Świdnik, jaki niewielu pamięta

Autor: |

Grzegorz Cel urodził się w lutym 1954 roku, więc wieści o historycznym dokumencie z listopada, nadającym miejscowości Adampol prawa miejskie i przy okazji zmieniającym jej nazwę na Świdnik, nie ma prawa pamiętać.

Może to i lepiej, bo czasy były niełatwe, a nazwisko ministra Hilarego Minca, który podpisał rozporządzenie, niezbyt dobrze wpisało się w historię Polski. Ale niezależnie od okoliczności świat czasów dzieciństwa i młodości jest najpiękniejszy.

– Podobno świdnickie dzieci rodziły się w tym czasie w Mełgwi. Tak przynajmniej zapisywano im w papierach.

– Do porodówki nie zdążyłem. Urodziłem się w mieszkaniu rodziców. Tak szybko chciałem zobaczyć Świdnik. Porodówka była na I piętrze w budynku na rogu, za sklepem numer 10. Nasz adres brzmiał: Adampol, ZOR, bl. 1, m 12. Była to późniejsza ul. Świerczewskiego, a jeszcze później, Okulickiego. W tamtych czasach ulice nie były nazwane, za to błoto było takie, że gumowce w nim zostawały. Siostra, żeby dostać się do sklepu nr 10, dużo później znanego jako komercyjny, położonego 300 metrów od miejsca, gdzie mieszkaliśmy, czepiała się wagonika kolejki budowlanej, jeżdżącej za naszym blokiem po wąskich torach.

– Gdyby przyłożyć cywilizacyjną miarę… Świdnik w pierwszych lat był bardziej miastem czy wsią?

– Za każdym blokiem stały drewniane słupy, pomiędzy nimi wisiały sznury do suszenia prania. Afera była z tego nie raz, bo dopóki stały, kobiety nie pozwalały grać w piłkę i palanta. Przed blokiem było miejsce na łuki, proce, szpady, dzidy lub samopały. Zależnie od tego, jaki serialowy bohater królował akurat w telewizji.

– Można powiedzieć, że dzieciaki były w tych czasach nieźle uzbrojone.

– Każdy szanujący się chłopak miał w domu butelkę prochu strzelniczego. Chodziliśmy do lasu, na „wykolejony pociąg”, po naboje karabinowe, które rozcinaliśmy. Służyły jako końcówki strzał do łuków. Po większą amunicję chodziliśmy za zakład, na Wilcze Doły. Ta nadawała się na koniec dzidy. Mieliśmy też puszki po konserwach na sznurku, w środku palący się mech. Opisał to dobrze Kosiński w „Malowanym ptaku”. Potrzebne były do rozpalania ognisk, gdzie piekliśmy ziemniaki. Przy Sławińskiego, po prawej stronie, nie było bloków, tylko duże pole ziemniaków. Tam je piekliśmy lub za budką dróżnika przy Franciszkowie. Dalej była betoniarnia, jakieś nieużytki i pola ziemniaków. W sadzie pana Puszki można było zdobyć jabłka, a orzechy laskowe w lesie.

– Czy oprócz amunicji i materiałów wybuchowych kolekcjonowaliście jakieś inne atrakcyjne rzeczy?

– Za WSK była „Korea”, czyli składowisko odpadów z zakładu i nasze skarby: śruby, nakrętki, elementy automatyki, miedziane druty i tym podobne drogocenności. Bloki nie były otynkowane, więc graliśmy w szajby i cymbergaja, odbijając szajby od cegieł aby trafić w bank – kwadrat wyrysowany na ziemi z naszymi skarbami do wygrania.

– A jakieś wspomnienia pozatechniczne?

– Pod Klubem Techniki, teraz emerytów WSK, była wytwórnia lemoniady. Smak pamiętam do dzisiaj. Była robiona na naturalnych sokach. Rozwożono ją po mieście ręczną drewnianą platformą taką, jaką miał Tewie ze „Skrzypka na dachu”, do rozwożenia mleka. Była tam ręczna winda obok bloku, do wyciągania drewnianych skrzynek z lemoniadą. Oczywiście my jeździliśmy razem ze skrzynkami. Parę metrów dalej, pod restauracją Lotnicza też były wielce intrygujące urządzenia. Jakieś koła, łańcuchy do transportu drewnianych beczek z piwem.

– Świdnik leżał przy linii kolejowej o wiele bardziej niż obecnie.

– Jeździły wtedy lokomotywy parowe na węgiel. Gdy pociąg był długi, maszynista musiał podrzucić węgla i snopy iskier latały nad lokomotywą. Jeśli dodać do tego ciepłownie miejskie, tutaj, gdzie mieści się telewizja kablowa i PEC, plus kotłownię żłobka za naszym blokiem i kuchnie węglowe w domach … okna i firanki były czarne od pyłu.

– Pamiętam czasy, kiedy gaz zaczął wypierać węgiel z miasta.

