Joanna Pąk

Autor: |

Mieszkanka Świdnika, absolwentka pedagogiki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Od urodzenia jest osobą niepełnosprawną, choruje na porażenie mózgowe. Mimo dużych ograniczeń manualnych nauczyła się pisać prawą stopą. Wiersze pisze od V klasy Szkoły Podstawowej. Pisząc swoje utwory stara się w nich ukazać wartość drugiego człowieka, głębię własnej duszy i wielkość ludzkich uczuć. Wydała 9 tomików wierszy.


 

5 kwietnia 2018 r.

Wiosna zbliża ludzi…

Nareszcie stopniały śniegi. Upragniona przez wszystkich wiosna wreszcie nadeszła. Jej powolne kroki widoczne były w kwiatach przebiśniegów i krokusów, które – podobnie jak ludzie – chciały przyśpieszyć jej nadejście. Po świątecznych anomaliach pogodowych wreszcie nadeszła, stopiła brudne śniegi, odsłaniając stosy śmieci, które leżały przykryte warstwą szarego puchu. Jednak wzrok bardziej przyciągają rozkwitłe kwiaty.

Wiosenny miszmasz

Przygrzewające słońce skusiło mnie do pierwszego w tym roku wyjścia na taras. Nie uczyniłam tego bez obaw, ale kto nie ryzykuje… ten w domu siedzi. A ja dłużej nie chciałam patrzeć się na cztery ściany pokoju więc nieśmiało wyszłam na moje „podwórko” tak znienawidzone przez moich sąsiadów. Ale ja je kocham. Jest ono dla mnie prawdziwym oknem na świat.

Siedząca w fotelu mogę obserwować ptaki zbierające materiał na budowę gniazd oraz samoloty lecące z ludźmi w daleką podróż. Wdycham świeży tlen dopóki nie zaparkuje samochód tuż pod moim balkonem… takie życie.

Tarasowi goście

Zauważyłam, że odkąd wychodzę na balkon częściej odwiedzają mnie znajomi, przechodzący obok mojego bloku idąc np. na zakupy lub na zwykły wiosenny spacer. Lubię gdy pukają w drzwi furtki prowadzącej na mój taras. Kontakt z drugim człowiekiem był i jest nadal dla mnie ważny, rozmowa napełnia mnie optymizmem na lepsze jutro, na lepszy świat. Wypita w towarzystwie herbata smakuje lepiej niż w samotności, a jeszcze gdy można się nią delektować na świeżym powietrzu to w moim przypadku jest po prostu spełnionym marzeniem. „Gość w dom, Bóg w dom” – mówi staropolskie przysłowie. W naszym domu jest ono dosłownie celebrowane. Jest to zasługa mamy. To ona proponuje gościom poczęstunek i najlepsze miejsca przy stole. Tak jest i tutaj na tarasie. Miło jest porozmawiać przy szklance dobrej herbaty zagryzając słodkim co nieco. Uwielbiam takie niespodziewane wizyty, choćby krótkie, ale jakże owocne w dyskusje luba samo spojrzenie w oczy, bycie razem nawet przez chwilę. Bo nic nie zastąpi obecności drugiego człowieka. Żadna książka nie jest ciekawsza od wnętrza bliskiej osoby. Wiosno trwaj!


29 marca 2018 r.

Świątecznie…

Zbliżają się święta Wielkanocne, najważniejsze w roku liturgicznym kościoła. Czy przygotowujemy się do nich duchowo, zgodnie z wyznawaną wiarą? Tłumy w sklepach temu zaprzeczają.

Slalom po marketach

Im dłużej robimy zakupy przedświąteczne tym więcej nam się przypomina o tym, czego nie kupiliśmy. Góra wędlin, mięs, słodyczy… nie zastanawiając się, czy to wszystko zjemy podczas dwudniowych świąt. Ważne jest, by pomyte były okna, aby lodówka była zapełniona, a stół uginał się od potraw. Jeszcze tylko poustawiać wiosenne akcenty (pomieszane w tym roku z zimową scenerią) i już będziemy mogli odpocząć w gronie rodziny.

Wkrótce jednak okazuje się, że nie wszyscy zaproszeni goście będą mogli nas odwiedzić z przyczyn tylko sobie wiadomych. Ci, którzy przybędą w nasze progi już od drzwi będą krzyczeć, że są najedzeni i jako dowód świątecznego obżarstwa wskazywać na wzdętą wątrobę.

Dzieci zazwyczaj mają teraz inne gusta w swoim jadłospisie niż cioci lub babci się wydawało. Czekoladowy zając nie jest wyprodukowany w preferowanej przez dziecko firmie. Cukrowy baranek (świąteczny akcent kupiony przez schorowaną babcię) okazał się zbyt twardy dla zębów rozpieszczonych wnucząt.

Czas dla siebie

Wszystko robimy z myślą o innych. A gdzie czas dla siebie? W święta powinniśmy odpocząć i przeżyć je duchowo. Zastanówmy się nad sensem i istotą życia. Nie ważne czy będą to rodzinne czy samotne święta. Najważniejszy jest odpoczynek ten fizyczny i ten duchowy. Wiosenne porządki można zrobić, gdy ta pora zagości u nas na dobre. Jak na razie padający śnieg za oknem nie sprzyja myciu okien. Warto więc ten czas wykorzystać na poprawienie swojego wyglądu zewnętrznego, np. odwiedzenie salonu kosmetycznego. Zewnętrzny imagine poprawia nastrój i pogodę ducha. Znajdźmy chwilę na modlitwę, kontemplację i odpowiednią na ten czas lekturę. Na pewno te czynności bardziej będą dla nas korzystne niż obolałe nogi.

Życzę więc spokoju i radości w byciu razem lub samym z sobą. Niech ten wielkanocny czas będzie przeżyty wiarą, że to co istotne nie mieści się w ziemskim wymiarze.


23 marca 2018 r.

Czarny Piątek

To już kolejny raz panie feministki wychodzą na ulice w ramach protestu zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Temat delikatny, ponieważ każdy ma prawo żyć. Portale społecznościowe rozpuszczają wici, aby mobilizować kobiety do szturmu na Warszawę. 23 kwietnia 2018 roku ma być Czarnym Piątkiem. Panie ubrane w strój symbolizujący żałobę (tylko czyją?) pojadą na strajk , który ma na celu aprobatę aborcji m.in. chorych dzieci.

Sztuka wychowania

Informacje o Czarnym Piątku okraszone są ilustracjami typu: „Czy ktoś adoptował niepełnosprawne dziecko?” Autorzy takich informacji z pewnością oczekują przeczącej odpowiedzi internautów. I tu się mylą. Znam wiele rodzin, które zdecydowały się na adopcję chorego dziecka. Jak mówi jedna z adopcyjnych matek, że nie sztuką jest wychować zdrowe dziecko, sztuką jest wychować dziecko chore, dać mu rodzinne ciepło, którego zostało pozbawione przez odrzucenie biologicznej matki.

Krzyk gwoździem do trumny

Jak widzimy nie ma rzeczy niemożliwych pod warunkiem, że się tego bardzo chce. Obecne czasy skierowane są tylko na konsumpcję. Mówi się, że nasze Państwo nie jest państwem opiekuńczym. Nie do końca się z tym zgodzę. Jest wiele placówek, które pomagają osobom i rodzinom dysfunkcyjnym. Nie są to pieniądze bezpośrednio płynące do rączek lub na konto, ale dużo środków jest przekazywane na likwidację barier architektonicznych oraz zaspokajanie codziennych życiowych potrzeb. Każdy z nas ma inne oczekiwania, jeśli chodzi o finansowanie dzieci niepełnosprawnych. Nie ma też złotego środka na rozwiązanie problemu zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Wiem, że każdy z nas ma sumienie i właśnie w tym sumieniu powinien rozważyć, czy ten piątkowy krzyk nie stanie się dla innych przysłowiowym gwoździem do trumny?

Upokorzenie

Śledząc codzienne informacje zastanawiam się, czego oczekują polskie kobiety? Czy są tylko biorczyniami oczekującymi spadających z nieba (lub innego miejsca) banknotów? A przecież w czasach PRL-u nikt nie przejmował się rodzinami wychowującymi niepełnosprawne dziecko. Nie było nawet takich instytucji, które pokryły by koszty leczenia, a o likwidacji barier nawet nie wspomnę. Każdy rodzic musiał sam troszczyć się o leczenie chorego dziecka.

Czytając teksty nawołujące do usuwania chorych dzieci czuję się upokorzona, bez prawa do życia. Porównując schorzenia: czy człowiek noszący okulary też może być piętnowany? Gdzie jest człowiek idealny, zdrowy i piękny? Chyba nikt się za takiego nie uważa. Dlaczego więc Czarne Kobiety uważają, że tylko z tych chcianych ciąż urodzi się idealne potomstwo?


15 marca 2018 r.

Niemocni

Patrząc na ludzi wokoło mam wrażenie, że ciągle za czymś gonią, skarżąc się, że doba jest dla nich za krótka. Praca, dom, dzieci – te zajęcia pochłaniają dużo czasu, że braknie go dla samych siebie. Nikt z młodszego pokolenia nie zauważa, że niektórzy mają nadmiar wolnego czasu i wcale nie są z tego powodu zadowoleni.

Niemocni?

Kiedyś byli zdrowi, silni, mocni, przydatni każdemu. Wychowali dzieci, niektórzy doczekali zasłużonej emerytury. Potem zostali sami, bo dzieci założyły własne rodziny, a współmałżonkowie odeszli w inny wymiar czasu. Samotność boli ale jeszcze bardziej boli choroba. Często w starszym wieku unieruchamia udar, paraliż. Te osoby stają się niepełnosprawne bez możliwości wyjścia z domu. Jedynym kontaktem ze społeczeństwem jest w tym przypadku przejazd transportem medycznym do lekarza lub na szpitalny oddział. Codzienne sprawy załatwia przydzielona opiekunka z MOPS, nierzadko niezadowolona ze stanu zdrowia swojej podopiecznej. Nikt z sąsiadów lub bardzo rzadko zapuka w drzwi starszej osoby, porozmawia, zapyta się o jej potrzeby. Chory zostaje więc z oczami utkwionymi w sufit, z kłębiącymi się w głowie myślami. Tylko pozornie jest słaby. Jego mocą jest trwanie, godzenie się z życiem i uciekającym czasem.

Rozrywka i umierająca azalia

Jedyną rozrywką w tym przypadku jest telewizor. Bogaty program wciąga w świat seriali. Czasami zaciekawią programy społeczne o prawach człowieka, o tym, że za mało jest Klubów Seniora w danym mieście, że za mało jest rozrywek i miejsc dostępnych dla ludzi starszych, dla których los był łaskawszy, bo mogą poruszać się o własnych siłach.

Co mają powiedzieć leżący, czekający na pomocną dłoń? Być może po policzku popłynie łza lub grymas ironii i niezadowolenia. Może niejeden zaklnie na niesprawiedliwość losu? Azalia, którą otrzymali z Urzędu na Dzień Chorego już dawno uschła i wylądowała w koszu na śmieci. Nikt nie pytał, czy będzie miał kto ją pielęgnować. Tylko chory patrzył na usychające jej kwiaty i opadające listki. Bez wody wszystko umiera i bez miłości także.


7 marca 2018 r.

Pożółkłe zdjęcia

Któż z nas nie lubi oglądać starych zdjęć? Niektórzy mają je w swoich rodzinnych albumach i w chwilach nostalgii za bliskimi osobami patrzą na pożółknięty papier, jak na świadka minionych lat.

Świat w kolorach

Obecnie możemy robić i podziwiać kolorowe zdjęcia. Są bliższe naszym czasom i wiernie oddają barwę stroju i mimikę twarzy. Papier na którym są wywołane jest lepszej jakości, dłużej zachowuje swoją świeżość, a kolor pozostaje niezmienny. Osoby uchwycone w kadrze pozostają niezmienne na długie lata. To od nas zależy ich trwanie.

Obrazy z przeszłości

Kilka dni temu dostałam w spadku parę starych fotografii. Z pożółkłych zdjęć spoglądają oczy dawno już wygasłe lecz nie mniej kochane… nie odtworzy ich czas, ani nawet najnowszy program do retuszu zdjęć. Często podrapane, z oddartym rożkiem, ale z piękną pozą fotografowanych. W zapomnienie odeszły dawne stroje weselne: welony upięte tuż nad czołem, sukienki mającej kolor sepi, kwiaty też pożółkłe od upływu lat. Jednak nasze dłonie odkrywają je na nowo, jakby pobudzały do życia uśpionych ludzi tych z fotografii. Wyobraźnia przenosi nas w miejsca, które już nie istnieją, a jednak są w naszej pamięci. Przenoszą nas jak sny w miejsca odległe. Dają odpoczynek i wytchnienie po dniu mokrym od łez. Zwyczajne kartki papieru okolone chropowatą rameczką wciskają się w serce i wyobraźnię. Czasami przywołują łzy wzruszeń za utraconym rajem dzieciństwa, za drogimi osobami, które nie wrócą już nigdy, a tylko kruchy papier będzie odzwierciedleniem ich twarzy. Stare domy na równie starej fotografii przywołują na pamięć sprzęty domowe używane w tym mieszkaniu, okolicę i ludzi, którzy tam egzystowali. Uśmiech z fotografii przywołuje także uśmiechy na naszych twarzach. Szczęście malujące się na obliczu ze zdjęć naszych bliskich jest dla nas radosnym wspomnieniem, podziękowaniem do losu, że kiedyś dane nam było wspólnie przeżyć kawałek życia, które teraz zamknięte jest w albumie wspomnień.


 

28 lutego 2018 r.

Ciąg dalszy afery balkonowej

Pisząc poprzedni artykuł miałam cichutką nadzieję, że będzie on ostatnim z serii: „afera balkonowa”. Myślałam, iż zebranie zwołane w sprawie budowy balkonów na parterach i przegłosowanie w tej sprawie ustawy złagodzi mój konflikt z sąsiadami i każdy z nas będzie usatysfakcjonowany. Niestety, myliłam się! Czuję się w obowiązku o tym napisać, ponieważ wiem, że wielu mieszkańców naszego miasta śledzi moje zmagania się w tej mojej „złotej klatce”.

Przebieg Zebrania

Chciałam być uprzejma i sąsiadom pomocna w sprawie budowy balkonów. Upoważniłam Mamę, aby w moim imieniu zagłosowała, wyrażając zgodę na tę ich inwestycję. Już na początku Zebrania moi sąsiedzi zapomnieli w czyjej sprawie zostało ono zwołane. Widząc moją Mamę rozpoczęli nową batalię o balkon i podjazd zarzucając jej nieuzasadnione kłamstwa twierdząc, że podjazd szpeci cały blok, i miał być usytuowany w innym kierunku i że powinnam zrobić sobie windę na korbkę  Nawet jedna z pań wysyłała Mamę do spowiedzi. Jedna z naszych parterowych sąsiadek powiedziała nawet, że będzie zapisywała moje powroty do domu! Czy w ten sposób powinno przebiegać Zebranie? Dlaczego Przewodniczący i administrator budynku nie zareagował zażegnując tę jarmarczną kłótnię potwierdzając, że wszystko z naszej strony jest zrobione zgodnie z planem budowlanym? Inna opcja budowy mojego podjazdu nie mogła zostać zrealizowana, gdyż po drugiej stronie przebiegają media i kanały ciepłownicze, a to wszystko nie mogło być naruszone. Mam żal, że na tym zebraniu urzędnicy schowali głowę w piasek wystawiając Mamę na takie nieprzyjemności A przecież tam została podpisana i złożona cała moja dokumentacja.

Mama oczywiście podpisała zgodę na budowę balkonów, ponieważ obie uważamy, że każdy mieszkaniec powinien go posiadać.

Znawcy piękna

Esteci mieszkający w naszym bloku nigdy nie zapytali mnie, kto zanieczyszcza podjazd wraz z balkonem. Jeżeli dbają o piękne środowisko powinni walczyć ze zgniłymi odpadami spadającymi z wyższych balkonów. Czemu razi ich mój podjazd? Dbają o estetykę elewacji bloku, a nie dbają o odczucia niepełnosprawnych ludzi. Nikt nie wie, ile razy obie z Mamą przewróciłyśmy się na tych siedmiu schodkach zanim wybudowano mi ten nieszczęsny podjazd. Nikt z naszego bloku nie zapytał czy mógłby mi w czymś pomóc. Nasze znajome z innych bloków widząc, jak się gramolimy po schodach podbiegały i pomagały nam wejść do mieszkania.

Teraz sąsiedzi ujrzeli podjazd – cudowne uzdrowienie ze ślepoty? Szkoda tylko, że nie widzą niepełnosprawności, na którą przecież oni też mogą zapaść nawet w wyniku starości.


22 lutego 2018 r.

„Prototyp”

Czy człowiek może być prototypem dla innych? Okazuje się, że tak. Z niemałym zdziwieniem stwierdziłam, że to ja powinnam nosić tę ksywkę.

Przecieranie szlaków

Od początku mego istnienia gdziekolwiek się zjawiłam byłam postrzegana, jako osoba wymagająca specjalnych warunków do życia z których notabene potem inni także korzystali. Począwszy od Szkoły Podstawowej, a skończywszy na uczelni wyższej. Indywidualny tok nauczania nie był powszechny w latach mojej edukacji. To dobrodziejstwo trzeba było wydeptać stopami Mamy, która nie nadążała przy tym odpowiadać dociekliwym, po co mi nauka? Obecnie nikogo nie dziwi już fakt, że niepełnosprawne dziecko uczy się w domu pod kierunkiem nauczyciela.

Ucząc się na uczelni wyższej w pierwszych miesiącach nie było mi łatwo. Czteropiętrowy gmach budynku nie był przystosowany do potrzeb niepełnosprawnych studentów. I tu też byłam pierwsza. Władze uczelni dostrzegli problem i pewnego dnia na hollu zobaczyłam windę przychodową, która wtedy była wyłącznie do mojej dyspozycji, zamykana na kluczyk. W teraźniejszych czasach nikt nie wyobraża sobie uczelni bez windy. Szkoda, że w blokach mieszkaniowych nie ma takiego przywileju, ale za parę lat… kto wie?

Dalsza część mojej drogi

Chyba każdy w naszym mieście już wie, że z powodu braku windy musiałam opuścić mieszkanie, w którym przeżyłam szczęśliwe młode lata. Choroba moja i Mamy nie pozwoliła nam wdrapywać się na trzecie piętro. Tam miałam balkon. W nowym mieszkaniu też chciałam mieć balkon i podjazd, aby chociaż w minimalnym stopniu usprawnić i ułatwić sobie życie. I znów zaczęły się pytania: po co wam taki duży balkon i szeroki podjazd? Już przestałam się tłumaczyć, bo znałam swoje prawa i wszystko zgodnie z nim zrobiłam, ku niezadowoleniu zazdrosnych sąsiadów z parteru i nie tylko…

Nie dawniej, niż w ubiegłym tygodniu otrzymałam zawiadomienie od administratora budynku w sprawie zebrania. Wczytując się w pismo dowiedziałam się, że owo zebranie odbędzie się m.in. na wniosek sąsiadów, którzy chcą rozpocząć budowę kilku balkonów w naszym bloku. Na marginesie dodam, że są to ci sąsiedzi, którym najbardziej przeszkadzał mój podjazd i balkon. A więc nadal jestem prototypem! W duchu śmieję się, iż przyszłam tu po to, aby pokazać, ile rzeczy niemożliwych można wykonać, jeżeli tylko się chce.


16 lutego 2018 r.

Koncert „Ballady na dwa serca”

„Ballady na dwa serca” to koncert Dominiki Żukowskiej i Andrzeja Koryckiego – duetu, który podbija serca publiczności na licznych festiwalach, zdobywając czołowe miejsca. Piosenek ich z repertuaru mogliśmy posłuchać w ostatkowy, a zarazem przed Walentynkowy wieczór w Sali kameralnej Miejskiego Ośrodka Kultury w Świdniku.

Rosyjskie Ballady

Już w pierwszych minutach koncertu artyści stworzyli niepowtarzalny klimat podwójnego w okazje wieczoru. Nostalgiczne Ballady rosyjskie przypominały czasy Aleksandra Puszkina, Bułata Okudżawy, Włodzimierza Wysockiego oraz Żanny Biczewskiej.

Ballady śpiewane w języku polskim i rosyjskim przy akompaniamencie gitar przenosiły świdnicką publiczność w świat wyobraźni o srogich moskiewskich zimach, matce roniącej łzy za odchodzącym w świat synem. Refleksyjna „Modlitwa” wciąż aktualna w dzisiejszym świecie niejednemu słuchaczowi przypomniał zapomniane już wartości, którymi powinien żyć każdy z nas. To są tylko nieliczne tytuły odśpiewanych piosenek.

Szanty i dawne piosenki

Repertuar Dominiki Żukowskiej i Andrzeja Koryckiego zawiera również piosenki żeglarskie oraz stare nieco zapomniane już przeboje, które ożyły dzięki wspaniałym głosom tego niepowtarzalnego i bezkonkurencyjnego duetu ceniącego sobie poezję śpiewaną. Już po kilku taktach piosenki cała widownia Sali kameralnej nuciła szanty oraz szlagiery dla zakochanych. Wszystko to było okraszone przerywnikami czyli opowiadaniami pana Andrzeja Koryckiego, ubarwionymi humorem i wspomnieniami okresów, w których dana piosenka powstała. Współczesne utwory tworzył sam Artysta. Pani Dominika Żukowska filigranowa kobietka obdarzona ciepłą barwą głosu ubogacała swoim talentem wokalnym całe to ostatkowe wydarzenie. Tekst, muzyka i głos to wspaniały komplet, który odpręża, wycisza i relaksuje. I trochę mi żal… że odjechali. Mam jednak nadzieję, że nie był to ostatni koncert tych dwojga Artystów w naszym gościnnym mieście.


8 lutego 2018 r.

Torebka

Niemal każda kobieta nie wyobraża sobie życia codziennego bez torebki. Stanowi ona nieodzowny element naszego ubioru. Zwykle dopasowujemy torebkę, aby współgrała z kolorystyką butów lub innej części naszego stroju. I chociaż bardzo często cokolwiek w niej znaleźć torebka daje nam poczucie bezpieczeństwa, że wszystko mamy pod ręką.

Moja wizytowa torebka

Zawsze jest przy mnie tzn. w zasięgu ręki, a właściwie stopy. Nie jest mi obojętne, jak wygląda. Lubię jak jest w moim ulubionym kolorze. Musi być wygodna, posiadająca wiele przegródek. Co w nie wkładam? Lepiej niech to zostanie tajemnicą, którą odkrywają dopiero ci, którym pozwalam zajrzeć do mojej przepastnej torebki. Jestem dumna, gdy ktoś podziwia nie tylko jej urodę, ale także jej funkcjonalność. Zabieram torebkę do znajomych, na koncerty, do teatru, a także na bale. Dla jednych jest to zupełnie naturalne, że mam przy sobie torebkę – jestem przecież kobietą. Inni natomiast dziwią się, czemu ją ze sobą noszę, jeśli sama nie mogę do niej zajrzeć. Odpowiadam takim osobom, że też potrzebuję wysmarkać nos i poprawić makijaż, a wszystkie potrzebne akcesoria mam właśnie w torebce – jakby nikt tego nie wiedział. Małe dziewczynki chodzą z tymi atrybutami kobiecości, dlaczego więc ja dorosła (i co z tego, że niepełnosprawna?) kobieta miałabym z niej rezygnować?

Torebka na dachu

To zdarzenie miało miejsce parę lat temu. Wracałam z kolegą z bardzo wystawnego balu. Maj, poranek zielony, śladowe ilości wina… do domu podwoził nas drugi kolega, który dla nas nie wypił kropli alkoholu, ponieważ zobowiązał się robić za szofera. Po przyjeździe pod nasz blok zaczęliśmy się rozpakowywać z samochodu: najpierw wystawiono mój wózek, a potem mnie. W międzyczasie kolega postawił moją kopertówkę na dachu samochodu, aby o niej rzecz jasna nie zapomnieć. No i zapomniał! Samochód ruszył. Na szczęście to ja zobaczyłam, jak moja zguba oddala się na dachu odjeżdżającego z parkingu auta.

– Moja torebka odjeżdża – krzyknęłam na cały głos, który rozległ się na całe osiedle.

Kolega zaczął dawać dziwne znaki mając nadzieję, że nasz kierowca zobaczy te wygibasy. Niestety, trzeba było użyć telefonu, aby zatrzymać odjeżdżającego szofera. W taki oto sposób odzyskałam torebkę podróżniczkę, która chciała przejechać się na gapę, aż poza granice Lublina.

Nauczona tym doświadczeniem zmieniłam kolejność wypakowywania, torebkę teraz zawsze mam przy sobie.


28 stycznia 2018 r.

Kolędowaliśmy wraz…

W ostatnią sobotę stycznia wieczorem sala kameralna MOK po brzegi wypełniła się ludźmi kochającymi śpiew kolęd i pastorałek. I chociaż pogoda w tym dniu nie zachęcała do wyjścia z domowych pieleszy uczestnicy spotkania rozgrzani byli ciepłą jeszcze świąteczną atmosferą oraz gorącymi owacjami na cześć występujących wokalistów.

„Kolędujmy wszyscy wraz…”

Pod tym właśnie tytułem rozpoczął się program, który zachęcił Świdniczan – i nie tylko – do ostatniego w tym roku wspólnego kolędowania. Pan Andrzej Wiśnioch pełniący rolę konferansjera całej imprezy już na początku wprowadził uczestników w świat wspomnień, dzieciństwa, kiedy to wszyscy oczekiwali postniku, przywołał na pamięć zapach potraw oraz blask pierwszej gwiazdy. Wśród wykonawców kolędowania byli najmłodsi i oni poszli na pierwszy ogień. „Zefirki” z Przedszkola nr 4 w Świdniku odśpiewały i odtańczyły radosne piosenki mówiące o srogiej zimie i ciepłym klimacie świąt Bożego Narodzenia. Słowa uznania należą się pani Annie Dryl za perfekcyjne przygotowanie małych artystów.

W naszych gościnnych progach

Po tym wesołym występie scenę sali kameralnej wypełnili goście: Sitawianie. Bogaty repertuar chóru rodem z Sitańca przypomniał słuchaczom znane, a także te już zapomniane kolędy i pastorałki zapisane w starych kantyczkach. Jak się okazuje sztuka nigdy nie umiera lub zmartwychwstaje przy każdym jej odtwarzaniu.

Nasz rodzimy chór Arion także wystąpił ze wspaniałymi kolędami, które przypominały dzieciństwo, drogę na Pasterkę oraz samą adorację żłóbka. Melodyjność tych utworów łatwo wpada w ucho, a proste słowa bez problemu można zapamiętać na długie lata.

Śpiew i muzyka przeplatana była poezją bożonarodzeniową księdza Janusza Kozłowskiego. Utwory recytowała pani Monika Lechnio – Lewicka. Jej piękny głos oraz głębokie w treść teksty wierszy wprowadzały ciszę w serce oraz nostalgię za minionym czasem dzieciństwa.

