Poczuć ducha przeszłości

Autor: |

fot. z archiwum rozmówców
Zamiast muzeów i pamiątek ukrytych w szklanych gablotach, wybierają stare, opuszczone domy, gospodarstwa i fabryki. Odkrywają ich historię oraz ludzi, którzy żyli i pracowali tam przed laty. Świdniczanie Jagoda Kowalczyk i jej narzeczony Kamil zamienili tradycyjnie pojmowaną turystykę na urbex exploration, sprawiając, że pozornie nieatrakcyjne miejsca stały się perełką, którą warto poznać. Ona – planująca każdą wyprawę, on – działający spontanicznie. Razem tworzą duet odkrywający nieznane historie województwa lubelskiego.

– Czym jest urbex?

Jagoda: To zwiedzanie, eksplorowanie opuszczonych budynków. Trzeba to jednak rozdzielić. Wiele osób myśli, że ten rodzaj turystyki łączy się z wandalizmem i kradzieżami, a wcale tak nie jest. Osoba, która chodzi na urbex, powinna zabrać ze sobą tylko zdjęcia, a zostawić jedynie ślady butów. My właśnie tak robimy. Chodzi o to, by odwiedzane budynki i miejsca pozostawić w nienaruszonym stanie.

Kamil: To tak, jak wizyta w muzeum. Kiedy oglądamy wystawę, nic z niej nie zabieramy. Tutaj działa to na tej samej zasadzie.

– Jakie mogą to być budynki?

Kamil: Kładziemy nacisk na dwa rodzaje obiektów: domy i fabryki. W tych pierwszych można spotkać ślady osób, które w nich wcześniej mieszkały, listy, zdjęcia. Z kolei w starych, opuszczonych fabrykach widać, że czas stanął w miejscu. Są tam maszyny, samochody. Im dalej od siedlisk ludzkich, tym lepiej. Wtedy człowiek czuje się bezpieczniejszy, bo wie, że nikt go nie przegoni.

Jagoda: Wtedy można zwiedzać spokojnie, bez strachu i niepokoju. Chociaż tak naprawdę nic złego nie robimy, ale gdzieś tam z tyłu głowy jest przekonanie, że komuś mogłoby się to nie spodobać.

– Zdarzyła się sytuacja, że ktoś zwrócił Wam uwagę?

Kamil: Nie, ale parę razy ukrywaliśmy się w krzakach, bez ruchu. Słychać było jakieś głosy, kroki. W dzień nie robi to takiego wrażenia, ale w nocy, im dłużej się nasłuchuje, tym więcej rzeczy słychać. Wystarczy szelest liści, by człowiekowi zaczęło się wydawać, że ktoś się skrada. To jeden z głównych powodów, dla których eksploruję te wszystkie miejsca. Po prostu szukam adrenaliny.

Jagoda: Dla mnie to też sposób na pandemiczną rzeczywistość. Mamy ograniczony dostęp do różnych rozrywek. Urbex wypełnia nam wolny czas. Takie wyprawy planujemy głównie w weekendy. Dzięki temu poznajemy nowe miejsca, zażywamy ruchu, zwiedzamy.

– Czyli Wasza przygoda z urbexem zaczęła się rok temu?

Kamil: Ja eksplorowałem już dużo wcześniej. Zastanawiam się jednak, jak to się stało, że zaczęliśmy rozmawiać o tym, że Jagodzie też się to podoba.

Jagoda: Faktycznie, opuszczone miejsca eksplorujemy razem od ubiegłego roku. Zgadaliśmy się na drugiej randce. Oboje przyznaliśmy, że lubimy coś takiego robić i stwierdziliśmy, że spróbujemy razem. Zaczęliśmy jeździć po różnych zakątkach. Początkowo zwiedzaliśmy w nocy, ale to była duża adrenalina. Z jednej strony fajna, z drugiej, w ciemnościach nie zobaczysz tyle, co za dnia. Interesuję się fotografią, więc dzienne eksploracje, na które też jeździmy, pozwalają mi na robienie zdjęć. Zawsze zabieram z nich dużo ciekawych kadrów.

– Gdzie wybraliście się na pierwsze wspólne zwiedzanie?

Kamil: To było opuszczone gospodarstwo: dom i obory.

Jagoda: Całkiem przypadkiem wybraliśmy się tam w Halloween. Właśnie wtedy usłyszeliśmy jakieś dziwne dźwięki, jakby ktoś do nas krzyknął z daleka. Ukryliśmy się i nasłuchiwaliśmy. Ale chyba takim najciekawszym miejscem, które zobaczyliśmy, była cerkiew na granicy z Ukrainą.

Kamil: Kiedyś Jagoda znalazła w internecie informacje o opuszczonej wiosce, w której znajduje się cerkiew. Pomyślałem, że to dobre miejsce na to, by jej się oświadczyć. Czekałem z tym chyba trzy miesiące.

