Świąteczny czas

Autor: |

Boże Narodzenie to wyjątkowy czas, pełen duchowych przeżyć, pięknych zwyczajów oraz magicznego nastroju. Święta sprzed lat oraz tradycje rodzinnego domu przybliżyła nam świdniczanka Wiesława Drozd, która przyjechała do Świdnika w 1957 roku, ze wsi Barki.

Pracowała w WSK, później w biurze podróży Orbis oraz jako kasjerka walutowa w banku. Dziś ma 82 lata, jest babcią i prababcią, chodzi z kijkami nordic walking, słucha muzyki oraz przygotowuje różnego rodzaju przetwory, obdarowując nimi bliskich. Chociaż los nie szczędził jej trudnych chwil, jak sama mówi, trzeba żyć aktywnie i nie poddawać się złym myślom.

… w Barkach

– Pochodzę ze wsi Barki koło Cycowa, która kiedyś należała do województwa chełmskiego – opowiada pani Wiesława. – Miałam trzy młodsze siostry i dwóch braci. Boże Narodzenie było dla nas niesamowitym czasem. Czekaliśmy na nie z wielką niecierpliwością. Wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj, kiedy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a sklepy na świąteczne zakupy zapraszają już w listopadzie. Zimy były mroźne, z mnóstwem śniegu. Dzieci budowały igloo, rzucały się śnieżkami, szalały w zaspach. Często trzeba było wykopać tunel w śniegu, by dostać się z domu do obory i nakarmić zwierzęta. Chaty gacono słomą, zostawiając tylko małe okienko, aby można było wyjrzeć na podwórze.

Mama zaczynała od porządków w domu, zamiatania, wycierania. Trochę jej pomagaliśmy, ale głównym naszym zadaniem było robienie ozdób na choinkę. Do bombek wykorzystywaliśmy makówki, które oklejaliśmy bibułą. Główki aniołków były kupione, a sukieneczki robiliśmy sami. Łańcuchy przygotowywaliśmy ze słomy, do której doczepialiśmy kokardki z bibuły. W naszej wsi był też zwyczaj robienia „pająków”, czyli takich niby żyrandoli, najczęściej ze słomy i bibuły. Stanowiły piękną dekoracją pomieszczenia. Choinka była oczywiście żywa, a zamiast lampek mocowało się świeczki w specjalnych lichtarzykach. Któregoś razu jedna się przewróciła i drzewko się spaliło. Najmłodsze rodzeństwo bardzo wtedy płakało.

Przed Wigilią do domu przynosiło się słomę. Jako dzieci mieliśmy ogromną frajdę, bo urządzaliśmy sobie na niej zabawy. Do tego stopnia, że zaraz po świętach trzeba było sprzątać od nowa, wszędzie było pełno porozrzucanych resztek tej słomy.

Mama starała się przestrzegać zwyczaju, by na wigilijnym stole pojawiło się 12 potraw. Szykowała kilka rodzajów śledzi, gołąbki z kaszą i grzybami, kapustę z grzybami, kluski z makiem. Smażyła pączki lub racuchy, robiła kompot z suszu, którego nigdy nie lubiłam. Mieliśmy też ryby z wiejskiego stawu. Nie pamiętam jakie, na pewno nie karpie, bo tam ich nie hodowano. Jeśli jednak chodzi o karpia, najlepszy jest pieczony, obłożony migdałami, które imitują łuski. Do stołu zasiadaliśmy, kiedy na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka. Wypatrywaliśmy jej z niecierpliwością, stojąc przed drzwiami domu. Było dzielenie się opłatkiem, śpiewanie kolęd.

O żadnych prezentach pod choinkę wtedy nikt nie słyszał. Nie było takiego zwyczaju.  Nie pochodziłam wprawdzie z biednej rodziny, ale pieniądze zawsze były potrzebne na coś innego, więc  zabawki robiono domowymi sposobami.  Tata ciosał kawałek drewna, by przypominał korpus z głową, do tego przyczepiało się ręce i nogi ze szmatek i lalka gotowa. Grzechotki robione były z pudełka po paście i ziaren fasoli. Trzeba jednak powiedzieć, że rodzice starali się, abyśmy na święta mieli nowe ubranka.

Jeśli ktoś nie miał dużej rodziny we wsi, spędzał Wigilię z sąsiadami. Chodziło się również od domu do domu, by złożyć świąteczne życzenia. Pamiętam takie żartobliwe rozmowy: – Sąsiedzie, jak będziecie wybierali się do nas w odwiedziny, to furtkę otwierajcie nogą. – A niby dlaczego? – pytano. – Bo przecież z pustymi rękami nie będziecie szli – odpowiadał gospodarz. Wtedy były zupełnie inne czasy. Ludzie byli bardzo zżyci ze sobą, szanowali się i wieś stanowiła wspólnotę. Nie tylko od święta zresztą. Pamiętam, jak jeden z gospodarzy zachorował podczas żniw. Zebrali się wszyscy, skosili mu zboże, zwieźli do stodoły. Moja mama podbierała zboże, a ja przewrósła robiłam, żeby mogła związać snopek.

W Boże Narodzenie na stole pojawiały się swojskie wyroby. Hodowaliśmy świnie, więc mieliśmy boczek, szynkę, kiełbasę. Wszystko było zdrowe, bez żadnych chemicznych ulepszaczy. Smakowało wyśmienicie.

