Przybędą w poniedziałek

Autor: |

Marek Matys, który miał konie, rzucił hasło: jedziemy na miasto. Był rok 2002. Przejechali przez Świdnik, 6 grudnia, przebrani za świętych Mikołajów i na tym się skończyło.

Do czasu, kiedy wysłali dzieci do przedszkoli. Wtedy pomysł odżył. Wiele lat po dzieciach przyszły wnuki, więc nie wypadało porzucić tradycji. Również w poniedziałek świdniccy konni mikołaje ucieszą oczy małych i dorosłych świdniczan.

– Na zaproszenie Beaty Kowalczyk prowadzącej grupę Montessori odwiedziliśmy Przedszkole nr 4, do którego chodziła Nikola, córka Łukasza Woźniaka. Mój Jasiek chodził do „Szóstki” i były to pierwsze przedszkola, które odwiedziliśmy w 2006 roku – wspomina Mariusz Żuk.

Procedura jest taka, że Mikołajowie, w grupie trzech lub czterech, podjeżdżają do przedszkola, gdzie czekają już przygotowane przez panie paczki. Każdy odwiedza inną grupę. Powstaje obowiązkowe zdjęcie z Mikołajem, przedszkolaki wykonują część artystyczną z udziałem świętego, jako gwaranta szałowej zabawy. Potem orszak podąża dalej.

W żłobku najczęściej była panika, bo najmłodsze dzieci boją się jeszcze mikołaja, ale jakoś dawali radę. Jeździli do tych przedszkoli i szkół, które ich zapraszały. Mieli kiedyś taką przygodę, że godzina 10.00 czy 11.00, wchodzą do budynku i słyszą głos pani: o Jezu, znowu mikołaje.
Okazało się, że byli tego dnia trzecią ekipą. Kiedy ich dzieci poszły do szkół, zaczęli odwiedzać szkoły. Ale tylko do drugiej klasy, bo starsze dzieci to już cwaniaki – zaglądają czy broda się nie odkleja. No i tak dorastali ze swoimi dziećmi, potem przyszły wnuki i znowu było z kim rosnąć.

Oprócz Mariusza Żuka i Jerzego Krzyżowskiego, trzon mikołajowej ekipy tworzą obecnie Łukasz Woźniak i Maciej Ziemiański, któremu rok temu urodził się syn, więc i on ma z kim dorastać. Wcześniej w orszakach uczestniczyli jeszcze Ireneusz Niedziałek, Mariusz Wosiek i Konrad Kurzyp. Jak widać mikołaj niejedno miał imię.

– Pojawienie się mikołajów sprawiała radość nie tylko dzieciom, ale wszystkim mieszkańcom Świdnika. Ludzie machali z samochodów, zatrzymywali się, robili zdjęcia. Właściwie ta atmosfera została chyba do dzisiaj – mówi Jerzy Krzyżowski.

– Zawsze staraliśmy się dawać cukierki. Tradycyjnie dostajemy pudełko krówek z Urzędu Miasta, ale raz cukierków zabrakło. Jurek poszedł do sklepu Społem. Niestety strój św. Mikołaja ma wadę w postaci braku kieszeni. Jak nie ma kieszeni, nie ma w niej portfela no i, siłą rzeczy, pieniędzy. Pani w sklepie, nie pytając o nic zważyła i zapakowała cukierki. Oczywiście na drugi dzień uregulowaliśmy rachunek, ale wzruszający gest pamiętamy do dzisiaj. To był chyba jedyny skandal, jaki wydarzył się z naszym udziałem – wspomina Mariusz Żuk.

Mikołaje zaglądają również do firm znanych z udzielania wsparcia na cele społeczne.

– Pamiętam mój wjazd do WSK. Dyrektorzy Majewski i Miroński byli moimi znajomymi z piłkarskiego boiska. Wraz ze świętej pamięci Jankiem Mirońskim postanowiliśmy zrobić niespodziankę naczelnemu. Dostałem pozwolenie na wjazd konno na teren zakładu, wszedłem do biurowca i gabinetu dyrektora, w którym akurat odbywała się narada. Trzeba było zobaczyć jego minę, kiedy zobaczył wchodzącego mikołaja. Był taki zwyczaj, że prezesi firm, które odwiedzaliśmy dostawali ode mnie symboliczny grosik, żeby w ciągu całego roku nie zabrakło im pieniędzy na wspomaganie środowiska. Działa to do tej pory – opowiada Jerzy Krzyżowski.

Widok mikołajów na ulicy zawsze powoduje żywsze bycie serc dzieci i dorosłych. A jaką satysfakcję mają z tego sami mikołaje?

– Fajne jest to, że ubrani po mikołajowemu wchodzimy z zimnego dworu na 30-40 minut do budynku, w którym panuje temperatura 30 stopni. Następnie znowu wychodzimy na zimno i wchodzimy do kolejnego przedszkola. Jest super – śmieje się M. Żuk.

– Tak naprawdę przyjemność daje sprawianie radości innym. Szkoda tylko, że od prawie dwudziestu lat, ani razu nie doczekaliśmy się prawdziwego śniegu i możliwości przejażdżki po mieście saniami – dodaje J. Krzyżowski.

jmr

Last modified: 6 grudnia 2020