Jagoda: Długo nie mogliśmy tam pojechać, bo pogoda była zła, albo działo się coś innego. Nie będziemy zdradzać nazwy tej wsi. W urbexie właśnie o to chodzi, by samemu odkrywać takie miejsca.

Kamil: Ze Świdnika do wioski jest ponad 160 km. Dodam, że nie ma jej na mapie. Gdy zajechaliśmy na miejsce i spytaliśmy o nią miejscowych, zaczęli się śmiać, że zimą samochodem tam nie dojedziemy. Jagoda zaproponowała, żebyśmy po prostu się przeszli. Trasa liczyła 4 km. Szliśmy wzdłuż granicy, więc musieliśmy to zgłosić straży granicznej.

Jagoda: Droga nie była łatwa. Było zimno, ślisko, dookoła same pola. Okropnie wiało. Nic nie było widać. Nie wiedzieliśmy, ile kilometrów mamy przejść, po prostu szliśmy przed siebie.

Kamil: Nie wiedzieliśmy, co tam zastaniemy. Zdjęcia, które znaleźliśmy w internecie, zostały zrobione kilka lat temu.

Jagoda: Po pewnym czasie zobaczyliśmy krzyż i byliśmy pewni, że jesteśmy na miejscu. Cerkiew zrobiła na nas naprawdę duże wrażenie. Obok niej znajdował się opuszczony cmentarz.

Kamil: We wsi zachowało się też kilka domów. Niektóre były zniszczone, inne wyglądały tak, że można by w nich zamieszkać.

Jagoda: Rozmawialiśmy ze strażą graniczną, podpytywaliśmy o tę miejscowość, bo zwiedzając lubimy znać historię. Strażnicy powiedzieli, że wieś jest wyludniona, ale dwie albo trzy osoby przyjeżdżają tam latem. Widać to po cmentarzu. Ktoś postawił na grobach znicze i kwiaty.

Kamil: To kolejna ważna rzecz w urbexie. Należy wiedzieć, co wydarzyło się w danym miejscu, kto w nim żył, po prostu poczuć ducha przeszłości. Większość nagrobków, które znaleźliśmy na cmentarzu, miała napisy w języku ukraińskim.

Jagoda: Później doczytałam, że w tej miejscowości doszło do walk polsko-ukraińskich. Cała zawartość cerkwi, żeby nie zmarniała, znajduje się w jednym z kościołów w Lublinie. To taka wskazówka dla Czytelników, jak znaleźć to miejsce, ale nie podana na tacy.

– Wspomnieliście o strażnikach. A jak jest z innymi ludźmi? Są otwarci na opowieści?

Kamil: Mam wrażenie, że im bliżej Lublina, tym ludzie są mniej wylewni. Gdy pojedzie się w dalej, miejscowi bardzo chętnie dzielą się opowieściami. Zwłaszcza seniorzy czują potrzebę przekazania komuś tego, co działo się przed laty. Parę razy bardzo mile nas zaskoczyli.

Jagoda: Inną historią z dreszczykiem jest ta, w której włączył się alarm.

Kamil: Zlokalizowaliśmy budynek przemysłowy. Był opuszczony, nie do końca jednak wiedzieliśmy co wcześniej się w nim znajdowało. Postanowiliśmy zwiedzić go nocą. Okazało się, że to jakaś stara gorzelnia. Z małego korytarza wchodziło się do w kolejnego pomieszczenia, skręcając raz w prawo, raz w lewo. Wszędzie było ciemno. Byliśmy tam we czwórkę, razem ze znajomymi, gdy nagle włączył się alarm. Chcieliśmy uciec, ale nagle z czwórki zrobiła się trójka. Na szczęście udało nam się opuścić budynek, odnaleźć zaginionego i wrócić do domu.

– Jak przygotowujecie się do wyprawy?

Kamil: Jeśli chodzi o nocne wyjazdy, kładziemy nacisk na latarkę dającą czerwone światło. Takiego nie widać z daleka. Jeśli chodzi o ubrania, najlepiej mieć na sobie coś wygodnego w kolorze moro, co można podrzeć, pobrudzić. Ważne są też buty. My zazwyczaj wybieramy górskie.

– Czy na Waszej liście znalazłoby się miejsce, które było na tyle trudne do zdobycia, że zrezygnowaliście?

Kamil: Jest ich nawet kilka. Kilkakrotne podejście robiliśmy do starej suszarni ziół. Nie mogliśmy tam wejść, ponieważ okna znajdowały się bardzo wysoko. Innym razem chcieliśmy odwiedzić stare gospodarstwo, ale wyglądało, jakby ktoś się w nim znajdował, więc wycofaliśmy się.

Jagoda: Często jest tak, że trafiamy na fajny budynek, ale dookoła jest dużo zabudowań, więc po prostu do niego nie wchodzimy.

Kamil: Zdradzimy jedną z naszych technik eksplorowania. Gdy chcemy zobaczyć opuszczony dom, wchodząc na podwórko, zaczynamy głośno rozmawiać, pytając, na przykład, czy ktoś tu jest albo kiedy wróci gospodarz.