Jeszcze tylko wspólne życzenia w rytmie pastorałki oraz słowo Burmistrza Waldemara Jaksona, który zaszczycił uczestników swoją obecnością oraz objął patronat nad tą niezapomnianą imprezą…

Wychodzący z tego radosnego spotkania nucili coś pod nosem. Jestem pewna, że były to dawne pastorałki, przypomniane dzięki odtwórcom i organizatorom tego wydarzenia.


25 stycznia 2018 r.

Pomieszanie pór roku

Jesienią pisałam o przyśpieszaniu czasu przez ludzi, głównie przez sklepy prywatne i supermarkety. Ta manipulacja ma cel komercyjny. To, że parę dni po Wszystkich Świętych na półkach sklepowych pojawiają się bożonarodzeniowe akcenty nikogo już nie dziwi. Takie są prawa handlu. Bardziej teraz szokuje nas natura, która również przyśpiesza swój rozwój.

Kwiaty w styczniu

Przechadzając się ulicami naszego miasta, podziwiałam świąteczne uliczne dekoracje. Jakież było moje zdziwienie, gdy na jednym z klombów ujrzałam kwitnącą różę. W tym dniu co prawda nie było mrozu, ale lada dzień słupek rtęci na termometrze miał się obniżyć. Patrząc na delikatne płatki kwiatu oczami wyobraźni widziałam kres jego żywota. Ten sam los czekał rozwijające się magnolie, bazie i inne krzewy, które zwiodła podstępna aura. Przy dodatniej temperaturze również drzewa owocowe wypuszczają pączki. Ocieplenie klimatu coraz częściej naraża przyrodę na niebezpieczeństwo późniejszych przymrozków, a nawet mrozów przed którymi praktycznie nie sposób zabezpieczyć budzącej się przedwcześnie przyrody. Przy takim przyśpieszonym rozwoju drzew nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy z chwilą nadejścia mrozów drzewa obronią się same i zaowocują w czasie do tego przeznaczonym.

Choinka w domu?

Kolejnym naocznym przykładem jest moja choinka. Kupiłam ją tuż przed wigilią. Drzewko jest w dużej donicy, jest podlewane i chyba ma się dobrze. Od połowy stycznia zobaczyłam, że świerk zaczął ewidentnie rosnąć i wypuszczać młode pędy, a wśród starszych gałązek pojawiły się młode szyszki. Obok wiszących sztucznych świecidełek są te naturalne, bardziej cieszące oko. Pojawił się problem, co zrobić z rozebranym drzewkiem. Żal wystawiać je na mróz, który zniszczy młode szyszki i gałązki.

Patrząc na te anomalia natury zastanawiam się kto kogo chce wyprzedzić: człowiek czas i naturę, czy natura człowieka? I po co ten niepokojący pośpiech?


19 stycznia 2018 r.

Na zapisy…

Od paru lat przychodnie specjalistyczne oraz inne instytucje łącznie z salonami usług praktykują zapisywanie pacjentów, petentów i klientów na umówiony termin. Być może jest to dobra metoda na unikanie długich kolejek. Jednak nie zawsze, zwłaszcza gdy toczy się walka o życie, gdzie czas odgrywa tu znaczącą rolę.

Zapisy do lekarza

Obecne czasy nie należą do łatwych, jeśli chodzi o zachorowalność społeczeństwa. Przeraża coraz większa umieralność młodych osób. Najczęściej są to choroby kardiologiczne, onkologiczne i układu pokarmowego. Media uczulają iż wczesna profilaktyka może w znacznym stopniu zapobiegać rozwojowi chorób, a zatem zmniejszeniu umieralności. W praktyce jest jednak zupełnie inaczej. Idąc na badanie ze skierowaniem do specjalisty musimy liczyć się z długim okresem oczekiwania na wizytę lekarską. Nie jest to problem dla osób, u których „fałszywy alarm” wywołuje panikę. Jednak co się stanie, jeżeli jest to początek groźnej choroby, gdzie czas 3-4 miesięcy może okazać się zabójczy?

Byłam świadkiem rozmowy telefonicznej, gdzie lekarz zadzwoniła przypominając o zbliżającej się umówionej sprzed pół roku wizycie. Niestety, pacjentka ta zmarła. Jaki sens ma profilaktyka, jeśli sami lekarze nie mogą lub nie chcą przyjąć jak najszybciej chorego człowieka?

W salonie fryzjerskim

W zakładach usługowych też nie zostaniemy załatwieni bez wcześniej umówionych terminów. Posłużę się tu kolejnym przykładem. Pewna pani stwierdziła, że podcięcie grzywki w salonie fryzjerskim to kwestia paru minut. Niestety, myliła się. I tu kazano jej czekać około 3 tygodnie…

Minęły czasy, gdy wpadała z ulicy zdyszana pani z zakupami w ręce i siadała na fotel fryzjerski, by w ciągu 30 minut poprawić sobie fryzurkę i przy okazji swój nastrój. Lekarze też byli bliżej pacjentów. Zachorowalność nie była wtedy też większa mimo milczenia mediów i braku różnych organizowanych akcji typu: „Dzień różowej wstążki”.

Mówi się, że zapisy na wizytę lekarską lub na wizytę do salonu kosmetycznego to szanowanie naszego czasu. Jest to bardzo wątpliwe stwierdzenie, zwłaszcza gdy w chorym organizmie toczy się walka z czasem.


22 grudnia 2017 r.

Świdnicka Grupa Teatralna -„Teatr drogi” i jej „Świąteczne impresje”

Kocham spektakle, nie robię z tego tajemnicy, bo nie ma się czego wstydzić. Odkąd w naszym mieście zaczęła istnieć Świdnicka Grupa Teatralna – „Teatr drogi”, dzięki uprzejmości młodych ludzi chętnych do pomocy mogłam zobaczyć już kilka sztuk. Skupię się na tej ostatniej (wystawionej 18 grudnia w Sali kameralnej MOK), ponieważ jej temat łączył się z obecnie przeżywanym przedświątecznym okresem.

„Świąteczne impresje”

Sztuka „Świąteczne impresje” to zlepek krótkich scenek ż życia ludzi z różnych warstw społecznych. Tematem przewodnim są różne postawy osób wobec nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Począwszy od tych lekceważących tradycję ubieranie choinki, aż po duchowe refleksje, przemyślenia tematów duchowych, spotkania się przy jednym stole nie tylko w gronie rodziny.

Spektakl robił wrażenie autentyczności przedstawianych scen. Wyraz twarzy aktorów emanował prozą życia, przenosił na widza emocje i reakcje, które sprawiały, że oglądający stawali się uczestnikami przedstawianych scenek. Taka gra świadczy o talencie aktorów oraz o dobrym przygotowaniu całości spektaklu przez reżysera.

Amatorzy jak profesjonaliści

Świdnicka Grupa Teatralna – „Teatr drogi” działa przy Świdnickim Miejskim Ośrodku Kultury już drugi rok. Aktorami są amatorzy, osoby z wielu środowisk, parające się różnymi zawodami. Łączy ich jeden wspólny mianownik: pasja przez duże P. Artyzm, jaki przejawiają w swojej grze na scenie nie odbiega od kunsztu profesjonalnych aktorów pracujących na dużych scenach wielkich teatrów. Z pewnością jest to ogromna zasługa Anety Stodulskiej – Sowa, która czuwa nad każdym aspektem sztuki. To od reżysera aktorzy uczą się profesjonalnej gry, dbają o każdy szczegół, aby dotrzeć do widza, dać mu chwilę na refleksję, uśmiech, a nawet na zapomnienie o troskach dnia codziennego. Czekając na kolejne spektakle „Teatru drogi” życzę, aby Melpomena była dla nich łaskawa i prowadziła naszych aktorów na deski wielkich teatrów, oczywiście gościnnie…


19 grudnia 2017 r.

Zielone drzewko

Choinka bożonarodzeniowa wpisała się w polską tradycję, mimo że przyszła do nas w XIX w. z Alzacji. Świerkowe drzewko ozdobione papierowymi ozdobami było symbolem trwania i płodności. Symbolizowało także rajskie drzewo poznania dobra i zła, pod którym zgrzeszyli pierwsi rodzice. Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie świąt Bożego Narodzenia bez pięknie ubranej choinki.

Zapach igliwia

Już na początku grudnia zauważamy zainteresowanie choinkami. Nie tylko tymi sztucznymi, ale także żywymi, pachnącymi lasem, igliwiem i… dzieciństwem. W latach 70-80-tych ubiegłego stulecia moda na sztuczne drzewka zdawała się wypierać żywe drzewka. Teraz na szczęście obserwujemy powrót do natury i zainteresowanie pachnącymi choinkami przeżywa swój renesans.

Sprzedający oferują szeroki wybór drzewek. Ceny uzależnione są od gatunku, wielkości choinki oraz czy rośnie ona w doniczce, czy jest gotowa do obsadzenia w stojak. Niestety wybór jest trudny, ponieważ nawet te doniczkowe mogą okazać się oszukane. Wszystko zależy od uczciwości handlujących.

Dwa dni radości

Było to parę lat temu na dwa dni przed wigilią. Ktoś doradził mojej znajomej, aby kupiła sobie choinkę w doniczce. Argument? Dłużej będzie stała, a na wiosnę można przecież postawić świerk na balkonie, a w grudniu znów może pełnić zaszczytną rolę bożonarodzeniowego drzewka ozdobionego w piękne świecidełka. Rada była bardzo ekonomiczna więc szybko została zrealizowana. Znajoma wybrała tę najpiękniejszą, w końcu miała służyć przez wiele lat i cieszyć oczy niejednego gościa. Donica też była solidna, gliniana, malowana w ludowe wzory. Nastał dzień wigilii. Ubrana choinka prezentowała się pięknie. Niestety już na drugi dzień zaczęło z niej opadać igliwie. Nie doczekała nawet Nowego Roku. Zrozpaczona pani domu zastanawiała się, co zrobiła nie tak w hodowli choinki. Sumienie nie wyrzucało jej popełnianych błędów. Postanowiła w końcu rozstać się z suchym drzewkiem. Żal jej było wyrzucać na śmietnik kolorowej doniczki. Wyjęła więc suchy pień drzewka i oniemiała z wrażenia. Choinka, która miała rosnąć przez wiele lat nie miała korzeni. Moja znajoma zrozumiała, że padła ofiarą oszustwa. Za późno było na jakąkolwiek interwencję, reklamację.

Wniosek z podanego przykładu jest taki jak w przysłowiu: „nie kupujmy kota w worku”. Doniczkowe choinki powinny mieć w donicy otwory, przez które są widoczne korzenie drzewka. I taki świerk możemy kupić. Korzenie są przecież podstawą do życia i wzrostu wszystkich roślin.


8 grudnia 2017 r.

Mikołajki

6 grudnia to dzień najbardziej wyczekiwany przez dzieci. Piszą listy do Św. Mikołaja, przygotowują dla niego różne smakołyki, aby nie odszedł od nich głodny w tą grudniową zimną noc. Miło na to patrzeć z boku. Takie przygotowania niejednemu z nas przywołują na pamięć obrazy z naszego dzieciństwa.

Jedna taka noc

„Nie każdej nocy święci przychodzą z nieba” – takie stwierdzenie usłyszałam z ust znajomego chłopca. To prawda, pomyślałam i przed oczami jak w filmie przesunęły się kadry mojego dzieciństwa. A było to tak…

W wigilię imienin dobrotliwego świętego, czuło się w domu podekscytowanie nie tylko wśród dzieci, ale i ich rodziców. Wszyscy czekali na wieczorną wizytę Gościa z nieba. Dzieci z pewną obawą, że zamiast prezentu dostaną rózgę, a dorośli z niepokojem, czy wszystko przebiegnie zgodnie z planem. Od wczesnego popołudnia zaczynały się tajemnicze szepty dorosłych, wymykanie się do sąsiadów, taskanie pod pachą rzeczy tylko im wiadomym. Dzieci niby zajęte zabawą bacznie obserwowały ten ruch, ale nie widziały w tym nic podejrzanego, bo przecież trzeba poczynić było przygotowania na tą niecodzienną wizytę.

Jeden taki wieczór

Wreszcie nastawał wieczór. Głośne pukanie do drzwi pobudzało dziecięcą wyobraźnię. Tak, to był ON Święty Mikołaj. Ubrany w strój biskupa dźwigał na plecach wór prezentów. I choć niejednemu dziecku zadrżało ze strachu małe serduszko, a usta przybrały kształt podkówki wszystkie wyciągały ręce po wymarzone prezenty. Teraz dopiero – jako dorosła osoba – przypominam sobie radość w ich oczach. Zdarzało się, że dorastające nastolatki wątpili w przebraną postać św. Mikołaja, jednak możliwość otrzymania upragnionego upominku zamykała im usta i dlatego nie było uświadamiania młodszych dzieci z sąsiedztwa. Dorośli też otrzymywali prezenty. Miły to był wieczór, którego czas nie wytarł z pamięci.

Dzisiejsi „święci”

Obecnie również z nie mniejszą niż w ubiegłych latach niecierpliwością dzieci oczekują Świętego Mikołaja. Oczekują go z ciasteczkami i szklanką mleka. Trochę to przykre, że już ta postać przeszła metamorfozę, gdyż nie jest to dostojny biskup lecz przerośnięty krasnal w czerwonym kubraczku. Tylko w kręgach kościelnych dzieci oczekują na świętego przychodzącego wprost z nieba, a nie z dalekiej Laponii. Jest to efekt dawnej sekularyzacji naszego Kraju. Jednak najważniejsze jest w tym dniu czynić dobro niezależnie od tego kto zapuka do naszych najmłodszych: czerwony krasnal z zaprzęgiem reniferów czy zdrożony biskup podpierający się pastorałem.


5 grudnia 2017 r.

Ten czas…

Grudzień nawet mroźny i śnieżny jest najcieplejszym miesiącem w roku. W ten szczególny czas otwierają się serca, by obdarowanym prezentem przedłużyć dzieciom pamięć o Świętym Mikołaju i złotopiórym Aniołku. Nie tylko najmłodsi oczekują zielonej choinki i tej przedświątecznej krzątaniny, która w wigilijny wieczór uwieńczona zostanie ciepłym słowem, gestem i miłością podaną w białym opłatku. Czy tak jest w każdej rodzinie?

Jeden dzień w roku

Byli mieszkańcami naszego miasta. Rodzina szczęśliwa, bo pełna. Każde święta spędzali razem. Z biegiem lat córki założyły swoje rodziny, jednak na Wigilię zawsze wracały do rodzinnego gniazda. Było gwarnie, a wesoły śmiech wnucząt, wypatrujących pierwszej gwiazdki rozlegał się dookoła.

Parę lat później właśnie w wigilijny wieczór nieubłagana śmierć zabrała ojca rodziny. Od tego czasu matka w każdą rocznicę zamykała drzwi swojego mieszkania. Chciała ten wyjątkowy wieczór spędzać zanurzona we wspomnieniach o mężu, na modlitwie za jego duszę. Przy zapalonej świecy przed portretem męża płynęły z ust żony ciche modlitwy. Brała w ręce kawałek opłatka i dzieliła się nim z niewidzialnym lecz ciągle obecnym w jej sercu ukochanym. W Boże Narodzenie szła do dzieci i wracał już normalny rytm świętowania przy wspólnym stole.

Dzieci rozumiały wigilijną potrzebę samotności matki, ale sąsiedzi uważały jej alienację za egoizm. Uważam, że robiąc coś z potrzeby serca żaden czyn nie powinien być poddawany krytyce.

Święta poza domem

W obecnych czasach coraz więcej osób wybiera formę spędzania świąt poza domem. Wynika to z potrzeby zmiany otoczenia, uniknięcia przemęczenia związanego z przygotowaniem świątecznych potraw. Czasami uciekamy tym sposobem od bolesnych wspomnień… czymkolwiek się kierujemy pamiętajmy, aby w ten dzień nikt nie był samotny wbrew własnej woli.


23 listopada 2017 r.

Warto pomagać?

W dzisiejszych czasach pomaganie innym jest na topie. A może było tak zawsze tylko po prostu nikt tego nie nagłaśniał w mediach. Istnieją stowarzyszenia, fundacje, hospicja które potrzebują dyspozycyjnych wolontariuszy. Jednak co stanie się, gdy zachoruje wolontariusz? Czy może liczyć na pomoc tych, którym pomagał? Zapewne nie, ponieważ oni nadal potrzebują wsparcia. Jednak myślę, że jeśli jest grupa wspierających to tak samo powinna pomóc wolontariuszowi, z którym dotychczas współpracowała. Nic bardziej mylnego…

Trudne życie małego dziecka

Od początku życie Piotra było pogmatwane. Matka odeszła, ojciec topił troski w alkoholu… kompanem do kieliszka był jego brat. Ciągłe awantury ojca ze stryjem nie wpływały korzystnie na rozwój psychiczny małego porzuconego dziecka. Nauka też nie przychodziła mu łatwo, wzrastając w tej burzliwej atmosferze. Prawną opiekę nad Piotrem sprawowali dziadkowie oraz… kurator. Dorósł. On jeden z kilkanaściorga rodzeństwa ma być alkoholikiem. Wiedział, jakie spustoszenie w rodzinie czyni wódka i dlatego stronił od budek z piwem. Rzucił się w wir pomocy słabszym, ubogim. Wracał do domu na ciepły obiad ugotowany przez babcię. Niestety, długo nie cieszył się tym jedynym kochającym go sercem. Babcia zmarła, a Piotr przez wiele lat opiekował się dziadkiem chorującym na Alzhaimera. W tym czasie nie zrezygnował z funkcji wolontariusza. Dzielił swoje domowe obowiązki z pomocą chorym i niepełnosprawnym. odbywał też liczne szkolenia i staże. Był nagradzany za prace społeczne, za sumienność w powierzonych mu zadaniach. Medale wiszą do dziś na ścianie… na ścianie jego pustego domu. Piotr został sam dosłownie sam.

„Krzyk” Piotra

Wołanie o pomoc przeczytałam na jednym z komunikatorów. Był to krzyk… Piotra! Tego dzielnego Piotra, który do tej pory był dyspozycyjny dla wszystkich proszących o pomoc. Teraz on jej potrzebuje i prosi o obecność przy nim, zwykłe pogadanie, zjedzenie wspólnego obiadu czy pójście z nim do lekarza. Mur się kruszy, a co mówić o psychice człowieka, który tyle wycierpiał? Niestety, pod jego postem nie od razu pojawiły się komentarze z ofertami pomocy. Te jego posty pojawiały się parę razy zanim… zanim ktoś napisał: „Pomógł bym, gdybym mieszkał bliżej”. Dalsze posty ograniczały się do wysyłania infantylnych serduszek i misiaczków. Nawet otwarte drzwi jego mieszkania dały nic do myślenia sąsiadom, że obok za ścianą coś się dzieje. W tej sytuacji zadaję sobie pytanie, gdzie są koledzy i koleżanki Piotra, z którymi on chodził, aby innym nieść pomoc i serce?


10 listopada 2017 r.

Rozwijanie patriotyzmu

Patriotyzm powinien być rozbudzany w sercach dzieci już od najmłodszych lat. Dom rodzinny jest najlepszą szkołą społecznego wychowania. Niestety nie wszędzie tak jest. Ustawowo wolny od pracy dzień wykorzystuje się na odpoczynek w domowych pieleszach, mimo że w miastach organizowane są Wieczornice zachęcające do wspólnego świętowania. Cieszy jednak fakt, że nie wszyscy wybierają bierną formę wypoczynku. Dzieci nauczone patriotyzmu przykładem rodziców będą nadzieją naszej Niepodległej.

Pragnienie świętowania

Wracając myślami do lat studenckich bardzo miło wspominam Święta Niepodległości Polski. Na naszej uczelni (KUL) odbywały się wtedy akademie, Wieczornice Patriotyczne. Oprócz tych podniosłych uroczystości z udziałem Władz i profesorów my studenci naszej Alma Mater zbieraliśmy się w akademiku lub na stancjach, aby indywidualnie uczcić Dzień Niepodległości Polski. Czuliśmy niedosyt tego, co prezentowane było podczas oficjalnych obchodów. Chcieliśmy przeżywać to na swój indywidualny sposób. Każdy przychodzący uczestnik przynosił fragment tekstu mówiącego o walce narodu polskiego, walce o suwerenność naszego Kraju. Literatura przeplatana była piosenkami z danego okresu. Był to naprawdę przejmujący wieczór słowno – muzyczny. Studenci byli z kilku Wydziałów, jednak prym wokalny i instrumentalny wiedli oczywiście żacy z muzykologii. Swoim pięknym głosem śpiewali: „Rotę”, „Pieśń Konfederatów Barskich” czy „Rozkwitały pąki białych róż” i wiele innych utworów opiewających walkę o niepodległość Rzeczpospolitej. Była to swoista lekcja historii i patriotyzmu wychodząca z naszych pragnień. Nikt nam nie kazał gromadzić się w listopadowe wieczory, a jednak czuliśmy potrzebę podtrzymywania tradycji i urzeczywistnienia patriotyzmu.

Kontynuacja lekcji…

Obecnie kontaktując się z dawnymi znajomymi wiem, że nadal spotykają się na podobnych Wieczorach Niepodległościowych. Mają już swoje rodziny, uczą dzieci pięknych wartości, które zostały im przekazane przez rodzinny dom lub uczelnię. Katolicki Uniwersytet Lubelski oprócz kształcenia studentów na wielu Wydziałach ma za zadanie rozwijanie patriotyzmu w młodych sercach Polaków i jak widzimy doskonale wywiązuje się z tego obowiązku.


7 listopada 2017 r.

II Zaduszki Świdnickie

Listopad w naszej polskiej tradycji jest miesiącem zadumy i modlitwy nad grobami bliskich. Pokonujemy wiele kilometrów, aby zapalić znicz pamięci na mogiłach tych, którzy wyprzedzili nas w ziemskiej wędrówce do wiecznej szczęśliwości. Potrzebę modlitwy za zmarłych czujemy wszyscy. Dlatego proboszcz Leszek Surma z parafii Chrystusa Odkupiciela już po raz drugi zorganizował Zaduszki Świdnickie, które jak widzimy wpisały się w kalendarz lokalnych uroczystości.

Wieczór pełen modlitwy i nostalgii

Niedzielny wieczór 5 listopada po wcześniejszych pogodowych anomaliach był spokojny. Aura sprzyjała organizacji II Zaduszek Świdnickich. W Kościele po wieczornej Mszy św. licznie zgromadzeni wierni cierpliwie czekali na występ znamienitych gości, którzy uświetnili program modlitewno – poetycko – muzyczny. Konstanty Andrzej Kulka – światowej sławy skrzypek oraz nie mniej znany Robert Grudzień – wirtuoz organów, a także nasz rodzimy chór „Salve Regis” pod dyrekcją Agaty Szlązak pięknymi utworami przypomnieli kompozytorów, którzy dzięki swojej wspaniałej twórczości nigdy nie zostaną zapomniani.

Pamięć, która nie gaśnie

Do programu włączyła się także młodzież oraz nauczyciele z I LO im. Władysława Broniewskiego w Świdniku. Pani wicedyrektor Aneta Jagieła, pełniła rolę narratora. Swoim ciepłym głosem czytając piękne wiersze polskich poetów wprowadziła słuchaczy w nastrój zadumy i tęsknoty za tymi, którzy już odeszli do wieczności. Zapalane znicze w rękach młodzieży były symbolami pamięci o tych, którzy przez lata tworzyli naszą świdnicką społeczność. A byli to ludzie kultury, medycyny, lotnictwa, budowniczy miasta i obiektów sakralnych. Płonące znicze stawiane obok relikwii Świętych przypominały nam zgromadzonym, że droga do świętości jest zawsze otwarta, wystarczy tylko kroczyć po niej z miłością do drugiego człowieka.

Listopadowy wieczór minął bardzo szybko zwłaszcza, że myśli nasze spotykały się duchowo z tymi, którzy odeszli, ale nadal żyją w naszej pamięci. Ich miłość i zasługi dla miasta nie pozwolą, aby poszli w zapomnienie.


27 października 2017 r.

Wspomnień czas…

Zbliżający się Dzień Wszystkich Świętych skłania nas do porządkowania grobów naszych bliskich zmarłych oraz do refleksji nad życiem i przemijaniem. Patrząc na te eschatologiczne sprawy zauważam pewną różnicę między spostrzeżeniami dziecka, a człowieka dorosłego.

Cmentarz kolorowy

Mając około 3-4 lat bardzo lubiłam chodzić na cmentarz. W tej wędrówce towarzyszyli mi rodzice oraz ich znajomi. W naszym miasteczku ziemia wiecznego spoczynku była naprzeciwko parku pełnego huśtawek i karuzeli, ale ja mimo to zawsze wybierałam spokojne spacery między grobami. Nie mając świadomości, że w każdym grobowcu leży ktoś bliski, podziwiałam kolorowe sztuczne kwiaty na nich leżące, aniołki z rozłożystymi skrzydłami, a nade wszystko ceniłam sobie cmentarną ciszę. Zabierałam ze sobą ulubioną lalkę, aby i ona mogła zaczerpnąć coś z tej oazy spokoju. Bawiła mnie piaszczysta droga biegnąca pod górkę, ponieważ wzdłuż niej spotkać można było białe anioły, których z czasem przybywało i były one coraz piękniejsze… z innego kamienia. Z chęcią kładłam u ich stóp zerwane polne kwiaty. Parę lat później dotarło do mnie, że był to po prostu dziecinny cmentarzyk. Każdy grób zroszony był łzami oraz obolały tęsknotą rodziców. Dla mnie jednak były to tylko białe aniołki, które symbolizowały radość nie z tego świata.

Ziemia mokra od łez

Wszystko zmieniło się, gdy zaczęło ubywać moich bliskich. Już wiedziałam, kto leży pod płytami grobowców. Mimo smutku, żalu i tęsknoty nie miałam chęci odwiedzać ich grobów. Musiałam oswoić się z myślą, że zmarła osoba już nie wróci do mojego świata. Był to mój indywidualny czas żałoby, który chciałam przeżyć sama. Po tym okresie mogłam już z potrzeby serca stanąć nad grobem osoby zmarłej. Tak jest do chwili obecnej. Już wiem, że cmentarna ziemia przesiąknięta jest łzami tych, którzy złożyli w grobie najbliższą sercu osobę. Kolorowe kwiaty, wieńce i znicze są tylko widzialnym symbolem naszej pamięci. Cicho szeptana modlitwa w intencji zmarłych ma teraz dla mnie ogromne znaczenie, ponieważ wierzę, że tylko ona dociera tam, gdzie nie dotrze żaden nawet najpiękniejszy kwiat czy znicz. Oby tej modlitwy nie zabrakło nad żadnym grobem.


19 października 2017 r.