– To były lata 1972-73. Żeby bloki przyłączyć do sieci gazowej, trzeba było robić wykopy. To jeden z nich. Plac pomiędzy ulicami Buczka i Sławińskiego, 1 Maja. Wcześniej był to plac przecięty po przekątnej chodnikiem, ograniczonym z obu stron gęstym żywopłotem. Żywopłot był po to, żeby ludzie nie niszczyli trawników. Gazyfikacja całkowicie zmieniła życie mieszkańców Świdnika. Na przykład, żeby rano wypić szklankę herbaty … o kawie zapomnij, nie było jej w sklepach… musiałeś zejść do piwnicy po wiaderko węgla i narąbać drewna na rozpałkę, jeśli oczywiście dowieźli węgiel na skład i miałeś kwit wydany przez Miejską Radę Narodową, upoważniający do jego zakupu. Szło się na skład, dawało kwit i umawiało wozaka z furmanką, który przywoził węgiel pod blok i zrzucał na ulicy pod klatką lub okienkiem piwnicznym. Następnie musiałeś tonę lub pół tony węgla znieść wiaderkami do piwnicy lub zrzucić przez okienko. Pierwszymi kuchniami węglowymi w Świdniku były tak zwane jaworowe, od miejsca produkcji w Jaworze. Podobne były do Grażynek, na których gotuje w telewizji Karol Okrasa, tylko większe. W łazience stała tak zwana kolumienka, czyli pionowy zbiornik na wodę z paleniskiem na węgiel. Żeby się wykąpać, trzeba było najpierw tam napalić. Z czasem zlikwidowano w Świdniku metalowe kuchnie i postawiono kaflowe. Ludzie zakładali w nich tak zwane wężownice. Naokoło paleniska była metalowa rura, w której ogrzewała się woda, magazynowana potem w wiszącym poziomo w łazience bojlerze. Można ją było wykorzystać w łazience i kuchni. Cała stara dzielnica była tak wyposażona. Ta fotografia obrazuje, według mnie, jedną z największych przemian, dokonanych w Świdniku. Po gazyfikacji nasze życie, łazienki, kuchnie, mieszkania, powietrze, wszystko zaczęło zupełnie inaczej wyglądać.

– W jakim klimacie toczyło się życie „starożytnych” świdniczan?

– Okienka do piwnicy, miały w murze specjalnie wyprofilowany betonem spad. Po węgiel cała ulica Świerczewskiego chodziła nocami, na hałdy przywiezionego dla ciepłowni miejskich. Były one na miejscu dzisiejszego parkingu za halą targową. Na zewnętrznej ścianie każdego bloku był kran z wodą do podlewania trawników i zmywania śladów węgla z ulicy. Sprzęt do prania składał się z dużego, ocynkowanego kotła do gotowania prania, balii i ręcznej pralki czyli tarki. Muzyka marszowa i ludowa wesoło przygrywała z,,kukuruźników”, czyli obudowanych drewnem głośników w domach. Audycje, muzyka i komunikaty były nadawane z radiowęzła w budynku poczty. To nie było radio, tylko instalacja doprowadzona dwoma drutami do każdego mieszkania. Taka,,kablówka”. Było to zrobione dla ostrzegania mieszkańców w domach przed ewentualnymi, różnego rodzaju zagrożeniami: bombardowaniem, atakiem gazowym i tym podobnymi. Ale na 1 Maja były przemówienia i pogadanki dostarczane tym sposobem bezpośrednio do domów. Na miejscu Urzędu Miasta był zagajnik, którego resztki się zachowały. Na polanę od strony miasta często przyjeżdżały i kwaterowały tabory Cyganów. Mieli drewniane domy, kolorowe budy na kołach. Rozkładali się tam, palili ogniska, śpiewali, tańczyli, sprzedawali w mieście patelnie. Kobiety wróżyły mieszkańcom na skwerach, ławkach i ulicach.

– Dzieciaki chyba nie bardzo pasjonowały się radiowęzłowymi pogadankami.

– Zimą budowaliśmy fortece ze śniegu przed blokiem. Lód po nich trzymał się do końca maja. Lodowiska wylewał woźny na boisku każdej szkoły, lód był też na kortach tenisowych. Pierwsza górka saneczkowa powstała w parku, na miejscu hali sportowej. Po jej wybudowaniu górkę przeniesiono na prawą stronę żużlówki, prowadzącej do WSK, przy dzisiejszej ulicy Fabrycznej. Na obecnym placu Konstytucji 3 Maja rosły drzewa i chwasty. Świdnik kończył się razem z dzisiejszą ulicą 3 Maja. Więc jak się rozpędziliśmy w zimie w dół, dojeżdżaliśmy na butach w okolice obecnej Biedronki. Daleko, wśród pól ze zbożem, widać było komin piekarni. Lato w Świdniku to basen, na który wchodziliśmy oczywiście przez siatkę. Wiosna, lato, po południu i wieczorem upływały w ryku samolotów trenujących akrobacje nad Świdnikiem. Na skraju parku, w dołach, tu gdzie dzisiaj jest przejście pod wiaduktem, słychać było rajdowców. W parku panowały donośne okrzyki kierownika Moniaka, który trenował na basenie piłkarzy wodnych i pływaków. W hali ciągle ćwiczyły jakieś sekcje sportowe. Ogrodzone boisko do siatkówki w parku było stale zajęte, podobnie jak korty tenisowe. Sport obecny był w Świdniku na każdym kroku. Ja trenowałem pływanie.

– W Świdniku zawsze działo się wiele. Gdybyśmy sięgnęli do mniej zamierzchłej historii…

– Ale jednak historii. Ważnym wydarzeniem była budowa ul. Wyszyńskiego. Wcześniej, by dostać się w okolice okrągłego kościoła, trzeba było objechać pół Świdnika. Następnym bardzo ważnym wydarzeniem dla miasta, było wymuszenie przez naczelnika Szymona Arasimowicza na projektantach z Warszawy budowy dwukierunkowej ul. Racławickiej. Wywalczył to w stolicy, chociaż stukali się w czoło i pytali, czy chce mieć w jakimś zaściankowym Świdniku warszawska ulicę. Wyobraźcie sobie dzisiaj Racławicką jednopasmową, z zabudową po obu stronach. O naszym mieście napisano już kilka książek. Są mniej lub bardziej wzniosłe. Ciekawe czy udałoby się napisać taką z punktu widzenia podwórkowego dzieciaka. Byłaby z pewnością najbardziej autentyczna.

Jan Mazur

Last modified: 21 grudnia 2020