Pomogła Danielowi

Autor: |

Fot. Kamyk Się Turla
TAK! TAK! TAK! ZROBIŁAM TO! DLA SIEBIE I DLA DANIELA – napisała 13 sierpnia, na profilu Kamyk Się Turla, Kamila Żelazko, która pokonała własne słabości i przemierzyła prawie 600 km, by spełnić swoje wielkie marzenie oraz pomóc Danielowi Siegiedzie. Plan zrealizowała w 100 procentach, ale, jak zapowiada, na tym nie poprzestanie.

Spotkałam się z Kamilą pod koniec sierpnia, jednak emocje, które towarzyszyły jej w drodze, poczynając od 7 lipca, gdy wyruszyła z Wołosatego w Bieszczadach, aż do 13 sierpnia, kiedy zameldowała się w Ustroniu w Beskidzie Śląskim, jeszcze nie opadły i długo nie opadną. Podczas naszej rozmowy często pojawiały się łzy wzruszenia.

– Co czułaś, stawiając pierwszy krok na Głównym Szlaku Beskidzkim?

– Przede wszystkim nie zastanawiałam się czy uda mi się go skończyć, powtarzałam, że przejdę tyle, ile dam radę i nie zrobię niczego, co mogłoby zaszkodzić mojemu zdrowiu. Z tyłu głowy czaił się strach, że się nie uda, bo przecież zawsze może się zdarzyć coś, co uniemożliwi dalszą wędrówkę. Na samym początku, w Bieszczadach, spotykałam dużo ludzi, ale już od Smereka w kierunku Cisnej, panowała cisza. Szłam sama, popłakałam sobie z radości, że wędruję, że dobrze się czuję. Cisza była również w Beskidzie Niskim i mogłam oczyścić umysł, ustawić priorytety. Dobrze się stało, że zaczęłam marsz od strony wschodniej. Miałam czas, aby zatęsknić za cywilizacją. Chociaż tak naprawdę, kiedy wyszłam na jedną z głównych ulic Krynicy i usłyszałam hałas samochodów, gwar rozmów, zapragnęłam spokoju gór. Podczas wędrówki towarzyszyły mi słowa dziewczyny, która w komentarzu pod jednym z moich postów napisała: – Nic się nie martw. Oczyść głowę, otwórz umysł i po prostu idź. Krok za krokiem. Jestem jej za to szalenie wdzięczna.

– Były trudne momenty?

– Jedynie fizycznie. Czasami ból kolan, czasami po prostu zmęczenie. Jeśli chodzi o emocje, na początku bałam się, że przyjdzie kryzys, że naprawdę będę miała dosyć, bo warunki okażą się na tyle niesprzyjające, że nie dam rady. Nie było jednak ani jednego takiego dnia. Nigdy też wieczorem nie podejmowałam decyzji o tym, co zrobię następnego dnia. Rano wstawałam i dopiero wtedy wiedziałam, czy ruszam dalej, czy może zrobię przerwę, bo nie mam siły albo coś mi dolega. Jeśli były jakieś trudne podejścia albo zejścia, powtarzałam sobie, że kiedyś się skończą. Zakładałam czapkę z daszkiem, nie patrzyłam w górę czy w dół, po prostu szłam. Babia Góra nieźle się ze mną pobawiła. Byłam na niej kilka razy, ale wchodziłam od drugiej strony. Teraz wspinałam się od strony Przełęczy Krowiarek i w momencie, gdy wydawało mi się, że już zdobyłam szczyt, okazało się, że trzeba iść dalej. I tak cztery razy. Ale nie byłam zirytowana, śmiałam się. Śmiech towarzyszył mi zresztą przez całą drogę i gdyby ktoś mnie obserwował, mógłby pomyśleć, że chyba nie do końca wszystko ze mną w porządku. Potrafiłam się śmiać na przykład z bolących kolan, potem z nimi gadałam, klęłam na czym świat stoi. To blokowało ból i złe emocje. Motywacją dla mnie była również niesamowita rodzina: Iga i Jacek Młynarczykowie z synami: 9-letnim Szymonem z dziecięcym porażeniem mózgowym i 14-letnim Michałem ze spektrum Aspergera. Znałam ich z profilu Kurlandia, a osobiście spotkałam dzień po tym, jak skończyli GSB i odpoczywali w Bacówce pod Honem w Cisnej. Góry to ich drugi dom. Myśl o nich towarzyszyła mi w trudniejszych momentach, a podziw rósł z każdym przebytym kilometrem. Oni dali radę! – ja też dam!

– Na szczęście obyło się też bez większych wypadków.

