Od Łątki do SOLO

Autor: |

Na początku lutego z ronda im. Świdnickiego Lipca zniknął kadłub śmigłowca SM-1. Ten lotniczy pomnik, który od 1979 roku witał odwiedzających nasze miasto, został przetransportowany do PZL-Świdnik, gdzie przechodzi generalny remont. Nie przypadkiem właśnie tej konstrukcji powierzono tak reprezentacyjne zadanie. SM-1 był bowiem pierwszym śmigłowcem, seryjnie produkowanym od 1956 r. w naszych zakładach. Do 1965 r. wyprodukowano 1597 egzemplarzy różnych jego wersji.

Pionierska trzydziestka

Opanowaniem produkcji śmigłowców zajmowało się początkowo zaledwie trzydzieści osób. Kierownikiem wydziału był Tadeusz Szymański. Jednocześnie, w dziale głównego technologa, kierowanym przez Bogusława Tatarka, opracowywano dokumentację konstrukcyjną oprzyrządowania do produkcji części, zespołów, spawania i montażu śmigłowca. Bardzo odpowiedzialne zadanie przypadło wydziałowi dużych przyrządów, którego szefem był Tadeusz Usyk.

Warto jeszcze przypomnieć nazwiska ludzi podejmujących się trudnego zadania wprowadzenia śmigłowców do produkcji. Jednym z nich był Kazimierz Michalik, dyrektor techniczny wytwórni. Głównym konstruktorem biura prototypów został Jerzy Kotliński, a głównym konstruktorem biura produkcji seryjnej Zbyszko Kodłubaj. Kierownikiem wydziału prób i badań był Stanisław Łobacz, kierownikiem wydziału prototypów Romuald Nowakowski.

Lepiej niż w autobusie

23 marca 1956 roku odbył się dziewiczy lot śmigłowca Mi-1, zmontowanego z części i zespołów radzieckich. Pierwszym śmigłowcem wyprodukowanym całkowicie w Świdniku wzniósł się w powietrze dokładnie rok później, 22 marca 1957 roku, Janusz Ochalik.

Historyczny, inauguracyjny lot SM-1 opisał Głos Świdnika: Helikopter przywiązany linkami do słupków drgał niespokojnie, jakby prężąc się do skoku. Mechanicy odczepili liny. Chwileczkę, poleci jeszcze pasażerka, Krystyna F. Już! Gotowe! Ryknęło 570 KM potężnym basem. Helikopter drgnął i uniósł się w górę. Pilot nie spieszył się jednak. Na wysokości dwóch, trzech metrów zawiesił maszynę w powietrzu, niemal nieruchomo… …Wrócili po pół godzinie. Zatoczyli krąg nad głowami zgromadzonych robotników i zagranicznych obserwatorów z Czechosłowacji oraz Syrii. …Otworzyły się drzwiczki. Pierwsza wychyliła się z kabiny uśmiechnięta Krystyna F. – Jak się leciało? – Lepiej niż w miejskim autobusie, bo bez tłoku – padła odpowiedź. W ciągu niespełna 10 lat WSK Świdnik dostarczyła klientom ponad 1700 śmigłowców SM-1 i opracowanego w zakładzie następcy tej konstrukcji – maszyny SM-2. Oba modele napędzane silnikami tłokowymi, kupowane były przede wszystkim przez kraje Układu Warszawskiego, a także Austrię i Finlandię. Jeszcze w latach siedemdziesiątych, produkowano części zamienne do tych śmigłowców, mimo że w 1965 roku zaprzestano ich produkcji.

Łątka na początek

Świdniccy inżynierowie bardzo szybko przystąpili do prób skonstruowania własnego śmigłowca jednosilnikowego.

Pierwsza była Łątka – lekki helikopter napędzany silnikiem tłokowym. Prace konstrukcyjne zapoczątkowano około 1961 roku. Doprowadzono je do etapu prototypu, który uległ uszkodzeniu podczas prób stoiskowych. Stanisław Kamiński, późniejszy konstruktor Sokoła, powiedział o Łątce: Czteromiejscowy śmigłowiec Łątka, budowany był pod okiem Jerzego Kotlińskiego. Powstały dwa prototypy, do prób statycznych i naziemnych. Jeden z nich uległ awarii na skutek wystąpienia zjawiska tak zwanego rezonansu ziemnego. Przekazywane kolejnym pokoleniom pracowników WSK podania o nieszczęśliwym końcu Łątki przypisują zniszczenie prototypu niemalże siłom nieczystym. Prawdą jest, że w czasach, kiedy kwestią było wyłącznie ilościowe zrealizowanie planu produkcji, wszelkie zakusy rozwojowe nie były mile widziane.