Po Bożym Narodzeniu chodziliśmy po wsi z herodami. Była gwiazda ze świeczką, anioł, diabeł, dziad, śmierć. Śpiewaliśmy kolędy. Ludzie obdarowywali nas tym, co mieli: jabłkami, cukierkami, ciastem. Starsi chłopcy to i wódkę czasem dostawali. Na Trzech Króli natomiast, za każdym łóżkiem w domu stawiało się chochoły ze słomy. To była taka wiejska tradycja. Teraz wieś jest zupełnie inna, zatraciła swój charakter i koloryt, ale to już opowieść na inną okazję.

… w Grecji

– Dwa razy święta spędzałam na greckiej wyspie Kos, w mieście o tej samej nazwie. Jako ciekawostkę powiem, że urodził się tam  Hipokrates, który otworzył na wyspie klinikę medyczną. Spacerowałam jeszcze po jej ruinach. Teraz są już ogrodzone, można je wprawdzie zwiedzać, ale nie wszędzie pozwalają wejść – mówi świdniczanka. – Wracając zaś do świąt… Kiedy jechałam pierwszy raz, wiozłam z Polski karpie, śledzie i kiszoną kapustę, bo nikt o tym w Grecji nie słyszał. Za drugim razem było już lepiej. Rosjanie otworzyli sklepy, w których można było znaleźć polskie produkty, więc z przygotowaniem wigilijnych potraw nie było większego problemu.

Święta wyglądały inaczej niż u nas, przede wszystkim ze względu na inny klimat. W Boże Narodzenie siedzieliśmy na tarasie i grillowaliśmy. Były ryby, udka, skrzydełka i ośmiornice. Grecy nie ubierali wtedy choinek, bo były bardzo drogie. Ozdabiali za to balkony, dekorując je dużymi figurami św. Mikołaja czy lampkami.

U nas zamiast choinki pojawił się cyprysik. Siedziałam któregoś dnia w restauracji i przyglądałam się temu drzewku, aż ktoś z obsługi zapytał, dlaczego tak się w nie wpatruję. Powiedziałam, że bardzo by mi pasował jako świąteczna choinka. Kazał mi przyjść na drugi dzień. Poszłam i dostałam cyprysika. Udekorowałam go bombkami.

Sylwestra spędzaliśmy w gronie znajomych, zaprosiliśmy też sąsiadów Greków. Przynieśli ciasto drożdżowe, w którym ukryty był pieniążek. Komu trafił się kawałek z monetą, miał mieć szczęście w nadchodzącym roku. W Nowy Rok natomiast chętni wskakiwali do morza, by wyłowić wrzucony tam złoty łańcuch z dużym krzyżem.

… w Świdniku

– Przyjechałam tu w 1957 roku, po skończeniu technikum w Chełmie – wspomina pani Wiesława. – Zatrzymałam się u stryjecznego brata, którego wychowali moi rodzice, bo jego zmarli, gdy był dzieckim. Kiedy budował się Świdnik, pracował jako murarz. Mieszkał ze swoją rodziną w baraku we Franciszkowie. Mieli 2 pokoje. Boże Narodzenie spędzałam z nimi. Były to tradycyjne święta, z choinką, wigilijną wieczerzą, na której nie mogło zabraknąć śledzi w oleju i occie, klusek z makiem czy ryby po grecku. Pamiętam, że ryby kupowało się w kiosku, który stał tu gdzie teraz jest fontanna. Sprzedawcą był pan Fredek i jak ktoś znajomy przychodził, mówił: „kupujcie dorsze, bo g… gorsze”.

Po zamążpójściu, jeszcze chyba 5 lat mieszkałam z rodziną we Franciszkowie. Dzieci chodziły do pobliskiego przedszkola. Potem dostaliśmy mieszkanie przy ul. Niepodległości 15, a ostatecznie przenieśliśmy się do obecnego bloku. Święta urządzałam tradycyjne, z obowiązkową choinką – raz nam się spaliła, a razem z nią firanki, bo wtedy mieliśmy jeszcze świeczki zamiast lampek elektrycznych. Na wigilijny stół stawiałam, między innymi, śledzie, rybę po grecku, kapustę z grzybami. Smażyłam racuchy.

W tym roku Wigilię spędzę u córki. Nie przygotowuję niczego, jadę w gości. No, może makowiec w kratkę upiekę, bo zięć bardzo lubi. Robię taki specjalny, na kruchym cieście. Kupuję mak w puszce, oprócz niego jeszcze taki w torebce zmielony z orzechami. Mieszam i zalewam mlekiem, dodaję trochę miodu, rodzynki i zapachy – arakowy i rumowy, białka z jajek i proszek do pieczenia. Spód blachy wykładam ciastem, potem kładę na to masę makową, a na nią układam kratkę z pozostałego ciasta. Po upieczeniu polewam lukrem, na koniec posypuję wiórkami kokosowymi.

Dla najmłodszych prawnuków mam już przygotowane prezenty, nie zdradzę jednak jakie, bo nie będzie niespodzianki.

Na kolejne dni jeszcze nie mam sprecyzowanego planu. Na pewno zajrzy do mnie wnuczka z mężem. Naszykuję rybę po grecku, śledzie, upiekę mięso. Najczęściej robię śledzie pod pierzynką – na listek sałaty kładzie się dzwonek śledzia, majonez, a potem na drobnej tarce ściera żółty ser, albo śledzie z żurawiną – trzeba podsmażyć cebulę pokrojoną w większe piórka, jak jest już miękka dodać koncentrat pomidorowy, żurawinę, trochę oleju, doprawić pieprzem. Śledzie nie mogą być mocno wymoczone.

Tak naprawdę w święta najważniejsze jest, by nikt nie był samotny. Byśmy szanowali się bez względu na poglądy i wyznawaną wiarę.

Agnieszka Wójcik-Skiba

Last modified: 22 grudnia 2020