Tradycja w wersji vege

Autor: |

Fot. Sandra Antczak

Zamiast tłustych i ciężkich potraw, wybierają mnogość kolorów, faktur i bogactwo smaków. Kilka miesięcy temu świdniczanie Sandra i Mateusz Antczakowie postawili wszystko na jedną kartę, otwierając Vege Mamę, wegańską, domową restaurację na kółkach. W rozmowie pani Sandra opowiada o miłości do kuchni roślinnej oraz szacunku dla darów Ziemi.

– Co skłoniło Panią do zmiany nawyków żywieniowych?

– 10 lat temu zostałam wegetarianką. W mediach społecznościowych publikowano wtedy filmy, w których pokazywano, jakim kosztem pozyskiwana jest żywność. Pochodzę z rodziny zajmującej się przemysłowym chowem kur, więc mam świadomość tego, jak to wygląda od kuchni. Wzrastanie w takich okolicznościach w dużym stopniu znieczuliło mnie na to wszystko. Do czasu. Dziś, jako dorosła osoba wiem, że to nie powinno się tak odbywać. Pamiętam moment, który był dla mnie przełomowy. Byłam jeszcze studentką. Kupiłam kanapkę z kurczakiem, ale nie mogłam jej zjeść. Czułam zapach padliny. Z dnia na dzień zrezygnowałam z mięsa. Dwa lata temu ze swojej diety całkowicie wyeliminowałam nabiał i produkty pochodzenia zwierzęcego. Jest mi z tym świetnie.

– Rodzinie trudno było zaakceptować Pani wybór?

– Byli zdziwieni, ale absolutnie nie widzieli w tym problemu. Zaakceptowali moją decyzję. Oczywiście zastanawiali się, co będę jeść, pewnie przysłowiowe trawę i kamienie. My – weganie śmiejemy się z tego, bo to absolutnie nie jest prawda. Dieta wegańska nas nie ogranicza. Mnogość smaków, kolorów, faktur i struktur pożywienia, jest czymś niesamowitym. To nowy wszechświat kulinarny, pozbawiony cierpienia. Bez wyzysku i odczuwania, że ktokolwiek musiał zapłacić za to, że jem dziś posiłek.

– Wciąż pokutuje przeświadczenie o tym, że kuchnia roślinna jest nudna, bo opiera się na owocach i warzywach.

– Jest wręcz przeciwnie. Przede wszystkim, żeby mięso stało się potrawą, trzeba nadać mu smak. A czym je doprawiamy? Roślinami w postaci ziół i przypraw. Samo mięso jest jałowe Mało kto pokusi się o zjedzenie surowego kawałka. Myślę, że już to dyskwalifikuje stwierdzenie, że dieta wegańska jest monotonna. Bez kuchni roślinnej nie istniałaby mięsna.

– Gdzie szuka Pani inspiracji?

– Jestem samoukiem. Lubię zaglądać do Internetu, gdzie można znaleźć wiele wegańskich przepisów. Mama podarowała mi też książkę „Kuchnia polska”, chyba z lat 60., która obfituje w przepisy jarskie i mięsne. To ona jest dla mnie głównym źródłem inspiracji i wiedzy. Kiedy nie wiedziałam w jaki sposób coś przygotować, zaglądałam właśnie do niej. Jest napisana w starym stylu, przez co nie obyło się bez pomyłek, czasami śmiesznych, innym razem mało smacznych. Sporo mnie nauczyła.

– To również podróż przez historię polskiej kuchni.

– Okazuje się, że to, co dziś znamy jako naszą kuchnię, jest zaledwie ułamkiem tego, czym była 50, 60 lat temu. W tamtym czasie ludzie wykorzystywali wszystko, co było jadalne. Na przykład, rośliny, które dziś kosimy i uważamy za chwasty. Kiedyś były źródłem witaminy C. Nie marnowała się nawet nać marchwi. Ideą polskiej kuchni był szacunek do jedzenia. Dziś tego brakuje. Zatraciliśmy się w dobrobycie i półkach uginających się od towarów. Warto też wspomnieć, że w przeszłości mięso jadano od święta, przy ważnych okazjach. Na co dzień utrzymywano dietę jarską.

– Czy ma Pani produkt, który najchętniej gotuje?

– Dieta roślinna jest bardzo różnorodna. Nie potrafię więc wskazać jednego produktu. Wykorzystuję to, co obrodziło w danej chwili. Gdy jest sezon na jabłka, robię kompoty, przeciery, jabłeczniki i szarlotki. Z kolei, kiedy jest czas na dynie, przygotowuję musy i ciastka.

– Ostatnie lata sprawiły, że coraz trudniej jest o pełnowartościowe produkty roślinne.

– Niestety wpłynęło na to uprzemysłownie rolnictwa. Mieszkam na wsi i obserwuję, że na kilkuhektarowych polach uprawiane są jednakowe rośliny. Najczęściej są to pszenica, rzepak, żyto, burak cukrowy. Czasami uprawia się też rośliny pod kątem zwierząt, na przykład koniczynę na kiszonkę. Mimo wszystko, to wciąż wartości przemysłowe. Małe gospodarstwa, w których rolnik hoduje krowę i ma pół hektara ziemi prawie nie istnieją. Dziś każdy jej kawałek wykorzystywany jest pod ogromne uprawy, co wpływa na bioróżnorodność, szerzenie się chorób, pasożytów i szkodników. Nie mają naturalnych wrogów, dlatego konieczne są opryski. Jeśli nie dostrzeżemy tego problemu, nie zaczniemy działać, będziemy skazani na produkty spożywcze niskiej jakości. Ja, na przykład, wolę zapłacić więcej, ale kupić produkt od osoby mającej ekologiczną uprawę.