– Niesamowicie sprawdziły mi się buty. Kupiłam je w kwietniu, miałam na nogach tylko raz, ale okazały się rewelacyjne. Pierwszego dnia podwinęła mi się skarpetka przy dużym palcu, a ponieważ w lewej nodze mam brak czucia zewnętrznego, odcisk zauważyłam dopiero, gdy zdjęłam buta. Potem nie miałam już ani jednego odparzenia, obtarcia. Nie wiem, jakim cudem. Miałam za to trzy upadki, i to na prostej drodze, ale bez żadnych kontuzji, tylko kilka siniaków. O wiele bardziej dał mi się we znaki autokarowy powrót z Ustronia do Dukli. Po kilkugodzinnej jeździe i bezruchu miałam mocno spuchnięte nogi.

– Wspominałaś w swoich relacjach, zawsze bardzo obrazowych i pełnych humoru, o aniołach, których spotykałaś na szlaku…

– Na pewno miałam Anioła od pogody, bo ani razu nie wyjęłam peleryny z plecaka, ani razu mnie nie zmoczyło. Jakoś tak „ktoś” mi podpowiadał, kiedy wyjść, by uniknąć lub przeczekać deszcz albo burzę. Drugim takim Aniołem była Wandzia. Poznałyśmy się na Rotundzie, szczycie w Beskidzie Niskim, zaczęłyśmy rozmawiać. Widziałam, że przejęła się moją wędrówką i sytuacją Daniela. Wandzia pracuje w Krynickim oddziale GOPR i ma ogromne serce, a do tego jest pasjonatką gór. Od tamtej chwili miałam swojego Anioła Stróża. Towarzyszyła mi wirtualnie do końca GSB. Szukała i rezerwowała mi noclegi, co w sezonie turystycznym nie jest takie proste. Dzięki jej staraniom wszędzie przyjmowano mnie z otwartymi ramionami, zdarzało się też, że właściciele nie chcieli pieniędzy, częstując mnie jeszcze obiadokolacją i śniadaniem, dorzucając w ten sposób cegiełkę do całej akcji. Wandzia poświęciła masę czasu, by wszystko zorganizować, a potem jeszcze przyjechała do Ustronia, by powitać mnie pod kropką. Obydwie się wtedy spłakałyśmy.

– Na mecie były łzy szczęścia i radości czy również lekkiego rozczarowania, że już się skończyła przygoda na szlaku?

– Przede wszystkim sama końcówka szlaku była niesamowita. Towarzyszył mi Artur, którego kilka dni wcześniej poznałam na Hali Krupowej. Wędrował ze swoją partnerką Martą. W schronisku byliśmy umówieni z Leszkiem Piekło (autor przewodnika po GSB- przy. redakcji) oraz kilkoma innymi GSBowiczami. Przy ognisku mogliśmy porozmawiać, wypytać Leszka o różne rzeczy. Artur i Marta szybciej skończyli szlak, nocowali na polu namiotowym w Ustroniu. Dzień przed moim zakończeniem akcji odezwali się do mnie i powiedzieli, że nie pozwolą, bym sama dotarła do kropki. Ponieważ do Marty przyjechali rodzice, Artur przyszedł po mnie pod zejście z Czantorii sam i stamtąd wędrowaliśmy już razem. Było to dla mnie coś niesamowitego, ponieważ ze względu na odległość nikt z moich bliskich nie mógł dojechać do Ustronia. Artur na wszelkie sposoby próbował odwrócić moją uwagę od tego, że za chwilę koniec przygody. Kiedy jednak zobaczyłam czerwoną kropkę, Martę, która czekała na mnie z lemoniadą, potem Wandzię, emocje były tak ogromne, że się rozpłakałam. To jeszcze długo nie odpuści. Zrobiłam coś, co chciałam zrobić od wielu lat. Muszę też przyznać, że pod tą kropką pomyślałam – Co dalej?! Przecież ja jutro już nigdzie nie pójdę! Zadzwoniłam do mamy i jej partnera, a on mówi: – Klepnij kropkę i zasuwaj z powrotem. I wierz mi, miałam ochotę to zrobić. W tamtej chwili nie byłoby to nic trudnego. Kiedy teraz piszę relacje, bo ze względu na brak zasięgu czy po prostu czasu, nie mogłam tego robić na bieżąco, wracam w góry i przeżywam wszystko jeszcze raz.

– A jak Twoja wyprawa wyglądała pod względem kilometrów?

