lat temu, kosztowało tysiące złotych. Jest metoda nazywana „totalnym zanurzeniem”, stosowana wobec obcokrajowców, którzy mają zająć w Polsce wysokie stanowisko, na przykład w korporacji. Trwa dwa, trzy miesiące. Jest przygotowywana przez wysokiej klasy specjalistów i kosztuje kilkanaście tysięcy złotych. „Głębokie zanurzenie”, przy odpowiednim wykorzystaniu dostępnych źródeł, można zorganizować sobie samemu, za darmo.

– Zatrudnia Pan native speakerów?

– Tak i to bardzo ciekawych. Mamy teraz dziewczynę z Zimbabwe. Literackim angielskim porozumiewa się dwa, może cztery procent anglojęzycznej populacji. Reszta mówi własnym angielskim, który dla native speakera z innego krańca świata bywa niezrozumiały. Wychodzę z założenia, że warto poznać różne oblicza angielskiego.

– Wystarczy wyjechać kilka kilometrów za Londyn, żeby zamiast „o kej”, usłyszeć „eł kaj”…

– Oczywiście. Anglia jest pod tym względem miejscem absolutnie fascynującym, a różnorodność dialektów i akcentów jest zadziwiająca. Mało jest miejsc na świecie, gdzie w odległości dwudziestu kilometrów można spotkać zupełnie odmienny dialekt.

– Jakie ma Pan doświadczenia ze zdalnego nauczania w okresie pandemii?

– To była bardzo szybka nauka, która, mam nadzieję, wyszła nam na zdrowie. Wznowiliśmy zajęcia po trzech dniach od ogłoszenia lock downu. Pomogło nam to, że, jak już mówiłem, wszystkie podręczniki mają komponenty elektroniczne. Trzeba było na nowo zintegrować grupę, ale mamy to szczęście, że są ośmio, co najwyżej dziesięcioosobowe. Niektórzy klienci, zwłaszcza korporacyjni, którzy są bardzo zajęci i mają mało czasu na naukę, nawet na zdalnym nauczaniu zyskali. Niektórych nie widziałem od czterech, pięciu miesięcy, a zostali w grupie. Zdalne nauczanie było jak rozpoznanie bojem, ale się nie poddaliśmy.

– Jeśli ktoś nie przykłada się do nauki i zasługuje na pałę … jest jakaś metoda mobilizacji?

– Ciekawe zajęcia. Problem występuje zwłaszcza u dzieci. Mają bardzo krótki okres efektywnego skupienia uwagi. Są zmęczone, rozbrykane, ale jak dziwić się komuś, kto przychodzi po szkole, że jest zmęczony? Jeżeli lekcja jest ciekawa, to dziecko nie ma czasu być rozbrykane, bo nie zdąży się zorientować, że się nudzi.

– Dlaczego zapisał się Pan na miejską kartę rabatową „Mieszkam w Świdniku, kupuję w Świdniku”?

– Bo ludzie o nią pytali. Skoro tak, to trzeba wyjść naprzeciw oczekiwaniom klientów. Zaoferowałem 5 procent zniżki opłat za lekcje angielskiego.

Jan Mazur

Last modified: 21 września 2020