Miejsce inne niż wszystkie

Autor: |

– To miejsce zupełnie inne, bo jest archaiczne ze wszystkim, co się w nim znajduje. Są w nim tysiące rzeczy, ale nie panuje w nim bałagan, tylko nieład artystyczny, bo wiem, gdzie co jest. Planuję urządzenie tam pracowni-muzeum, której wystój i klimat będzie sięgał w historię jeszcze głębiej – tak zaczyna się opowieść Tomasza Okonia, człowieka uprawiającego nieskończoną liczbę zawodów, lublinianina mieszkającego w Świdniku, którego niezwykły warsztat można znaleźć w Lublinie przy ul. Lubartowskiej 8.

– Podziwiam pracę rzemieślników, ale osobiście nie wyobrażam sobie jak może istnieć ostre dłuto…

– Mam wiele narzędzi, jeszcze przedwojennych, które chciałbym wyeksponować i których ciągle używam. Tamte dłuta i siekiery były ostre. Wykonywano je ze stali węglowej, która rdzewiała, ale dawała się doskonale naostrzyć. Nie ma lepszego materiału na narzędzie. Te ze stali nierdzewnej nie są już tak dobre.

– Rdzewiejąca stal jest lepsza od nierdzewiejącej?!

– Tak, bo naostrzona ma w sobie tak zwany jad, czyli doskonałą ostrość.

– Świdniccy ułani opowiadali mi, jakim próbom poddawana była przedwojenna szabla by przejść test przydatności do użytku w wojsku. Aż trudno uwierzyć, że spuszczana z wysokości dwóch metrów przebijała kilkumilimetrowej grubości blachę…

– Zwłaszcza ostatnia polska szabla, tak zwana ludwikówka, wzór 34. Dużo dobrych rzeczy mieliśmy kiedyś…

– Potwierdza się powiedzenie: przed wojną jak było, tak było, po wojnie, jak nie ma, tak nie ma. Było po drodze tyle wojen, tyle wojsk przechodziło przez Polskę, aż dziw, że zachowały się jeszcze antyki, które można przywrócić do dawnej świetności. Gdzie ludzie je znajdują?

– Staroci szukałem od najmłodszych lat. Może dlatego, że mieszkałem na Kalinowszczyźnie, w starej dzielnicy Lublina. Ganiałem tam po strychach i piwnicach wynajdując stare rzeczy, a jako podrostek, zamiast grać z kolegami w piłkę, miałem znajomych historyków sztuki, rzeźbiarzy, malarzy… w ich kręgu się obracałem. A może po prostu poczucie winy zachęciło mnie do restauracji starych rzeczy, bo rozebrałem kilka budzików babci i nie potrafiłem ich z powrotem złożyć. Tak naprawdę zbyt wiele antyków wojny nie przetrwało. Część spłonęła, część została rozkradziona. Ale odbudowujemy polskie zasoby przywożąc je ze świata. Francja, Szwecja, nie zostały zniszczone w czasie wojny i wartościowe, stare meble, są w stanie niemal fabrycznym.

– Zajmuje się Pan drewnem i metalem czy tylko drewnem?

– Drewnem, metalem, srebrem, porcelaną, ceramiką, jak trzeba obrazami. Zajmuję się tym trzydzieści lat, więc był czas się nauczyć i było od kogo. Nie chcę wymieniać nazwisk starych, przedwojennych jeszcze mistrzów, z których większość już nie żyje, a ja miałem przyjemność z nimi rozmawiać.

– Ma Pan ucznia?

– Prowadziłem warsztaty, ale to nie to samo. Trzeba być u mnie w pracowni, żeby zorientować się, co się tam dzieje. Nawet samo poznanie narzędzi zajęłoby bardzo dużo czasu. Potem trzeba wiedzieć, jak i do czego ich używać. Poza tym, nigdy nie robię żadnej rzeczy od razu. Zaczynam jakiś mebel, potem idę do naczynia ceramicznego, które łatam. Potem idę do obrazka…

– Czyli mózg się nie nudzi…

– …Następnie naprawiam jakieś srebro, coś lutuję … ciągła zmiana zajęć. Jak tu kogoś nauczyć? Ktoś dopytywałby mnie o wszystko, a skoro uczyłem się trzydzieści lat i dalej zdobywam wiedzę, to kiedy wychowam następcę?

– Jak duży jest rynek na Pańskie usługi?

– Dość duży, chociaż wciąż mój warsztat nie jest powszechnie znany. Przychodzą przeważnie ludzie zamożni, kolekcjonerzy pamiątek rodzinnych.

– Która z dziedzin uprawianych przez Pana jest najtrudniejsza?

– Każda ma swoje zawiłości, wymaga wiedzy i znajomości rzeczy. Mam taką zasadę, że zawsze długo zastanawiam się nad rozwiązaniem problemu. Myślę tydzień, albo dwa, chociaż wykonanie zajmuje potem czasem raptem dwie godziny. Znam takich, którzy postępują odwrotnie i straty są nieodwracalne. A w tej działalności pierwsza reguła, to nie szkodzić, jak w medycynie.

– Jaki najstarszy przedmiot przywrócił Pan do życia?

– Późnogotycki, srebrny krucyfiks z początku XVI wieku. Właściwie podstawa była późnogotycka, sam krzyż późniejszy.

– A jakaś rzecz najtrudniejsza?

