Mielone receptą na gole?

Autor: |

Wiek wypomina mu każdy. Jednak w jego przypadku jest to połączone z wielką sympatią i przede wszystkim podziwem. Strzelił w zakończonym sezonie 25 bramek i wygrał klasyfikację strzelców trzeciej ligi. Napastnik Avii nie zamierza zawieszać butów na kołku i chce wciąż strzelać. O tym jak narodził się piłkarsko, jak wyglądała jego kariera i jakie ma poglądy na piłkę nożną opowiada nam sam Wojciech Białek.

– Masz 40 lat na karku i właśnie pokonałeś wszystkich młodych napastników zostając królem strzelców we wszystkich trzecich ligach w Polsce. Jaki jest fenomen Wojciecha Białka?

– Tylko się z tego cieszyć, bo kontuzje mnie jak na razie omijają. 40 lat, to dla piłkarza dość sporo, ale nie zamierzam kończyć z grą. Piłka nożna to moje życie, moja pasja i bardzo lubię to robić.

– Byłeś w kilku klubach, ale nigdzie nie strzelałeś tylu bramek, co w Avii. Można powiedzieć, że w Świdniku czujesz się najlepiej?

– Oczywiście, że tak. Świdnik, to mój dom. Znam ten stadion doskonale, czuję się w tym mieście bardzo dobrze. Kibice na mnie liczą i wspierają, a ja staram się odpłacać im bramkami.

– Po tylu latach czujesz się osobą rozpoznawalną na ulicach Świdnika?

– Czasem widać, że jak przechodzę obok, to pod nosem ktoś szepcze: „o, to ten Białek”. Po meczach kibice często gratulują mi bramek i zbijają ze mną piątki, ale na ulicy raczej się to nie zdarza.

– Niespotykaną umiejętnością u Ciebie jest gra obiema nogami. Miałeś to zawsze, czy wytrenowałeś?

– Jestem ogólnie prawonożny, ale lewą nogę sobie wytrenowałem. Gdy grałem w juniorach, jeden z kolegów świetnie uderzał lewą nogą. Spodobało mi się to i powiedziałem sobie, że i ja muszę tak podawać i uderzać tą wtedy jeszcze słabszą nogą. Mam brata, który stał kiedyś na bramce. Mieliśmy boisko pod nosem, więc całe wakacje mogłem z nim ćwiczyć uparcie lewą nogę i tak się tego nauczyłem. Ta umiejętność została mi do dzisiaj.

– Pochodzisz z małej miejscowości. Niełatwo się z takiego miejsca przebić choćby na poziom trzecioligowy. Jakie były Twoje początki?

– Pochodzę z Jastkowa. Było nas około 20 chłopaków. Codziennie graliśmy w piłkę. Jeździliśmy z bratem rowerami do Tomaszowic, gdzie rozgrywaliśmy mecze między wioskami. Tam wypatrzył mnie Jarek Caboń, mój pierwszy trener. Zaprosił mnie na treningi do Legionu Tomaszowice. Tak się zaczęło Miałem 12-13 lat. Na codzienne treningi sześć kilometrów pokonywałem rowerem albo piechotą. Czułem się tam bardzo dobrze i już w wieku 16 lat zadebiutowałem w drużynie seniorskiej. Legion był wtedy w czwartej lidze. Trenerem był Marek Sadowski. Zasiadłem na ławce rezerwowych i w ogóle nie spodziewałem się, że wejdę choćby na minutę. Kolega złapał kontuzję i wszedłem na boisko już w pierwszej połowie. Graliśmy wtedy chyba z POM-em Piotrowice. W debiucie strzeliłem też pierwszą bramkę. Pamiętam, że nic wtedy nie słyszałem, strzeliłem i zacząłem się cieszyć z trafienia. Co ciekawe grałem głównie na środku pomocy. To właśnie w Tomaszowicach narodził się zawodnik, Wojciech Białek.

– Mało kto wie, że właśnie w czasie gry w Tomaszowicach zainteresował się Tobą Lech Poznań…

– Miałem wtedy dobry sezon w czwartej lidze. Jako 19-latek strzeliłem ponad 20 bramek. Pojechał do Lecha, który podczas przerwy na kadrę przygotowywał się do meczu z Górnikiem Łęczna. Doznałem szoku. Bosacki, Świerczewski, Reiss… Tych ludzi dopiero co oglądałem w telewizji.  A tu z nimi dzieliłem szatnie czy pokoje. Zagrałem w jednym sparingu, w którym podałem do praktycznie pustej bramki Piotrowi Reissowi. Byłem zadowolony z tego co zobaczyłem. Ówczesny trener Lecha, Czesław Michniewicz też był ze mnie zadowolony, ale po czasie kontakt się niestety urwał. Nie do końca pamiętam jak to funkcjonowało. Tymi sprawami zajmowali się wtedy dyrektor Górecki i Marek Sadowski. Być może zbyt dużo Lechowi za mnie „krzyknęli”.

– Twoja podróż z trenerem Sadowskim trwała dalej. Najpierw Dęblin potem Łada Biłgoraj, która grała wtedy w piątej lidze.

– Z Ładą zrobiliśmy dwa awanse. Najpierw do czwartej, a potem do trzeciej ligi. Tam już grałem jako napastnik. Moim partnerem był Irek Zarczuk, który imponował mi niesamowicie tym co prezentował na boisku. Dalej mamy ze sobą kontakt.

