Kosmos wymyka nam się z rąk

Autor: |

fot. z archiwum P. Jatczaka

Chyba każdy z nas jako dziecko marzył o podróży w kosmos. Zobaczeniu z okna statku Ziemi albo zrobieniu kroku na księżycu. I choć te pragnienia udało się zrealizować nielicznym, namiastkę wszechświata dają nam planetaria. Jest jedno szczególnie bliskie naszemu miastu. Mobilne Planetarium Pana Komety prowadzi od kilku lat świdniczanin Patryk Jatczak. Codziennie odwiedza szkoły, przedszkola, ośrodki kultury, a nawet plaże, by rozmawiać o gwiazdach i zabierać mieszkańców Lubelszczyzny w niesamowitą podróż. Nam zdradził, jak narodziła się jego pasja.

– Człowiek zawsze chciał wiedzieć, jak wygląda wszechświat. Dalej jesteśmy go ciekawi?

– Jak najbardziej. Cały czas próbujemy poznać jego budowę. Przede wszystkim szukamy odpowiedzi na to, jak powstał i czy w kosmosie istnieje życie. Wydaje się, że jesteśmy coraz bliżej rozwikłania tych zagadek, ale im bardziej się zbliżamy, tym więcej odkrywamy różnych praw rządzących światem. Odpowiedź cały czas wymyka nam się z rąk. Nie wiadomo czy kiedyś w ogóle będziemy w stanie ją poznać. Polecam książkę „Krótka historia czasu” Stephena Hawkinga. Co prawda, zawiera już nieco nieaktualne informacje, bo pisano ją w latach 80., ale pokazuje jakim problemem jest odpowiedzenie na pytania, jak powstał wszechświat i co o tym zadecydowało.

– To właśnie ta książka sprawiła, że zaczął się Pan interesować kosmosem?

– Trafiłem na nią nieco później. Od dziecka fascynowała mnie ta tematyka. Rodzice prenumerowali gazetę National Geographic, więc któregoś dnia po prostu zacząłem ją czytać. Było oczywiście dużo artykułów o zwierzętach i świecie, ale mnie szczególnie zainteresował materiał o gwiazdach. Dokładnie go pamiętam. Opowiadał o tym, że słońce ma około 4,5 miliarda lat, jaką ma temperaturę i że jest nazywane żółtym karłem. Pomyślałem, że to coś fajnego, co bardzo mnie ciekawi. Przeczesywałem internet w poszukiwaniu kolejnych nowinek. Gdy zacząłem interesować się kosmosem bardziej zawodowo, sięgnąłem po literaturę fachową. Między innymi, właśnie Stephena Hawkinga.\

– Kiedy przyszedł moment, że stwierdził Pan, że chce podzielić się pasją z innymi?

– To wyszło trochę przez przypadek. Miałem drobny wypadek w poprzedniej pracy i nie mogłem jej już wykonywać. Brat podrzucił mi ideę, żebym wymyślił zajęcie związane z moimi zainteresowaniami. Uznałem, że to fajny pomysł. Gdy stworzyłem mobilne planetarium Pana Komety, zrozumiałem, jak wielkie mamy braki, jeśli chodzi o astronomię. Standardem jest, że nawet dorośli ludzie nie wiedzą, ile mamy planet, czy jak się nazywają, a wypadałoby mieć o tym pojęcie. W szkołach bardzo mało czasu poświęca się astronomii. To zaledwie kilka godzin w ciągu roku. Trudno, żeby dzieci zapamiętały to na dłużej. Wiadomo, jednym uchem coś wpadnie, drugim wypadnie. Warto więc od czasu do czasu powtórzyć sobie takie informacje,
choćby z ciekawości. Przyznam, że w mojej głowie zrodziła się misja, by propagować wiedzę o kosmosie.

– Dlaczego zdecydował się Pan na mobilne planetarium?

– Wybudowanie prawdziwego to ogromne przedsięwzięcie, do którego podchodzę z dużym dystansem. Jego mobilna wersja była w moim zasięgu. Może na rynku nie było niszy, ale można było się wybić i pracować. Myślę, że z czasem to wszystko jeszcze bardziej się rozwinie. Kto wie, może kiedyś faktycznie uda mi się otworzyć stacjonarne planetarium.