– Nie było ich szczególnie dużo dziennie, ale przecież nie taki cel obrałam. Raz przeszłam 8 kilometrów, kiedy indziej 25. W sumie, doliczając dojścia na nocleg i zejścia do sklepów, GPS pokazał mi 570 km. Mijały mnie osoby, które kończyły szlak w 18-19 dni. Byli tacy, co wyrobili się w 14 czy nawet 12 dni, ale to już sportowcy biegacze, pokonujący 50-60 km dziennie. Szczerze mówiąc, jestem bardzo zadowolona, że u mnie tak się wszystko przeciągnęło, że mogłam wędrować dłużej, więcej zobaczyć i poczuć. Zauważałam wiele rożnych rzeczy, których inni, ze względu na szybsze tempo marszu, nie mogli dostrzec. W Beskidzie Niskim, tuż przy szlaku, jest dużo miejsc związanych z I wojną światową, na przykład groby nieznanych żołnierzy. Są pozostałości po wsiach Łemków. Często przystawałam, by sprawdzić w Internecie ich opisy, zgłębić historię. Wędrowcy, których spotykałam, mieli wyśrubowany czas, bo pracują, urlop jest krótki, obowiązki wzywają. Ja miałam ten komfort, że nie musiałam się śpieszyć. Mogłam poświęcić czas również na takie rzeczy. Śmieję się, że jestem rekordzistką w przejściu całego szlaku w najdłuższym czasie.

– Spełniłaś swoje marzenie, ale Twoja wędrówka przyniosła też bardzo wymierne korzyści dla Daniela.

– Nie jestem w stanie wyliczyć, ile osób i jakie konkretnie pieniądze wpłynęły na jego konto, ponieważ zrzutka na stronie służy również do wpłat za licytacje. Wiem, że sporo osób, które spotkałam, wpłacało drobne, a zdarzyło się, że nawet całkiem duże kwoty. Na Przehybie rozmawiałam z dwoma wędrowcami, którzy zainteresowali się tym, co robię. Jeden z nich przejrzał moje internetowe relacje, poczytał jeszcze o Danielu i przelał na jego konto 1000 zł. Dodał, że jemu kiedyś też ktoś pomógł, więc teraz on robi to samo. Jak lubię gadać, tak mnie po prostu zamurowało. Zabrakło mi słów, żeby podziękować. Tego samego dnia przeczekiwałam burzę w schronisku razem z Kubą i jego towarzyszem, którzy też szli GSB. Kuba na odchodne powiedział, że po powrocie do domu dołoży jakąś cegiełkę. Wiem, że na konto fundacji Avalon, której Daniel jest podopiecznym, wpłynęło od niego 500 zł. Pieniądze wpłacali też sponsorzy za przemierzone przeze mnie kilometry. Przyznam, że nie spodziewałam się takiego odzewu, otwartości i życzliwości. Nie tylko jeśli chodzi o finansowe wsparcie, ale też o moją wędrówkę. Bałam się nieprzychylnych komentarzy, bo przecież zawsze znajdzie się ktoś, komu coś się nie podoba, ale nie było ani jednego. Wręcz przeciwnie. Na profilu Kamyk Się Turla i na grupach ,,Główny Szlak Beskidzki’’, „Od kropki do kropki” oraz „Ochotnicy na GSB”, zamieszczano same pozytywne uwagi, słowa wsparcia. Często czytając je, miałam łzy w oczach.

– Tutaj jest więc miejsce na podziękowania.

– Przepraszam, ale nie zrobię tego teraz, bo obawiam się, że niechcący mogłabym kogoś pominąć. Dopiero jak podsumuję całe przejście, zamieszczę wszystkie relacje, będą w stanie ująć każdego. Na razie mogę jedynie bardzo ogólnie podziękować wszystkim, których spotkałam na szlaku, bo każda z tych osób coś mi od siebie dała. Ogromne podziękowania składam również tym, którzy mi kibicowali i wspierali moją wędrówkę dla Daniela, zarówno finansowo, jak i duchowo. Zdradzę również, że to na pewno nie jest koniec pomocy dla niego. W najbliższym czasie pojawi się informacja o inicjatywie Wandzi i jej grupy wędrowców górskich. Zanim przyjdzie kolejne lato, na pewno uda się zorganizować dodatkowe akcje. Ludzie mają ogromne serca, tylko trzeba dać im szansę, by mogli to pokazać.

– Nie nudzi Ci się w domu? Myślisz już o kolejnej wyprawie?

– Zastanawiam się, czy lepiej nie przemilczeć tego tematu, bo jak mój mąż to przeczyta… (śmiech). W momencie kiedy przyklepałam czerwoną kropkę w Ustroniu, wiedziałam, że to się tak nie może skończyć. Jeśli więc tylko zdrowie pozwoli, wybiorę się na kolejny długodystansowy szlak. Zazwyczaj następstwem GSB jest przejście Głównego Szlaku Sudeckiego. Ale może o szczegółach nie będziemy na razie mówić. Jeśli wyruszę, na pewno powiążę to z akcją pomocową, również dla Daniela. Teraz trochę mnie nosi, ale codzienne ćwiczenia i Nordic Walking w pewnym stopniu rekompensują mi brak wędrówek po górach.

– Życzę Ci więc spełnienia marzeń i zrealizowania następnych planów. Dziękuję za rozmowę.

Agnieszka Wójcik-Skiba

Last modified: 3 września 2021