Pół wieku służby ludziom

Autor: |

14 kwietnia, setną roczni­cę urodzin obchodziła Maria Nosarzewska. Kobieta nie­zwykła, która odwagę i pa­triotyzm potrafiła połączyć z ciepłem dla ludzi i miłością do dzieci.

– To wzruszające, jak wiele osób rozpoznaje mamę na ulicy, pozdra­wia ją, dziękując za troskę, jaką ota­czała ich przed laty. Pewnego dnia spacerowałyśmy przy kawiarni. Nagle zatrzymał się samochód, wy­skoczył z niego jakiś pan i krzyczy: – Pani Doktor, pamięta mnie Pani? Byłem malutki, chory na nogę. Pani ją wyleczyła! – A tak, tak, odpowie­działa zaskoczona mama. Poznaję pana po wąsach –  wspomina ze śmie­chem Hanna Tymieniecka, córka ju­bilatki.

Maria Nosarzewska urodziła się 1921 roku w Sosnowcu, jako Maria Vorbrodt, córka Tadeusza i Henryki z Gołębiowskich. Jej ojciec, piłsudczy­k, walczący w 3 Brygadzie Legionów, obrońca Zamościa w czasie wojny polsko-bolszewickiej, został odzna­czony Krzyżem Virtuti Militari i trzy­krotnie Krzyżem Walecznych. Jako zdemobilizowanego kapitana Wojska Polskiego, skierowano go na kresy wschodnie, gdzie sprawował różne funkcje gospodarcze i państwowe. W maju 1939 roku został mianowany starostą oszmiańskim, jak się okaza­ło, ostatnim.

Rodzinny patriotyzm

Wychowanie w patriotycznej at­mosferze nie pozostało bez wpły­wu na postawę niespełna 20-letniej Marii. Po przegranej kampanii wrze­śniowej, przy zmieniających się oku­pantach, wstąpiła w szeregi Armii Krajowej. Młoda dziewczyna, bez przeszkolenia wojskowego, otrzyma­ła zadania kurierki, łączniczki w In­spektoracie Oszmiańskim AK i jak wspomina jej córka, przenosiła zapi­sane na skrawkach papieru wiado­mości ukryte nawet w warkoczach. Później została przeniesiona do In­spektoratu Wileńskiego, gdzie pełni­ła również rolę sanitariuszki. Koniec wojny nie oznaczał końca zagrożenia życia. Wraz z bratem została areszto­wana przez NKWD. – Jakimś cudem mamie udało się uciec po drodze do transportu, ma­jącego przewieźć ją do gułagu na Sy­berii. W zamieszaniu, w grupie kilku osób, wśród których był również brat, zbiegli do lasu, w którym spędzili całą noc. Rano pojedynczo starali się do­trzeć do domu. Mama bezczelnie za­trzymała samochód z sowieckimi sołdatami i wróciła do Wilna, gdzie wówczas mieszkała rodzina – opowia­da pani Hanna.

Po 1944 roku Vorbrodtowie zosta­li ekspatriowani do Lublina. Maria, zwana w domu Isią, podjęła studia medyczne na Akademii Medycznej. W Lublinie poznała i w 1950 roku poślubiła swojego męża, Wojciecha Nosarzewskiego, potomka Jana No­sarzewskiego, posła na Sejm Czte­roletni. Taka rodzinna, patriotyczna karma.

Prawdziwe powołanie

Skomplikowane koleje losu przy­wiodły ją wreszcie, w 1966 roku, do Świdnika, gdzie rozpoczęła pracę or­dynatora na szpitalnym oddziale dziecięcym. Okazało się, że pediatria jest nie tylko wyuczoną specjaliza­cją medyczną, ale również jej powo­łaniem.

– W trudnych dniach epidemii, kiedy do przyjęcia było po 100 dzie­ci, mama potrafiła nie pokazywać się w domu przez 48 godzin. W końcu, naszpikowaną środkami wzmacnia­jącymi, pogotowie przywoziło ją na noc, na odpoczynek. Rano wracała do pracy – wspomina córka.

Maria Nosarzewska leczyła dzie­ci pół wieku. Zajmowała się nimi z oddaniem, nosiła na rękach, czytała bajki, kołysała do snu. W 1990 roku przeszła wreszcie na zasłużony odpo­czynek. Jej ofiarność, wielkie serce i umiejętności, a także postawa w cza­sie wojny, nie zostały niezauważone. Otrzymała wiele odznaczeń państwo­wych. W 2016 roku, z okazji 95. uro­dzin, z rąk burmistrza Waldemara Jaksona odebrała krzyż Nil virtuti ci­viliinvium (Nic nie stoi na przeszko­dzie cnocie obywatelskiej). Burmistrz mówił: – Często spotykam ludzi, któ­rzy wspominają Panią Doktor z wiel­ką sympatią i zawsze w pozytywnym kontekście. W imieniu mieszkańców życzę 200 lat i dziękuję za dobro, jakie Pani czyniła.

Maria Nosarzewska, wdzięczna za wyróżnienie, wspominała rów­nież początki swojej pracy w szpitali­ku dziecięcym: – Serdecznie dziękuję za pamięć i tyle miłych słów. Jestem bardzo wzruszona. 1 października 1966 roku otwarto oddział dziecię­cy, w budynku nad obecną pocztą. To było dobre lokum, w centrum mło­dego miasta. Długi korytarz, niedu­że sale, w których łącznie mieściło się 30 łóżek. Mieliśmy mało sprzę­tu, więc w najcięższych przypadkach wspomagali nas medycy z Lublina. Gorzej było z dyżurami, bo wtedy jeszcze niewielu lekarzy pracowało. Mieliśmy nocne dyżury na oddzia­le dziecięcym, ale często trzeba też było iść na internę, gruźlicę, oddział noworodkowy, które rozmieszczo­no w całym mieście. Rodziło się dużo dzieci, było też więcej chorób. Teraz są szczepionki, które im zapobiega­ją. Wtedy często występował dyfte­ryt, szkarlatyna. Zawsze szkoda mi było dzieci, które zostawały w szpita­lu. Rodzice mogli je odwiedzać tylko w określonych godzinach. Malusz­ki często płakały, tęskniły za mamą i tatą. Czasami więc, wbrew zakazowi, przemycaliśmy rodziców, by dziec­ko mogło się choć na chwilę przytu­lić. Personel oddziału zawsze bardzo się starał, by mali pacjenci jak naj­mniej odczuwali pobyt w szpitalu. Gdy tylko była chwila czasu, bawili­śmy się z dziećmi, czytaliśmy im bajki na dobranoc. Chcieliśmy, by chociaż bez rodziców, czuli się jak w domu. W służbie zdrowia przepracowałam 50 lat, większość w Świdniku. Nie żałuję, że spędziłam tu prawie całe życie. Za­wsze będę wspominała ludzi, z który­mi los mnie zetknął.

jmr, aw

Last modified: 23 kwietnia 2021