Kolejna próba dorobienia się własnej konstrukcji lekkiego śmigłowca, to projekt Jaszczurka z 1971 roku, doprowadzony do fazy pełnowymiarowej makiety. Tym razem na przeszkodzie zamierzeniom stanęło wejście w fazę realizacji projektu śmigłowca Sokół.

W 1976 roku podjęto prace nad śmigłowcem Mewa. Miała to być pięciomiejscowa maszyna z dwoma silnikami amerykańskiej firmy Franklin. Mewa nie wyszła poza stadium projektu wstępnego. W tym czasie panował na świecie pogląd, że era śmigłowców o napędzie tłokowym odchodzi bezpowrotnie w przeszłość.

SW-4 Trębacza

Wreszcie, w 1980 roku, w ramach tak zwanego problemu węzłowego, powstała koncepcja projektu lekkiego śmigłowca o napędzie turbinowym, zabierającego na pokład 4 – 5 ludzi. Był to początek historii SW-4.

Pod kierunkiem Stanisława Trębacza opracowano studium projektu zaakceptowane przez potencjalnych użytkowników: wojsko, policję, lotnictwo sanitarne. Wstępny projekt ukończono na przełomie lat 1986/87. Przewidywał on wykorzystanie silnika GTD 350.

Sytuacja uległa radykalnej zmianie na przełomie lat 80. i 90. Zamknęły się rynki zbytu na Wschodzie, a jednocześnie powstała możliwość, wręcz konieczność szukania nowych partnerów na Zachodzie. SW-4 w dotychczasowym kształcie stał się zupełnie nieaktualny. Podjęto więc decyzję o weryfikacji projektu.

Nowy SW-4 był śmigłowcem turbinowym, napędzanym jednym silnikiem Allison C 20R z możliwością zabudowy innych napędów. O wiele wygodniejsza i bardziej ergonomiczna, przeszklona kabina mieściła pilota i 4 pasażerów. Znacznie poprawiono konstrukcję pod względem bezpieczeństwa. W pierwszy lot SW-4 wyruszył 29 października 1996 roku. Śmigłowiec pilotował Zbigniew Dąbski.

Krzysztof Bzówka, konstruktor prowadzący śmigłowca SW-4, docenił wysiłki swoich poprzedników mówiąc: Najcenniejszym skarbem każdej firmy lotniczej jest nabywane w ciągu lat doświadczenie. Pewnie nie byłoby SW-4, gdyby nie upór twórców jego poprzedników, czyli: Łątki, Jaszczurki, Mewy, które nie doczekały się pierwszego lotu. W tym sensie inżynierowie Jerzy Kotliński i Stanisław Trębacz mają swój wkład w powstanie SW-4, jakże niepodobnego do ich śmigłowców.

SOLO – nowe życie

Po wejściu PZL-Świdnik do rodziny AgustaWestland, co dokonało się 29 stycznia 2010 roku, zaczęto zastanawiać się nad przystosowaniem SW-4, najmniejszego ze śmigłowców w szerokiej ofercie grupy, do wypełniania nowych misji. Wybór padł na opracowanie jego bezzałogowej wersji. Wspólnym wysiłkiem polskich i włoskich inżynierów powstał śmigłowiec SW-4 SOLO. Został zaprojektowany do użytkowania zarówno w trybie załogowym, jako maszyna opcjonalnie pilotowana – OPH, jak i w trybie ze sterowaniem zdalnym, jako śmigłowcowy bezzałogowy system powietrzny – RUAS. Wariant bezzałogowy zakłada sterowanie maszyną z poziomu stacji naziemnej, wspólnej dla obu platform bezzałogowych Leonardo: SW-4 SOLO i AWHERO. Stacja naziemna umożliwia sterowanie śmigłowcem we wszystkich fazach lotu, w tym uruchomienie i wyłączenie silnika, realizację planu lotu i procedur awaryjnych, automatyczne lądowanie oraz wykorzystanie różnych sensorów zadaniowych, które mogą być przenoszone na pokładzie maszyny.

SW-4 SOLO ma dużą kabinę, łatwo dostępną przez duże drzwi przesuwne z płaską podłogą i dużym przedziałem bagażowym. Śmigłowiec można elastycznie konfigurować, zabudowując wyposażenie wymagane do wykonywania szeregu różnych misji.

W ten sposób jednosilnikowy śmigłowiec ze Świdnika przeszedł wszystkie etapy rozwoju. Od pionierskich prób kończących się często fiaskiem, po nowoczesny statek powietrzny, spełniający wymogi współczesnego, ekstremalnie wymagającego rynku.

Last modified: 14 lipca 2021