– Jak wygląda jego mobilna wersja?

– Ma formę nadmuchiwanego, okrągłego namiotu o średnicy 5 metrów. W środku jest wyłożone materiałem ekranowym. Jest też rzutnik, z którego puszczam filmy zrobione specjalnie dla mojego planetarium. Dzieci, które przychodzą na zajęcia, mogą się położyć i oglądać pokaz. W zależności od pomieszczenia, w którym rozkładam planetarium, można je podwyższyć albo obniżyć. Miałem raz taką sytuację, że pani zaprosiła mnie do bardzo małego przedszkola. Planetarium miało stanąć w malutkiej salce, dosłownie 3 na 5 metrów. Zgodziłem się na jego rozłożenie, ale zastrzegłem, że w takich warunkach ekran może być bardzo zniekształcony. Pani bardzo się upierała, więc je rozłożyłem. Dzieciom niesamowicie się podobało. To była dla nich wielka frajda, że mogą zobaczyć planety. Nawet nie zauważyły tych nieprawidłowości.

– To nie jedyne niecodzienne miejsce, w którym pojawiło się mobilne planetarium Pana Komety. W wakacje można było z niego skorzystać także… na plaży.

– To było kilka lat temu w Krasnobrodzie. Gościłem tam dwa tygodnie. Pomysł był dość świeży, bo właśnie odtworzyłem narzędzia Mikołaja Kopernika, na podstawie jego dzieła „O obrotach sfer niebieskich”. Kopernik zostawił ich dokładny opis, w niektórych przypadkach podał nawet wymiary, więc mogłem wykonać te przyrządy. Dodatkowo wyposażyłem się w meteoryty i stworzyłem małą wystawę, która towarzyszyła planetarium. Mimo wakacji, chętnych do obejrzenia wystawy i filmu nie brakowało. Zdarzało się też, że w wakacje gościłem w domach kultury czy ośrodkach turystycznych.

– Jak wyglądają zajęcia?

– Przede wszystkim dobieram je do wieku uczestników. W starszych grupach układ słoneczny jest w podstawie programowej i mają jakieś pojęcie na ten temat. Dla przedszkolaków natomiast planety to abstrakcja. Rozmawiając z nimi, staram się używać prostego języka. Tłumaczę, że mieszkamy na kulce, która nazywa się „Ziemia”, że to właśnie na niej znajdują się kontynenty, kraje, miasta, wsie. Zdradzam ciekawostki na temat planet. Mówię, która jest najlżejsza albo najcięższa, na której najszybciej wieje wiatr. Wiadomo, że im dzieci są starsze, tym poważniejsze tematy poruszamy. Staram się wykraczać poza program nauczania i szerzej rozmawiać z nimi o wszechświecie. Jeśli zabieram ze sobą wystawę, opowiadam o tych wszystkich przyrządach. Pokazuję meteoryty, których każdy może dotknąć. Potem wchodzimy do planetarium, oglądamy filmy i omawiamy je.

– Jak dzieci reagują na zajęcia? Podobają im się?

– Jest naprawdę bardzo różnie. Nie powiem, że wszyscy otwierają szeroko oczy i są niesamowicie zainteresowani. Wiadomo, że dla jednych to fascynujący temat, a dla innych coś normalnego i niezbyt interesującego. Przedszkolaki są przeważnie zafascynowane. Dla nich to coś niesamowitego. Im starsze są dzieci, tym to zainteresowanie jest bardziej zróżnicowane. Raz miałem taką sytuację wśród starszych klas, że zaczęli rozmawiać między sobą i nagle ktoś z uczniów uciszył kolegów, bo chciał słuchać. Gdybym jako uczeń wybrał się do planetarium, pewnie też krzyczałbym „Cicho!”. Nieczęsto nadarza się okazja, by być w takim miejscu.

– O co najczęściej pytają?

– Czasami próbują zweryfikować, moją wiedzę. Przeważnie jednak są ciekawi, jak gorące jest słońce, jak wyglądają różne planety, czy podczas pokazu zobaczymy kosmitów albo czy w ogóle istnieją. Tematem, który bardzo rozbudza wyobraźnię i który też często się pojawia, są czarne dziury. Dzieci znają ten termin z telewizji, więc są ciekawe co oznacza.

