Nagroda za odwagę

Autor: |

Zwycięzcą tegoroczne­go plebiscytu na Świd­niczanina Roku jest Andrzej Śliwa. 10 grud­nia laureat odebrał sta­tuetkę Srebrnego Atlasa z rąk burmistrza Walde­mara Jaksona.

– Mamy wśród mieszkań­ców naszego miasta wielu za­cnych ludzi. Musimy szukać sposobu na to, by ich efektyw­nie promować, gdyż w sposób wybitny przyczyniają się do budowy tożsamości Świdnika – mówił burmistrz gratulując Świdniczaninowi Roku suk­cesu.

Andrzej Śliwa urodził się w Urzędowie i z niewiadomego powodu, od małego dziecka kleił z patyczków albo papie­ru coś, co mogłoby latać. Miał w życiu zwykle to szczęście, że co sobie zaplanował, to zrobił. Miłość do latania przywiodła go do Świdnika. Po zalicze­niu całej mapy lotniczej Polski, tutaj właśnie zwabiła go w la­tach 70. maszyna zwana śmi­głowcem. Pozostał jej wierny do dziś. Jako pilot Tatrzańskie­go Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego lata Sokołem, jego zdaniem najlepszym śmi­głowcem na świecie. Na szacu­nek całej Polski zasłużył pełną poświęcenia akcją ratowania ofiar i poszkodowanych pod­czas gwałtownej burzy nad Giewontem w sierpniu ubie­głego roku. Nie sposób było nie zapytać go o TOPRowską co­dzienność.

– Jak można nauczyć się latać w TOPR?

– Tego nie da się nauczyć. Żeby tam trafić, trzeba mieć ogromny bagaż lotniczego do­świadczenia całego życia. To nie jest praca dla dwudziesto­parolatka, który ma za sobą la­tanie na Robinsonie i kilkaset godzin za sterami. To nawyki i umiejętności nabyte podczas tysięcy przelatanych godzin. Przypominam sobie czasy la­tania w PGRach, w latach 80. W powietrzu byliśmy po kil­kanaście godzin dziennie… niezła szkoła jazdy. Wiosną ro biliśmy ponad sto lotów dzien­nie. Lądowiska były blisko pól, lot trwał półtorej, może dwie minuty. W tym czasie zrzuca­ło się 600 kilogramów nawo­zów. Czasami nie wyłączaliśmy silników na obiad, tylko kotlet mielony zjedzony na pokła­dzie, popity herbatą i z powro­tem do roboty. Na szczęście byliśmy jeszcze młodzi, napa­leni na latanie. Cieszyło nas wszystko. Kiedy nawozy sy­pane były łopatami, nie z wor­ków, robiło się trudniej, bo zasobniki były tak pełne, że maksymalnie obciążały śmi­głowiec. Przy osiemdziesięciu paru bazach, jakie piloci WSK obsługiwali w tym czasie, był to niesamowity poligon.

– Czyli loty z obciążeniem po czubek głowy mieliście opa­nowane. A co z temperatura­mi i wysokością?

– W latach 90. wróciliśmy na rynek egipski. Tam tem­peratury nie brakowało. Przy 35-40 stopniach szukaliśmy lądowisk w piachu, między palmami i drutami. Muszę po­wiedzieć, że Mi-dwójki dawały sobie radę. Z przeładowaniem na szczęście nie było proble­mu, bo dziura w zbiorniku pokazywała kiedy trzeba prze­stać zalewać. Po Egipcie, ko­lejne bezcenne doświadczenie – kilkanaście lat gaszenia po­żarów lasów w Hiszpanii. Tam było wszystko – temperatura, wiatr, góry, przeszkody tere­nowe. Zabieraliśmy na pokład dziesięciu strażaków ze sprzę­tem i wywoziliśmy ich do poża­ru. Po desancie wyciągali nam zbiornik bambi i szukaliśmy w okolicy wody. Zdarzały się spe­cjalnie zbudowane zbiorniki, z łatwym podejściem. Ale by­wały sytuacje z pobieraniem wody z prywatnych basenów, których właściciele wyciąga­li z domu strzelby albo rzuca­li kamieniami. W ten sposób zebrało się ponad osiem tysię­cy nalatanych godzin. Pięć ty­sięcy w PGRach na Mi-2, dwa w Egipcie i prawie dwa tysiące Sokołem na pożarach w Hisz­panii. To wszystko procentuje. Hiszpańskie bazy, praktycz­nie wszystkie, znajdowały się w górach, na 1200-1300 metrach i trzeba było polecieć jeszcze wyżej.