Spotkanie Literackie w Schronisku dla Mężczyzn w Lublinie

Ulica Dolnej Panny Marii w Lublinie należy do tych najstarszych w tym Grodzie. Na tejże ulicy znajduje się kamienica z wyglądu niczym nie różniąca się od innych wolnostojących domów. Wchodząc do wnętrza spotkamy tam mieszkańców, których pogmatwane losy przywiodły w progi jej domu.

Uśmiech, jak promień słońca

Przytulna, niewielka jadalnia zgromadziła ok. 20 pensjonariuszy chcących posłuchać mojej poezji. Na zaproszenie dyrekcji przybyłam tam 18 października 2017 roku wraz z moim przyjacielem, który od niedawna komponuje muzykę do moich wierszy. Już od progu można było odczuć domową atmosferę tego miejsca. Zapach świeżo parzonej kawy oraz słodki aromat pieczonego ciasta wyłożonego na stoły tworzył iście domowy klimat.

Spotkanie literackie, a właściwie słoneczne Południe Poezji Śpiewanej przeplatanej opowieściami z mojego życia otworzyło serca zgromadzonych tam pensjonariuszy. I znów, kolejny raz wiersze otworzyły mi drzwi do innego świata. Nawzajem opowiadaliśmy wraz ze słuchaczami o tym, co jest w życiu ważne, co inspiruje i dodaje skrzydeł do działania. Mimo niełatwych dróg pensjonariusze Schroniska potrafią być chłonni wiedzy, potrzebują liryzmu, są wrażliwi na słowo pisane i śpiewane. Przekonałam się o tym i doznałam wielu wzruszeń. W ich oczach pojawiały się łzy… w moich też. Wspólnie otwieraliśmy drzwi do swoich światów. Po skończonym recitalu Bogusława Kędziory – przyjaciela śpiewającego moją poezję przy subtelnym akompaniamencie gitary – dziękowaliśmy sobie nawzajem za spotkanie, które nas wewnętrznie ubogaciło nie tylko w sferze duchowej, ale i tej widzialnej, fizycznej. Zobaczyliśmy, że aby się spełniać w życiu, nie potrzeba luksusowych warunków, ani kosztownego warsztatu pracy. Wystarczy chęć ubogacenia siebie przez słuchanie tego, co inni mają nam do powiedzenia. Przykłady z życia mogą być dla niektórych wsparciem oraz inspiracją do działania.

Wychodząc ze Schroniska im. Św. Brata Alberta w Lublinie, czułam nie tylko uczucie spełnienia, ale także chęć pogłębiania wiedzy w kierunku naszej najnowszej historii. Spotkanie z Braćmi bezdomnymi stało się początkiem drogi do zdobywania tego, co nie zawsze jest łatwe do zdobycia, bo przy odrobinie wyrzeczenia bardziej to zostanie przeze mnie docenione.


17 października 2017 r.

Co zostało w nas…

39 lat temu wiadomość o wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową obiegła cały świat. Jeszcze wtedy nie było wiadomo, co wniesie pontyfikat kardynała z dalekiego Kraju. Dziś wielu z nas twierdzi, że dzięki Janowi Pawłowi II zmieniło swoje dotychczasowe życie.

Fenomen Papieża Polaka

Jan Paweł II swój pontyfikat rozpoczął przesłaniem: „Otwórzmy drzwi Chrystusowi”. Sam, swoim życiem dawał przykład, jak otwierać granice, serca i symboliczne drzwi temu, który dla każdego chrześcijanina jest Synem Bożym – Zbawicielem człowieka. Uczył odwagi, przebaczania i zrozumienia. Zraniony na Placu Świętego Piotra wybaczył cudem niedoszłemu mordercy. Czy ktoś z nas by tego dokonał? Wybaczyć z serca! Tylko on otwierał granice zwaśnionych państw, afrykańskich plemion, które przyjmowały Go z dziecięcą radością. Uczył, że tu na ziemi największą wartością jest człowiek. We właściwy sobie sposób potrafił wejść w każde środowisko. Rozumiał problemy ludzi młodych i starszych, niepełnosprawnych i zdrowych. W swoich Listach i homiliach starał się tłumaczyć sens cierpienia i pomoc potrzebującym.

Gromadził wokół siebie tłumy, które akceptując Jego naukę gromko Go oklaskiwały. Słowa Jana Pawła II budziły zachwyt, a jego książki stawały się bestsellerami. Nawet Jego śmierć dawała nadzieję na wspólne spotkanie w Domu Ojca.

Zapomnieliśmy?

Po śmierci Papieża jakby wszystko ucichło. Nikt już tak jak On nie gromadzi wokół siebie tłumów. Znów w wielu domach trwa pogoń za pieniądzem, nie mając czasu dla najbliższych. Znów dyskutuje się o wprowadzeniu aborcji i eutanazji na życzenie. Czy zapomnieliśmy o wartościach, które ukazywał nam Papież? Tylko w dniach 16 października i 2 kwietnia świat zatrzymuje się na chwilę, aby wspomnieć Wielkiego Rodaka. Może nie wszystko zostało zapomniane?


12 października 2017 r.

Zielono mimo jesieni

Statystyki mówią, że jest nas 17 milionów na całym świecie. Nas… czyli osób z mózgowym porażeniem dziecięcym. Niby mamy jedną chorobę, jednak nie wszyscy jesteśmy w jednakowym stanie. Nasza niepełnosprawność uwarunkowana jest uszkodzeniem mózgu (CUN) w czasie ciąży lub okresu okołoporodowego. Przyczyny mogą być różne: konflikt serologiczny, wcześniactwo, urazy głowy lub przebyte choroby np. zapalenie opon mózgowych.

Nasze Święto

W dniach 4-6 października 2017 roku nasze miasto przyłączyło się do akcji, której celem jest wyrażanie jedności z osobami chorymi na dziecięce porażenie mózgowe. Głównym organizatorem tego pionierskiego przedsięwzięcia był Miejski Ośrodek Kultury w Świdniku. W godzinach wieczornych budynek MOK oświetlony był kolorem nadziei. Zielone światło przypominało o tym, że wszyscy jesteśmy równoprawnymi mieszkańcami naszego miasta, pomimo deficytów widocznych w naszej fizjonomii.

Oprócz iluminacji budynku Centrum Kultury wiele osób włączyło się w akcję przesyłając swoje zdjęcie, aby w ten sposób wyrazić jedność, zrozumienie i akceptację dla osób niepełnosprawnych. Serce rośnie, gdy ogląda się Galerię zdjęć, utworzoną na portalu Świdnik – Wysokich Lotów. Patrząc na te fotografie dostrzega się życzliwość w ludzkich sercach, ponieważ jest to akt dobrowolnego uczestnictwa w tym pierwszym przedsięwzięciu na naszym terenie.

Świdnik Jesteśmy TU

Uważam, że „Świdnik na zielono” pomoże zrozumieć młodemu (i nie tylko) pokoleniu, że nawet chorzy, bezbronni ludzie czują, mają swoje potrzeby oraz pragną włączenia w zdrową społeczność naszego miasta. Być może w przyszłym roku znów spotkamy się jesienią, aby dać zielone światło nadziei tym, którzy może nie są dostrzegani w sposób adekwatny do ich odczuwania. Dziękuję Panu Burmistrzowi Waldemarowi Jaksonowi za objęcie swoim Patronatem całej akcji oraz za czynne w niej uczestnictwo. Wyrazy wdzięczności kieruję również do dyrekcji Miejskiego Ośrodka Kultury w Świdniku, do Pracowników Portalu Świdnik – Wysokich Lotów za pomoc w organizacji tego szczytnego przedsięwzięcia. Słowa podziękowania ślę również do wszystkich mieszkańców miasta, którzy pokazali swoją solidarność z chorymi na MPD. Dzięki Waszej postawie czujemy się tu bezpieczni.


29 września 2017 r.

Dwie Korony

Ostatnie czasy pokazują nam, jak bardzo wzrosło zapotrzebowanie na produkcję filmów biograficznych ludzi znanych z kart historii Polski lub zapisanych w Żywotach Świętych. 28 września 2017 roku w lubelskim kinie „Bajka” odbył się przedpremierowy pokaz filmu pt.: „Dwie Korony” w reżyserii Michała Kondrata. Ekranizacja przedstawia życie św. Maksymiliana Marii Kolbego na tle dwóch wojen światowych.

Wiara i heroizm o. Maksymiliana

Film przedstawia życie franciszkanina, któremu w dzieciństwie objawiła się Matka Boża Niepokalana. Chłopiec ma do wyboru: Koronę życia w czystości i Koronę męczeństwa – wybiera obie! Od tego momentu uczy się, pracuje i żyje dla Maryi. Dokonuje wyborów… aż po ten ostatni w Auschwitz! Na oczach dostojników kościelnych oraz współbraci zakonnych dokonują się cuda za pośrednictwem młodego franciszkanina: założenie drukarni w Teresinie, wydawanie „Rycerza Niepokalanej”, wyjazd do dalekiej Japonii mimo braku środków finansowych oraz znajomości języka, rozpowszechnianie kultu Maryi przez cudowny medalik. Reżyser uwzględnił także „przewidywania” (proroctwa) o. Maksymiliana dotyczące wybuchu bomby w Nagasaki.

Pamięć i dzieło trwają nadal

Reżyser podzielił film na dwie części: część fabularną i dokumentalną, które się przeplatają. W tej ostatniej dokumentalnej zamieścił wypowiedzi ludzi związanych z Kościołem oraz bezpośrednim świadkiem męczeńskiej śmierci ojca Maksymiliana – Kazimierzem Piechowskim. Ile trzeba mieć wiary i odwagi, by swoje życie oddać za współwięźnia? Był to ostatni wybór. Do dziś decyzja o. Kolbe zadziwia, a zarazem dodaje wiary w to, co jest dla nas najważniejsze, że to nasze doczesne życie jest przemijalną wartością. Życie w zgodzie z własnym sumieniem przynosi nadzieję nawet w obliczu śmierci. Postawa o. Maksymiliana do dziś zadziwia, a zarazem jest świadectwem miłości do drugiego człowieka nawet wśród panującej nienawiści. Miłość dokonuje wielkich dzieł, które są ponadczasowe i zasługują na kontynuację.


25 września 2017 r.

Koniec świata

Powodzie, tajfuny, trzęsienia ziemi w końcu uderzenie tajemniczej Planety X. Oto zapowiadane kataklizmy poprzedzające koniec świata, który miał nastąpić 23 września 2017 roku. Jak widzimy nic się nie sprawdziło, poza tym co nawiedza nasze kraje z racji ociepleń klimatu i niekorzystnych działań nas samych na nasz stary glob.

Fałszywi prorocy

W Nowym Testamencie jest kilka wzmianek o końcu świata. Jezus zapowiada, że nastąpi on w najmniej oczekiwanym momencie, o którym wie tylko Bóg: „Lecz o dniu owym i godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec” (Mt 24,36; por. Mk 13,32)” Tak więc jeżeli mianujemy się ludźmi wierzącymi i codziennie czytamy Biblię ze zrozumieniem to nie powinniśmy głosić plotek o „kodach” w niej wyczytanych, mówiących rzekomo o dokładnym terminie nadejścia końca świata. Jeżeli jest inaczej, jesteśmy współtwórcami bzdurnych przepowiedni. Fałszywych proroków było wielu. Nikt nie wie, co nimi kierowało, aby wpędzać ludzi w histerię, strach przed zbliżającą się Apokalipsą. Uważam, że te „przepowiednie” miały przynieść ich autorom popularność. A co teraz? Jest nowy dzień, a świat nadal istnieje. Nadal cieszymy się nowym dniem, idziemy do pracy, szkoły, do swoich obowiązków. Czy kolejny raz za parę lat znów uwierzymy w zapowiedź końca świata? Zastanawiam się, jak teraz taki pseudo prorok David Meade`a spojrzy w oczy tym, którzy uwierzyli w jego przepowiednię?

Codzienny koniec świata

Jak zdążymy zauważyć dla wielu z nas świat kończy się codziennie, niespodziewanie lub poprzedzony znakami – symptomami choroby. Śmierć! Jest to naturalny, indywidualny koniec świata, który jest wpisany w życie każdego człowieka. Nawet ciężko chora osoba ma nadzieję na życie, chociaż by na poprawę swojego stanu zdrowia. Zdrowi ludzie nie myślą o kresie swego życia, zawsze mają coś do zrobienia, żyją dla innych. Wykonują swoje zadania, jak najlepiej potrafią. Zadaję sobie pytanie, jakim wybitnym biblistą jest David Meade`a, który wprowadził „teorię kodu” na karty Nowego Testamentu i Apokalipsy? Kolejny fałszywy prorok?!


15 września 2017 r.

Zakończenie sezonu letniego

Połowa września to czas, kiedy jesień zaczyna zaglądać w nasze okna. Na razie nieśmiało. Zaczyna od dojrzewania się owoców i warzyw, kwiatów zakwitających o tej porze roku: astrów, wrzosów, chryzantem. Dzwoniący o szyby deszcz to też symptom wskazujący na to, że słoneczne lato odchodzi, powoli lecz niezaprzeczalnie.

Koniec wakacji

Dla mnie koniec lata od zawsze kojarzył się z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Szkoła wyznacza inny rytm życia. Więcej czasu trzeba poświęcać zajęciom edukacyjnym niż beztroskiej zabawie. Myślę, że nie tylko ja tak uważałam. Kończący się czas urlopów również nastrajał do refleksji nad przemijaniem. Powroty do domu z wczasów wyznaczały także inny rytm dnia i trzeba było przestawić się na bardziej napięty grafik codziennych zajęć.

Zmieniające się kolory przyrody

Tak jest i teraz. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Trzeba tak samo wracać do szkoły, pracy, codzienności. Tylko czy ta codzienność zawsze musi być szara? Uważam, że nie. Jesień też ma swój urok, zwłaszcza ta nasza polska. W kroplach deszczu przebija się promień słońca, osiada na koralach dojrzewających jarzębin tworząc ciekawe sploty korali. Kolory kwiatów cieszą oczy i są ozdobą bukietów i innych jesiennych dekoracji. Odlatujące ptaki zwiastują astronomiczną jesień, ale także nadzieję, że z wiosną znów będziemy patrzyli na ich powroty do polskich gniazd

Powroty z plenerów

Niższe temperatury powietrza skłaniają organizatorów letnich imprez do przeniesienia ich w mury ośrodków na ten cel przeznaczonych. Zakończyły się trwające dwa miesiące Letnie potańcówki organizowane co czwartek w świdnickiej muszli koncertowej. Dla niejednego mieszkańca były one jedyną formą rozrywki i rehabilitacji, komunikacji z drugim człowiekiem.

„Do zobaczenia za rok” – padły słowa pożegnania z ust organizatorów. Rok dla jednych jest czasem intensywnej pracy zawodowej lub społecznej, a dla innych czasem cierpienia i samotności. Dlatego podczas takich okazji powinniśmy cieszyć się każdą chwilą spędzoną razem, aby właśnie ta chwila zaowocowała cenną przyjaźnią w długie jesienno-zimowe wieczory.


7 września 2017 r.

„Niespodzianki”

Któż z nas nie lubi niespodzianek? Prezenty otrzymywane bez zapowiedzi są przeważnie miłym zaskoczeniem dla odbiorcy. Niestety nie zawsze tak bywa. Zwłaszcza jeżeli zawierają coś, co wzbudza w nas uczucie strachu i obrzydzenia.

„Prezenty lecą mi z nieba”

Odkąd zaczęłam korzystać z balkonu już na drugi dzień pojawiły się na nim obierki z warzyw oraz wyłuskana tarcza słonecznika. Myślałam, że jest to drobny incydent lub nieuwaga sąsiadów z wyższych pięter. Myliłam się! mniej więcej co 2 dni na podeście balkonu zaczęły pojawiać się inne rzeczy tym razem wzbudzające strach. Jak tłumaczyć fakt, gdy znajduje się nadpalony papier toaletowy, rozbite pomidory i ziemniaki w mundurkach? Takie śmieci sprząta moja mama. Przykre, że w jej wieku musi to wszystko przechodzić.

Zamiast relaksu na balkonie rozglądam się, czy coś nie spadnie mi na głowę. Aż boję się myśleć, co by się stało, gdyby nadpalony papier spadł mi na włosy. Zemsta sąsiadów? Ale za co?! Za to, że chcę w miarę normalnie korzystać z życia? Co oni by czuli, gdyby nasze role się odwróciły?! Przykre jest to, że weszłam w mało empatyczne środowisko. Najbardziej zdumiewa mnie fakt, że mój podjazd i balkon najbardziej przeszkadza sąsiadom mieszkającym przy końcu bloku.

Hipokryzja

Pamiętam jak rok temu po naszej przeprowadzce wszyscy byli dla nas mili i na powitanie odpowiadali „dzień dobry” z szerokim uśmiechem. Wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam robić podjazd. O utarczkach słownych już wspominałam w poprzednich artykułach i nie chcę do nich wracać. Myślałam, że sąsiedzi nabrali dystansu do tej sprawy.

Dziś wiem, że ten deszcz „prezentów” jest formą cichej zemsty za ich bezradność. Mieli nadzieję, że mój podjazd zostanie poddany demontażowi. Gdy się tak nie stało obrali bardzo brzydką taktykę utrudniania mi życia. Pamiętam, że dawniej to dzieci robiły mi przykrość, ponieważ byłam „inna” niż one – zdrowe. Dzieci potrafiłam zrozumieć, gdyż nie były doświadczone życiem, przykładami. Teraz jest odwrotnie i to sprawia mi największy ból. Nie wiem, do czego jeszcze posuną się moi sąsiedzi, ale cokolwiek się wydarzy będę dla nich miła. Po prostu pozostanę sobą! Może to będzie dla nich przyjemna niespodzianka?


31 sierpnia 2017 r.

Moje miejsce na ziemi

Czas wakacji, urlopów dobiega końca. Dla wielu z nas był to piękny okres, zwłaszcza że słońce nie oszczędzało swoich promieni i zachęcało do letnich wojaży. Jednak wszystko na swój początek i koniec. Pozostają wspomnienia, refleksje, porównania odwiedzanych miejscowości. Takim wspomnieniami chcę się w tym miejscu podzielić.

Różnorodność krajobrazów, ale i setki barier

Zamość odwiedzam dość często nie tylko ze względów sentymentalnych, bo stąd wywodzą się korzenie naszego rodu, ale także wracam tam, ponieważ kocham jego architekturę. Tutaj odpoczywam, nabieram sił, otulam się ciszą Parku, który pomimo że jest usytuowany w środku miasta izoluje od szumu i gwaru przybywających na Rynek turystów prawie z całego świata. Nie bez kozery miasto zostało nazwane Padwą Północy…

Nazwa zobowiązuje, więc Władzom Miasta powinno zależeć aby każdy mógł zwiedzić liczne zabytki Zamościa, ale także nowe osiedla. Czy jednak są one dostępne dla wszystkich turystów? Otóż nie. Sama się o tym przekonałam jadąc wózkiem przez nowe osiedla. Jadąc do Zamościa cofamy się w czasie nie tylko na Starówce, na także na głównych i bocznych ulicach. Wózkowicze powinni być przygotowani na wysokie krawężniki, które bez pomocy drugiej osoby trudno pokonać. Zjazdy też nie spełniają podstawowych norm UE: są zbyt strome, wąskie i bez barierek. Nawet dla matek z dziecinnym wózeczkiem taki zjazd jest zbyt ryzykowny, nie mówiąc o osobach niepełnosprawnych poruszających się z pomocą wózków inwalidzkich. Chodniki również mają wiele do życzenia. Jadąc nimi miałam wrażenie, że jestem na górzystym terenie. O doznaniach podczas tej jazdy już nie wspomnę. Wiem jedno: w Zamościu niewiele się zmieniło od czasów PRL. Mam nadzieję, że już niebawem bariery architektoniczne tym pięknym mieście będą chociaż w minimalnym stopniu zlikwidowane i osoby niepełnosprawne będą mogły bezpiecznie dotrzeć na w miarę dostępną Starówkę.

Kolejnym miastem, które odwiedziłam tego lata była Rabka – Zdrój. Myślałam, że ten bądź co bądź kurort z licznymi dziecięcymi sanatoriami będzie rajem pod względem dostępu do sklepów, kościołów i innych obiektów publicznych. Sytuacja jak z zamojskiego obrazka: wysokie krawężniki utrudniały naszym wolontariuszom prowadzenie osoby niepełnosprawnej nie tylko na wózku, ale również idącej z laską. Wyszczerbione schody stwarzały dodatkowe zagrożenie więc aby je zminimalizować trzeba było przy wejściu do obiektu angażować do pomocy 2-3 osoby. W tym miejscu chylę czoła przed naszymi wolontariuszami, którzy dzielnie dziali nas razem z ciężarem wózka.

Nasz Świdnik

Moje miasto to inny świat, jakby wyprzedził o jedną epokę Zamość i Rabkę. Tutaj czuję się bezpieczna na każdej ulicy i w każdym zakątku miasta. Wiem, że dojadę do celu bez szwanku nawet z mniej doświadczonym kierowcą wózka. Jest to od wielu lat moje miejsce na ziemi, do którego chcę wracać nawet z najpiękniejszych zakątków świata. Trzeba nieraz przemierzyć tysiące kilometrów, aby się przekonać, co jest naszym azylem.


25 sierpnia 2017 r.

Świat widziany z perspektywy balkonu

Balkon – namiastka małego podwórka, poszerza pole widzenia, daje swobodę i możliwość oddechu na świeżym powietrzu. W naszym mieście nie wszyscy mieszkańcy parterów mogą cieszyć się tym dobrodziejstwem. Stare budownictwo bloków ich nie posiada. Architekci w swoich planach po prostu balonów nie uwzględnili, nie wiedzieć czemu. Teraz jest możliwość budowy balkonu, niestety na koszt własny lub z częściowym dofinansowaniem funduszu organizacji do tego celu powołanych.

Popołudniowy wypoczynek

Dla mnie, osoby niepełnosprawnej szeroki balkon z podjazdem jest konieczny, ponieważ nie zawsze jestem w stanie wyjść na dwór i pooddychać świeżym powietrzem. Nie ukrywam, że moja choroba postępuje i coraz ciężej mi jest schodzić po schodach nawet z pomocą many.

Po wielu miesiącach załatwiania zezwolenia i innej biurokratycznej papirologii tego lata usiadłam na moim własnym balkonie. Mogłam swobodnie siedząc w fotelu obserwować ruch uliczny, ptaki i samoloty krążące po niebie i ludzi śpieszących się do kogoś i do nikąd…

Dla większości osób mój balkon był w miejscu mojego obecnego zamieszkania czymś „nowym”, do czego należy się po prostu przyzwyczaić. Niektórzy patrzyli na mnie jakby mnie pierwszy raz (od wielu lat) zobaczyli, inni postrzegali jak eksponat, a co bardziej ciekawscy pytali o koszt tej inwestycji. Znajomi podchodzili do mnie i wyrażali w słowach swoją radość, że w końcu zakończy się moja wspinaczka po (w moim przypadku) karkołomnych schodach. Oni rozumieją, że balkon daje poczucie wolności z możliwością częstszego kontaktu ze społeczeństwem, zważając też na moje poetyckie i charytatywne poczynania.

Mała rączka chłopca

Siedząc tak i rozmyślając o wszystkim i o niczym pod balkon podszedł mały chłopiec i nie pytając o nic pomachał mi rączką na powitanie. Ten gest bardzo mnie rozczulił. Uświadomiłam sobie, że dla małych dzieci może być wszystko normalne i na odpowiednim miejscu.


18 sierpnia 2017 r.

A miało być tak cudnie…

Ciepłe lato, czas wolny od pracy, wakacje… kuszą, aby to wykorzystać i wyjechać na odpoczynek. Jest on potrzebny każdemu, aby nabrać nowych sił do całorocznej aktywności zawodowej lub po prostu zwyczajnie wypocząć w innym mieście, środowisku.

Uległam pokusie…

Nie ukrywam, że obecny czas był (i jest) dla mnie bardzo wyczerpujący. Przeprowadzka do innego mieszkania, załatwianie spraw urzędowych związanych z uzyskaniem zgody na wymarzony balkon i podjazd wyczerpało mnie fizycznie i psychicznie. podjęłam desperacki krok, aby wraz z grupą osób niepełnosprawnych odpocząć w górskim klimacie. Zostawiłam wszystkie troski oraz budujący się w tym czasie podjazd i wyruszyłam na podbój Tatr.

Kocham góry, lubię patrzeć na ich szczyty, marząc czasami, że na nich stoję i oczami wyobraźni widzę wszystkie okoliczne doliny, lasy i owce pasące się w ich cieniu. Pomarzyć sobie można.

Wyprawa zapowiadała się fajnie, bo jechałam z towarzystwem, które znałam od wielu lat. Na miejscu okazało się, że jest jeszcze fajniej niż sobie to wyobrażałam. Warunki lokalowe odpowiadały standardom dla osób z różnymi dysfunkcjami. To nic, że góry nie sprzyjają „wózkowiczom”, nasi wolontariusze stanęli na wysokości zadania. Nieraz w pocie czoła pomagali nam zwiedzać okolice, chodzić na koncerty, potańcówki. Było pięknie i bardzo wesoło. Myślałam, że tak będzie do końca turnusu. Niestety się pomyliłam.

Telefony, telefony…

Pewnego pięknego poranka zadzwonił do mnie szefowie ekip, które podjęły się montażu mojego podjazdu. Wiadomości które usłyszałam zwaliły mnie z nóg. Okazało się, że moi niektórzy sąsiedzi są bardzo niezadowoleni z projektu, który otrzymałam i który został zatwierdzony przez trzy świdnickie instytucje. Zrobili pod blokiem aferę, grożąc, że podjazd na pewno będzie zdemontowany. Wiedziałam, że nic nie jest robione nielegalnie, a mimo to bardzo się zdenerwowałam. Było mi bardzo przykro z powodu braku empatii starszych ludzi, którzy w myśl przysłowia są mądrością narodu. Widocznie nie każdego narodu. Od tamtej chwili moje wczasy zmieniły się diametralnie: było mi przykro, bałam się odbierać kolejnych telefonów z nowymi nieprzyjemnymi wiadomościami. Patrzyłam tylko na górskie krajobrazy i zastanawiałam się, co będzie się działo, gdy wrócę do domu. Wróciłam. Moja mama na dzień dobry usłyszała z ust jednej sąsiadki, że moje kalectwo jest wykorzystywane do podejmowania takie inwestycji, a sąsiad podburzony przez tą rozgniewaną panią zagroził, że spotkamy się w sądzie! Czekam więc na pozew w sprawie (ich zdaniem) za dużego podjazdu i balkonu.

