Pora przekazać batutę

Autor: |

Rozmowa z Henrykiem Maruszakiem, dyrygentem Helicopters Brass Orchestra.

W tym roku odbyła się 11. edycja Festiwalu Orkiestr Dętych, którego jest Pan współtwórcą. Jak ocenia Pan poziom artystyczny imprezy?

– Przede wszystkim, miała wyższy niż zwykle poziom artystyczny. Wystąpiły tylko cztery orkiestry, ale były to zespoły z „górnej półki”. Festiwal ma już swoją markę i nie stać nas na angażowanie amatorskich orkiestr. Co ciekawe, orkiestry ze Śremu i Dobrynina pokazały, że młodzież też potrafi dobrze grać. Jednak nad zespołem pracuje sztab ludzi: choreograf, dyrygent, rytmik, zawodowi nauczyciele muzyki. Każda sekcja instrumentalna ma swojego nauczyciela, zaś próby mają charakter indywidualny. Poza tym, zespoły te dysponują o wiele większymi środkami finansowymi niż świdnicka orkiestra.

• To znaczy, że świdnickiej orkiestrze grozi utrata formy?

– Obecnie orkiestra ma się dobrze i mogę nieskromnie przyznać, że podczas festiwalu pokazała się z jak najlepszej strony. Możemy raczej mówić o groźbie coraz krótszej perspektywy jej egzystencji. Gdy jeszcze pracowałem w ognisku muzycznym, miałem uczniów, którzy chętnie wstępowali w szeregi orkiestry. Teraz w zespole gra zaledwie trzech muzyków ze Świdnika. Reszta składu pochodzi z Lublina. Mimo to, że Lublin i Świdnik to prawie jedna aglomeracja, trudno uwierzyć, że lublinianie będą stanowić stały trzon świdnickiej orkiestry. Nasz zespół nie ma nawet swoich instrumentów. Muzycy grają na prywatnych. Wiem, że orkiestry kupują kompletne instrumentarium za pieniądze unijne. My nie możemy starać się o to, ze względu na zawiłości formalne. Nie wiem, od czego to zależy. W każdym razie powiedziano nam, że nawet gdy napiszemy projekt, to nic z tego nie wyjdzie. Szkoda, bo nasza orkiestra liczy sobie 62 lata. Wszyscy twierdzą, że jest potrzebna, ale niewiele się robi, żeby ją utrzymać.

• Spróbuje Pan to zmienić?

– Raczej nie. Noszę się z zamiarem odejścia. Kończę 80 lat i uważam, że powinienem ustąpić miejsca młodszym. Chciałbym, żeby moim następcą został Rafał Maruszak, mój bratanek. Jest akceptowany przez orkiestrę, a to jest bardzo ważne. Grał ze mną od dziecka. Pozostaje tylko pytanie czy podoła tak dużej ilości obowiązków. Prowadzi bowiem orkiestrę w Mełgwi i gra również w orkiestrze wojskowej.

• Nie czuje Pan żalu, żegnając się z orkiestrą i publicznością?

– W życiu każdego człowieka nieuchronnie przychodzi moment zamknięcia pewnych etapów. Zadecydowałem już, że nie zajmę się organizacją kolejnego festiwalu, zaś najbliższy koncert noworoczny będzie moim ostatnim publicznym występem. Chciałbym jednak uspokoić wszystkich. Kontaktu z orkiestrą nie zamierzam tracić. Będę służył radą i pomocą. Najważniejsze, aby nadal istniała. To przecież moje dziecko. Miłym ukoronowaniem mojej dyrygenckiej pracy jest zaproszenie, które dostałem od organizatorów 60-lecia międzynarodowego przeglądu orkiestr dętych w Rastede w Niemczech. Graliśmy tam w 1988 roku, wśród wielu znakomitych europejskich orkiestr, jako pierwsi uczestnicy zza „żelaznej kurtyny”. Chciałbym tam pojechać z zespołem. Nie wiem czy to się uda, bo nie znaleźliśmy jeszcze sponsorów na opłacenie kosztów dojazdu.

Last modified: 29 czerwca 2020