Nie spoczywamy na laurach

Autor: |

Zaczynał w Świdniku, od nauki tańca współczesnego, by kilka lat później zakochać się w towarzyskim. Od 7 lat występuje z Magdaleną Abramowicz, reprezentując Klub Tańca Towarzyskiego Zamek w Lublinie. Ma na koncie wiele sukcesów, w tym zdobyte w listopadzie wicemistrzostwo Polski FTS w tańcach latynoamerykańskich. Świdniczanin Grzegorz Zmokły wciąż jednak nie powiedział ostatniego słowa. W rozmowie opowiada o swojej pasji, stylu, treningach, marzeniach oraz o tym, jak ważne jest, by pamiętać, jak wiele jest się wartym.

– Kiedy w Pana życiu pojawił się taniec?

– Miałem z nim do czynienia już od najmłodszych lat. Moja starsza siostra trenowała taniec towarzyski i jako mały chłopak jeździłem z nią na turnieje. Sam zacząłem tańczyć, gdy byłem uczniem podstawówki. Mama zapisała mnie na zajęcia do Miejskiego Ośrodka Kultury w Świdniku, na których poznałem taniec współczesny. Po dwóch latach stwierdziłem, że nie chcę dalej uczestniczyć w treningach. Instruktor przekonał jednak mamę, żebym rozwijał się w tym kierunku, ponieważ mam talent. Po niedługim czasie zapisała mnie więc na taniec towarzyski, którego uczyłem się już w Lublinie. Zakochałem się w nim i wsiąknąłem w niego na maksa. Miałem wtedy 10 lat.

– Dlaczego chciał Pan zrezygnować?

– Wstydziłem się tego, że tańczę. W szkole byłem przez to trochę wyśmiewany. Początkowo na zajęcia chodzili też moi dwaj koledzy, ale z czasem zostałem sam w grupie dziewczyn. O ile dziś w ogóle bym się tym nie przejął, w tamtych czasach spotęgowało to falę hejtu, dlatego chciałem zrezygnować. Gdy pojechałem do Lublina, zobaczyłem salę pełną ludzi tańczących w parach. Wiedziałem, że tam będzie inaczej.

– Nie miał Pan problemów w odnalezieniu się w nowej technice?

– Myślę, że będąc na tak wczesnym poziomie, nie miałem jeszcze świadomości zmiany. Taniec współczesny pozwolił mi wykształcić koordynację ruchową i zdolność zapamiętywania kroków, więc kiedy zacząłem naukę nowej formy, nie było to dla mnie trudne. Każdy rozpoczyna przygodę z tańcem towarzyskim od standardowych i latynoamerykańskich. Do pewnej klasy tańczy się kombinacje wszystkich. Dopiero później można wybrać jeden styl albo zostać przy dziesięciu. Ja do czasów sparowania z obecną partnerką specjalizowałem się w dwóch stylach.

– Sporo tego.

– Zgadza się, dlatego nie lubię stwierdzenia „Przecież ty tylko tańczysz, to nie jest męczące”. Taniec absorbuje bardzo dużo czasu i wymaga odpowiedniego przygotowania fizycznego. Sam od około 4 lat pracuję z trenerem personalnym Tomaszem Stasiakiem. Jak każdy inny sport, tak i taniec wymaga odpowiedniego wzmocnienia poszczególnych partii mięśni, by móc wykonywać odpowiednie ruchy, mieć balans, przyśpieszenie, zwolnienie i tak dalej.

– Jak dużo czasu poświęca Pan na dodatkowe treningi?

– Przed pandemią 4-5 razy w tygodniu chodziłem na siłownię, żeby wzmocnić ciało. Oprócz tego, mamy treningi taneczne, które dzielimy zależnie od tego, co ćwiczymy. Podczas treningu technicznego pracujemy nad danym elementem. Z kolei w czasie kondycyjnego, tańczymy tak zwane „piątki”, czyli pięć tańców pod rząd. Staramy się, żeby ilość „piątek” odwzorowywała ilość rund na turnieju, czyli około 4-5. Takie ćwiczenia robimy głównie przed turniejami. W nasz system wchodzą też treningi, podczas których rozwijamy kreatywność, osobowość i stronę artystyczną w tańcu.

– Od 2013 roku występuje Pan z Magdaleną Abramowicz. Jak się poznaliście?

– Moja ówczesna partnerka wybierała się na studia do Warszawy, więc musieliśmy się rozstać. Magda przyszła do klubu niedługo przed tym, dlatego kiedy zacząłem szukać nowej tancerki zaproponowała, żebyśmy spróbowali. Od razu złapaliśmy dobry kontakt. Czuliśmy, że zależy nam na tym samym. Stworzeniu własnego stylu i osiągnięciu sukcesu na świecie. Od tamtego czasu stopniowo staramy się realizować ten plan.

– Jak określiłby Pan Wasz styl?

– Przede wszystkim, nie chcemy tylko odtańczyć wyuczonych kroków. Zależy nam, żeby to, co przedstawiamy, miało znaczenie, uczucie i historię. Kreujemy unikatowy ruch, trudny do podrobienia. Reszta niech zostanie tajemnicą.

– Sami układacie choreografie?

– W dużej mierze tak. Współpracujemy też z innymi osobami, które wnoszą do nich różne poprawki. Nasz główny trener mieszka w Krakowie. Staramy się do niego jeździć w miarę systematycznie, jednak w większości przypadków jesteśmy zdani na siebie. Bazujemy na informacjach zaczerpniętych ze szkoleń. Parę razy do roku jeździmy też na lekcje do Niemiec, do Holgera Nitsche oraz do Danii, do Petera Stokkebroe.