Jagoda: Chcemy w ten sposób pokazać, że jesteśmy tu w dobrej wierze, żeby nie wzięto nas za złodziei. Nigdy nie wiadomo, czy ktoś jest w budynku, a jeśli tak, to jakie ma wobec nas zamiary. Pamiętam jedną taką sytuację. Gdzieś po drodze zobaczyliśmy stare, wydawałoby się opuszczone gospodarstwo, do którego postanowiliśmy po jakimś czasie wrócić. Gdy przyjechaliśmy, okazało się, że na dachu przy kominie stopniał śnieg. To oznaczało, że ewidentnie ktoś jest w środku. Dodatkowo, z domu wybiegł kot.

Kamil: Trudna do zdobycia była też szklarnia, zlokalizowana jakieś 60 km od Lublina. Szukając miejsca do zaparkowania, zobaczyliśmy ogromnego psa chodzącego po polach. Zdecydowaliśmy się obejrzeć budynek, ale ostrożnie, mając na uwadze, że ten pies jest niedaleko. Bardzo polecam to miejsce. Wygląda magicznie. To coś wspaniałego.

– Zwiedzacie głównie Lubelszczyznę.

Jagoda: Tak, chociaż ostatnio, jak odwiedziliśmy znajomych w Krakowie i wybraliśmy się na spacer, trafiliśmy na bardzo starą cegielnię. Furtka, która do niej prowadziła, była otwarta. Spojrzeliśmy na siebie, uśmiechnęliśmy się i przeszliśmy przez nią.

– Co jest dla Was ciekawsze: domy czy budynki przemysłowe?

Kamil: Oba niosą ze sobą inne emocje. Domy są sentymentalne. Z kolei fabryki budzą strach. Ogromnej hali nie oświetlisz małą latarką, widzisz tylko jej kawałek. Wszędzie otaczają cię dziwne dźwięki i kształty. Nocą ich nie rozpoznajesz, więc wyobraźnia zaczyna działać.

Jagoda: Ostatnio, kiedy weszliśmy do fabryki, byłam przekonana, że ktoś tam jest. Wiadomo, opuszczony, duży budynek. Okazało się jednak, że słyszałam po prostu kapiącą wodę.

Kamil: Mamy też takie miejsce, do którego robiliśmy trzy podejścia. Dwa razy pojechaliśmy w nocy i raz w dzień. Byliśmy tam z moim kolegą. W tej lokalizacji znajduje się brama. Gdy poruszał nią wiatr, wydawała tak przeraźliwy dźwięk, że dziękowałem Bogu, że nie stało się to w nocy. Przypominał strzały albo bandę ludzi.

– Co bardzo chcielibyście odwiedzić?

Jagoda: Byliśmy na wycieczce nad rzeką. Na wzniesieniu zobaczyliśmy pałacyk i ogromną, murowano-drewnianą bramę. Od razu wyszukaliśmy w internecie nazwę miejscowości i sprawdziliśmy, co tam się znajduje. Gdy zobaczyliśmy zdjęcia, wiedzieliśmy, że musimy tam wrócić. Posągi lwów, most… Ogromne bogactwo, które zostało porzucone. Gdy byliśmy w tej miejscowości, gdzie się zaręczyliśmy, strażnicy podpowiedzieli nam, że niedaleko znajduje się opuszczona wieś. Najlepiej jednak wybrać się tam latem.

Kamil: Kolejnymi miejscami są kopalnia i cmentarzysko samochodów, które znajdują się w niedalekiej okolicy.

– Jagoda jest osobą, która lubi planować wyjazdy. Wiele miejsc eksplorujecie jednak bez planu.

Jagoda: Kamil jest bardzo spontaniczny. Po prostu łapie za kurtkę i jest gotowy do drogi. Ja z kolei martwię się, że zaraz zajdzie słońce i będziemy mieć za mało czasu. Albo, że jeśli będziemy mieć go za dużo, powinniśmy zajechać gdzieś po drodze.

Kamil: Wyznaję zasadę, że z zaplanowanych akcji nie ma wspomnień. Jagoda lubi wszystko przemyśleć, także nasze charaktery się ścierają. Każde ciągnie w swoją stronę, ale staramy się wypracować kompromis.

– Co ciekawi Was w tych miejscach?

Jagoda: Na pewno to, w jakim stanie jest budynek. Widzimy to, co jest na zewnątrz, ale nie to, co jest w środku. Czy wszystko zostało zachowane? Czy wewnątrz są meble, pamiątki?

Kamil: Czy to była planowana wyprowadzka, czy może stało się to nagle? Ktoś umarł i zostawił po sobie na stole kubek, który stoi tak już 20 lat. Ciekawe jest też to, jak budynek przetrwał próbę czasu. Czy jest w nienaruszonym stanie, czy się wali? No i oczywiście historia tych miejsc. Można powiedzieć, że jesteśmy detektywami historii.

Agata Flisiak / zdjęcia: Jagoda Kowalczyk

Last modified: 24 kwietnia 2021