– Nie rozumuję w takich kategoriach. W każdym przedmiocie jest coś trudnego, pod warunkiem, że chcemy to zrobić dobrze. Przeważnie mam wrażenie, że były szczegóły, które można było dopracować lepiej. Klienci zwykle tego nie zauważają, ale czasem się wstydzę. To chyba zawodowe skrzywienie, ale pożyteczne, bo inaczej człowiek by się zatrzymał. A tak, co dzień odkrywam coś nowego. Zacząłem nawet przyjmować rzeczy na pozór niewykonalne, na przykład prace kaletnicze, których nie da się zlutować, bo skóry się nie lutuje. Ale Bozia daje rozum służący do myślenia i zawsze da się wynaleźć jakiś sposób. Głowa, jak mawiał mistrz stolarski Jerzy Ostrowski z teatru Osterwy, nie jest od noszenia beretu.

– Niczego nie da się wykonywać po mistrzowsku, tylko z powodu formalnego wyuczenia fachu, jeśli nie ma się tak zwanej smykałki. Zgodzi się Pan z taką opinią?

– Musi być też miłość do tego co się robi. Ja, na przykład, przychodzę do pracy bardzo zadowolony, chociaż nie zarabiam zbyt dużo.

– Ma Pan na Lubelszczyźnie liczącą się konkurencję?

– Do mebli tak, do innych rzeczy nie. To coraz rzadszy zawód.

– A wykształtowała się jakaś wspólnota ludzi odnawiających starocie, jest wymiana doświadczeń czy raczej każdy ukrywa swoje tajemnice?

– Znam ludzi naprawiających meble, ale raczej każdy trzyma swoje patenty dla siebie. Ostatnio przyjmuję coraz więcej przedmiotów użytkowych: stare zabawki, instrumenty… ludzie przynoszą nawet sprzęt gospodarstwa domowego, bo, na przykład ucho od garnka się oderwie. Przepraszają, że noszą coś takiego, ale odpowiadam, że przecież po to jestem. Przychodzą księża, zakonnice, żeby różaniec naprawić. Za drobne rzeczy nie biorę opłaty. Ostatnio zadzwonił do mnie z Kraśnika pan z pytaniem, czy mógłbym poprawić na cmentarzu w Osuchach tabliczkę 21-letniego chłopaka, poległego w czasie największej bitwy partyzanckiej z Niemcami. W pseudonimie „Włóczęga” ktoś zrobił mu błąd ortograficzny. Zadanie nie było banalne, ponieważ tabliczka po poprawce nie mogła różnić się od innych. Nie miałem sumienia wziąć pieniędzy za przysługę oddaną młodemu człowiekowi, który zginął za Ojczyznę. Potem nawet z Łodzi przyjechała jakaś pani, której ojciec również zginął w tej bitwie, żeby podziękować. Otrzymałem też podziękowania z Instytutu Pamięci Narodowej. Nie chciałem nic, a dostałem więcej, niż bym chciał. Opłaca się pomagać, bo dobro zawsze wraca.

– Da się z Pańskiej pracy wyżyć?

– Gdybym zaczynał teraz, niekoniecznie. Ale jestem już na rynku tyle lat, że zawsze jakiś klient się znajdzie. Coraz więcej ludzi się o mnie dowiaduje i przyznam, że coraz lepiej mi się wiedzie.

– Zdarzają się sytuacje, że przydźwiga ktoś jakiś przedmiot i wydaje mu się, że grata przydźwigał, a to skarb, albo odwrotnie?

– Pojęcie „skarb” jest niezwykle relatywne. Razu pewnego ktoś przyniósł mi do pracowni zwykły, rzemieślniczy taboret. Taki, jakie przed wojną w kuchni stały, z podnoszonym siedzeniem i skrytką w której zwykle trzymało się szczotki do butów i pasty. Siedział sobie ktoś na takim stołku i czyścił obuwie. Zdziwiłem się, bo moja usługa ileś tam miała kosztować, a to taki zwykły taboret. Pytam człowieka, jaki jest powód, żeby go naprawiać. A on odpowiada, że to jedyna pamiątka po dziadku, z mieszkania spalonego w Powstaniu Warszawskim. W taborecie przechowywana była broń. Dla niego mebel był bezcenny.

– Czuje się Pan powołany do wypełnienia jakiejś misji?

– Tak. Odkąd sięgam pamięcią, rysowałem, malowałem, brałem udział w wystawach. W sensie formalnym wykształcenia plastycznego nie mam, ale zgromadziłem zbiór książek o tej tematyce, również przedwojennych. Nauczyłem się je nawet naprawiać, jednak tylko na użytek własny, albo najbliższych znajomych. Przy takich właśnie rzeczach wypoczywam. Kiedyś restaurowałem kapliczkę przyniesioną przez kolekcjonera. Miała na sobie kilka warstw farby olejnej. Zrobiłem odkrywki, a tam fajny mazerunek, a la marmurowy. Zdejmowałem farbę skalpelem, zajęło mi to około miesiąca. Żona mówiła, że dostałaby wścieklizny, a ja martwiłem się, że ta praca się kończy. Formalne wykształcenie oznacza zaszufladkowanie. Konserwator zabytków jest specjalistą od malarstwa, rzeźby. Ja jestem kimś na kształt koła gospodyń wiejskich, oprócz tego, że nie śpiewam i nie tańczę. Pamiętam, jakieś dziewczyny tworzyły stronę internetową na temat różnych zawodów i chciały wiedzieć, jaki wykonuję. Ale który? – zapytałem – Bo uprawiam kilkadziesiąt.

Jan Mazur

 

Last modified: 3 września 2020