– To właśnie z zaprzyjaźnionej Łady przeniosłeś się do Avii. Jak tu trafiłeś?

– Do Avii ściągnął mnie trener Komor. Był jeszcze stary stadion i szatnie, ale już wtedy pokazałem, co potrafię. Już w pierwszym sezonie w Avii zostałem chyba nawet królem strzelców strzelając 19 bramek.

– Miałeś okazję grać nawet w pierwszej lidze. Co Twoim zdaniem sprawiło, że nie grałeś wyżej?

– Ciężko powiedzieć. W Motorze miałem dobry sezon, byłem najlepszym strzelcem klubu. Miałem tez wtedy takiego niby managera, który miał mi pomóc. Okazało się, że niczego mi nie załatwił. Podpisał ze mną umowę, miał mi pomóc odzyskać pieniądze od zalegających mi klubów, ale tego nie zrobił. Miał też znaleźć mi klub, jednak tego także nie potrafił uczynić.

– Dzisiaj wielu chłopaków w bardzo młodym wieku ma już managerów. Jak Ty patrzysz na to zjawisko?

– Każdy ma swoje doświadczenie z managerami. Faktycznie wielu młodych zawodników współpracuje z takimi ludźmi, ale według mnie bardziej mąci im to w głowach. Myślą, że przez to są już piłkarzami. Wystarczy dobrze się prezentować, dobrze grać i wszystko przyjdzie samo. Jeżeli dwa razy kopnąłeś prosto piłkę, to nie jesteś od razu wielkim piłkarzem. Nie tędy droga. Trzeba sobie zasłużyć pracą na boisku.

– Jak w ciągu lat zmieniło się podejście zawodników do trybu życia, do żywienia?

– Zmieniło się diametralnie. Teraz jest mnóstwo chłopaków, którzy mają rozpisane diety, jedzą jakieś specyfiki. Ja lubię jeść mięso i zawsze będę je jadł. Przed meczem też potrafię je zjeść i w ogóle mi to nie przeszkadza w grze.

– Młodzi zawodnicy mogliby Cię zapytać, co takiego je przed meczem Wojtek Białek, że tak dobrze gra?

– Zawsze im odpowiadam, że mielonego. Oni jedzą te swoje makarony czy inne specjały, a ja zjem mielonego przed meczem i jest mi dobrze, mam siłę biegać i strzelać bramki.

– Byłeś w Avii za czasów GPTS-u, a potem także po przejęciu klubu przez miasto. Jak zmieniła się Avia?

– Przede wszystkim zmieniło się bardzo dużo pod względem organizacji. Wiadomo jakie były problemy GPTS-u, finansowe i nie tylko. Poprawiło się praktycznie wszystko. Jedyne czego nam brakuje to dużego boiska z naturalną trawą, żeby nie musieć trenować w lecie na sztucznym.

– Trochę kurtuazji w stosunku do kolegów. Najlepszy zawodnik z którym grałeś i najlepszy przeciwko któremu grałeś to?

– Szczerze mówiąc zawsze bardzo mi się podobała gra Romana Mykytyna. Jego spokój, praca w defensywie zawsze mi imponowała. Mogę też wyróżnić Dominika Malugę za jego determinację i zaangażowanie na boisku. Z zawodników, którzy grali przeciwko mnie, to Reiss, który wówczas grał w Warcie Poznań, Marcin Robak, Waldek Sobota, było ich wielu.

– A najlepszy trener, który Cię prowadził?

– Powiem jedno nazwisko – Marek Sadowski. To był mój przybrany, piłkarski ojciec. Miał dobry warsztat, potrafił zmotywować zawodników i nie bał się szatni. Jak miał coś do powiedzenia, to potrafił krzyknąć, ale i spokojnie wytłumaczyć. Dużo się od niego nauczyłem.

– Jest jakiś stadion, na którym zagrałeś kilka meczów i nie udało Ci się strzelić bramki?

– Nie pamiętam takiego, wydaje mi się, że na wszystkich mi się udawało.

– Jakie sobie stawiasz cele piłkarskie?

– Zobaczymy jak będzie wyglądać nasza kadra, ale marzę o awansie z Avią do drugiej ligi.

– Zwycięstwa indywidualne, takie jak wygranie klasyfikacji strzelców robią na Tobie wrażenie?

– Teraz już tak. Walczyłem o tego króla strzelców z Gębalskim. Gdy niedawno strzeliłem hattricka, to po trzeciej bramce tak mnie poniosło, że ciesząc się zrobiłem salto. Moja dziewczyna po meczu bardzo mnie prosiła, bym więcej już tego nie robił. Jestem zadowolony, że w wieku 40 lat strzeliłem te 25 bramek i dołożyłem do tego kilka asyst. Myślę, że trenerzy też są ze mnie zadowoleni.

– Założyłeś sobie górną granicę wieku, w którym chciałbyś skończyć karierę?

– Co ma być to będzie. W tej chwili żyję piłką i jeśli zdrowie pozwoli, to będę wciąż grał. Czas pokaże jak długo.

Mateusz Ostrowski

Last modified: 23 czerwca 2022

Zmień język »