Nie potrafię zrozumieć postawy tych osób. Argumentami przemawiającymi za ich wzburzeniem są fakty, że nikt z tych protestujących nie miał, nie ma w rodzinie osoby niepełnosprawnej. Oby takie dobrodziejstwo nie było nikomu potrzebne. Nie wiedzą też, jakim dla mnie jest trudem pokonanie kilku schodków nawet z pomocą drugiej osoby. Nie znają procedur załatwiania podjazdu i jak długo to trwa nie mówiąc o kosztach, które częściowo pochodzą z moich oszczędności. O co więc ten krzyk?


27 lipca 2017 r.

Zostały mu tylko ptaki

Czym jest pasja dla starszych ludzi? Jest odskocznią od samotności, jest spełnieniem i radością, satysfakcją, jeżeli wiąże się z pomocą dla słabszych. Niekiedy pasja staje się sensem życia.

Historia pewnego człowieka

Będzie to opowieść o jednym z mieszkańców naszego miasta. Pewnego dnia został sam. Dzieci pozakładały własne rodziny, żona zmarła. Większość czasu spędzał na ławce przy bloku. W deszczowe i zimowe dni nudził się w czterech ścianach małego pokoju. Któregoś dnia zauważył zziębniętego głodnego gołębia, który przysiadł na Zewnętrznym parapecie kuchennego okna. I tak zaczęła się miłość do skrzydlatych przyjaciół, którzy coraz częściej zaglądali dyskretnie w okna samotnego pana. Ptaki nigdy nie odlatywały głodne. Zima nie była im straszna, bo wiedziały, że w oknie pewnego bloku czeka na nie stęskniony przyjaciel, mający dla nich w ręce coś, co pozwalało zasycić głód i przetrwać siarczyste mrozy.

Latem przed wejściem do klatki schodowej owego pana zaczęły pojawiać się ptasie rodziny: kawki, wrony i gołębie. Siadały gromadnie na trawniku, jak bociany przed odlotem i cierpliwie czekały na swojego żywiciela. Gdy pojawiał się w drzwiach siadały mu na ramionach, głowie i dłoniach. Te dłonie otwierały się i sypały w trawę okruszki chleba. Samotny pan celowo rzucał ten pokarm na trawnik, aby nie zanieczyszczać chodnika. Mimo to zaczęły się szemrania sąsiadów, że nie powinien dokarmiać ptaków zwłaszcza latem, gdy na polach złocą się łany zbóż. Zdarzały się nawet skargi do Straży Miejskiej, aby zaprzestał tych aktów miłosierdzia względem skrzydlatych przyjaciół. Straszą paragrafami i mandatami.

Dwie strony medalu

Rzeczywiście ptaki bardzo szybko przyzwyczajają się do ludzi, którzy je karmią. Jednak jest to przyjaźń dwustronna, ale nikt nie bierze pod uwagę uczuć starszego pana. Rozumieć też trzeba okolicznych mieszkańców osiedla, ponieważ boją się chorób roznoszonych przez ptaki. Nie wiadomo, jak do tej sprawy ustosunkują się służby miejskie. Nie ja o tym decyduję 🙂 . Myślę, że człowiek o gołębim sercu i jego podopieczni będą nadal się wspierać fizycznie i psychicznie, bo… zostały mu tylko ptaki.

Wiem jednak, że w większych miastach gołębie nie stanowią przeszkód w zwiedzaniu zabytków, wręcz są dodatkową atrakcją dla turystów. Czemu więc nasze miasto nie miałoby mieć takiego urozmaicenia?


20 lipca 2017 r.

Carpe diem

Chwytaj dzień – mówił Horacy w swojej poezji. Czy łatwo jest tę myśl zastosować w dzisiejszym świecie? W pogoni za dobrami materialnymi bardzo często umyka nam dzień za dniem, a potem budzimy się, jak ze snu i uświadamiamy sobie, że zostało nam to co nie ma już dla nas znaczenia.

„Niech chociaż one tam pojadą…”

Rozmawiając ze starszymi ludźmi słyszę z niektórych ust, że życie przeciekło im przez palce lub jakby przez sito. Co to znaczy? W młodości dorabiali się, oszczędzając na mieszkanie, meble, działki i inne dobra materialne kosztem rezygnacji ze swojego wypoczynku, przyjemności. To nic, że byli zmęczeni, cieszyli się każdym zdobytym przedmiotem. Dorastające dzieci też musiały mieć wszystko to, co miały ich rówieśnicy z klasy. Rodzice bardzo często pracowali na kilka etatów, aby wystarczało funduszy na wymagania ich pociech. W wolnych chwilach „chwytali chwile” przed telewizorem, oglądając ponadczasowe komedie lub wyjeżdżali na niedzielne popołudnia do rodziny bądź znajomych podczas, gdy ich dzieci wypoczywały w mazurskich lub nadbałtyckich kurortach. „Niech chociaż dzieci nasze tam pojadą” – mawiali. We wspomnieniach moich rozmówców pojawia się okres studiów. Oczywiście wtedy też pomagali swoim przyszłym magistrom. Wynajęcie stancji w innym mieście to był luksus, ale czego się nie robi dla dzieci, które kiedyś będą należały do elity kraju. Niektóre marzenia rodziców się spełniły. Mniej lub bardziej został doceniony ich wysiłek. Ich dzieci z naukowymi tytułami wyjechały gdzieś w Polskę, a nawet poza jej granice, założyły rodziny. Owszem, odwiedzają rodziców dwa może trzy razy w roku. Przywożą wnuki, które bardzo często nie potrafią dogadać się z dziadkami z powodu bariery językowej. Angielski język stał się językiem międzynarodowym więc po co dzieci żyjące poza Polską uczyć języka ich dziadków? Trzy tygodnie szybko miną, a na migi też można porozmawiać. Dziadkowie nie potrafią porozumiewać się z wnukami to przecież ich problem, bo dawniej język angielski nie był tak powszechny jak teraz, co najwyżej rosyjski…

Korzystajmy z dobrych rad

Dzisiaj starsi ludzie idąc ulicami miasta dowiadują się o chorobach swoich znajomych, że ten lub tamten nie może zejść ze schodów i jest więźniem swojego wymarzonego domu. Z nekrologów wyczytują, kto się przeniósł na „tamtą stronę”. Takie sytuacje uświadamiają niejednemu człowiekowi, że w młodości nie potrafili cieszyć się życiem nieustannie się dorabiając. Kto inaczej postępował, wydając pieniądze na podróże i przyjemności uważany był w oczach niejednego dorobkiewicza za życiowego nieudacznika, ponieważ żył skromnie lecz używał życia wraz ze swoimi dziećmi. Czy rzeczywiście tak postępowali nieudacznicy?

Teraz większość zmęczonych życiem starszych już osób daje dobre rady tym z młodszego pokolenia: „Carpe diem” póki pora, bo za parę lat może być za późno na to postanowienie.


13 lipca 2017 r.

Zdrowa żywność – na targu czy w sklepie?

W dzisiejszych czasach wiele się mówi o zdrowym trybie życia. Dotyczy to nie tylko stosowania codziennych ćwiczeń w domu, ruchu na wolnym powietrzu, ale także zdrowego odżywiania. Kładziemy tu nacisk, aby warzywa i owoce, które spożywamy pochodziły z ekologicznych pól. Taki produkt daje nam gwarancję dłuższego życia bez chorób i dolegliwości.

„Zdrowe bez oprysków…”

Takie zapewnienie słyszymy często z ust rolników, zachwalających swoje owoce na miejskim targowisku. Do tych słów podchodzę sceptycznie, ponieważ nie bardzo wierzę, by jakikolwiek dorodny owoc nie był tknięty środkami chemicznymi. Żaden sprzedawca nie przyzna się do stosowania chemii na dojrzewające warzywa czy owoce. Nie twierdzę, że wszyscy hodowcy ją używają. Dzięki ociepleniu klimatu od paru lat zimy nie są mroźne więc nie można liczyć na naturalną eliminację szkodników, atakujących drzewa owocowe. Możliwe, że rolnicy przestrzegają zasad oprysku lecz nie wszyscy. Dodatkowo podnoszą ceny, tłumacząc, że ich produkty są zdrowe i piękne z wyglądu. Zawartości środków chemicznych w warzywach i owocach nikt z kupujących nie jest w stanie zmierzyć. Trzeba ufać słowom rolnika i ryzykować własnym zdrowiem – kto nie ryzykuje ten nie je.

Na sklepowych półkach

W supermarketach i małych sklepikach także widzimy piękne owoce, warzywa. Wyglądają zachęcająco, są nawet tańsze niż te z giełd i targowisk. Sprzedający te dorodne okazy nie mają bladego pojęcia czy dostawcy kupowali je od prawdomównych właścicieli gospodarstw rolnych. W tym przypadku odpowiedź ekspedientki nie będzie jednoznaczna. I znów pozostaje nam ryzykować zdrowiem wybierając piękny owoc, ale już bez zapewnień że pochodzi z ekologicznie czystego terenu. Niska sklepowa cena także kusi klienta do nabycia towaru. Czym się sugerować przy wyborze letnich smakołyków?

Z doświadczenia wiem, że książki nie ocenia się po okładce i nie jest złotem wszystko to, co się świeci. Tak jest z owocami. Nie każde jabłko rumiane z wyglądu jest piękne w środku i nadaje się do spożycia. Natomiast to mające maleńką plamkę na skórce może posiadać więcej witamin i mieć lepsze walory smakowe.


6 lipca 2017 r.

Niebieskie pola parkingowe

W większych miastach zmotoryzowani inwalidzi bardzo często mają spory problem z zaparkowaniem swojego auta. Na miejscach wyznaczonych do tego celu pojawiają się samochody zdrowych osób tzn. nie posiadające wymaganych uprawnień. Mimo nałożonych za to wykroczenie niemałych kar pieniężnych ich właściciele nadal korzystają z miejsc uprzywilejowanych.

Niebieskie strefy w naszym mieście

Spacerując ulicami Świdnika moją uwagę zwróciły niebieskie miejsca wyznaczone przy parkingach. Intuicja podpowiadała mi, że chodzi tu o widoczniejsze miejsca parkingowe dla mobilnych inwalidów. Nie myliłam się. Pod znakiem dla osób uprzywilejowanych oraz posługujących się Kartą Parkingową pojawiły się niebieskie place.

Bardzo często zdarzało się, że parkingowe „koperty” zajęte były przez samochody nie posiadające uprawnień do korzystania z tych miejsc. Niepełnosprawni lub ich opiekunowie zmuszeni byli zgłaszać ten fakt do Straży Miejskiej. Zdrowi właściciele aut tłumaczyli się iż nie zauważyli „koperty” z oznakowaniem. Natomiast inwalidzi przyjeżdżający do naszego miasta również mieli problem z odnalezieniem miejsca wyznaczonego na zaparkowanie samochodu. Po prostu oznaczenia parkingowe były słabo widoczne i z tego powodu wynikał ten galimatias.

Parkingi bardziej widoczne dla wszystkich

Z polecenia Gminy miejscami parkingowymi dla osób niepełnosprawnych zajął się PEGIMEK. Do końca wakacji mają być oznaczone te parkingi, które mają miejsca dla aut uprzywilejowanych. Kolor niebieski jest bardziej widoczny niż mała tabliczka z jeszcze mniejszym znaczkiem czyli graficznym logo osoby niepełnosprawnej. Mam nadzieję, że ta inicjatywa w znacznym stopniu przyczyni się do usprawnienia ruchu drogowego a także zlikwiduje bariery komunikacyjne w naszym mieście, a przepisy z tym związane będą respektowane przez wszystkich kierowców.


30 czerwca 2017 r.

Bilans roku w nowym domu

Powiedzenie, że starych drzew się nie przesadza nie do końca się sprawdza, a może to zależy nie od drzewa lecz od gleby, w którą je posadzono? Mogłam się o tym przekonać rok temu, gdy z przyczyn zdrowotnych musiałam zmienić mieszkanie, gdzie zamieszkiwałam około 40 lat. Przeprowadzki bardzo się obawiałam, adaptacji jeszcze bardziej. Czy słusznie?

Tęsknota za przeszłością

W nowym mieszkaniu wszystko było nowe: zapach farby po remoncie, nowi sąsiedzi, inny widok z okna. Brakowało mi znajomych twarzy, pociągów, do których też się przyzwyczaiłam, dzwonu na kościelnej wieży, który wzywając do modlitwy budził mnie co rano, a wieczorem kołysał do snu. Mój pokój też wydawał się inny, mimo że starałam się aby nowym umeblowaniem wizualnie przypominał mi tamten… stary. Jesień zeszła mi na tzw. obsiedinach, czyli podejmowaniu gości. Były „ochy” i „achy”, które ja nie zawsze podzielałam, bo w głębi duszy tęskniłam za przeszłością.

Nowe środowisko

Pierwsze święta nadeszły bardzo szybko, jak szybko pędzi czas. Nie było problemu z ustawieniem rozłożystej choinki w salonie, ponieważ pokój gościnny jest obszerniejszy niż ten w dawnym bloku.

Z nadejściem wiosny zaczęłam częściej wychodzić na dwór. Mijający mnie sąsiedzi zaczęli z uśmiechem mówić mi „dzień dobry” oraz wymieniać grzecznościowe gesty. Jestem na ludzi otwarta, jednak obawiałam się, że to oni będą na mnie zamknięci. Przenosząc się w inne środowisko obawiałam się, że znów zacznę być postrzegana jako roślinka, która do życia potrzebuje tylko wody i pokarmu. A ja jak każdy normalnie żyjący człowiek tęsknię za obecnością drugiego człowieka z tą różnicą, że trzeba mnie „odkrywać”, bo sama nie mam na to odwagi. Może z upływem lat zacznę sama wychodzić do ludzi z dobrym słowem i przyjaznym gestem? Liczę na to, gdy będę miała podjazd. Nie zmieni on radykalnie mojego życia, ale go usprawni, umożliwi mi częstszy kontakt z drugim człowiekiem, a także uczestnictwo w imprezach kulturalnych.


28 czerwca 2017 r.

Dbajmy o ptaki

Nadeszło długo oczekiwane lato. Częściej będą upalne dni. W tym czasie potrzebujemy więcej nawadniać swój organizm, nawilżać skórę, by promienie słoneczne nie stały się przyczyną chorób. Wśród czynności związanych z pielęgnacją i ochroną swojego ciała nie zapominajmy także o ptakach, którym jest znacznie trudniej w upały zdobyć pokarm i ugasić pragnienie.

Skrzydlaci sąsiedzi

Człowiek od zarania dziejów jest związany z naturą. Nie mam tu na myśli wyłącznie wsi, gdzie łatwiej jest zaobserwować ten związek z ptakami i zwierzętami. To one dają nam pożywienie. Pomagają też w tępieniu owadów szkodliwych dla życia roślin, a także zagrażających zdrowiu człowieka, niekiedy nawet życiu. Ptaki są więc naszymi sąsiadami. Jak na dobrych znajomych przystało powinniśmy im pomagać zwłaszcza kiedy same mogą mieć trudności w radzeniu sobie podczas suszy, upalnych dni lub gwałtownej ulewy. Do pomocy zachęcajmy także dzieci, które bardzo chętnie to uczynią w formie zabawy. Zachęćmy swoje pociechy do obserwacji świata przyrody ciekawymi opowieściami oraz przykładami pomocy ptakom i zwierzętom zamieszkującym nasze osiedla, parki.

Czas na rewanż

W mieście nasi skrzydlaci przyjaciele nie mają łatwego dostępu do zdobywania pożywienia i gaszenia pragnienia. Aby żyć i nam pomagać potrzebują naszej pomocy nie tylko, gdy są siarczyste mrozy, ale także podczas upałów. Woda jest podstawą życia każdej ziemskiej istoty. Ptaki także jej potrzebują, aby nawadniać swój organizm i utrzymać w porządku swoje upierzenie. Dlatego w tym celu podczas upalnych dni powinniśmy stawiać poidełka z czystą zimną wodą. Pojemniki można stawiać wśród krzewów, które stanowią dobrą ochronę przed palącym słońcem oraz podczas burzy. Zacienione miejsca pozwalają dłużej utrzymać chłodniejszą temperaturę wody oraz pokarmu. Nie znaczy to, że nie trzeba tego wymieniać. Woda w poidełkach szybciej się nagrzewa, a więc należy ją regularnie wymieniać. Pokarm także podczas upalnych dni szybciej się psuje i ulega rozkładowi, stanowiąc zagrożenie dla zdrowia i życia ptaków. Aby tego uniknąć resztki pokarmu wyrzucajmy do śmietnika, aby toksyny nie trafiły do spragnionych żołądków naszych skrzydlatych sprzymierzeńców. Nie dopuszczajmy do ich śmierci, której przyczyną może być zatrucie, odwodnienie lub głód.

Właśnie teraz nadeszła pora, abyśmy mogli się zrewanżować ptakom, które przez cały rok nam pomagają, mimo że tak rzadko to dostrzegamy.


22 czerwca 2017 r.

Dzień Ojca

Rodzice są osobami, które dają nam życie, opiekują się, wychowują i nas kochają. Przez szacunek dla nich w kalendarzu polskim ustanowione są piękne daty, przypominające o i ich świętach.

Dni szczególne

Każdy z nas wie, że Dzień Matki obchodzony jest w Polsce 26 maja. Ustanowiony został w 1914 roku. Dzień Ojca przypada 23 czerwca i świętuje się go nieco krócej, bo dopiero od 1964 roku. Mimo, że obojgu rodzicom należy się szacunek w przedszkolach i szkołach łączy się te święta chociaż mają odrębne daty. Bardzo często Dzień Ojca zbiega się z zakończeniem roku szkolnego. Odnosi się wrażenie, że rola taty w życiu dzieci jest umniejszana niż rola mamy. A przecież ich role są równoznaczne w wychowaniu potomstwa – nie licząc oczywiście rodzin o charakterze patologicznym.

Rola ojca w rodzinie

Zdarza się, że współczesny ojciec przejmuje obowiązki mamy, gdy ona w tym czasie poświęca się robieniem kariery zawodowej. Będąc na urlopie tacierzyńskim współcześni ojcowie radzą sobie świetnie z przewijaniem maleństwa, karmieniem i innymi czynnościami związanymi z pielęgnacją niemowląt.

W wielu rodzinach na barkach ojców spoczywa utrzymanie niepełnosprawnego dziecka oraz jego niepracującej matki. Dzieli wraz z żoną trud leczenia chorego malucha lub dorosłego już syna czy córki, którzy nigdy nie będą w stanie żyć samodzielnie. Tacy ojcowie są ogromnym wsparciem dla swojej rodziny. Oczywiście nie każdy tata wytrzymuje psychicznego i fizycznego dźwigania ciężaru związanego z chorobą dziecka, ale jest to już odrębny temat, którego nie chcę poruszać w przeddzień tego pięknego święta.

Dla wielu z nas tata jest uosobieniem miłości i siły (nie mylić z przemocą!), poczucia bezpieczeństwa oraz bezgranicznej odwagi. Należy pamiętać, że w dorosłym życiu dzieci wychowujące się w normalnej rodzinie będą brały przykład z zachowań własnych ojców i tworzyć zdrowo funkcjonujące pokolenia.


19 czerwca 2017 r.

Wakacje tuż…

Miesiąc czerwiec w naszym mieście od kilku lat wpisał się w kalendarz imprez szkolnych i festynów rodzinnych poświęconych bezpiecznym spędzeniu wakacji głównie dzieci i młodzieży. Z pogadanek mogą też skorzystać osoby dorosłe wybierające się na letni wypoczynek

Czerwcowe niedziele

Świdnickie stowarzyszenia przy nieocenionej współpracy Policji, Straży Miejskiej oraz Zespołu Ratownictwa Medycznego organizują niedzielne festyny, podczas których uczestnicy najczęściej w formie zabawy uczą się, w jaki sposób zachować bezpieczeństwo na drogach i w sytuacjach ratujących życie.

Dzięki takiej czynnej edukacji dzieci już od najmłodszych lat uczą się zasad ruchu drogowego oraz bezpiecznego poruszania się po ulicach bez obecności osób starszych. Bardzo ważną rzeczą jest umiejętność radzenia sobie lub pomagania innym w udzielaniu pierwszej pomocy, gdy staniemy się świadkami kolizji bądź wypadku drogowego. W takiej sytuacji liczy się każda nawet najmniejsza podpowiedź lub czynność. Bardzo często uczestnicząc w tych zdarzeniach uruchamia się retrospekcja i w jednej dosłownie chwili wykorzystujemy nabytą kiedyś wiedzę. Każda minuta oraz refleks może uratować życie uczestnikom wypadku. Dlatego nie należy lekceważyć żadnej podpowiedzi nawet jeśli padnie ona z ust dziecka. Obecnie dzieci i młodzież wykazują większe zainteresowanie przepisami ruchu drogowego oraz udzielaniu pierwszej pomocy niż miało to miejsce w latach ubiegłych. Być może ma to związek z masowym rozwojem motoryzacji, popularnością edukacyjnych gier komputerowych, które pozytywnie wpływają na rozwój młodego człowieka. Organizacje czuwające nad bezpieczeństwem naszego miasta wychodząc naprzeciw zainteresowaniom dorastających pokoleń również przyczynia się do bezpiecznego korzystania z dróg i ulic. Dzięki akcjom jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że będzie tyle samo szczęśliwych powrotów, co wyjazdów na zasłużony odpoczynek.

Majowy dzień

Majowe piękne dni co roku przynoszą mi na pamięć pewne przykre zdarzenie z dzieciństwa.

Halinkę pamiętam jako wesołą 9-latkę mającą wiele koleżanek. Wraz z grupą drugoklasistek przygotowywała się do I Komunii Świętej. Z tej okazji miała mówić piękny wiersz…

Tydzień przed uroczystością zdarzył się wypadek. Halinka nawoływana przez koleżankę przebiegała przez ulicę wprost pod koła ciężarówki. Niestety dziewczynki nie udało się uratować. Wiersz, który ona sama miała recytować przeczytano nad jej małym grobem.

W tamtych czasach organizowano akcje jedynie w szkole, raz w roku. Akcje miały na celu zdobycie karty rowerowej. Uczestnikami byli przeważnie chłopcy. Uważam, że ten wypadek nie miałby miejsca, gdyby ówczesna gmina w której wtedy zamieszkiwałam lub szkoła bardziej zadbała o bezpieczeństwo uczniów.


7 czerwca 2017 r.

Ławeczki

Sezon wiosenno – letni w pełni. Pierwsze ciepłe promienie słońca zachęciły do odważniejszego wychodzenia z domu na skwery i place w naszym mieście. jest to jedna z możliwych form wypoczynku np. w weekendy lub święta. W letnie popołudnia i wieczory starsze osoby korzystają z ławek przed klatkami schodowymi. Niestety, nie każdy ma to „dobro” na wyciągnięcie ręki.

Poduszka i jest git!

Już niedługo będzie rok jak zamieszkałam na osiedlu, na którym ławka przy klatce schodowej stanowi ewenement. Podobno w zamierzchłych czasach one tutaj były i pełniły swoją funkcję, jednak nie wszyscy byli z tego zadowoleni. Co rozmowniejsi sąsiedzi zdradzili nam powód zabrania ławeczek sprzed bloków. Podobno w latach pamiętających niechlubny system przed klatkami schodowymi gromadziły się grupy wyrostków czyt. nastolatków z pobliskiej szkoły i rozpoczynały się lekcje palenia papierosów oraz nauka języka tzw. podwórkowej łaciny. Nie pomagały upomnienia zmęczonych sąsiadów, ani interwencje odpowiednich do tego celu organów. Ławeczki dnia pewnego zniknęły po skutecznym skierowaniu pisma do administratora budynków. Nastała cisza! Przy jednej z klatek zostały tylko dwie ławki z tamtej epoki. Obecnie relikty są chyba w modzie bo nadal siedzą na nich starsze panie nie zważając na ubytki w szczebelkach i wystające zardzewiałe gwoździe. A co tam, podłożą sobie poduszkę i jest git!

Jest cool!

Mnie „git” nie było, bo chciałam mieć „cool”. Balkonu nie mam więc pragnęłam mieć chociaż ławkę, na której mogłabym odpocząć od siedzenia na wózku, a przy okazji korzystać ze świeżego powietrza. Wraz z mamą zaczęłyśmy o tym mówić głośno. Oczywiście zaczęto nam odradzać ten pomysł, tłumacząc, że znów zaczną się schadzki pod klatkami i smród petów. Nie wierzyłam w to, że znów powrócą tamci pseudo nauczyciele od palenia papierosów i podwórkowi lingwiści.

– Dobrze, będzie ławka, ale tylko pod pani klatką – usłyszałam od administratora budynku.

– OK. – odpowiedziałam uradowana.

Po paru dniach panowie fachowcy zamontowali mi przed klatką zgrabną ławeczkę pachnącą drewnem. Początkowo odradzający mi to przedsięwzięcie sąsiedzi ukradkiem i nieufnie spoglądali na upragniony obiekt moich starań, a nocami być może nasłuchiwali, kiedy odezwą się pod oknami krzyki przeszłości. Gdy nic takiego nie nastąpiło sami zaczęli na niej przysiadać. No cóż, ludzie się zmieniają, gdy nabiorą ufności. Sąsiedzi z następnych klatek również zaczęli pisać wnioski o nowe ławki, bo raptem te stare stały się niewygodne, a wystające na nich ostre gwoździe podarły poduszki. Starsi też chcą mieć ławeczki cool! Właśnie im je montują 🙂


30 maja 2017 r.

Godność człowieka chorego

Od wielu już lat obchodzi się uroczyście dni, które przypominają o godności osób chorych fizycznie, intelektualnie, ludzi starszych i innych grup społecznych. W tym tekście skupię się bardziej na osobach niepełnosprawnych i ich godności.

Godność dana czy nadana?

„Godność osoby ludzkiej ma podstawę w stworzeniu jej na obraz i podobieństwo Boże” – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Dla wierzącej części naszego społeczeństwa jest sprawą oczywistą, że z chwilą poczęcia dostajemy tę godność i nie ma znaczenia, w jakiej fazie rozwoju jest człowiek, który jest odbiciem tego, Który go stworzył. A więc nikt nikomu nie nadaje godności, ponieważ jest ona wrodzona. Drugi człowiek powinien szanować ten skarb, jako swój własny.

Niestety, nie zawsze ten szacunek jest okazywany nawet w kręgach ludzi, którzy sami uważają się za osoby głęboko wierzące. Aby nie być gołosłowną w tym temacie przytoczę wypowiedź mamy niepełnosprawnego chłopca:

„Filip miał dziś rocznicę I Komunii Świętej. Zaczęło się od samego początku…. żadne dziecko nie usiadło obok młodego w ławce, a siedzieliśmy w pierwszej, jak przyszło do przekazania znaku pokoju wszystkie dzieci odwróciły głowy, nikt nawet nie skiną głową w naszą stronę i Pani mama z bardzo obfitym dekoltem i otwarta buzią podziwiająca młodego jak radzi sobie z opłatkiem, czy mu wypadnie? Czy może się zakrztusi. Nie mam pretensji do dzieci… bo to rodzice ich wychowują. To dorosły powinien wziąć za rękę i pokazać drogę. Podobno wykształceni prawi ludzie… W tamtym roku dzieci brały razem komunie, znają Filipa nie spotkali go pierwszy raz. Gdzie jest problem? Bo nie chodzi z nimi do klasy czy szkoły, bo nie mówi, bo nie chodzi???”