– Co sprawia, że szukacie inspiracji właśnie w tych osobach?

– Od każdego staramy wyciągać coś innego. Od jednych aspekty techniczne, od innych umiejętność patrzenia poza schematy czy muzykalność. Nie chcemy ich kopiować, a dążyć drogą, dzięki której wybili się na szczyt.

– Pamięta Pan Wasz pierwszy występ na zawodach?

– Często wspominamy go z Magdą. Zajęliśmy wtedy 5 miejsce na 7 możliwych. Byliśmy zrozpaczeni, ponieważ poświęciliśmy na przygotowania wiele godzin ciężkiej pracy. To nie były żadne mistrzostwa, ani jeden z większych turniejów. Najbardziej bolał fakt, że wiedzieliśmy, ile wysiłku włożyliśmy, a nie przyniosło to efektów w postaci wyników… Wróciliśmy do domu z myślą „Okej, tym razem nam nie poszło. To znaczy, że musimy trenować jeszcze więcej, żeby być lepszymi od tamtych par.” Z biegiem czasu mogę powiedzieć, że na sukces składa się bardzo dużo samodzielnej, ciężkiej pracy oraz pozytywne nastawienie. Nawet teraz, pracując z młodymi ludźmi, często dostrzegamy w nich siebie. Poświęcają dużo czasu na przygotowania, a wychodząc na turniej zjada ich stres albo wręcz przeciwnie, tak bardzo chcą pokazać to, czego się nauczyli, że przynosi to odwrotny skutek. Pozytywne myślenie i wiara w to, co się robi, ma ogromny wpływ na to, co osiągniemy w życiu. Sami w dalszym ciągu się tego uczymy, chociaż nie jest łatwo.

– Brak sukcesu, na jaki liczyliście mocno Was zmotywował.

– Dostaliśmy w kość. Długo czekaliśmy na jakikolwiek efekt naszej pracy. Kiedy udało nam się coś osiągnąć, stawialiśmy przed sobą kolejne cele i znowu mieliśmy pod górkę. Naszymi pierwszymi sukcesami było zdobycie mistrzostwa Polski w klasie A oraz wicemistrzostwa par akademickich. Potem zajęliśmy 7 miejsce na mistrzostwach Polski. Przez następne 2 lata byliśmy 7 parą i cały czas brakowało nam jednego lub dwóch typowań od sędziów, aby wejść do finałowej szóstki. Nigdy się jednak nie poddawaliśmy. Weszliśmy do finału, gdy byliśmy na to gotowi. Z roku na rok nasz taniec stawał się coraz lepszy. Wierzyliśmy, że w końcu zajmiemy czwarte miejsce. Nie dopuszczaliśmy do głowy innych myśli i udało się. W kolejnym roku przyszło trzecie, w tym drugie. Boję się pomyśleć, co będzie za rok.

– Biorąc pod uwagę Wasz ostatni sukces do stanięcia na najwyższym stopniu podium niewiele Wam już brakuje. Pytanie tylko – co dalej?

– Nie spoczniemy, dopóki nie będzie o nas głośno na świecie.

– Bierzecie udział zarówno w krajowych, jak i zagranicznych turniejach. Czy dostrzegacie między nimi różnice?

– W naszym kraju odbywają się ogólnopolskie mistrzostwa. Są turnieje oraz imprezy z cyku grand prix, w których uczestniczą tylko polskie pary. Mamy też dwa albo trzy turnieje wyższe rangą, na które przyjeżdżają duety z innych państw. W ciągu kilku ostatnich lat Polska była organizatorem największych turniejów na świecie i nie odbiegały one poziomem od zagranicznych. Polska jest dla nas punktem startowym, patrzymy jednak trochę szerzej. W ubiegłym roku znaleźliśmy się w ćwierćfinale mistrzostw Europy. W tym roku tak duże imprezy nie odbywają się ze względu na pandemię, ale mam nadzieję, że jak wszystko wróci do normy, wystartujemy z nową siłą.

– Rywalizacja na tak ważnych wydarzeniach musi być duża.

– Szczerze mówiąc, w ogóle tego nie odczuwam. Wręcz przeciwnie, nawiązujemy na nich dużo nowych przyjaźni. Jeśli któraś para wygra, raczej wszyscy cieszą się jej szczęściem, mówią, że im się podobało.

– Wspominał Pan także o pracy instruktora.

– Dla swoich podopiecznych staramy się być trenerami, przyjaciółmi, psychologami i wychowawcami. To odpowiedzialna, ale zarazem bardzo satysfakcjonująca rola. Chociaż nie ukrywam, że czasami przed turniejem naszych par stresuję się bardziej niż przed własnym występem. Trenujemy zarówno 6-letnie dzieci, jak i 18-latków. Oprócz techniki, wpajamy im umiejętność samodzielnego treningu. Chcemy nauczyć ich, by sami kreowali swój ruch, a nie tylko odtwarzali to, co zostało im pokazane. By wytrwale dążyli do celu i uczyli się na swoich błędach.

– Taniec, treningi ze swoimi podopiecznymi. Ma Pan czas na odpoczynek?

– Regeneracja jest bardzo ważna. Staramy się zawsze uwzględniać ją w naszym planie treningowym. Chociaż nie ukrywam, w normalnym sezonie turniejowym czasem trudno to zrobić.

Agata Flisiak

Last modified: 27 listopada 2020