Lubię podkreślać naturalne piękno

Autor: |

Na zdjęciu po lewej Anna Ciesielka-Kopeć. Po prawej stronie modelka Agata Hofman, fotografowała Adrianna Brzozowska.

Jako dziecko lubiła zaglądać do kosmetyczki swojej mamy, szukając w niej kolorowych skarbów. To dzięki temu po raz pierwszy zobaczyła, jaki efekt daje pomalowanie ust. Przygoda w świecie kosmetyków spodobała jej się na tyle, że w dorosłym życiu postanowiła zająć się nimi zawodowo. Dziś Anna Ciesielka-Kopeć (na zdjęciu od lewej) pracuje jako wizażystka, a od czerwca prowadzi salon kosmetyczny Pomalowana. Nim jednak otworzyła swoje wymarzone miejsce, przeszła niezwykłą drogę od pierwszych makijaży wykonywanych na sobie i siostrze, po modelki i Miss Supranational. W rozmowie opowiedziała nam o swoich doświadczeniach.

– Jak wyglądały Pani pierwsze kroki w świecie makijażu?

– Od podstawówki miałam problemy ze skórą. To spowodowało, że zaczęłam podkradać mamie kosmetyki. A to użyłam podkładu, innym razem pomalowałam usta szminką. Z czasem zaczęłam kupować swoje kosmetyki. Chciałam mieć ich coraz więcej i coraz lepsze, żeby ładnie wyglądać. W końcu uznałam, że to coś dla mnie. Zrozumiałam, jak duży potencjał ma w sobie podkreślanie urody. Zdecydowałam się pójść na kurs, by zdobyć umiejętności i zacząć działać w tym kierunku. W tym czasie moja siostra udzielała się jako modelka. Wspólnie uznałyśmy, że gdy skończę kurs, będę mogła malować ją na różne sesje. I tak to się zaczęło. Otrzymywałam propozycje od fotografów, sama też się do nich zgłaszałam. Pisały do mnie modelki z pytaniem, czy mogłabym je pomalować. Robiłam to w formie TFP, czyli czas za zdjęcia. Po kilku latach uznałam, że przyszła pora, by zainteresować się makijażem okolicznościowym. Miałam już pewne umiejętności. Poza tym, zgłaszały się do mnie znajome, które prosiły, żebym pomalowała je na wesele. Początkowo im odmawiałam, ale w końcu postanowiłam spróbować i spodobało mi się. Chciałam nauczyć się jak najwięcej.

– Zanim przejdziemy do pracy w salonie, proszę opowiedzieć o swoich doświadczeniach podczas sesji zdjęciowych. Makijaże, które wykonywała Pani do zdjęć zdecydowanie różnią się od tych, które nosimy na co dzień, czy podczas jakiegoś ważnego wydarzenia.

– Rzeczywiście tak jest, choć wszystko zależy od tego, o jaki makijaż chodzi. Zdarza się, że wykonuję tzw. make up no make up na sesję, bo fotografowi zależy na efekcie czystej, świeżej skóry. Obecnie w makijażu bardzo modna jest naturalność. Fotografowie też to podkreślają, chcąc, żeby skóra modelki była wręcz mocno rozświetlona. Do tego używa się olejku, który jeszcze bardziej wydobywa blask. Na co dzień, a tym bardziej przy makijażach okolicznościowych, nie stosuje się tego. Ich zadaniem jest upiększyć kobietę. Malując klientkę lubię znaleźć w niej coś cudownego i podkreślić to tak, by wszyscy skupili na tym wzrok. Według mnie właśnie na tym polega makijaż okolicznościowy. Nie chodzi w nim o zamalowanie, tylko wydobycie pewnej cechy wyglądu w taki sposób, by ktoś powiedział „Jejku, ale masz piękne oczy, a jaki kształt ust!”. Z kolei w makijażach do sesji zdjęciowych zupełnie się to nie liczy. To okazja do upuszczenia w sobie artystycznego ducha. Chodzi o stworzenie arcydzieła na płótnie, którym staje się twarz modelki.

– Którego rodzaju makijaż sprawia Pani większą radość: okolicznościowy czy do sesji?

– Oba dają mi satysfakcję. Lubię moment, w którym pokazuję klientce efekt i słyszę, że podoba jej się, jak wygląda. Kiedy mówi, że nigdy nie czuła się tak pięknie i że nie wiedziała, że ma tak niebieskie oczy. Jej radość, gdy widzi swoje odbicie w lustrze, daje mi ogromną satysfakcję. Z drugiej strony, jak każdy artysta lubię puścić trochę wodze fantazji. Ponieważ malując klientki nie mogę sobie na to pozwolić, robię to w trakcie sesji. Często zapraszam do salonu modelki, by wykonać na nich naprawdę mocne makijaże. Poświęcam na to kilka godzin, potem robimy zdjęcie. W ten sposób daję dojść do słowa tej części siebie, która potrzebuje tworzyć coś mocnego, niestandardowego, zupełnie innego niż zawsze.

– W 2015 roku miała Pani okazję pracować przy finałach Miss Polski i Supranational.