Dzień Godności czy zwykły festyn?

Wiele razy w roku słyszy się o wspomnianych dniach godności osób niepełnosprawnych fizycznie lub intelektualnie. Miasta lub gminy organizują je z czynnym udziałem dzieci z dysfunkcjami po to, aby pokazać szerszemu gronu społeczeństwa, że wszyscy jesteśmy jednakowi mimo różnicy w postawie fizycznej czy intelektualnej. Te braki w zachowaniu chorych dzieci nie dają przyzwolenia, aby z nich się naśmiewać lub stosować przemoc fizyczną. Takie Dni powinny o tym przypominać.

Bardzo często jest tak, że rodzice przychodzą ze swoimi zdrowymi dziećmi niczego im nie tłumacząc: jaki jest cel tej „Imprezy”, dlaczego w programie artystycznym tańczą lub śpiewają dzieci na wózkach inwalidzkich? Jedni przychodzą, bo mają wolne popołudnie, spędzą czas z rodziną, zjedzą smaczny deser, a potem wracają do domu niczego z tej imprezy nie wynosząc poza smakiem zjedzonych lodów lub cukrowej waty. Inni natomiast są pod ogromnym wrażeniem występów artystycznych dzieci, z którymi terapeuci spędzają wiele godzin, aby nauczyć je prostego układu choreograficznego. Do niektórych osób cel ten dociera i starają się zrozumieć zachowania chorych dzieci nie zawsze odpowiednie z ogólnie przyjętą normą.

Jeśli jednak nadal sytuacje jak ta, o której opowiada mama niepełnosprawnego Filipa będą się powtarzały… w kościele, w szkole, na ulicy. Marzeniem moim jest, aby takie Dni Godności przestały istnieć, aby każdy dostrzegał w każdym tę godność, którą zostaliśmy bez wyjątku obdarowani (niezależnie od wyznania), aby dzieci niepełnosprawne przestały udowadniać zdrowemu społeczeństwu, że też są wartościowi. Choroba nie pozbawia nikogo szacunku, o którym często zdrowi ludzie zapominają, rozmawiając w obecności chorego dziecka tak, jak miało to miejsce w obecności Filipa.


26 maja 2017 r.

Nasze Mamy

Polski kalendarz oprócz zaznaczonych kolorem czerwonym świąt wolnych od pracy ma jeszcze jedną szczególną datę – 26 maja, czyli Dzień Matki. Chociaż jest to zwyczajny roboczy dzień prawie każdy z nas odwiedza wtedy swoją mamę, by podziękować jej za trud urodzenia i wychowania.

Mama niejedno ma imię

Jakie są mamy? To pytanie jest bardzo trudne, aby udzielić natychmiastowej odpowiedzi, zwłaszcza żyjąc w tak trudnych czasach, jak obecne. Zbyt często słyszymy w mediach o porzuconych noworodkach, skrzywdzonych niemowlętach, które dopominały się od swoich matek minimum uwagi, troski i podstawowych czynności aby ich dzieci mogły wzrastać w pełnej rodzinie. Nie wiem, co myśli matka wyrzucając swoje dziecko z okna, bo domagało się pokarmu lub chciało poczuć dotyk jej rąk.

Dane mi było poznać porzucone dzieci. Dorosłe już, ale bardzo tęskniące do matczynych ramion, mimo że te ramiona się przed nimi zamknęły… żyją obok, ale tak jakby były obcymi dla siebie ludźmi. Ich dzieci wychowywane przez dziadków musiały same – metodą prób i błędów – nabywać doświadczenia bez możliwości porady czy zwyczajnych zwierzeń. Czy powinny pójść do nich z kwiatami i poprosić o podanie przyczyny takiego zachowania?

Znam mamy adopcyjne, które wybrały niemowlę z widoczną, wrodzoną lub nabytą niepełnosprawnością, pokochały je, leczyły, rehabilitowały, siedziały przy nim całe noce na szpitalnej Sali, podając do ust zwilżoną szpatułkę, ponieważ tylko w ten sposób mogły ulżyć cierpieniu dziecka w pierwszych dobach po operacji. Uśmiech zdrowiejącego dziecka jest dla nich największym prezentem.

Są też matki chore na oddziałach szpitalnych, miesiącami tęskniące do swoich dzieci. Wiele by dały, aby chociaż przez moment ujrzeć twarzyczkę swojego dziecka, przytulić je, pogłaskać po włosach. To właśnie te dzieci są dla nich motywacją do dalszego leczenia oraz walki o życie i często ją wygrywają

W wielu domach mieszkają matki zapomniane… wykształciły swoje „pociechy”, a teraz własna rodzina lub kariera zawodowa przysłania im oczy i nie mają czasu bądź pamięci, aby odwiedzić matkę, która tęskni. W przeszłości być może to właśnie ona odmawiała sobie wielu przyjemności po to, by jej dziecku żyło się dostatniej. Teraz została pustka i niema, ale jakże wymowna kartka z kalendarza z datą 26 maja.


19 maja 2017 r.

Wiosenny spacer po Świdniku

Przez wiele lat marzyłam, by nasze miasto było przyjazne dla wszystkich, którzy tu mieszkają, a także dla tych, co je odwiedzają. Nie myślałam wyłącznie w tej kwestii tylko o ludziach, ale także o architekturze Świdnika. Od tych marzeń upłynęło wiele czasu i dużo się zmieniło w mentalności mieszkańców oraz dostosowaniu publicznych miejsc, które dawniej nie były dostępne dla osób niepełnosprawnych i matek z dziecięcymi wózkami.

Spełnione marzenie

Chodząc (w moim przypadku jeżdżąc) po mieście można być pewnym, że większe sklepy dostosowane są do możliwości i potrzeb osób poruszających się przy pomocy lasek oraz wózków inwalidzkich. Galerie handlowe, przychodnie i inne budynki stanowiące użytek publiczny wyposażone są w windy, ruchome schody. Miła obsługa personelu to dodatkowy atut w załatwianiu niezbędnych spraw. Przyjemnie jest zwłaszcza wiosną i latem korzystać z promieni słońca siedząc przy kojącej stresy fontannie, która szumem wody uspokaja szarą codzienność.

Osiedlowe dróżki

Zanim dotrzemy do tych idyllicznych miejsc musimy pokonać osiedlowe uliczki, które dla nas niepełnosprawnych stanowią niemałą barierę. Obniżone w wielu miejscach krawężniki wcale nie zapewniają komfortu podczas spaceru. Bardzo często zjazdy dla wózków i niskie krawężniki są zablokowane przez nieuważnych kierowców, którzy właśnie w takich miejscach parkują swoje auta. Pół biedy jeśli jego właściciel jest w środku i na naszą prośbę zareaguje. Trudniej jest, gdy auto czeka na swojego pana, który nie wiadomo kiedy wróci. Co wtedy robić? Nikt nie wie,, jak ciężko jest podnieść wózek inwalidzki wraz z siedzącą na nim często bezwładną osobą i wjechać na wysoki krawężnik. Nikt o tym nie wie, kto nie ma z tym do czynienia na co dzień. Przypuszczam, że ci bezmyślni kierowcy nie zwracają uwagi na te udogodnienia przeznaczone dla inwalidów lub matek z dziecięcymi wózeczkami. Proszę, nie utrudniajmy sobie życia, które dla jednych są drobiazgami, a dla innych stanowią przeszkodę nie do pokonania.


4 maja 2017 r.

Miłośnicy kwiatów

Nareszcie nadeszła długo oczekiwana wiosna. Na targu zaroiło się od sprzedających sadzonki różnego rodzaju drzewek, krzewów i kwiatów. Kupują je działkowcy, ale także ci, którzy mają kawałek ziemi np. pod swoim oknem.

Przyblokowe ogródki

Przechodząc osiedlowymi uliczkami można spotkać panie, tworzące oryginalne ogródki kopiąc najpierw trawę na trawnikach przynależących do ich mieszkań. Głównie są to mieszkanki parterów. Praca ciężka, ale wdzięczna i przyjemna zwłaszcza dla estetów. Zakwitają już pierwiosnki, zawilce, niezapominajki i kolorowe tulipany. Spacerując alejkami większość mieszczuchów ma namiastkę ogrodu botanicznego lub powrotu w czasy dzieciństwa, gdy cieszyły oczy rozkwitające magnolie czy zwykłe lazurowe fiołki w babcinym ogródku. Posiadacze mini działki podczas pracy fizycznej odstresowują się, zostawiając chociaż na chwilę swoje zmartwienia. Nie myślą o tym co boli, zapominają o zmartwieniach dnia codziennego, mając wizję zaplanowanego ogródka. Czasami jest to jedyna forma zagospodarowania wolnego czasu, ale jakże przyjemna!

Zrozpaczona ogrodniczka

Podczas spacerów na moim osiedlu zaznajomiłam się z pewną panią, która codziennie dopieszczała swój przyokienny ogródek. Sadziła cebulki tulipanów, mieczyków, siała kwiaty rabatowe, sadziła kolorowe bratki, które zdawały się swoimi buźkami uśmiechać do każdego przechodnia. Odwiedzałam właścicielkę ogródka prawie codziennie. Widziałam jak rozmawia z pączkami rozchylających się kwiatów. Nie szczędziła siły, aby jej ulubieńcy nie zarosły chwastami, dbała by promienie słońca miały dostęp do każdego kwiatka.

Pewnego dnia zastałam ją bardzo smutną, była zrozpaczona. Siedziała na ławce i ocierała łzy. Zaczęłam dociekać, co się stało? Okazało się, że w nocy ktoś zerwał kwiaty z jej ogródka, a ona nawet nie zdążyła się nimi nacieszyć. Razem z nią nie mogłam pojąć, jak można wyciągnąć rękę po cudzą własność. Ten, kto tego niechlubnego czynu dokonał nie zdawał sobie sprawy, że odebrał ochotę do robienia rzeczy pożytecznych, a przede wszystkim sprawił ogromną przykrość właścicielce ogródka. Przysłuchujący się naszej rozmowie mały chłopiec doradził, aby okradziona pani zamiast estetycznym płotkiem obsadziła swój ogródek pokrzywami i ostami. Takie naturalne ogrodzenie zabezpieczy kwiaty przed ich zachłannymi „miłośnikami”. Trudno nie przyznać chłopcu racji.


2 maja 2017 r.

Mój „bieg” dla Jasia

Pasję „biegania” odkryłam w sobie dzięki moim koleżankom, które parę lat temu namówiły mnie do uczestnictwa w sponsorowanym Biegu Caritas w Lublinie. Cel był szczytny – pomoc dzieciom z ubogich rodzin. Kocham dzieci więc długo nie zastanawiałam się nad podjęciem decyzji. I tak już „biegam” prawie co roku wspierając potrzebujących. Zmieniają się tylko moi pomocnicy.

Bieg dla Jasia

O naszym małym Świdniczaninie zrobiło się głośno dwa lata temu. Jaś Karwowski po raz pierwszy wówczas rozpoczął walkę z siatkówczakiem oka. Leczenie było bardzo kosztowne. Nasz Narodowy Fundusz Zdrowia nie refunduje kosztów zagranicznego leczenia. Środki na ten cel musieli zebrać rodzice chłopca, a kwota była bardzo wysoka, jak na możliwości rodziny. Pomogła im w tym świdnicka społeczność organizując różnego rodzaju zbiórki i kwesty uliczne. Wtedy też odbył się I Bieg dla Jasia oraz licytacja cennych przedmiotów podarowanych przez hojnych mieszkańców naszego miasta.

W tym roku sytuacja się powtórzyła. Chłopiec po raz drugi podjął walkę o uratowanie oczka. Instytucje w naszym mieście w tym m.in. Miejski Ośrodek Kultury, Fundacja Rycerze i Księżniczki, Świdnicki Klub Motocyklowy “Usarz” oraz Stowarzyszenie „Biegający Świdnik” zorganizowały II Bieg dla Jasia.

Spełnić moralny obowiązek

Po przeczytaniu ogłoszenia bardzo chciałam w tym Biegu uczestniczyć. Chciałam dołożyć coś od siebie, coś co mogło by przyczynić się do ratowania wzroku Jasia. Aby moje marzenie stało się realne musiałam znaleźć chętnego człowieka, który przebiegnie ze mną i moim wózkiem od linii Startu, aż do Mety. Jakaż była moja radość, gdy taką chęć wyraził wielokrotny biegacz ze Stowarzyszenia „Biegający Świdnik” – Piotr Białoszewski. Problemem już została tylko deszczowa pogoda. Jako osoba wierząca miałam nadzieję, że 29 kwietnia 2017 roku Opatrzność przetrze chmury nad Świdnikiem i zaświeci słońce chociaż na czas trwania Biegu. Kolejny raz moja nadzieja i Pan z nieba rozgonili szare chmury. W czasie Startu wyjrzało słońce – deszczu nie było! Wybraliśmy krótszą trasę, ponieważ wraz z nami hulał na swej hulajnodze Szymon, kilkuletni synek mojego biegacza. Tą trasą biegły też inne dzieci np. na rowerkach, hulajnogach, rolkach i innych kółkach… to było bardzo budujące. Cieszyła mnie postawa rodziców, że uwrażliwiają swoje pociechy na potrzeby innych.

W moim sercu rosła radość z każdym przebytym odcinkiem drogi. Chciałam dać coś z siebie i dawałam dzięki sprawnym nogom Piotra. Do Mety dobiegliśmy zmęczeni lecz szczęśliwi, ponieważ spełniliśmy swój moralny obowiązek względem małego Jasia! Oby ten Bieg był ostatnim biegiem organizowanym dla tego chłopca, oby już raz na zawsze przegonił chorobę, która wymaga tyle wysiłku ze strony najbliższych.


21 kwietnia 2017 r.

Fundament

Często zadajemy pytanie parom z wieloletnim stażem, jaka jest recepta na trwały związek małżeński? Padają różne odpowiedzi: zaufanie, wzajemne uzupełnianie się w czynnościach domowych etc. etc. Każda z par ma swoje zdanie na ten temat.

Ona i On

Najpierw po obu stronach monitora była samotność. On odczuwał ją z powodu ograniczeń fizycznych i braku kontaktu z ludźmi na tyle, na ile tego pragnął. Ograniczał go wózek inwalidzki. Zawsze odczuwał pragnienie poznania drugiej osoby, która zaakceptuje go takim, jakim go stworzyła natura.

Ona – studentka, odczuwała podobnie mimo że była sprawna, niezależna. „Spotkali się” na portalu randkowym. Pisali ze sobą o życiu, o jego prozie i o marzeniach. Oboje otworzyli się przed sobą, stali się bratnimi duszami. Odległość, jaka ich dzieliła na razie nie była barierą. Umawiali się na rozmowy wieczorami, które trwały do północy, a Oni nie odczuwali nasycenia. Nic przed sobą nie ukrywali: stanu zdrowia i marzeń, które pragnęli realizować. Taki „związek” trwał około roku zanim odważyli spotkać się w realnym świecie.

Czekał na Nią na peronie z bukietem kwiatów w drżących dłoniach. Od razu przypadli sobie do gustu. Parę dni bycia razem pozwoliło Mu stwierdzić, że jest trochę szalona, wręcz zwariowana, ale w pozytywnym znaczeniu…

Ona zobaczyła w nim faceta, a nie tylko wózek. Zobaczyła Jego inteligencję a przede wszystkim dobre serce. Potem znów „spotykali się” wirtualnie, ale te spotkania były już inne niż dawniej, bo bardziej emocjonujące. Tęsknili. Byli pełni obaw zanim powiedzieli, że jednak chcą być razem na dobre i na złe.

Fundament

Dzień ślubu był Ich wymarzonym dniem. Ona w wianku z żywych kwiatów na głowie wyglądała bardzo dziewczęco niczym bajkowa rusałka. On w garniturze prezentował się bardzo dostojnie, jak na pana młodego przystało. Do ołtarza to Ona go prowadziła…

Prowadzi go do dziś. Przez ulice zatłoczonego miasta. Wracając ze spaceru do wynajętej kawalerki siada na Jego szczupłych kolanach i razem mkną na wózku wzbudzając w ludziach podziw, sensację czasami współczucie – dla Niej oczywiście!

Czy są ekscentryczni? Nie! Bo czy miłość jest ekscentryczna? Sami twierdzą, że to właśnie uczucie jest fundamentem Ich związku. Nie wypada się z tymi słowami nie zgodzić.


13 kwietnia 2017 r.

Nie dajmy się pochłonąć…

Zbliża się okres Świąt Wielkanocnych. Z przykrością obserwuję zanik obyczajów i tradycji związanych z tymi radosnymi Świętami. Od paru lat w nasze życie wchodzą nowe zwyczaje niekoniecznie lepsze, a wręcz uboższe duchowo.

Ile stół utrzyma…

Na tydzień przed Wielkanocą (a nawet wcześniej) rozpoczyna się gonitwa po sklepach. Zapobiegliwe panie domu „polują” na chudziutkie kiełbaski, szyneczki oraz boczki. Biedne kury nie nadążają znosić jaj tak bardzo mających związek z wielkanocną tradycją, bo są potrzebne nie tylko do „święconki”, ale także jako jedne ze składników do ciast i innych potraw przygotowywanych na tę okoliczność. Gdy już wszystkie produkty zalegają w domowych szafkach następuje ogólne sprzątanie mieszkania. Dzieje się to tak, jakby zapanowała choroba zakaźna w całym domu lub społeczne odrobaczanie. A przecież to tylko i aż Święta, które mają też wymiar duchowy, o którym często się zapomina albo zmęczeniem tłumaczy rezygnację z udziału w nabożeństwach Triduum Paschalnego, malowania pisanek, zajęcia tak bardzo lubianego kiedyś przez dzieci, integrującego kilka pokoleń przy jednym stole. Padanie na twarz z powodu szaleńczych przygotowań zubaża obecną generację w to, co przekazywali nam nasi przodkowie – w naszą polską tradycję. Zamiast tego uczymy młodzież pogoni za komercją, bez zatrzymania się, aby zrozumieć sens nadchodzących Świąt Wielkanocnych.

Nowa „tradycja?”

Dzisiaj powstaje nowa tradycja świąteczna zwana konsumpcją. Pisanki z czekolady można kupić w sklepie. Wolimy je podarować dzieciom w ramach prezentu zwanego „wielkanocnym zajączkiem”. Jest to niemiecki zwyczaj dawania wiosennych prezentów, który „biega” sobie po świecie od XIX wieku. W Polsce „zajączek” najbardziej rozpowszechniony jest w Wielkopolsce, na Śląsku i częściowo w województwie łódzkim i lubelskim. Nie dajmy się pochłonąć sprzątaniu i bieganiu po sklepach. Bardziej niż wymierny prezent potrzebny jest czas poświęcony bliskim, wspólny spacer czy nawet obejrzenie familijnego filmu, jeśli pogoda nie sprzyja wypadom na łono natury. Może takie spędzanie wolnych dni nabierze charakteru tradycji?


6 kwietnia 2017 r.

„Łańcuszki szczęścia” na komunikatorach internetowych

W ciągu ostatnich lat wzrosła popularność i dostępność do Internetu w naszych domach. Internet już nie tylko spełnia rolę źródła informacji naukowych lub informacyjnych, ale także jedną z form rozrywki. Mamy do dyspozycji wiele komunikatorów, które służą do porozumiewania się ze znajomymi (i nie tylko) na całym świecie. Czy to dobrodziejstwo techniki jest jednak dobrze wykorzystywane?

Papierowe „szczęście”

Dzisiaj chcę skupić się na tzw. „łańcuszkach szczęścia”, które przesyłane do kilkunastu osób obiecują szczęście lub nieszczęście w zależności od tego, czy ulegniemy ich wpływowi na naszą psychikę.

Dawniej również istniały takie „łańcuszki szczęścia”. Otrzymywali je adresaci w formie listów. Oczywiście zarabiała na tym poczta, jeśli ktoś zdecydował się przepisać ręcznie treść w kilkunastu egzemplarzach i rozesłać je do swoich znajomych. Niektórzy ułatwiali sobie tę czynność używając kalki. Niestety, nikomu to jednak obiecywanego szczęścia nie przyniosło, a ci którzy tego nie zrobili również mieli się dobrze mimo zapowiadanych nieszczęść, jeśli ktoś odważy się przerwać to listowne koło fortuny lub całkowitego bankructwa.

Wirtualna zapowiedź Idylli

W dzisiejszych czasach również istnieją „łańcuszki szczęścia”, jednak w formie o wiele wygodniejszej. Treść cudownego tekstu przesyłana jest przez komunikatory internetowe na zasadzie kopiuj – wklej, co odbiorcom bardzo ułatwia drogę do potencjalnego szczęścia bądź nieszczęścia, jeśli internauta przerwie tą wątpliwą zabawę bądź co bądź dorosłych ludzi. Zmieniła się jedynie forma przekazu. W ich treści nadal są obietnice sprzyjającej fortuny lub nieustannej opieki dobrych Aniołów, jeśli prześlemy tę wiadomość do wszystkich znajomych, znajomych znajdujących się na liście naszego komunikatora.

Jest też próba zastraszenia wypadkiem bliskich nam osób lub to, że jesteśmy bez serca, wyzbyci człowieczych cech, jeśli nie spełnimy zaleceń zawartych w tekście. Co wrażliwsi ulegną tym bzdurom. zastanawiam się jednak, kto na tym zyska, a kto straci? Uważam, że na pewno stracimy cenny czas, który moglibyśmy wykorzystać robiąc coś naprawdę pożytecznego zamiast skupiać się na wysyłaniu takich wiadomości, a potem oczekiwaniu wątpliwego szczęścia. Dajmy innym radość, angażując się w różnego rodzaju dobre wydarzenia. Będzie to na pewno czas należycie spożytkowany dający szczęście innym i sobie. To my bądźmy aniołami dla tych, którzy potrzebują naszych skrzydeł.


22 marca 2017 r.

Międzynarodowy Dzień Poezji

21 marca jest nie tylko pierwszym dniem wiosny, ale także Międzynarodowym Dniem Poezji. Z tej okazji w wielu placówkach o profilu kulturalnym organizuje się wieczory poezji i spotkania literackie, których celem jest prezentacja wierszy oraz przybliżenie sylwetki ich autora.

„Wszystko jest poezją”

Wieczór poezji pod takim tytułem zorganizowała Miejsko – Powiatowa Biblioteka Publiczna im. Anny Kamieńskiej w Świdniku przy czynnej współpracy Zespołu Literackiego działającego w świdnickim Uniwersytecie Trzeciego Wieku.

Galeria Biblioteki zgromadziła wielu miłośników Erato i dobrej literatury. Panie z Zespołu Literackiego pod czujnym okiem i słuchem Haliny Ciechomskiej prezentowały wiersze, które wyszły spod piór: Agnieszki Osieckiej, Haliny Poświatowskiej, Ildefonsa Gałczyńskiego oraz Edwarda Stachury. Wszyscy wymienieni tu autorzy w swoich utworach zastanawiali się nad sensem miłości, życia i śmierci… Czy im się to udało? Być może właśnie w swoich utworach przekazują nam odpowiedź.

Dzięki pięknej interpretacji my odbiorcy mogliśmy oddać się zadumie, uniesieniu i zastanowić się nad własną egzystencją, pięknem otaczającego świata oraz nad wrażliwością drugiego człowieka.

Klimat, jaki wytworzył się podczas spotkania trwał nieprzerwanie nawet wtedy, gdy z oddali słychać było warkot helikoptera, czy dzwoniące na widowni telefony. Jak widać z tego doświadczenia nic nie jest w stanie zagłuszyć prawdziwego piękna słowa wolno spadającego na dno serca człowieka spragnionego wyciszenia i oderwania się od zwykłej, szarej codzienności. I chociaż ta codzienność wkradała się poprzez dźwięki nie była w stanie przyćmić mocy słowa.

Zakończenie spotkania nastąpiło niespodziewanie, wyrywając nas z zamyśleń, wyobraźni, która w czasie takich spotkań bardzo mocno działa w umysłach odbiorców. Czuliśmy niedosyt. Poezja jest sztuką, a więc trwa dopóty, dopóki będzie odkrywana i czytana przez następne pokolenia… oby trwała wiecznie.


20 marca 2017 r.

Kostek

Ile trzeba mieć nienawiści, aby skrzywdzić małe, bezbronne zwierzę? Człowiek, który powinien dbać o swój żywy dobytek niekiedy staje się potencjalnym mordercą, tak jak w przypadku poniżej opisanej historii kota, który z tego powodu wabi się Kostek.

Plastikowa torba zamiast serca

Z pozoru zwyczajny kot. Dachowiec, jak wiele kotów. Łaciaty: czarno – biały. Psotny nieświadomie, bo jeszcze młody, ale z brzemieniem przykrych przeżyć. Parę tygodni po narodzinach czyjaś bestialska ręka zamiast go przytulać zamknęła w plastikową torbę i wyniosła daleko poza obręb domostw. Nie wiadomo, jak długo tam leżał. Wychudł, bez jedzenia i powietrza – to cud, że przeżył. Gdy go znaleziono futerko wisiało na jego drobnych kostkach. Aby upamiętnić ten przykry fakt nazwano go Kostek.

Nowy dom

Tym razem trafił na dobrą rękę, która zaniosła go do przychodni weterynaryjnej w Świdniku. Po zbadaniu i popatrzeniu ran, Kostek trafił do adopcji. Nie wiem, jak długo czekał na spokojny dom.

Pan Karol, człowiek pracowity mimo że jest na zasłużonej emeryturce zawsze lubi coś komuś pomóc, zrealizować otrzymane zlecenie. Tak było i tamtego dnia. Nic nie zapowiadało rewolucji w jego życiu, a tym bardziej domu. Ot zwyczajne zlikwidowanie usterki, jaka przydarzyła się tego dnia w przychodni dla czworonogów. Gdy już uporał się z usunięciem awarii poczuł, że coś usiadło mu na głowie. W odbiciu lustra zobaczył na swej czuprynie małego kotka otulającego włosy niczym futrzana czapka. To był właśnie Kostek. Sam wybrał właściciela i dom, w którym odnalazł ciepły kąt, pełną miskę, a nade wszystko serce człowieka, którego tak bardzo mu brakowało.

Od tamtej pory Kostek jest w centrum zainteresowania najbliższej rodziny jego nowego właściciela. To nic, że czasami jego figle urastają do rangi psot. Jest mu to szybko wybaczane, ponieważ wszyscy są świadomi, że młody kot musi gdzieś wyładować swoją energię np. na wiszących w oknie firankach lub na półkach kuchennych mebli.

Figle Kostka wybacza miłość, której kiedyś tak bardzo mu brakowało.


8 marca 2017 r.