– To również powód, dla którego zdecydowali się Państwo na własny ogródek?

– Mamy działkę we wsi Zygmuntów, w powiecie świdnickim. Chcemy, żeby karmiła nas i naszych klientów. Żeby rosły na niej wysokiej jakości warzywa i owoce.

– Jak to się stało, że pasję do gotowania przenieśli Państwo na grunt biznesowy?

– To zasługa naszych bliskich i przyjaciół, którzy mieli okazję spróbować naszych potraw. Często chwalili ich smak, prosili o dokładkę albo przepis. To trochę podbudowało w nas pewność siebie. Mąż stwierdził wreszcie, że moglibyśmy zaoferować naszą kuchnię szerszemu gronu. Zrobić z niej coś, co służyłoby innym. Tak powstała Vege Mama – jako odpowiedź na smaki, które są w nas tak silne, że zrezygnowanie z nich wydaje się niemożliwe.

– Kim jest Vege Mama?

– To Ziemia, która nas karmi i daje wszystko, co jest potrzebne do życia. Dzięki niej trwamy i rozwijamy się. Stworzyliśmy Vege Mamę po to, żeby pokazać, że dieta wegańska jest fajna i smaczna. Przede wszystkim jednak z szacunku do planety. Nie ma z nami łatwo, a mimo wszystko, zapewnia nam przetrwanie i dobre życie. Chcemy kultywować ideę samowystarczalności oraz pokazać, że można żyć lepiej. Nie trzeba krzywdzić, wyzyskiwać i działać tylko dla korzyści. Liczy się także idea.

– Proponowane przez Was dania, to tradycyjna kuchnia… po wegańsku.

– Kocham polską kuchnię, jednak nie chcę przyczyniać się do cierpienia, wyzysku i przemocy wobec zwierząt, a także degradacji środowiska. Vege Mama łączy w sobie nową jakość. Staramy się część znanych i lubianych dań przygotowywać w wersji roślinnej. Tak stało się, na przykład z rosołem, gulaszami i kotletami a’la schabowe. Miesiącami dopracowywaliśmy przepisy, żeby uzyskać smaki przywołujące wspomnienia z dzieciństwa. Chcemy pokazać, że można jeść smacznie jak u mamy, ale nie używając produktów pochodzenia zwierzęcego.

– Jak na te potrawy reagują osoby jedzące na co dzień mięso?

– Udało nam się zaskoczyć paru zatwardziałych mięsożerców. Mówili, że gdyby nie wiedzieli z czego zrobione jest ich danie, nigdy nie pomyśleliby, że nie ma w nim mięsa. Nie czuli różnicy w smaku i fakturze jedzenia.

– Vege Mama to restauracja na kółkach.

– W sezonie letnim często jesteśmy w drodze. Zależało nam więc na znalezieniu stałego miejsca na pozostałe miesiące. Dzięki ludzkiej życzliwości znaleźliśmy je na skwerku koło Galerii Labirynt, przy ul. Ks. J. Popiełuszki 5 w Lublinie. Będziemy tam wiosną, jesienią i zimą.

– Czego można u Was spróbować?

– Za serwowane dania odpowiada mój mąż – Mateusz. To on jest głównodowodzącym w Vege Mamie. Ja, ze względu na macierzyństwo, nie mam wiele czasu i raczej pomagam obsługując Facebooka czy podpowiadając, co wprowadzić do menu. Nasza karta jest ruchoma i oparta na tym, jakie produkty są dostępne w danym sezonie. Dzięki temu, każdego dnia klienci mogą spróbować czegoś nowego. Mamy też potrawę, która jest dostępna zawsze. To bigos, nasze dobro narodowe. Nie ma w nim mięsa, a mimo to jest bardzo smaczny i każdy go chwali. Są też pieczone przeze mnie ciasta i chlebki oraz zupy, które można zabrać ze sobą w słoiku.

– Przełamujecie stereotyp o foodtrackach z niezdrową żywnością.

– Foodtracki zyskały złą sławę ze względu na to, że wiele z nich oferuje fastfood. Tworząc Vege Mamę widzieliśmy, że nie będzie łatwo. Idea podawania zdrowego, domowego jedzenia z foodtracka wciąż jest nowa, chociaż coraz więcej osób się na nią otwiera. Spotkałam się już z knajpami na kółkach, gdzie serwuje się tradycyjną kuchnię azjatycką bardzo dobrej jakości. Mam nadzieję, że ta zmiana będzie postępować.

– Jakie macie plany na przyszłość?

– Nie wiemy, co przyniesie obecna sytuacja i jak długo będziemy mogli pracować w normalnym trybie. Postanowiliśmy więc, że uruchomimy sprzedaż internetową potraw, które można, na przykład zawekować. Mamy nadzieję, że wkrótce uda nam się z tym ruszyć.

Agata Flisiak

Vege Mama jest otwarta od poniedziałku do soboty, w godzinach 12.00-19.00, na skwerku koło Galerii Labirynt, przy ul. Ks. J. Popiełuszki 5 w Lublinie. W razie niepogody warto przed wizytą zadzwonić pod nr tel. 536 186 640.

Last modified: 25 października 2020