– Przyznam szczerze, że przez adrenalinę pamiętam wszystko jak przez mgłę. To była praca, którą wykonywaliśmy w ramach praktyk w szkole Akademii Makijażu Mokotowska w Warszawie. W przypadku Miss Supranational nauczyciele podpowiedzieli nam, że osoby z Azji lubią mieć rozjaśnioną skórę, bez konturowania twarzy. Z kolei Afroamerykanie stawiają na kontur i wyrównanie koloru. Naszym zadaniem było później stworzenie makijaży podobających się miss, kamerom i publiczności. Jeśli chodzi o sam moment ich tworzenia, niewiele pamiętam. Za kulisami panował harmider, było mnóstwo osób, rozmawialiśmy po polsku i angielsku. My, uczniowie, czuliśmy się szczęśliwi, że bierzemy w tym udział. Cały czas się uśmiechaliśmy, byliśmy z siebie zadowoleni. Nie konkurowaliśmy ze sobą. Wręcz, gdy komuś zabrakło kosmetyków, pożyczaliśmy je. W tym miejscu muszę pozdrowić Ewelinę Smalec-Łuczak, z którą byłam w grupie. Jest cudowną osobą i kiedy byłyśmy w szkole, uwielbiałam z nią pracować. Bardzo się cieszę, że ją poznałam. Okazało się, że pochodzimy z tego samego miasta, więc cały czas utrzymujemy kontakt. Wspieramy się, pomagamy sobie nawzajem, rozmawiamy o kosmetykach i omawiamy, które nam się sprawdzają, a których lepiej nie używać.

– Akademia Makijażu Mokotowska wiele Panią nauczyła.

– Bardzo dobrze ją wspominam. Nauczyła mnie wszystkiego, co dziś potrafię. Zanim do niej poszłam, byłam na trzech kursach, po których powinnam posiadać całą podstawową wiedzę o makijażu. Okazało się jednak, że była ona mocno okrojona. Gdy zaczęłam naukę w akademii zrozumiałam, że ta dziedzina cały czas się zmienia. Nie można stać w miejscu, trzeba się rozwijać. Na przestrzeni lat zmieniło się postrzeganie człowieka. Kiedy zaczynałam pracę zawodową, w makijażu w ogóle nie zwracano uwagi na brwi. Teraz mówi się, że stanowią ramę twarzy. Jeśli nie są podkreślone, ma się wrażenie, że makijaż jest niedokończony. Są jego spoiwem.

– Po 9 latach spełniła Pani swoje marzenie o salonie kosmetycznym.

– Otworzyłam go w czerwcu, ale myśl o nim kiełkowała we mnie już od kilku lat. Chciałam mieć własną działalność, jednak wiązała się ona z ogromnymi kosztami. Musiałam zarobić na wynajem, kupienie rzeczy, rozpoczęcie wszystkiego. Teraz, wspierana przez męża uznałam, że to dobry czas, by uruchomić salon.

– Dzięki temu mogła Pani wprowadzić do swojej oferty dodatkowe usługi.

– Zdaję sobie sprawę, że makijaże okolicznościowe wykonuje się głównie w sezonie. Uznałam więc, że pójdę na dodatkowe kursy. Pierwszy, o jakim pomyślałam to geometria, regulacja i henna brwi. Jestem osobą, która we wszystkim szuka symetrii, więc efekty tego zabiegu niesamowicie mi się podobały. Zdecydowałam się też zrobić kurs laminacji rzęs. To wciąż niszowy zabieg, chociaż daje super efekt przy zachowaniu naturalnych rzęs. Polega na zmianie struktury włosa. Nakłada się na nie specjalne preparaty, a następnie podkręca i maluje henną. Efekt utrzymuje się do 4 tygodni. Zabieg można też wykonać na brwiach. Podoba mi się, że w ten sposób mogę wydobyć z klientki jej naturalne piękno. W ofercie mam także naukę makijażu osobistego i warsztaty dla początkujących wizażystów.

– Jak określiłaby Pani swój styl? Jest coś, co szczególnie go wyróżnia?

– Ostatnio sama zadałam sobie to pytanie. Czy mam konkretny styl pracy? Jeśli maluję klientki, staram się robić to, czego ode mnie oczekują. Z kolei kiedy pracuję przy sesji zdjęciowej, stawiam na błysk. Fotograf, z którą często współpracuję mówi, że jestem jej bratnią duszą, bo też kocham efekt „glow”. To właśnie jest coś, co wyróżnia mnie spośród innych wizażystów. Trzymam się go i nie chcę tego zmieniać. Kiedy ktoś proponuje mi sesję mówię, że nie będę matowiła skóry modelki, chyba, że w najbardziej problematycznych miejscach. Reszta musi błyszczeć. Fotografowie zgadzają się na to. Jeszcze nikt mi nie odmówił. Kiedy fotograf szuka wizażysty, wybiera osobę, która maluje w konkretny sposób. Jeśli nie zależy mu na rozświetleniu, nie pisze do kogoś, kto się w tym specjalizuje. Zauważyłam, że „glow” jest modny. Każdy fotograf chce choć raz spróbować zrobić zdjęcie podkreślające rozświetloną cerę. To trudna sztuka. Trzeba przecież wykonać ujęcie tak, by nie podkreślać mankamentów skóry modelki.

Agata Flisiak

Salon kosmetyczny Pomalowana mieści się przy al. Lotników Polskich 110. Więcej informacji oraz prace pani Anny można zobaczyć na fanpagu: www.facebook.com/annaciesielkamakeup.

Last modified: 3 września 2020