Wsłuchani w poezję

W naszym kalendarzu 3 marca został ustanowiony jako Międzynarodowy Dzień Pisarzy. Z tej racji trzy dni później, zostałam zaszczycona zaproszeniem na lekcję języka polskiego do Gimnazjum Nr 1 im. Jana Pawła II w Świdniku. Każdy pisarz wie, że najtrudniej jest opisać własne przeżycia z czytelnikami. Jednak podjęłam się tego wyzwania ze względu na wrażliwość oraz liczne talenty moich młodych odbiorców.

„Musicie od siebie wymagać…”

Znajoma z wyglądu szkoła od zawsze była mi przyjazna. Jako uczennica przychodziłam tu na akademie, teatrzyki, rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego. Moja edukacja odbywała się trybem indywidualnym, czyli w domowym zaciszu.

6 marca 2017 roku byłam tam w charakterze pisarki, która ma dać swoją twórczością lekcję życia zgromadzonej w bibliotece młodzieży. Już u stóp wysokich schodów przywitała mnie głęboka myśl Patrona szkoły: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od Was nie wymagali”. Każdy z nas odbiera to przesłanie osobiście. Ja też tak uczyniłam. Schody! Zebrałam siły i z pomocą Mamy oraz moich przyjaciół ruszyłam pewnym krokiem pod górę ku otwartym drzwiom biblioteki. Pokonałam schody, bo wymogłam to na sobie i postawiłam za cel.

Kuźnia talentów

Pani Agnieszka Piwnicka – Jagielska wraz ze swoimi wychowankami powitała nas bardzo serdecznie. Moi przyjaciele: Małgorzata Kołodyńska i Bogdan Kędziora z wielkim wzruszeniem czytali wiersze, które z upływem twórczego czasu zebrały się w pokaźne tomiki. Młodzież zasłuchana w szept poezji chłonęła słowa, będące moim krzykiem do całego świata, który najpierw mnie odrzucał, a potem zaakceptował. Zakończenie spotkania trwało dłużej niż przewidziano. Dyskusje, ujawnianie własnych talentów to jest coś, co najbardziej lubię, gdy kończy się mój poetycki program. Jestem bardzo poruszona wdzięcznością młodzieży za piękny koncert wokalno – muzyczny, kwiaty, wspólne zdjęcie, które teraz stoi na mojej półce z ukochanymi książkami. Dziękuję wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do organizacji tego spotkania: Dyrekcji Gimnazjum Nr 1 w Świdniku, Pani Agnieszce Piwnickiej – Jagielskiej i jej utalentowanym sportowo, muzycznie i wokalnie uczniom, moim recytatorom oraz Mamie i wieloletniej przyjaciółce Halinie Fijałkowskiej.

Zawsze podkreślam, że dzięki poezji od wielu lat jestem postrzegana już nie jako biedna, pełna bólu niepełnosprawna lecz jako normalnie zauważająca rzeczywistość kobieta. Czując wdzięczność za ten dar postanowiłam go ujawniać, prezentując swoje wiersze wśród dzieci, młodzieży i dorosłych. Przy okazji staram się pokazywać, że każdy człowiek nawet ten niepełnosprawny może dać innym coś pięknego – nawet uśmiech!


3 marca 2017 r.

Uwięzieni we własnych mieszkaniach

W latach 60-70 minionego stulecia mieszkanie w 4 piętrowym bloku było szczytem marzeń dla wielu polskich rodzin. Wyższe kondygnacje cieszyły się większym popytem niż partery, którym przypisywano wiele minusów. Jak jest obecnie, gdy nasze społeczeństwo się powoli starzeje, a na windy w blokach nie ma co liczyć?

Nieubłagany czas

O tej prawdzie wie każdy, kto próbował się z nim zmierzyć. Czas przeważnie nas zaskakuje. Często się zda budzimy się zdarza, że ulegamy nagłemu wypadkowi lub budzimy się z potwornym bólem. W tym momencie zaczynają się schody dosłowne i te metaforyczne. Organizm człowieka jest tak zbudowany, że nawet przy drobnej dysfunkcji kończyn lub narządu wewnętrznego nie jest w stanie poprawnie funkcjonować. Zejście ze schodów na umówioną wizytę lekarską bez pomocy osoby drugiej jest bardzo ryzykowne, mimo jednostronnych poręczy przy stopniach. Z takimi sytuacjami bardzo często spotykają się staruszkowie, gdy ich dzieci wyfrunęły z rodzinnego gniazda, a teraz zajęte są budowaniem własnych gniazd z daleka od rodziców.

Inną sprawą lecz też bardzo niepokojącą jest niepełnosprawność wynikła podczas nagłego wypadku lub choroby, która również przychodzi niespodziewanie. Myślę tu także o osobach młodych wiekiem, mających rodziny na utrzymaniu. Niekiedy te najbliższe osoby również nie są w stanie zapewnić odpowiedniego bezpieczeństwa podczas przemieszczania się schodami. Transport medyczny też nie zawsze pacjentowi przysługuje. Na wizytę domową często jest się za „zdrowym”, aby uniknąć ryzyka potknięcia się na wypastowanych schodach i narażenia siebie na jeszcze groźniejsze skutki choroby lub niepełnosprawności. Na marginesie dodam, że w naszym mieście zdarzyło się parę wypadków śmiertelnych właśnie mających miejsce na klatkach schodowych.

„Więźniowie”

Strach przed zmierzeniem się ze schodami uwięził ludzi zwłaszcza tych mieszkających na wyższych kondygnacjach bloków. Z tego powodu m.in. partery odzyskały swoją rynkową wartość. Nikomu już nie przeszkadzają ich rzekome mankamenty. Coraz mniej osób chce się ich pozbyć. Łatwiej jest się z nich wydostać do lekarza, po zakupy, a nawet na zwykły spacer. Człowiek nie może żyć wyłącznie w czterech ścianach w odosobnieniu od społeczeństwa, bez możliwości wyjścia na świeże powietrze. Niestety ludzie tak egzystują latami zdani wyłącznie na pomoc sąsiadów lub opiekę społeczną. Są oni „więźniami” we własnych domach, którymi nikt się nie przejmuje, ponieważ decydenci od ustalania norm i zakazów ich zwyczajnie nie widzą. Klatki schodowe nie spełniają norm unijnych, aby mogły być zamontowane krzesełka lub platformy przychodowe. A przecież prawa uchwalają ludzie dla ludzi. Czemu więc sami dla siebie „uchwalamy” bariery, o które wcześniej czy później się potkniemy? Trochę empatii i wyobraźni nikomu by nie zaszkodziło!


23 lutego 2017 r.

Mój czas

Dzisiaj pozwolę sobie na odrobinę prywatności. Ostatnie życiowe zawirowania oprócz wzbudzonego we mnie niepokoju pozwoliły mi na zastanowienie się nad swoim istnieniem.

Przewartościowanie życia

Tak jak wcześniej napisałam wszystko zaczęło się dziać może nie nagle, ale bardzo intensywnie. Z dnia na dzień wykryte choroby wśród najbliższych, cierpienie, odejścia… stały się przyczyną do zastanowienia się nad życiem i jego sensem.

Słyszałam o planach, które już nigdy nie zostały zrealizowane, ponieważ zabrakło sił, a potem zabrakło osób snujących swoje zamysły. Życie rządzi się własnymi prawami i wszelkie nasze zamierzenia weryfikuje. Zostaje potem niesmak niespełnionych dążeń, celów. Zostajemy bezradni wobec tego, co i tak musi nastąpić. Wypada się tylko z tym pogodzić, bo rwanie włosów z głowy nic nie pomoże. Wypada tylko wierzyć, że nic nie dzieje się bez przyczyny, bez odpowiedzi, która wcześniej czy później musi się pojawić. Wiara w istnienie Kogoś, kto kieruje naszym życiem pomaga wielu osobom. Bez tego przeświadczenia jest bardzo trudno przyjmować przeciwności losu, bo jak uwierzyć w bezsens choroby i śmierci?

Jest tylko „dziś” – mój czas

Patrząc na tragedie dziejące się w rodzinie i na świecie zrozumiałam, że nie warto snuć dalekosiężnych planów, ponieważ one nigdy mogą być niezrealizowane. Moja wewnętrzna metamorfoza nie nastąpiła nagle. Był to długofalowy proces: pytań, przemyśleń, wniosków. Od tamtego momentu dla mnie liczy się to, co dzieje się dziś. Jutro jest niepewne więc po co się martwić, co ono przyniesie? Biegając po stronach internetowych natrafiłam na bardzo mądry cytat, którym chcę się podzielić:

„Wczoraj to już historia, jutro to tajemnica. Ale dziś to dar losu. A dary są po to, żeby się nimi cieszyć” – Oogway. / Kung Fu Panda

W tej myśli jest zawarta ogromna mądrość i prawda. To nic , że pochodzi on z bajki wszak z bajek czerpiemy życiową mądrość i należy pamiętać, iż w każdej bajce tkwi ziarenko prawdy.

Dziś – jest to mój czas, który staram się dobrze wykorzystać, każdą chwilę, minutę… bo jutra już dla mnie może nie być.


17 lutego 2017 r.

„Serca dla Dzieci”

Już po raz piąty Fundacja Oswoić Los zorganizowała charytatywny bal „Serca dla Dzieci”. Całkowity dochód z imprez przeznaczony jest na pomoc dla rodzin podopiecznych, którzy rozsiani są po całej Polsce m.in. w Świdniku. Tegoroczna impreza odbyła się 11 lutego 2017 roku we wspaniałych wnętrzach Hotelu Victoria w Lublinie.

Od początku…

Patronką Fundacji Oswoić Los jest Hania Łukasiewicz – urocza 12-letnia dziewczynka zmagająca się z Dziecięcym Porażeniem Mózgowym od urodzenia. Kasia i Karol – Jej dzielni rodzice przed 6 laty założyli fundację „Oswoić Los” oraz portal „Damy Radę”. Obydwie organizacje skupiają rodziców dzieci z różną niepełnosprawnością. Kasia Łukasiewicz, prezes fundacji – przy wsparciu męża Karola – dba o to, by te rodziny parę razy w miesiącu miały odskocznię od szarej codzienności. A więc organizuje kilkudniowe wyjazdy w atrakcyjne zakątki Polski, skupia całe rodziny na różnego rodzaju warsztatach, aby nauczyć się czegoś nowego, a przy tym pobyć ze sobą, bo czasu na bycie razem zwyczajnie brakuje. Jesienią organizowane są także Pikniki Integracyjne dla rodzeństwa.

Za swoją działalność Fundacja została odznaczona Medalem Prezydenta Miasta Lublina (2015), a potem Europejską Nagrodę Obywatelską odebraną 14 października 2015 roku w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

Jubileuszowy bal „Serca dla Dzieci”

Sala w Hotelu Victoria powoli wypełniała się gośćmi. A byli to ludzie znani z ekranów telewizyjnych, ludzie kultury, sportu, biznesu oraz rodziny należące do naszej fundacyjnej rodziny. Każdy niósł ze sobą gorące serce gotowe do pomocy tym najsłabszym. W rytm muzyki zespołu Future Folk i góralskich piosenek śpiewanych przez Staszka Karpiela-Bułeckę oraz krakowską wokalistkę, Olę Pieczarę. Lider zespołu Formacja Nieżywych Schabuff Olek Klepacz – wieloletni przyjaciel Fundacji – jak co roku swoim koncertem rozbawił publiczność. Wszyscy uczestnicy balu wirowali na parkiecie podśpiewując znane melodie.

Ambasadorka Fundacji „Oswoić Los” – Paulina Szmaszcz – Kurzajewska – wraz z mężem Maciejem – brawurowo przeprowadziła licytację cennych fantów, podarowanych przez znanych sportowców, projektantów mody oraz współczesnych malarzy.

Bal trwał do rana. Żal było opuszczać gościnne progi Hotelu. Jednak w sercach tliła się nadzieja na lepsze jutro naszych podopiecznych dzięki hojności ludzi, którzy mają w sobie chęć pomocy drugiemu człowiekowi. Ich empatia pozwala wierzyć, że dzisiejszy świat nie zostanie pochłonięty przez znieczulicę i hipokryzję.


9 lutego 2017 r.

Zima nie jest taka straszna

Minęła już połowa zimy. Od paru tygodni na dworze jest biało i mroźno. Wiele osób nie pamięta takich zim. Starsi też odwykli od takiej aury, gdy słupek rtęci na zaokiennych termometrach spadał do minus 15 stopni. Przez kilka lat śnieżne zimy nie nawiedzały naszego kraju, chociaż zawieje i mrozy nie są ewenementem w klimacie środkowoeuropejskim. Ocieplenie klimatu sprawiło, że opady śniegu w Polsce stają się czymś niezwykłym i stanowią utrudnienie na drogach naszych miast.

Zima stulecia

Było to w grudniu 1978/79. Spadki temperatur dochodziły do – 25 stopni. Obfite opady śniegu sparaliżowały komunikację na wsiach i w miastach. Zaspy białego puchu utrudniały w dotarciu do miejsc pracy. Służbom drogowym z pomocą w odśnieżaniu przyszli także żołnierze. W domach było zimno, ponieważ mróz dawał się we znaki też elektrowniom ciepłowniczym i wodociągowym. Ludzie jednak przetrwali falę zimna pomagając sobie wzajemnie. W tym czasie rodziły się dzieci, starsi musieli funkcjonować stawiając czoła bezlitosnej zimie. Ocieplenie przyszło dopiero w pierwszej dekadzie stycznia 1979 roku. Od tego czasu zimy już są łagodniejsze, a tamta mroźna i śnieżna zapisana została na kartach historii jako „zima stulecia”.

„Nakręcanie się”

Obecnie (po „ciepłych” zimach) mamy tą długo oczekiwaną ze śniegiem i mrozem. Niektórzy wątpili, czy takowa zima sobie o nas przypomni? A jednak nie zapomniała! Co prawda dużo łagodniejsza niż w dawniejszych latach. Pogodynki (młode kobietki nie pamiętające czasów kożuchów z baraniej skóry i czapek z lisa) parę dni wcześniej zapowiadały opady śniegu oraz nadejście tęgich mrozów. Spadki temperatur wg. ich prognoz miały sięgać aż – 10 stopni! Młodsze pokolenie nie pamiętające srogich zim wpada w przerażenie słysząc takie prognozy. Dla starszej generacji nie jest nowiną mroźny styczeń i luty. Przy odpowiedniej organizacji można przetrwać niejedną tęgą zimę oraz cieszyć się jej urokiem.


3 lutego 2017 r.

Błędy też uczą

Bardzo często rodzice – jako osoby doświadczone życiem – chcą chronić dzieci przed nieodpowiednimi krokami. Niestety, nie zawsze się to udaje. Każdy człowiek, niezależnie od wieku chce sam podejmować decyzje mimo iż nie zawsze potem okazują się właściwe.

Mama i rękawiczki

Z perspektywy lat uświadamiamy sobie, że szereg doświadczeń nabywamy w wieku dziecięcym. Oczywiście wnioski wyciągamy dużo później, a bardzo często w dorosłym już życiu. Dzięki retrospekcji jesteśmy bardziej tolerancyjni dla młodszego buntowniczego pokolenia, mając nadzieję, że ono też kiedyś zrozumie swoje błędy.

W tym miejscu posłużę się tematem z własnego podwórka. Będąc dzieckiem bardzo lubiłam chodzić na sanki. Nie znosiłam jednak ubierać się odpowiednio do temperatury powietrza, a zimy w tamtych latach były mroźne. Przed wyjściem na podwórko mama toczyła ze mną boje o nałożenie rękawiczek. Pewnego dnia to ja wygrałam walkę: mama pozwoliła mi wyjść z domu z gołymi rękami. Jakie było moje zadowolenie to tylko ja wiedziałam! Zadowolona poszłam z mamą i koleżankami na sanki. Bawiłam się wyśmienicie. Jednak po ok. dwu kwadransach zaczęły boleć mnie dłonie. Na początku nie wiedziałam, jaka jest przyczyna mojego dyskomfortu. Z płaczem poskarżyłam się mamie. Moja rodzicielka domyślała się już, co mi dolega i szybko wróciłyśmy do domu. Po rozgrzaniu się kubkiem gorącej herbaty mama bardzo rzeczowo wytłumaczyła mi przyczynę bólu rąk. Od tamtej pory wiedziałam już, że gdy na dworze jest mróz trzeba zakładać rękawiczki. A więc moja „walka” o założenie rękawic okazała się wygraną w tym sensie, że zrozumiałam o co tak naprawdę chodzi. Gdyby mama nie pozwoliła mi na świadomy błąd z pewnością jeszcze przez wiele lat toczyła by ze mną zaciekłe boje.

Pozwolenie na dokonanie wyboru

Czasami warto pozwolić drugiej osobie na popełnienie błędu, aby sama zrozumiała, że postąpiła niewłaściwie w stosunku do samej siebie lub innych osób, ponieważ nikt tak nie nauczy, jak własne błędy. Analiza postępowania pomaga wyciągać wnioski, które zapamiętuje się na całe życie. Nie bójmy się więc pozwolić raz zadecydować naszym pociechom, chociaż widzimy, że ich koncepcja jest skazana na porażkę. Być może jest to właśnie ten moment, aby nasze dziecko zapamiętało, że każdego dnia staje przed wyborem i nie zawsze może to być wybór właściwy.


30 stycznia 2017 r.

Wieczór z „Metaforą”

Dla wielu z nas Świdnik wydaje się być zwyczajnym małym miastem jak tysiące innych w naszym kraju. Nic bardziej mylnego. Pod względem kultury i twórczości wielu jego mieszkańców jest „Wyspą”, na której można odpocząć słuchając poezji często wydobytej z dna szuflad, z dna serc jej autorów.

Niezwykłe spotkanie

Od paru miesięcy w Kawiarence Artystycznej działającej przy Miejskim Ośrodku Kultury w Świdniku raz w miesiącu spotykają się pasjonaci poezji. Nie są formalnym stowarzyszeniem, bo jak sami twierdzą nie czują takiej potrzeby, aby ich grupa była formalnie zarejestrowana. Przychodzą, bo chcą podzielić się słowem, swoją twórczością lub po prostu posłuchać wierszy znanych lub mniej znanych poetów.

Parę razy uczestniczyłam w tych spotkaniach. Niestety, mam ograniczone możliwości wychodzenia z domu, dlatego 28 stycznia zaprosiłam przedstawicieli „,Metafory” w swoje skromne progi. Przyznam, że trochę martwiłam się, iż nie da się nam przywołać klimatu i ducha poezji, który w Kawiarence Artystycznej tworzy specyficzną atmosferę. Moje obawy okazały się niepotrzebne. Duch poezji przyszedł razem z osobami, które zaprosiłam.

Edyta, Gosia i Karol wnieśli ze sobą radość, a ich poezja prezentowana przy zapalonych świecach wlewała w moje serce siłę do dalszego tworzenia. Zrozumiałam, że nie mogę zaprzepaścić daru który otrzymałam od Boga. Boguś, przygrywający nam na gitarze pomagał Duchowi Poezji tworzyć odpowiedni klimat i nastrój. Nasz akompaniator wpadł na pomysł komponowania muzyki do mojego wiersza. Byliśmy pod wrażeniem jego ekspresyjnego działania. W ciągu jednego wieczoru stworzył melodię i zaśpiewał cały utwór.

Młodzi poeci są dowodem na to, że można pogodzić pracę ze swoimi pasjami, realizacją marzeń i dążeniem do celu, a w ich przypadku do wydawania kolejnych tomików wierszy, do dzielenia się słowem.

Oto maleńka cząstka ich dorobku:

“*** (Gdy ludzie nie mogą spać w nocy)”

 

Gdy ludzie nie mogą spać w nocy

Liczą barany lub owce

Aby może zasnąć szybciej

 

Gdy ludzie nie mogą spać w nocy

Prowadzą pseudo inteligentne monologi

o tym co tego dnia mogliby zrobić lepiej

 

Gdy ludzie nie mogą spać w nocy

Zastanawiają się co jutro zrobić na obiad

Jaka będzie pogoda, ile na dworze stopni

 

Gdy ludzie nie mogą spać w nocy

To Bóg już momentami ma ich dosyć

Prószy im anielskim pyłem w oczy

Aby zasnęli.

/Karol Gibuła/

1 grudnia 2016 r.

 

Wróżbitka

Zaczyna dzień rano,

jak zaczyna się ciasto.

Myje głowę poezją,

uzyskując zakręcone sploty wersów.

Wróży z fusów,

mając jak zwykle nadzieję na serce,

przynajmniej z brązu.

Potem z upływem dnia

z wróżbitki zmienia się w bitkę,

choćby i weganką była.

Odmierza w kuchni szklankami miłość.

Wieczorem zaś-kobietka.

Kot-urn, sza-l.

/Edyta Smus/


23 stycznia 2017 r.

Co zrobić z czerstwym chlebem?

Od kilku lat obowiązuje w naszym państwie segregacja odpadów i śmieci, niestety nie wszystkie odpady zostały uwzględnione, aby znalazły swoje odpowiednie miejsce.

Chleb zaśmieca trawniki

Brak koszy na suchy chleb jest powodem zaśmiecania trawników przez troskliwych mieszkańców osiedli, którzy pod pretekstem dokarmiania ptaków wyrzucają kawałki pieczywa bezpośrednio przez okna. Nie wygląda to estetycznie, a tym bardziej nie jest to zdrowy pokarm dla ptaków zwłaszcza zimą podczas kilkunastostopniowego mrozu. Latem też nie wygląda to najlepiej, gdy wyrzucone pieczywo pod wpływem ciepła i wilgoci pokrywa się pleśnią. Ptaki instynktownie wyczuwają, co jest dla nich dobre i co może stanowić dla nich pełnowartościowy pokarm. Na pewno nie ruszą zamarzniętego lub pokrytego pleśnią chleba, ponieważ taki obiad byłby zagrożeniem dla ich zdrowia, a nawet życia. Problem w tym, że nikt tego zleżałego pieczywa nie sprząta. Dokarmiajmy ptaki, ale z umiarem.

Pamiętam, że dawniej oddawało się nadmiar pieczywa do gospodarstw rolnych, w których dokarmiano zwierzęta. Obecnie większość gospodarstw upadła więc zbyt na czerstwe pieczywo zmalał.

Powszechnie wiadomo, że kupujemy za dużo chleba, a potem nie mamy pomysłu na jego spożytkowanie. Starsze pokolenie pamiętające czasy głodu nie wyobraża sobie by chleb – jako dar Boży – wyrzucać do śmietników. W lepszej sytuacji są działkowcy, ponieważ nadmiar pieczywa mogą wrzucać do kompostu.

Jeśli nie wypracujemy w sobie oszczędzania w zakupie odpowiedniej ilości bułek lub chleba warto zajrzeć do Internetu i przestudiować przepisy kulinarne z udziałem czerstwego pieczywa. Nie pozwólmy, aby marnował się nawet najmniejszy jego okruch.

Nasz wieszcz narodowy Cyprian Kamil Norwid pisał:

„Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba

Podnoszą z ziemi przez uszanowanie

Dla darów Nieba…

Tęskno mi, Panie…”

Chleb w polskiej kulturze od najdawniejszych czasów spożywany był z szacunkiem. Oby ten szacunek nie zakończył się na naszym pokoleniu.


22 grudnia 2016 r.

Wywiad z Januszem Józefem Adamczykiem – świdnickim poetą

Janusz Józef Adamczyk – z wykształcenia pedagog, z powołania poeta, autor 12 tomików wierszy, aktor i scenarzysta teatru działającego przy Miejskim Ośrodku Kultury w Świdniku. O tym, jak odkrywał swoje pasje opowiada w poniższym wywiadzie.

Joanna Pąk: W którym okresie swojego życia rozpoczął Pan wędrówkę z poezją i jakie są jej owoce?

Janusz Józef Adamczyk: Moje wierszo-pisanie zaczęło się w drugiej klasie szkoły podstawowej, czyli ok. 60 lat temu; pamiętam, że jeden z tych moich dziecięcych wierszy (szkoda ,że się nie zachował) był chyba dosyć ciekawy, ponieważ kartka z tym wierszem krążyła w rodzinie, w szkole i wśród znajomych; wiersz poświęcony był mojej babci Bronisławie. Od pierwszej klasy LO (Kazimierz Dolny), czyli od 1961 r. pisałem już systematycznie. Mój debiut poetycki (prasowy) miał miejsce w 1967 r. Od tego czasu do dzisiaj napisałem i wydałem 12 tomików poetyckich i jeden zbiorek esejów.

J.P.: Skąd czerpie Pan inspiracje do twórczej pracy?

J.J.A. Wydarzeniem, które zapoczątkowało moją głęboką refleksję nad sensem pisania wierszy, było spotkanie z Heinrichem B., bawarskim rolnikiem, u którego kosiłem łąkę. Heinricha zaciekawiło to, że ja, po całym dniu ciężkiej pracy, siadam i coś pisałem; któregoś dnia zapytał mnie o moje zainteresowania, w toku tej rozmowy okazało się, że jest miłośnikiem muzyki i w ogóle sztuki, stwierdził, że powinienem wydać książkę. Byłem bardzo zaskoczony tą jego postawą, ponieważ wcześniej nikt nie rozmawiał za mną tak poważnie o mojej poezji, i właśnie wtedy podjąłem decyzję o zebraniu moich dotychczasowych wierszy i wydaniu tomiku, co stało się faktem w 1993 r. Mogę więc powiedzieć tak, że do r.1993 inspiracją była potrzeba krótkiego komentowania ważnych przeżyć, pozostawiania po nich jakiegoś trwałego śladu, forma poetycka takich komentarzy wydawała mi się najbardziej odpowiednią. W/w rozmowy z Heinrichem uświadomiły mi, że te sporządzane przeze mnie “zapiski” mogą być wartościowe nie tylko dla mnie, a więc ta w/w potrzeba “poetyckiego komentowania” moich przeżyć została rozszerzona o aspekt “pragnienia przekazania komuś czegoś wartościowego”. Tak rozumiany przeze mnie sens pisarstwa sprawia, że bardzo poważnie traktuję każde słowo, w moich wierszach nie ma “rzeczy niestworzonych”, czegoś, co mi się tylko wydaje, bądź czegoś, co mi się kompulsywnie narzuca; bardzo dbam o to, aby kontakt z moją poezją nie był stratą czasu. Podsumowując ten wątek, powiem tak: Głównym czynnikiem inspirującym mnie tworzenia poezji jest pragnienie odkrywania prawdy i udostępniania jej ludziom.

J.P.: Jakie odczucia wywołuje w poecie nowy tomik wierszy?

J.J.A. Patrząc na te wydane dotychczas tomiki, powiedziałbym tak: Każdy z nich dotyka jakiegoś (każdy innego) aspektu ludzkiego życia. Jest bardzo prawdopodobne, że piszący wiersze czują głębiej, co pozwala im mieć pełniejszy i wyraźniejszy obraz rzeczywistości. Jeśli o mnie chodzi, to każdy wydany tomik, jest z jednej storny, jakby przedstawieniem wybranego fragmentu rzeczywistości, ale z drugiej strony, jakby prowokacją zachęcającą do otwarcia drzwi do następnego fragmentu rzeczywistości, czyli, w pewnym sensie, jest zapowiedzią kolejnego tomiku.

