Nie wolno bać się zmian

Autor: |

Drużyna Polskiego Cukru Avii Świdnik sprawiła dużą  niespodziankę i dała kibicom wiele radości zajmując  4 miejsce w tabeli Tauron 1. Ligi i znajdując się w pierwszej ósemce rozgrywek o Puchar Polski. Ważnym współautorem tych sukcesów jest szkoleniowiec zespołu Witold Chwastyniak. Nic dziwnego, że zarząd klubu nie wahał się by przedłużyć z nim kontrakt na kolejny sezon.

– Mam wrażenie, że los trenera jest trochę jak życie w taborze. Raz tu, raz tam. Kiedy przychodzi sukces, można zagrzać miejsca na dłużej, w razie porażki trzeba szukać nowego. Czy nie przeszkadza Panu brak stabilizacji? Tym bardziej, że rodzina daleko …

–  Już od czasów zawodniczych jestem przyzwyczajony do życia na walizkach. Różnica jest taka, że zawodnikiem się jest, a trenerem bywa. Czasem wystarczy, że nie wyjdą dwa mecze i jest się zwolnionym. Chcąc pracować w tym zawodzie trzeba się liczyć i z takimi okolicznościami. Nie wolno bać się zmian, ani przywiązywać do miejsc, bo bywa to zgubne.

– Czy w Pańskiej profesji można zaplanować cokolwiek perspektywicznie?

– Lepiej nie planować. Plany meczowe się zmieniają, choćby przykład końcówki ostatniego sezonu. Jadąc na jeden mecz, nie wiedzieliśmy kiedy będzie następny. Równie trudno zaplanować początek przygotowań. Jest czerwiec, a my nie wiemy kiedy ruszy liga. Podobnie nie ma sensu przymierzać się do wakacji. Trzeba po prostu żyć z dnia na dzień.

– Jakie są najważniejsze cechy dobrego trenera?

– Myślę, ze najważniejsze są spokój, cierpliwość i wyrozumiałość, podchodzenie do problemów z dystansem. Szczególnie ważna jest właśnie cierpliwość, bo sporo jest stresu i rzeczy, które nam trenerom trudno zrozumieć. Większość z nas była kiedyś zawodnikami. Po przejściu na drugą stronę barykady życie staje się dużo trudniejsze. Bardzo przydaje się  czerpanie radości z pracy  zawodnikami. Chyba każda praca pozbawiona jest sensu, jeśli człowiek nie ma z niej radości i satysfakcji.

– Czy zawodnicza przeszłość pomaga w pracy trenerskiej?

– Z takim doświadczeniem niewątpliwie łatwiej dotrzeć do zawodników, zrozumieć ich, wytłumaczyć. Praca trenera to nie dwa dwuipółgodzinne treningi dziennie. Daje ona zajęcie przez 24 godziny, siedem dni w tygodniu.

– Kształcić się chyba tez trzeba.

– Siatkówka zmienia się i rozwija z roku na rok. Nie da się pracować podobnie jak w poprzednim sezonie. Jeśli ktoś stanie w miejscu, jest skończony. Jak w każdym zawodzie trzeba się rozwijać, iść z duchem czasu, żeby utrzymać swoją pozycję.

– Co w zawodzie trenera jest najfajniejsze?

– Satysfakcja z zawodniczego rozwoju chłopaków. Szczególnie, jeśli któryś trafia do reprezentacji bądź drużyny wyższego szczebla rozgrywkowego. Wtedy widać, że praca, którą się wykonało miała sens, że przyłożyliśmy rękę do jego rozwoju.

– Gdyby nie był Pan trenerem siatkówki, jaki zawód chciałby Pan wykonywać?

– Przyznam szczerze, że nie potrafię wysiedzieć długo w jednym miejscu. Kiedyś zamierzałem zatrudnić się w policji. Myślę, że mógłbym pracować w którejś ze służb mundurowych. Lubię zajęcia, w których coś się dzieje i które dają okazję do pracy z ludźmi . Mógłbym być na przykład trenerem personalnym na siłowni.