– Co daje Panu największą satysfakcję?

– Bardzo mnie cieszy, kiedy dzieci są po prostu zainteresowane i zadają mądre pytania. Czasami zdarza się, że naprawdę muszę się wysilić, by na nie odpowiedzieć. Sięgnąć w głąb pamięci i pomyśleć. Lubię, jak moi słuchacze pracują i wyciągają wnioski z zajęć. Nawet, jeśli się gdzieś pomylę, zrobię jakąś literówkę, a oni zwrócą na to uwagę, cieszy mnie to. To znaczy, że mnie słuchają. Praktycznie każdy dzień w pracy jest dla mnie przyjemnością. Lubię ją wykonywać.

– A co z dorosłymi? Czy oni też korzystają z planetarium?

– Czasami przychodzą, bo przyprowadzają na spotkanie swoje pociechy. Innym razem są w roli słuchaczy. Zdarzało się, że po pokazie gratulowali mi zajęć, chwalili, że są rewelacyjne. Z dorosłymi jest o tyle inaczej, że świadomie chcą korzystać z planetarium i poszerzyć swoją wiedzę o wszechświecie. Natomiast nie jest to liczna grupa odbiorców, ponieważ głównie odwiedzam szkoły.

– Jak chce Pan rozwijać planetarium?

– Przede wszystkim stawiam na swoje produkcje. Wiadomo, mógłbym wyposażyć się w różne gotowe filmy o tematyce astronomicznej, ale wolę mieć kilka swoich. W przyszłości, być może, również nimi handlować. Poza tym, to mój duży atut. Kiedy przyjeżdżam do szkoły, którą wcześniej odwiedziło inne planetarium, mogę zaproponować coś, czego uczniowie na pewno nie widzieli. Ostatnio stworzyłem też fajną, interaktywną prezentację. Dzieci rozwiązują różne zadania albo, na przykład, sterują rakietą kosmiczną. W tej chwili mam trzy filmy, przy których produkcji pomagał mi Paweł Łuciuk. Teraz pracuję nad kolejnymi dwoma. Planuję też, by otworzyć się na inne rejony Polski, bo na razie działam tylko na Lubelszczyźnie. W przyszłości może to się rozszerzy. Zobaczymy, co przyniesie czas.

– Fajnie, że uczestnicy zajęć mogą poczuć się, jak prawdziwi astronauci.

– Odwiedzając szkoły i rozmawiając z nauczycielami o mobilnych planetariach słyszałem, że fajnie byłoby móc dotknąć kawałka kosmosu. Poczuć, że się w nim jest. Uznałem, że nie chcę opierać się tylko na filmie, ale faktycznie, dodać do lekcji coś atrakcyjnego i interaktywnego. Wciągnąć moich słuchaczy do rozmowy. Wiadomo, że jeśli mają możliwość dotknąć, na przykład meteorytu, łatwiej będzie im zadać jakieś ciekawe pytanie. Te kamienie można zobaczyć na różnych wystawach minerałów, jednak nie spotkałem się jeszcze z taką, która umożliwia wzięcie meteorytu do ręki.

– Docierają do Pana głosy, że dzięki zajęciom ktoś zainteresował się astronomią?

– Jeśli chodzi o placówki oświatowe na terenie województwa, trudno mi to zweryfikować, bo odwiedzam je raz na jakiś czas. W Świdniku częściej słyszę takie głosy. Na przykład, jeden kolega wspominał, że jego córka po powrocie z zajęć była bardzo podekscytowana. Gdy próbowała mu opowiedzieć o planetarium, mówiła tak szybko i tak dużo, że z początku nie mógł jej w ogóle zrozumieć. Myślę więc, że coś im z tych lekcji w głowach zostanie. Może da to początek pasji, tak jak było ze mną i National Geographic. To pierwszy, mały krok ku rozwijaniu zainteresowań, ale wielki krok ku przyszłości.

Agata Flisiak

Więcej informacji o Mobilnym Planetarium Pana Komety można znaleźć na www.facebook.com/mobilny.pankometa. Zapisy na zajęcia prowadzone są pod nr telefonu: 793 728 313 oraz mailowo: mobilny.pankometa@gmail.com.

Last modified: 3 września 2020