J.P.: „Teatr Drogi” i „Laboratorium poezji” to są Pańskie inicjatywy. Która z nich jest dla Pana ważniejsza?

J.J.A. Jeśli chodzi o “Teatr Drogi”, który powstał dwa lata temu, to zostałem do niego zaproszony, a że nie umiem proszącym powiedzieć – NIE, więc stałem się jego członkiem, a dokładnie – aktorem amatorem, a także, jeśli chodzi o nasz pierwszy spektakl – “Średnie miasta”, autorem prawie całego scenariusza. “Laboratorium poezji” jest moim pomysłem. Prowadząc przypadkowe rozmowy z ludźmi interesującymi się poezją doszedłem do wniosku, że warto byłoby od czasu do czasu gdzieś się spotykać, aby móc spokojnie porozmawiać o sprawach związanych z poezją i w ogóle – z szeroko pojętą kulturą. Gościny użyczyła nam Miejsko-Powiatowa Biblioteka Publiczna, w której spotykaliśmy się jeden raz w miesiącu, w każda ostatnią sobotę miesiąca. Jeśli będą chętni, to od lutego 2017 wznowimy te spotkania.

J.P.: Wiem, że zaraża Pan swoimi pasjami młodzież – dlaczego?

J.J.A. W dzisiejszych czasach, kiedy jest tyle różnych stacji telewizyjnych i radiowych, komputery i mnogość przeróżnych ofert dla młodzieży, jest niezwykle trudno takiej pojedynczej osobie, jak np. nauczyciel, pociągnąć za sobą młodzież, jest to trudne, ale nie jest niemożliwe. Mówią prawdę, to ja nie wiem, co decydowało o tym, że przez blisko 10 lat (od 1995 do 2015) udało mi się gromadzić młodzież wokół utworzonego przeze mnie, w I LO w Świdniku, Teatru Eksperymentalnego. Przypuszczam, że duże znaczenie miało wychodzenie naprzeciw sugestiom młodzieży, to oni rzucali pomysły, a ja z tych ich pomysłów tworzyłem scenariusz, i w ten sposób powstawał spektakl; w taki właśnie sposób przygotowaliśmy 7 spektakli, które były bardzo ciepło przyjęte w naszym środowisku. Być może jest tak, że moja duża otwartość na różne tematy – na którą to otwartość pozwala mi moje pedagogiczne, psychologiczne i filozoficzne przygotowanie – oraz działanie z pasją, po prostu udziela się innym.

J.P.: Plany twórcze na rok 2017 to…

J.J.A. Zamierzam wydać trzynasty tomik poezji; mam taki pomysł, aby w tym tomiku zamieścić po jednym wierszu z każdego z dotychczas wydanych oraz dwanaście najnowszych (obecnie tworzonych) wierszy. W taki sposób, jeśli Pan Bóg pozwoli, zamknął bym 50 lat mojej twórczości poetyckiej.

Dziękuję za miłą rozmowę!

Tak niewiele potrzeba

Bestsellery i cytaty
celebrytki i celebryci
w pełnej zgodności z linią programową
z profesjonalnym śmiechem
odrażającym swą bezśmiesznością

W istocie
tak niewiele potrzeba –
w milczeniu stanąć naprzeciw siebie
poczuć czystą przestrzeń – tę między nami
i usłyszeć wypełniającą ją ciszę
Wszechświat pragnie takich chwil
dla dzieci swych

Janusz Józef Adamczyk
Świdnik, grudzień 2016 r.


15 grudnia 2016 r.

Dobry czas…

Od najmłodszych lat przedświąteczny okres kojarzy mi się z ciepłem domowego ogniska. Rozpoczynający się Adwent gromadził wieczorami naszą rodzinę przy wspólnym wypisywaniu świątecznych kartek, robieniu ozdób choinkowych z bibuły i kolorowego papieru. Teraz jest wszystko na wyciągnięcie ręki: tradycyjne kartki świąteczne zastąpiły dużo szybsze listy elektroniczne, a w sklepach można kupić piękne bombki choinkowe. Czy dzięki temu, że nie musimy poświęcać dużo czasu na wyżej wymienione czynności mamy go więcej dla siebie?

Czas dla rodziny

Obecnie obserwuje się społeczne zabieganie: praca na kilka etatów, obowiązki domowe, rodzicielskie – to główne przyczyny braku wolnego czasu. Bardzo często rodzina wraca do domu dopiero wieczorem. Nie ma czasu na rozmowy, a co dopiero na wspólne robienie świecidełek. Ograniczamy się tylko do tego co konieczne, resztę wolnego czasu spędzamy przed telewizorem, wmawiając sobie i innym, że przecież należy nam się odreagowanie całodniowego stresu. Oczywiście odbywa się to kosztem rodziny.

A gdyby tak zaplanować weekend bez telewizora i Internetu? Stać nas na takie wyrzeczenie? Jeżeli tak to zobaczymy, ile wolnego czasu zyskamy. Nie wydaje mnie się, abyśmy przez to stracili więcej niż otrzymamy. Bo cóż może być piękniejszego od spaceru z dziećmi lub kimś bliskim? Jaki serial to zastąpi? Szczera rozmowa z mężem lub synem czy córką będzie lepszą okazją do zacieśnienia rodzinnych relacji niż wysłuchiwanie kłótni polityków, które nic dobrego do naszych rodzin nie wnoszą. Spróbujmy więc więcej czasu poświęcić własnym „gwiazdom” z domowego ogniska niż tym ze szklanego ekranu.

Czas dla siebie

My sami, zabiegani również potrzebujemy czasu, aby odpocząć, rozwijać swoje pasje, bądź udzielać się w akcjach charytatywnych typu: Pomóż Dzieciom Przetrwać Zimę, Szlachetna Paczka itp.

Ważne jest, aby ten czas był dobrym czasem, spożytkowanym mądrze i aby dawał nam radość z czynienia dobra. Okres przedświąteczny obfituje w propozycje różnego rodzaju działań np. na rzecz ubogich lub mniej zaradnych życiowo. Być może jedno spotkanie stanie się iskierką, która zapali w nas chęć do czynienia dobra przez wiele następnych lat?


12 grudnia 2016 r.

Przedświąteczne zakupy

Grudzień – miesiąc mikołajkowy i bożonarodzeniowy. W tym okresie staramy się być przedłużeniem rąk Świętego Mikołaja i promykiem betlejemskiej Gwiazdki. Chcemy zrobić przyjemność bliskiej osobie, kupując to, o czym od dawna marzył. Kolejkom w sklepach nie ma końca, ale przecież najważniejsza jest miłość do naszych najbliższych i zrobienie im niespodzianki.

Grudniowy szał zakupów

Uległam i ja szałowi robienia zakupów świątecznych, ponieważ chciałam chociaż przez chwilę poczuć się Świętym Mikołajem. A że mam sporo znajomych moje wyjście po gwiazdkowe prezenty było bardzo radosne, ponieważ spodziewałam się, że sama (osobiście i bez pośredników) wybiorę piękne prezenty.

Pewnego pięknego dnia wybrałam się z mamą do Centrum miasta. Brnęłyśmy po nieodśnieżonym chodniku, koła mojego wózka zapadały się w śnieg, a mama ostatkiem sił pchała przed sobą ciężki balast – nie narzekała, jednak czułam, że jest to ciężar, który z ledwością znosiła. Doszłyśmy do pasażu sklepów. Kolorowo wystrojone witryny zachęcały do odwiedzenia wnętrza sklepów i wybrania towarów. Niestety, mój wózek zwykle okazywał się za szeroki, abym mogła wjechać do pomieszczenia sklepu. Kolejną przeszkodą okazywały się schody. Zrezygnowane poszłyśmy do pobliskiego supermarketu w nadziei, ż tam będzie większa przestrzeń i wreszcie dokonam zamierzonych zakupów.

Już na hollu blask świątecznych choinek i innych świecidełek zachęcał do odwiedzenia różnych stoisk. Kocham książki więc zdecydowałam się swoje „pierwsze kroki” skierować do księgarni. Mnóstwo pozycji, nowości, pięknie wydane te dla dorosłych i dla młodszych grup wiekowych. Zobaczyłam je… tylko z drzwi, ponieważ na środku stoiska stały palety z przysłowiową górą towaru. Z taką samą sytuacją spotkałam się na dziale z kosmetykami. I znów musiałam prosić, aby ktoś za mnie dokonał wyboru i kupił coś czego sama zobaczyć nie mogłam.

Klient nasz pan?

Jak się wtedy czułam? Czułam się jak pies, któremu nie wolno wejść dalej niż za próg pomieszczenia. Ale co tam odczucia! Zakupy zrobione, bliscy będą się cieszyli tylko ja znów popadnę w zadumę zadając sobie pytanie: czy powiedzenie, klient nasz pan dotyczy także mnie oraz osoby poruszające się przy pomocy wózka?


6 grudnia 2016 r.

Poezja, która mnie uzdrowiła

Nawiązując nadal do tematu poezji śmiem twierdzić, że (w moim przypadku) ma ona moc uzdrawiającą. Jest to antidotum na szarzyznę dnia codziennego. Dzięki poezji weszłam w świat zdrowych ludzi.

Cierpienie zamknięte w szufladzie

Od dzieciństwa pisałam wiersze. Najpierw inspiracją do ich tworzenia był otaczający mnie świat: przyroda, relacje z rówieśnikami, zabawy na podwórku i zabawki, których zawsze miałam pod dostatkiem. Wiersze z tamtego okresu były radosne, pełne humoru opisujące wszystko to, co przeżywało moje dziecięce serce. W miarę dorastania zaczęłam dostrzegać swoją „inność”. Nawet zdrowi ludzie wytykali mnie palcami, jako tę „nienormalną”. Uważali, że jeżeli nie mogę samodzielnie się poruszać muszę mieć również chorobę psychiczną. Nowe spojrzenie na samą siebie zmieniło też moją inspirację twórczą. Utwory nie były już przesiąknięte optymizmem. Spisane w nich negatywne emocje układały się w wiersze pełne lęku, wewnętrznego bólu wstydu, alienacji od otoczenia. Ta poezja była wtedy tylko moja i spoczywała na dnie szuflady, która systematycznie pęczniała. Tylko najbliżsi wiedzieli o jej zawartości. Myślałam, że wiersze nie będą przez nikogo czytane więc planowałam je kiedyś wyrzucić do kosza. Na szczęście taki moment nigdy nie nadszedł.

„Uzdrowienie”

Moja przemiana nastąpiła na trzecim roku studiów właśnie za przyczyną poezji – mojej poezji. Moi przyjaciele w tajemnicy przede mną wydali pierwszy mój tomik wierszy i zorganizowali uroczystą promocję mojej książki. Na mieście pojawiły się plakaty informujące o tym wydarzeniu. Frekwencja przeszła moje oczekiwania. Od tego czasu zdrowi ludzie zaczęli mnie postrzegać, jako zdrowo myślącą kobietę. Z biegiem lat wydałam trochę własnych tomików, a pojedyncze utwory trafiły do regionalnych i ogólnopolskich almanachów. Organizując wieczory autorskie zrozumiałam, że to właśnie moja poezja przyczyniła się do tego, abym weszła w świat zdrowego społeczeństwa. Moi odbiorcy są wrażliwi – widzę to po ich oczach kiedy ukradkiem ocierają łzy, podczas promocji kolejnej książki. Dziś wiem, że ta otwartość nastąpiła z obu stron. Słowo pisane ma moc uzdrawiającą. Mnie uzdrowiło w oczach tych, którzy oceniali tylko mój wygląd nie zadając sobie trudy, aby się odezwać i mnie wysłuchać. Przemówiłam do ludzi swoją poezją. Po swoim przykładzie wiem, że jeśli ktoś czegoś bardzo pragnie… otrzyma! Wystarczy pokazać innym to, co ma się w sobie dla innych.


1 grudnia 2016 r.

Spotkania z Weną

Bardzo często podczas wieczorów poetyckich i promocji moich książek jestem pytana o to, w jaki sposób rodzą się wiersze? Czy na powstawanie utworów mają wpływ przeżycia, emocje z nimi związane, bądź pory dni, nocy i roku? Jednym słowem: pytana jestem, kiedy najczęściej odwiedza mnie Wena twórcza? Jak nazywa się to „coś”, co pozwala myśli ubrać w słowa, rymy, metafory?

Wena, natchnienie czy dar Boży?

Sama zastanawiam się, jak nazwać to „coś” tkwiące we mnie, co pozwala z wielką łatwością wydobywać z wyobraźni słowa, a potem układać je w wiersz. Jakkolwiek by to nazwać czasami jestem z tego dumna, a czasami zażenowana, gdyż nie potrafię rozeznać samej siebie. Bardzo lubię to „coś” nazywać Weną. Określenia: „Natchnienie” lub „Boży dar” zostawiam świętym, do których ja nie śmiem się zaliczać. Czas pokaże kim będę…

A więc Wena…

Tymczasem każdego dnia i nocy jestem świadoma Jej przyjścia. Przybywa w najmniej oczekiwanym momencie, jak gość niespodziewany. Czasami przychodzi pod wpływem emocji, impulsu, zdarzenia, jest obecna w widzianym przeze mnie krajobrazie, w szeleście liści pod stopami. Jej nadejście zawsze jest tajemnicą, zaskoczeniem i zdziwieniem, że już jest! To Wena nakazuje mi zapisywać podsunięte przez nią myśli. Natychmiast trzeba jej słuchać, uważnie notować każdy wyraz przez nią podsunięty. Co się dzieje, gdy nie zawsze mam taką możliwość? Dopadają mnie wyrzuty sumienia, jak po popełnieniu czegoś bardzo niezgodnego z moim sumieniem. W tej kwestii jest bezwzględna, nie dająca mi forów. Kochana egoistka! Bez niej moje życie byłoby puste i monotonne. Dzięki niej jest nabrzmiałe poezją, która przenosi mnie w inny świat, świat marzeń, kolorów i wzruszeń. Dobrze, że jest w moim egzystowaniu. Spodziewana i niespodziewana. Twórczyni moich małych dzieł.


27 listopada 2016 r.

Popędzanie czasu

Zaledwie wiatr jesienny zdmuchnął płomyki zniczy z grobów naszych bliskich, przy których staliśmy w Dzień Wszystkich Świętych, w supermarketach pojawiły się dekoracje bożonarodzeniowe tudzież usłyszeć można śpiew kolęd. Czy nie za wcześnie rozpoczyna się „szopka?”

Jak to dawniej bywało…

W pogoni za komercją sklepy „pomagają” umniejszyć wagę świąt nie tak istotnych jak Boże Narodzenie, ale jednak ważnych dla naszego patriotyzmu, polskiej tradycji i kultury. Sięgając pamięcią do moich lat młodości za kilka dni po Zaduszkach obchodzone było uroczyście święto Niepodległości Polski. Potem były hucznie świętowane Andrzejki, cichy lecz radosny Adwent z uroczymi zimowymi wieczorami, podczas których małe dzieci pisały listy do świętego Mikołaja biskupa, a nie – jak obecnie się go przedstawia – krasnala, jadącego na saniach w zaprzęgu reniferów. Dopiero po 6 grudnia w witrynach sklepów nieśmiało pojawiały się ozdoby choinkowe, bo na wszystko był czas. Każdy zdążył kupić potrzebne rzeczy, mimo tasiemcowych kolejek.

Na przekór kalendarzom i tradycji

Obecnie – nie zaprzeczam – też są obchodzone listopadowe święta, ale już w bożonarodzeniowej atmosferze. Dziwnie trochę to wygląda, ponieważ na zewnątrz budynków i siedzib państwowych jeszcze powiewają flagi biało-czerwone, a wewnątrz supermarketów stoją ubrane choinki i z oddali słychać „Cichą noc…”

Andrzejki w naszej polskiej kulturze rozpoczynają Adwent, czyli radosny czas przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Tymczasem zaczynamy andrzejkowe szaleństwa już od połowy listopada, bo co to szkodzi robić kilka imprez, zanim nadejdzie ta właściwa pora? W sklepach są akcesoria więc kalendarza nie musimy się słuchać. Daty datami, a my robimy swoje.

Sztuczny ruch i jego skutki

Wcześniej napędzany ruch świąteczny stwarza niebezpieczeństwo, że gdy nadejdzie ta właściwa pora upragnionych rodzinnych świąt my będziemy czuli się zmęczeni przesytem sztucznie napędzanej przez handel świątecznej atmosfery. W niektórych rodzinach zdarza się, że dzieci zamiast gwiazdkowych prezentów dostają pieniądze, bo rodzice lub dziadkowie nie znają potrzeb lub marzeń dziecka. Powód? Brak czasu na to, co jest najważniejsze: bezpośredni kontakt z najbliższymi. Chcemy wyprzedzić czas, biegając, szukając go… Niestety nie wyprzedzimy czasu, a tym bardziej świąt. One nadejdą równo z kalendarzem, a my jak zwykle będziemy mówili, że nadeszły zbyt szybko.


24 listopada 2016 r.

Zaduszki poetyckie

Listopad to miesiąc pełen zaduszkowych wspomnień i nostalgii za tymi, co odeszli. W tym czasie Wieczory poetyckie nabierają innego wymiaru i brzmią najpiękniej.

Zaduszki poetyckie z grupą literacką „Metafora”

W piątkowy wieczór 18 listopada 2016 roku po raz pierwszy (oficjalnie) świdnicka grupa miłośników poezji pod nazwą „Metafora”, przedstawiła program poetycki. Odbył się on w gościnnych progach Kawiarenki Artystycznej działającej przy Miejskim Ośrodku Kultury w Świdniku. W programie poetycko-muzycznym znalazły się utwory zmarłych już poetów, którzy zapisali się na kartach polskiej literatury. Dla przybyłych miłośników dobrej poezji był to czas zadumy nad kruchością życia, ulotnością chwil, zadawaniem pytań: „co dalej?” lub „czy poezja jest sposobem na przetrwanie w pamięci pokoleń?”.Organizatorzy tego przedsięwzięcia z przejęciem w głosie starali się przekazać to, co poeta miał do przekazania. Czytane utwory poprzedzone były ciekawostkami, wydarzeniami z życia poety, barwne, zabawne niekiedy epizody stawały się przerywnikami między zadumą i nostalgią. Ich nieobecność jakby się zacierała. Oni byli wśród nas ze spuścizną słowa i swoim życiem, które całe nie umarło dzięki pasji tworzenia.

Słowo o interpretacji i autorach wierszy

Młody świdnicki poeta Karol Gibuła podjął się recytacji wierszy następujących twórców: Czesława Miłosza: „Sens”, „Piosenka o końcu świata”, Bolesława Leśmiana: „*** (Po co tyle świec nade mną)”, „Trupięgi”, Jana Rybowicza: „Umarłem”, „Ostatnia rozmowa”, Leonarda Cohena: „Modlitwa za Mesjasza”, „Opowieść”.

Recytatorka Magdalena Lewińska pięknie przedstawiła utwory poetów: Haliny Poświatowskiej: „Rozcinam pomarańczę bólu”, „*** (Kiedy umrę kochanie)”, Tadeusza Różewicza: „Kto jest poetą”, „Ocalony”, Wisławy Szymborskiej: „Cebula”, „Chmury”, Edwarda Stachury: „Jesień”, „*** (Przebyłem noc właśnie i nikt mnie nie wita)”. Druga z recytatorek, Edyta Smus, interpretowała wiersze: Anny Świrszczyńskiej: „Jutro będą mnie krajać”, „Na ziemię padam”, Agnieszki Osieckiej: „Ktoś umarł”, „Jeżeli gdzieś jest niebo”, Emily Dickinson: „Jest coś cichszego niż sen-śmierć”, „Ci co najdłużej byli w grobie”, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej: „O cioci co się otruła”, „Bratki cmentarne”.

Kamila Krzeszowiec wystąpiła z piosenką Stanisława Grochowiaka „Miłość”. Był to kolejny „przerywnik” między recytowanymi utworami. Wisienką na poetycko-muzycznym torcie była Monika Kowalczyk z piosenką Karola Wojtyły „W mroku jest tyle światła…”

Uczestnicząc w tej duchowej uczcie zapomniałam o bólu, o stromych schodach prowadzących do Kawiarenki, które musieliśmy wraz z chłopakami dzielnie pokonać. A więc poezja jest antidotum na wszelkie dolegliwości, zmartwienia oraz daje pewność, że coś po nas zostanie, jeśli pozwolimy jej się otulić.


21 listopada 2016 r.

Dlaczego warto czytać?

W dobie telewizorów, magnetowidów, komputerów i innych środków społecznego przekazu, książka (dla niektórych z nas) stała się przeżytkiem. Czy słusznie?

Książka była oknem na świat w czasach, kiedy nie było (takiego jak obecnie) dostępu do kultury, gdy nie był jeszcze rozpowszechniony sprzęt RTV. To dzięki książce każde pokolenie nauczyło się czytać i pisać. A teraz w niejednym domu brak jest wartościowych książek, a jeżeli są to nie wzbudzają już takiego jak dawniej zainteresowania. Książka była lubianym i oczekiwanym prezentem gwiazdkowym lub imieninowym. Czemu teraz nie miałoby tak być?

W długie jesienno – zimowe wieczory warto zajrzeć na półkę. Może stoją tam nie przeczytane egzemplarze? Warto również wspólnie z dziećmi odwiedzić księgarnię i bibliotekę i razem dokonać wyboru wartościowej pozycji.

Czym należy kierować się przy wyborze książki?

Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na jej wartość, na walory artystyczne, poznawcze i wychowawcze. Do tego gatunku książek należą np. powieści. Książka powinna dostarczać dziecku nie tylko wiedzę, ale również pobudzać i kształtować wyobraźnię. Czytając książki wzbogaca się słownictwo dziecka, angażuje się je w twórcze uczestnictwo. Uczy się dziecko rozwiązywania złożonych sytuacji życiowych, a przy tym rozwija się aparat artykulacyjny dziecka.

Jeżeli wychowujemy małe lub niepełnosprawne dziecko, które jeszcze nie nabyło samodzielnej umiejętności czytania, powinniśmy mu w tym pomóc czytając bajki lub wiersze odpowiednie do jego wieku rozwojowego. Aby czytanie odniosło pożądany efekt należy zwracać uwagę na ton i barwę głosu, akcent, gest, a także na odpowiednie miny. Można także wspólnie z dzieckiem omawiać ilustracje zawarte w książce oraz wyciągać wnioski z przeczytanego tekstu.

Jeśli książka przeżyje w naszych domach swój renesans stanie się naszym i naszych dzieci najwierniejszym przyjacielem.


15 listopada 2016 r.

Wieczornica patriotyczna

Miesiąc listopad w naszej polskiej kulturze to czas wspomnień bliskich nam zmarłych oraz tych, którzy od wielu pokoleń walczyli o suwerenność Polski. Czcząc ich pamięć organizowane są w wielu miejscach naszego miasta Wieczornice i inne wydarzenia, które przypominają młodszym pokoleniom historię tamtych trudnych okresów, kiedy i za czyją przyczyną rodziła się Polska na mapach świata.

Wieczornica w Miejskim Centrum Usług Socjalnych

W przeddzień Święta Niepodległości Polski w Miejskim Centrum Usług Socjalnych odbyła się Wieczornica Patriotyczna. Wieczorny czas wspomnień. Niewielka salka emanująca ciepłem i barwami odpowiednich rekwizytów tworzyła klimat i uroczysty nastrój. Na początek było przybliżenie historii, w jaki sposób po 123 latach niewoli w roku 1918 Polska odrodziła się na mapach świata. Przedstawiono w zarysie determinację legionistów z marszałkiem Józefem Piłsudskim na czele o wolność narodu. Słowa wypowiadane przez młodą dziewczynę nabierały szczególnego znaczenia, napawały nadzieją, że patriotyzm w naszym narodzie nie będzie zapomniany.

Wspólne śpiewy

Po części oficjalnej nastąpiło wspólne śpiewanie pieśni żołnierskich i partyzanckich przy akompaniamencie pianina oraz chóru. Ułatwieniem były także wcześniej rozdane śpiewniki, dzięki którym pieśni były odśpiewane do ostatniej zwrotki. Jakże pięknie zabrzmiały: „Maszerują strzelcy”, „Rozkwitały pęki białych róż”, „Wojenko, wojenko…” „O mój rozmarynie rozwijaj się”, „Dziś do ciebie przyjść nie mogę” i wiele innych pieśni, które na stałe wpisały się w naszą narodową kulturę.

Czas przeznaczony na wspólne śpiewy upłynął bardzo szybko. Czuć było niedosyt… niedosyt pieśni i niedosyt młodego pokolenia naszej małej Ojczyzny. Może w przyszłym roku będzie lepiej pod względem frekwencji młodzieży?

Należy pamiętać, że to starsze pokolenie ma być przykładem szerzenia patriotyzmu i szanowania neutralności kraju.


8 listopada 2016 r.

Zaduszki świdnickie

Po raz pierwszy w naszym mieście 6 listopada 2016 roku odbyły się Zaduszki świdnickie. Uroczystość o charakterze słowno-muzycznym miała miejsce w Kościele pw. Chrystusa Odkupiciela. Inicjatorem tego niecodziennego przedsięwzięcia był ks. proboszcz Leszek Surma.

Listopadowa zaduma

Punktualnie o godzinie 18.00 w pierwszą listopadową niedzielę odbył się wzruszający koncert, który przeniósł wszystkich zgromadzonych na wyżyny doczesności.

W tym pięknym wydarzeniu wzięła udział światowej sławy (śpiewająca mezzosopranem) pani Alicja Węgorzewska. Na organach akompaniował jej wybitny organista pan Robert Grudzień. Swój wkład w wydarzenie miała także młodzież i nauczyciele z I LO im. Wł. Broniewskiego w Świdniku. Uczcili oni pamięć tych osób, które tworzyli naszą lokalną społeczność, rozpowszechniali patriotyzm, kulturę i duchowość miasta. W nastrój modlitwy i zadumy nad ulotnością życia wprowadzały strofy wierszy znanych poetów polskich oraz piękne pieśni pasyjne śpiewane przez gwiazdę wieczoru panią Alicję Węgorzewską. Modlono się m.in. za śp. Ks. Jana Hryniewicza, prof. Zytę Gilowską, kpt. Janusza Kasperka, dyr. I LO w Świdniku Antoniego Rubaja oraz wszystkich bliskich zmarłych. Zapalone znicze niesione w młodych rękach i stawiane obok relikwiarzy naszych polskich świętych: św. Jana Pawła II, św. Faustyny oraz bł. Ks. Jerzego Popiełuszki. Lampiony stanowiły wymowny symbol pamięci o tych, co byli i są do tej pory niedościgłym wzorem w budowaniu naszej lokalnej wspólnoty i wyprzedzili nas w drodze do wieczności.