– Na czym jeszcze polega specyfika latania w TOPR?

– Na tym, że czasem, jeśli pa­nuje piękna pogoda i można by zrobić efektowne zdjęcia z po­wietrza, telefon milczy. Za to, kiedy tylko pogoda się załamie, zaczyna się alarm. A to gdzieś pobłądzili, a to się pośliznęli, a to blokada psychomotoryczna, że ani w tę, ani w tę. W górach najgorszy jest wiatr i nie da się go przewidzieć. Zauważysz kładącą się kosodrzewinę, ale gdzie zrobi się przeciąg, rotor, nie zgadniesz.

– A efektowne podpieranie podwozia jednym kołem na zboczu?

– Staramy się tego nie stoso­wać, bo to element bardzo nie­bezpieczny. Lepiej desantować ratowników z wysokości, by mieć pewność, że nie zaczepi­my łopatą czegoś bądź kogoś, jak w 1994 roku, kiedy na po­graniczu pełnego przyziemie­nia łopata uderzyła jednego z ratowników i w efekcie cały śmigłowiec rozpadł się w po­wietrzu.

– Więcej w TOPRowskim la­taniu jest przyjemności czy strachu?

– Wszystko zależy od pogo­dy i stanu osoby, którą ratu­jemy. Jeśli ktoś skręci kostkę, czasu jest więcej, nie ma obawy o jego życie. Ale jest mnóstwo przypadków upadków z wy­sokości. Wtedy dochodzi do połamań i bardzo ciężkich ura­zów wielonarządowych. Liczy się każda minuta. Nie wspo­mnę już o wypadkach śmier­telnych.

– Ale widziałem zdjęcia, kiedy pogoda była piękna, a widok gór nieprawdopo­dobnie efektowny.

– Największe wrażenie robią obrazy jesieni. Na lądowisku zielona trawa, trochę wyżej mnóstwo kolorów, a potem biało.

– W TOPRze będziesz latał do upadłego czy postawi­łeś sobie jakiś limit oprócz zdrowia?

– Limit stawiają przepisy. Jest nim ukończenie 65. roku życia. Póki co, nie można pra­cować ani dnia dłużej. Regu­ły były tworzone kilkadziesiąt lat temu i porównanie sześć­dziesięciopięciolatka wtedy i dziś… no wiadomo. Ale sam nie wiem, czy chciałbym latać dłużej. Oczywiście przy lataniu turystycznym limituje mnie tylko stan zdrowia.

– Chyba wszyscy obecni pi­loci TOPR wywodzą się ze Świdnika.

– Wacek Stroiński, Leszek Koc, Leszek Pawuła, Janusz Wójcik, Kazimierz Kaczko. Wszyscy to szkoła latania WSK albo Heliseco. Wacek w stycz­niu kończy służbę, Janusz w marcu. Od roku na emeryturze jest Włodek Ciszewski.

– Leszek Koc jest emerytem, ma za sobą służbę w Straży Granicznej, a ciągle lata So­kołem. To choroba jakaś?

– Coś może być na rzeczy. To jedyny cywilny Sokół w Polsce, którym można jeszcze pola­tać. W TOPR dorabia też sobie, jeśli tak można powiedzieć, albo, co będzie pewnie bliższe prawdy, podtrzymuje nawy­ki, Leszek Pawuła, szef pilotów Black Hawka z Mielca, który ceni i kocha Sokoła, tak jak my wszyscy.

– Kto szuka następców od­chodzących?

– Wszyscy szukamy. Szkoda byłoby stracić śmigłowiec przez jakiegoś nowicjusza (śmiech), tym bardziej, że gdzieś na hi­storycznej półce znalazły się w Rzeszowie dwa nowe silniki do kupienia. Maszyna jest dmu­chana, chuchana… jak tylko pokropi deszcz, a nie trzeba le­cieć, stoi w ciepłym hangarze. To bardzo młody śmigłowiec, ma zaledwie 16 lat i wszystko wymieniane zgodnie z kalen­darzem. Mam nadzieję, że jesz­cze nam posłuży.

Jan Mazur

Last modified: 22 grudnia 2020