– Wydaje się, że ciśnienie na wynik i wymagania kibiców oraz włodarzy klubu mogą być coraz większe. Dotychczas każdy sukces był nieoczekiwany, teraz, powoli, staje się coraz bardziej oczekiwany. Jakie warunki muszą być spełnione, żeby stworzyć podstawy do zaspokojenia tych rosnących oczekiwań?

–  Przychodząc do Świdnika i siadając do rozmów ustaliliśmy z prezesem, że z każdym kolejnym sezonem zespół będzie się rozwijał. To jest dla mnie najważniejsze, podobnie jak określenie celu na kolejne rozgrywki. Do tej pory się to udawało, ale będzie coraz trudniej. Zaistnienie w pierwszej trójce zazwyczaj wiąże się z większym budżetem. Obecnie jesteśmy najskromniejszą budżetowo drużyną pierwszej czwórki. Są zespoły dysponujące nawet kilkakrotnie większymi finansami. Z drugiej strony,  w przekroju wszystkich zespołów budżetowo jesteśmy mniej więcej w połowie stawki.  Avia jest klubem bardzo ambitnym i na razie realizujemy cele sportowe, które założyliśmy. Może nawet narzuciliśmy wyższe tempo od zaplanowanego. Po awansie mieliśmy spokojnie utrzymać się w lidze, tymczasem zajęliśmy 6 miejsce. W tym roku mierzyliśmy w oczko wyżej, chociaż uważaliśmy że i to będzie trudne, ponieważ kilka drużyn znacznie wzmocniło składy. Finalnie trafiliśmy do czwórki. Wygląda na to, że sami podnosimy sobie poprzeczkę i idziemy do przodu większymi krokami niż było to planowane. To dowodzi, że nie same pieniądze decydują o wyniku. Co najważniejsze, w zespole panuje bardzo dobra atmosfera. W tej sytuacji można grać o wszystko, nawet o wygranie ligi, chociaż niekoniecznie o awans do PlusLigi. Nie spełniamy jeszcze kilku warunków i nie będą chcieli nas wpuścić. Lubię pracować z ludźmi ambitnymi. Skupiamy się na pojedynczych meczach. W ten sposób, krok po kroku można osiągnąć każdy cel.

– Powiedział Pan, że pieniądze nie wygrywają na boisku, ale jest z tym tak, jak z powodzeniem, że nie dają szczęścia. Znacznie natomiast pomagają w jego uzyskaniu. Sukces w sporcie jest wysiłkiem zbiorowym – nie tylko trenera i zawodników, ale również właścicieli klubów, którzy muszą stworzyć atmosferę, także finansową.

– Oczywiście lepiej, jeśli pieniądze są. Osobiście nie zazdroszczę działaczom, którzy muszą troszczyć się o finanse klubu w tych trudnych czasach. Coraz trudniej o sponsorów i reklamę, nawet w tak popularnej w Polsce dyscyplinie, jaką jest siatkówka. W Avii mamy warunki pozwalające skupić się na treningu i grze, ale są kluby, które zalegają z wypłatami dla zawodników. W Świdniku nikt nie obiecuje kokosów, jednak klub wywiązuje się z zaciągniętych zobowiązań. To jest cenne, szanowane w całej Polsce i świadczące o jego profesjonalnej organizacji.

– Niech Pan jeszcze przypomni drogę swojej siatkarskiej kariery.

– Zaczynałem dosyć późno, w wieku 15 lat w Gostyniu. W wieku 16 lat byłem już zawodnikiem AZS Częstochowa. Potem trafiałem do Gwardii Wrocław, Chemika Bydgoszcz, Jokera Piła, Trefla Gdańsk, ponownie Jokera Piła, KPS Siedlce i Krispolu Września. Jako trener pracowałem najpierw w Siedlcach, a potem już w Świdniku.

– …I jak tu nie mówić, że życie jak w taborze…

fot. Wojtek Borkowski

Last modified: 14 czerwca 2022

Zmień język »