W niejednym oku słuchaczy koncertu zabłysła łza – widzialny płomyczek pamięci zapalony ogniem świecy, która zawsze płonie w sercu każdego z nas. Mamy nadzieję, że Zaduszki świdnickie wpiszą się w cykliczny kalendarz wydarzeń naszego miasta.


4 listopada 2016 r.

Bezdomny

Problem bezdomności może dotknąć każdego z nas. Nie zawsze życie układa nam bajkowy scenariusz. Nie rzadko sami chcemy reżyserować swój życiowy spektakl, ale potem nasze kompetencje okazują się zbyt małe, by dalej grać główną rolę. Zostajemy bezradni na scenie życia, bez szans na następną wiodącą rolę. Taki teatr oglądałam prawie codziennie przez okno mojego mieszkania.

Tajemniczy człowiek

Latem mijałam go na placu zabaw dla dzieci. Wieczorami siedział skulony na piaskownicy. Miał przy sobie sporą torbę. Nie była wypełniona po brzegi. Czasami wyjmował z niej jakieś zawiniątka. Wyjadał resztki jedzenia, potem wypalał papierosa. Przed deszczem chroniło go drzewo. Siedział pod nim skulony, jak pod parasolem. Gdy dzień był słoneczny wygrzewał się na ławce niczym kot. Czasami ktoś z pobliskich bloków przynosił mu miskę zupy. Na kolację jadł sezonowe owoce. Nie zawsze tam był, ale zawsze wracał wieczorem, jak ptak do gniazda. W czasie jego nieobecności było pusto. Wpisał się w nasz zaokienny krajobraz. Ta pustka skłaniała do myślenia: gdzie jest i co porabia… wyobraźnia podsuwała różne wersje wydarzeń. Może poszedł do domu, a tam czekała na niego rodzina i przytulny kąt? Może najął się do pracy sezonowej, bo przecież z czegoś żyć trzeba? To były po prostu antrakty. Po upływie paru godzin zawsze wracał, ale nikt nie miał odwagi zapytać, gdzie w tym czasie przebywał.

Dzieci traktowały bezdomnego jak swojego kumpla. Czasami z nim rozmawiały, dzieliły się nie tylko wakacyjnymi wrażeniami, ale także przyniesionym z domu prowiantem. Łapczywie jadł połykając duże kawałki chleba. Popijał nieznanym mi płynem z butelki po znanym mi napoju. Jednak etykieta nie zawsze świadczy o oryginalnej zawartości flaszki.

Znikł wraz z nadejściem październikowych słot. Nikt nie wie, gdzie poszedł. Tym razem nie wraca już na plac zabaw, a „jego” ławka stoi pusta. Być może trafił do noclegowni lub innej placówki pomagającej osobom bezdomnym. Czy tam znalazł ciepły kąt i gorący obiad? A może wrócił do swojego domu, do najbliższych ze słowem skruchy w głosie? Tego nikt nie wie, bo skończył się letni teatr. Zasłoniła go kurtyna spadających liści.


28 października 2016 r.

Zadumanie nad grobami

Pod koniec października częściej niż w innych miesiącach odwiedzamy groby naszych bliskich zmarłych. Oczyszczamy je z opadłych liści, porządkujemy mogiły, przygotowując do świąt Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. W tych dniach nasze myśli biegną ku tym, którzy przekroczyli już granicę śmierci.

Pamięć z bliska

Cmentarna aleja. Idąc tą drogą zawsze myślę, ile łez wsiąkło w tę wąską uliczkę? Ziemia przyjmie krople bólu lecz nie zabierze z serca tęsknoty. Mijam pomniki, które są symbolem pamięci o tych, co żyli, jeszcze tak niedawno byli tu z nami. Jedne obsypane są żywymi lub sztucznymi kwiatami, płoną na nich znicze, zgromadzeni wokół grobów bliscy zmarłych wspominają ich zasługi, dobre uczynki, czasem dla rozluźnienia zaduszkowej atmosfery opowiadają sobie rodzinne anegdoty mające związek ze zmarłym. Usta żywych szepczą modlitwy o zbawienie dusz. Oprócz religijnego wymiaru listopadowego święta jest okazja do spotkań właśnie przy grobach zmarłych krewnych oraz znajomych. Zmarli żyją dopóty, dopóki ich wspominamy. Niektórzy żyć będą bardzo długo w myślach swoich dzieci i wnucząt. A co z tymi zmarłymi, których grób jest pusty i bez płomyka świecy?

Pamięć z daleka

Idąc w głąb cmentarza napotykam małe, ziemne mogiłki porośnięte trawą, samotne, pod którymi śpią ci, co zapewne też kiedyś lubili towarzystwo, mieli rodziny. Nie znamy powodu ich osamotnienia. Może ich bliscy są zbyt daleko, by przyjechać na coroczne święto? A może oni też już są po tej samej stronie co ich zmarli? Jakakolwiek jest przyczyna nieuporządkowanego grobu wierzę, że są szczęśliwi niezależnie od wyznawanego światopoglądu. Brak cierpienia jest szczęściem wiecznym.

Zapalony znicz, wiązanka sztucznych kwiatów są tylko symbolem pamięci. Być może w odległym zakątku ziemi czyjeś usta szepczą codziennie modlitwę w intencji zmarłego, skrytego pod zarosłą mchem mogiłą? Może takie duchowe kwiaty pamięci więcej znaczą niż te kolorowe przepasane srebrną wstążką z napisem: „Pamięć nie umiera?” Bo jest to tylko napis. Po Zaduszkach rozejdziemy się do codziennych zajęć. Kwiaty na grobach zwiędną, sztuczne poszarzeją, wstążki z napisami rozwieje zimowy wiatr. Co zostanie z zaduszkowego blichtru? Wiosną cmentarne śmietniki zapełnią się po brzegi, a my znów będziemy dumać, czym ubrać grób na kolejne święta, jakie kolory kwiatów w wiązankach będą na topie i czy elektryczne znicze będą się dłużej świeciły niż w zeszłym roku. Życie toczy się dalej…


21 października 2016 r.

Konkursy, konkursy…

Na łamach gazet, na portalach lokalnych i społecznościowych ogłaszane są konkursy mające na celu wybór człowieka, który jest najlepiej postrzegany w tym, co robi, czym się wyróżnia. Organizatorami są pozarządowe organizacje. Bardzo często laureatem zostaje osoba znana wyłącznie z opisu, a wybrana przez internautów.

Przykra sytuacja

Parę tygodni temu jedna z organizacji pozarządowych ogłosiła konkurs na najlepszego wolontariusza. Według mojego mniemania wolontariuszem jest ten, kto poświęca swój czas osobom słabszym, chorym, niezaradnym życiowo. Jakież było moje zdziwienie, gdy na liście kandydatów przeczytałam nazwisko pana, który porusza się przy pomocy wózka inwalidzkiego i ma poważne problemy ze wzrokiem. Jego działalność polega na oswajaniu dzieci i młodzieży szkolnej z problemem niepełnosprawności. Wypada nadmienić, że ten pan, aby mógł dotrzeć do swoich odbiorców musi korzystać z pomocy wolontariuszy. I w tym momencie koło się zamyka. Jednak w tym miejscu rodzi się pytanie: gdzie była komisja rekrutacyjna, która zakwalifikowała kandydata do brania udziału w tym konkursie?

Dyskryminacja?

Nie jestem za dyskryminacją osób niepełnosprawnych. Wręcz przeciwnie! Takie osoby powinny żyć i funkcjonować w społeczeństwie. Jednak powinny wiedzieć, że potrzebują pomocy osób drugich. Wdzięczność za okazaną życzliwą dłoń jest rzeczą ludzką i my osoby niepełnosprawne powinniśmy ją wyrażać właśnie przez popieranie takich ludzi w konkursach dla nich przeznaczonych, a nie zabieranie im czołowych miejsc bazując na litości głosujących internautów. Taka sytuacja jak ta wyżej opisana odbiera chęć pomocy nam niepełnosprawnym. Czy potrafimy docenić wolny czas, bezinteresowność jednostek, które chcą nas wyrwać z czterech ścian domu? Czy dostrzegamy, że zdrowi ludzie mogliby zupełnie inaczej spędzić wolny dzień, a mimo wszystko idą do osób chorych, zabierają na spacer, do kina lub teatru? Niekiedy sama rozmowa z drugim człowiekiem podnosi na duchu i wnosi promień nadziei w pochmurny dzień. Umiejmy więc odwdzięczyć się takim osobom, nie zabierajmy im ochoty do działania. Formą wdzięczności za okazywane dobro wśród zła tego świata są m.in. konkursy. Jest to wyraz naszej radości, że istnieją ludzie, którzy potrafią dzielić się swoim empatycznym sercem i zdrowymi rękami.

My osoby z niepełnosprawnością też mamy swoje plebiscyty, konkursy. Jeszcze tak się nie zdarzyło, aby ktoś ze zdrowych osób w tych szrankach brał udział lub zajmował czołowe miejsca. Laureatami są osoby z dysfunkcjami, które dzielnie pokonują mimo życiowych trudności. Aż boję się pomyśleć, jaki byłby świat bez ludzi, którzy nie oczekują od nas niczego, oprócz dobrego słowa wdzięczności, ale dla niektórych z nas słowo „dziękuję!” jest bardzo trudne do wypowiedzenia.


13 października 2016 r.

Smak gorącej herbaty

Jesień w tym roku daleka jest od tej złotej i polskiej. Szybko nadeszły chłody i ulewne deszcze. Nasz rytm dnia nie zmienia się wraz z porami roku. Chodzimy do pracy, szkół pomimo szarych poranków bez słońca, a nasze powroty do domu są również szarym popołudniem, po którym szybko zapada wieczór. Wracamy do mieszkań zziębnięci i mokrzy od jesiennych słot. Marzymy o rozgrzaniu się ciepłym obiadem i kubkiem gorącej herbaty.

Właściwości herbaty

Niezależnie od rodzaju herbat można je urozmaicić dodatkami, które rozgrzeją ciało i zabezpieczą przed przeziębieniem. Czarna herbata doskonale spełnia tę rolę z dodatkami limonki, miodu oraz imbiru. Oprócz walorów smakowych ten napój odpręża umysł i chroni przed przemarznięciem. Herbaty z dodatkiem suszonych liści mięty i lipy mają doskonały wpływ na nasz układ trawienny i immunologiczny. Dodatki korzenne m.in. cynamon i laska wanilii świetnie nadają się do herbat czarnych. Dzięki nim wyzwalają niepowtarzalny aromat oraz pobudzają układ krążenia do lepszego działania.

Amatorzy herbatek owocowych mają duży wybór w sklepach, o ile sami nie posiadają suszonych owoców w swoich domowych spiżarniach. Latem, na terenach czystych ekologicznie mogliśmy spotkać zrywających owoce dzikiej róży, pigwy czy dzikiego bzu. Decydując się na samodzielne zbieranie owoców i ziół do suszenia trzeba wykazać się ich znajomością. W przeciwnym wypadku łatwo pomylić rośliny, a tym samym narazić na niebezpieczeństwo swoje zdrowie, a nawet życie.

Otulić się mgiełką aromatu

Mając gotowy napój w filiżance można zrobić sobie chwilę relaksu w długi jesienny wieczór. Ciepło wewnętrzne wyzwolone rozgrzewającą herbatką pobudzi zmysły, ukoi stres, a to pozwoli na całkowite wyciszenie i relaks całego organizmu. Wsłuchani w krople deszczu stukające o szybę, będziemy wspominać miłe chwile. Mgła aromatu przeniesie nas w odległe miejsca, które kiedyś były na wyciągnięcie ręki, a teraz tkwią już tylko we wspomnieniach. Niech filiżanka ulubionej herbaty stanie się nie tylko bodźcem do wywołania uśmiechu na twarzy, ale także nawykiem do spędzania długich mglistych wieczorów… mglistych od aromatu gorącej herbaty.


6 października 2016 r.

Argumenty Starszego Pana

Koniec września jest porą roku, gdy częściej myślimy o nadchodzących deszczach i chłodach. Łapiemy każdy promień słońca, jakby na zapas, starając się go zgromadzić jak najwięcej na twarzy… ławki w parkach są oblegane, a ludzie śmiało (i bez obaw!) spoglądają w najjaśniejszą Gwiazdę Kosmosu.

Ławeczka przy boisku

Było wrześniowe ciepłe popołudnie. Siedziałam na ławeczce obok jednego ze szkolnych boisk. Lekki wietrzyk muskał twarz, a ja chwytałam promienie słońca całym swym obliczem. Napawałam się spokojem. Grający w piłkę chłopcy nie zakłócali mojej wewnętrznej ciszy. Tylko płynące z ruchem powietrza babie lato czasami łaskotało mnie w czubek nosa.

Mój błogostan przerwał jakiś szmer i zbliżające się ku mnie kroki. Spod przymkniętych powiek zobaczyłam starszego pana, który spacerując sprzątał teren. W tej czynności pomagał sobie laską, mrucząc coś pod nosem. Zebrane śmieci wsypywał do kosza stojącego obok ławki, na której siedziałam. Wywnioskowałam, że pan ów nie sprząta z ochotą lecz nie może znieść widoku walających się po trawie plastikowych torebek po zakupach z jednego z pobliskich supermarketów. Pracowity pan zatrzymał się obok mnie. Nawiązaliśmy rozmowę. Temat: Kto śmieci na trawnikach??? Oczywiście, że młodzież – po namyśle odrzekł staruszek. Dlaczego pan tak twierdzi? – zapytałam. Z jego ust posypały się argumenty, stwierdzające fakty na korzyść „oskarżyciela.” 1. Szkoła jest w pobliżu; 2. Boisko dostępne jest w przeważającej części młodym ludziom; 3. Dzisiejsza młodzież z reguły jest zła i nic nie szanuje. Oczywiście nie mogłam się zgodzić z tymi stwierdzeniami. Z całym szacunkiem do jego wieku i większych życiowych doświadczeń nie mogłam całkowicie przyznać mu racji. W trakcie rozmowy przedstawiłam swoje argumenty. Po pierwsze nikt nikogo nie złapał za rękę. Wiem też, że szkoła propaguje oraz organizuje akcje „Sprzątanie świata”, uczy segregacji wyrzucanych śmieci. Dlaczego więc wszystko co złe przypisuje się młodzieży?! Takimi słowami, jakie użył ten pan możemy sami zepsuć nastolatków, które stwierdzą, że nie warto schylać się po papierek, bo i tak wszelkie zło tego świata jest im przypisywane. A przecież w grupie osób starszych również nie brakuje ludzi, którym niewiele zależy na estetyce miasta.

Warto pamiętać, że łatwo jest skrzywdzić młodego człowieka bezpodstawnymi domysłami niż go potem przeprosić i wymagać zaufania.


28 września 2016 r.

Kto może żyć, czyli trudny temat o aborcji

23 września br. Sejm przyjął projekt do dalszych prac o całkowitym zakazie aborcji w Polsce. Od tego momentu nie milkną protesty kobiet. Organizowane są marsze, które relacjonują wszystkie media. Oczywiście każdy ma prawo do wypowiadania i wyznawania swoich poglądów. Ważne jest, aby robić to z taktem, nie raniąc odczuć osób, których owe poglądy bezpośrednio dotyczą.

Prawo do życia

Konstytucja mówi, że każdy ma prawo do życia od poczęcia, aż do naturalnej śmierci. Tymczasem niektóre polskie kobiety domagają m.in. aby dokonywać aborcji, jeżeli lekarz stwierdzi deformację płodu. Jest to problem bardzo złożony, który mnie jako osobę niepełnosprawną od urodzenia bardzo bulwersuje i upokarza. Jako kobieta też mam prawo wyrazić swoje zdanie na ten temat, ponieważ on mnie bezpośrednio dotyczy. Słysząc głosy manifestujących, aby unicestwiać chore płody czuję się na marginesie społeczeństwa, które nie ma miejsca dla takich właśnie osób. Nie jest to tylko mój subiektywny głos w tej sprawie. Mam wielu znajomych, również niepełnosprawnych od urodzenia i podobnie jak ja czują się (w opinii manifestantów) niepotrzebni i nie mający prawa do życia. Dlaczego nikt nie bierze pod uwagę naszych odczuć? Żyjemy w Państwie demokratycznym, ale zadajemy sobie pytanie, czy demokracja nie jest tylko papierową ustawą, która jest realizowana tylko dla niektórych obywateli? Głos osób niepełnosprawnych nie jest brany pod uwagę w tej sprawie. Zagłusza się go protestami tych bardziej „znających” problem.

Należy przypomnieć, że 95% polskiego społeczeństwa deklaruje przynależność do Kościoła katolickiego. W 5 % mieszczą się wyznawcy innych religii, które również zakazują zabijania nienarodzonych dzieci. Jeszcze tak niedawno zachwycaliśmy się naukami Jana Pawła II. W swoich Encyklikach np. „Ewangelium Vitae” papież pisał m.in. o konieczności badań prenatalnych płodu pod warunkiem leczenia, a nie unicestwienia rozwijającego się dziecka w łonie matki. Dzisiaj wiele osób o tym zapomniało lub nie chce pamiętać kierując się egoistycznym podejściem do życia.

Płód czy dziecko?

Obecnie mówi się, że ludzka zygota lub płód to jeszcze nie dziecko i nie człowiek. Zatem czy nastolatek nie jest człowiekiem? Każdy etap naszego rozwoju ma określoną nazwę: od oseska po wiek starczy, co nie zmienia faktu, że do końca naszych dni pozostajemy pełnoprawnymi ludźmi. Słuchając wypowiedzi protestujących kobiet nasuwa się pytanie: czy rzeczywiście ciemnogród zapanował w naszej Polsce. Trudno uwierzyć, że wśród tylu krzyczących, wykształconych kobiet żadna z nich nie zna etapów rozwoju dziecka. Żadna z tych pań nie pomyśli, że będąc na wizji może swoją wypowiedzią urazić niepełnosprawne osoby, które dzięki niej stracą motywację do życia lub poczują się bezwartościowymi pasożytami, żyjącymi tylko na koszt Państwa.


23 września 2016 r.

Cieszyć się życiem

Odchodzi lato… zaczną się jesienne szarugi, mgliste poranki, deszczowa symfonia rozpocznie grę na szybach okien. Tak jest co roku. Jednak jesienna pora też ma swoje piękne barwy.

Bogactwo jesieni w parku

Mimo wilgotnych dni warto wybrać się (nawet w towarzystwie parasola) na długi spacer. Szukania barw jesieni możemy rozpocząć np. w parku. Zauważmy zmieniające się kolory liści: złote klony, purpurowe dęby i blond warkocze brzóz. Dojrzałe korale jarzębin są dopełnieniem barw jesiennej natury. Kwiaty na klombach przygotowują się do zimowego snu, by wiosną znów rozpocząć swój kolorowy taniec wzdłuż parkowych alejek.

Jesień w domowym zaciszu

Jesień to nie tylko deszczowa pora roku. Jest także obfitością darów natury. Owoce, warzywa, nasiona, grzyby są dla nas nie tylko pożywieniem, ale również atrakcją podczas ich zbiorów. Przetwarzanie jesiennych płodów jest też przyjemnym zajęciem dla wielu pań… i panów. Długie wieczory uprzyjemni zapach smażonych dżemów i konfitur. Suszone grzyby także zauroczyć mogą nas swoim aromatem. Plony przyniesione do domu są naturalną ozdobą pomieszczeń. Nie potrzebują nawet dużego wkładu pracy, ponieważ są piękne w swojej naturze.

Jesienne relacje

Jesienna pora roku sprzyja także rodzinnym i sąsiedzkim relacjom. Wieczorami, kiedy powieje chłodem, a deszcz w szyby zadzwoni częściej niż latem szukamy bliższych relacji, rozmów, wspólnego spędzania wolnego czasu. Znam osoby, które zapraszają zaprzyjaźnionych sąsiadów z klatki schodowej, a ci odwzajemniają się rewizytą. Takie spędzanie wieczorów jest bardzo miłą formą zacieśnienia stosunków międzyludzkich przeradzających się w przyjaźń, która potrzebna jest w każdej porze roku.

Nie narzekajmy więc na szare dni, bo słońce nosimy w sobie i możemy nim ogrzać niejedną potrzebującą osobę. Cieszmy się życiem niezależnie od pory roku, nie odkładając jesiennych spacerów i sąsiedzkich spotkań.

„Carpe diem” – jak mawiał Horacy w swojej poezji. Chwytajmy dni, bo każdy z nich jest piękny, nawet ten deszczowy…


14 września 2016 r.

Lęk przed nieznanym

Większość z nas ma obawy przed dokonaniem życiowych zmian. Nie jest ważne, czy są to zmiany wynikające z wyboru czy konieczności. Rozważamy wszystkie „za” i „przeciw” zanim przystąpimy do konkretnych działań. Tak było i w moim przypadku.

Winda, krzesełko czy zmiana mieszkania?

Od paru lat mieszkanie na trzecim piętrze zaczęłam porównywać do górskiego szczytu, który muszę pokonać, jeśli chciałam wyjść z domu choćby na krótki spacer. Mój stan zdrowia się pogarszał, a nogi odmawiały posłuszeństwa, aby lekko kroczyć po schodach. Pomoc życzliwych sąsiadów okazywała się zbawienna jednak uzależniała mnie od ich czasu i ich obecności w domu. Starania o sprzęt typu: winda lub krzesełko przychodowe nie przyniosły oczekiwanego przeze mnie rezultatu. Stanęłam przed trudnym wyborem: sprzedać mieszkanie i zejść do parteru czy dobrowolnie uwięzić się w domu wśród rodzinnych pamiątek i wspomnień? Moja otwartość na drugiego człowieka nie pozwoliła mi na alienację. Wspólnie z mamą podjęłyśmy decyzję o sprzedaży mieszkania. Bałam się zmiany otoczenia, środowiska, innych sąsiadów itp. Targały mną różne emocje. Serce kłóciło się z rozumem, a wygrał rozsądek. Zrozumiałam, że aby dalej funkcjonować w społeczeństwie muszę na bok odrzucić sentymenty i pójść w nieznane.

Nowe…

Transakcja sprzedaży i kupna mieszkania nastąpiła bardzo szybko. W przeprowadzce pomogła rodzina i dobrzy ludzie. Otoczenie także tutaj przyjęło mnie bardzo życzliwie. Teraz o wiele bardziej cieszą mnie dni słoneczne ponieważ w pełni mogę korzystać z letnich spacerów, mogę również wyjść na zakupy. Na pytanie: „czy się przyzwyczaiłaś do nowego mieszkania?” Odpowiadam: tak! Zrozumiałam, że dom tworzą ludzie a nie ściany. Teraz czeka nas kolejna inwestycja: podjazd dla osoby niepełnosprawnej. Jednak wierzę, że i ten projekt uda nam się zrealizować.

Zastanawiające jest jednak to, co będzie za parę lat ze starszymi, schorowanymi osobami, dla których ich własny dom stanie się więzieniem? W naszym mieście większość parterów zajęte jest przez gabinety lekarskie, kancelarie adwokackie i banki. Mnie się udało znaleźć odpowiednie mieszkanie, oby innym też się powiodło.


9 września 2016 r.

Świdnickie letnie potańcówki

W czasie tegorocznych wakacji nikt w naszym mieście nie mógł narzekać na nudę. W każde czwartkowe popołudnie świdnicka muszla koncertowa rozbrzmiewała muzyką i gwarem tańczących tam osób. O taką formę wypoczynku zadbali m.in..: Miejskie Centrum Usług Socjalnych im. Jana Pawła II, Miejski Ośrodek Kultury, Spółdzielczy Dom Kultury oraz Świdnicka Rada Seniorów. Imprezy odbywały się pod patronatem Burmistrza Miasta Świdnika p. Waldemara Jaksona.

Zbawienny wpływ tańca na zdrowe życie

O tym, że taniec może być także skuteczną terapią dla naszego organizmu wiadomo jest od dawna. Pobudzając krążenie reguluje skoki ciśnienia i usuwa nadmiar złego cholesterolu. Ponadto wyzwala liczne hormony m.in. endorfiny czyli tzw. „hormony szczęścia”. Taka forma wakacyjnego wypoczynku trwa już od ubiegłego roku. Tak było i tego lata. Od czerwca do 8 września Świdniczanie mogli aktywnie spędzić swój wolny czas przy muzyce i w dobrym towarzystwie. Przekrój wiekowy był bardzo zróżnicowany. Aby się o tym przekonać wystarczyło pójść w czwartkowe popołudnie do muszli koncertowej w naszym mieście. Tańczący tam ludzie nie zważali na swój wiek. Niejeden nastolatek mógłby pozazdrościć im wigoru i własnych układów choreograficznych. Do tańca przygrywał zespół Monte oraz wokalista Jan Lawgmin. Podczas zabaw szybko nawiązywały się przyjaźnie i bliższe znajomości. Ukoronowaniem letnich potańcówek był Bal Przebierańców.

Zaskakująca inwencja twórcza

8 września przez ulice naszego miasta szły tajemnicze postacie: damy, marynarze, baletnice, cyganeczki, a nawet zauważono Karin Stanek. Wszyscy szli w jednym kierunku, czyli do muszli koncertowej, gdzie już z oddali słychać było gorące rytmy zespołu Monte. W przerwie balu wszyscy uczestnicy otrzymali słodki poczęstunek. Potem z nową energią tancerze ruszyli w tan. Mam nadzieję, że godzina 20.00 nie była końcem zawartych znajomości. Jesienne i zimowe wieczory skłonią do dalszych spotkań i wspomnień w prywatnym zaciszu domowym lub podczas zajęć organizowanych przez liczne placówki kulturalne w naszym mieście.

Bal Przebierańców pokazał niejednej osobie, jak bardzo ważny jest w życiu kontakt z drugim człowiekiem. Taniec, ruch i pozytywne myślenie pobudza psychikę człowieka do działań na rzecz innych, bardziej potrzebujących. Biletem wstępu na letnie potańcówki była zbiórka żywności dla zwierząt ze Schroniska w Krzesimowie. W ten sposób łączono przyjemne z pożytecznym.

Organizatorzy zapowiadają, że w przyszłym sezonie letnim znów będzie można aktywnie wypoczywać przy muzyce i zabawie o wiele dłużej niż dotychczas.


18 lipca 2016 r.

Pożegnania

W naszym życiu jest wiele sytuacji, w których musimy dokonywać wyborów: zmiany miejsca zamieszkania. Z reguły są to na lepsze, ale nie zawsze tak bywa. W mojej dotychczasowej egzystencji było ich dwa. Pierwszy dokonaliśmy wspólnie z rodzicami, a do drugiego zmusiła mnie choroba.

Pierwsze pożegnanie

W grudniu 1973 r. dowiedzieliśmy się o przydzieleniu nam nowego mieszkania w Świdniku. Rodzice czekali na nie 5 lat. Była więc ostatnia wigilia w takim gronie, jak poprzednio opisywałam. Nawet z choinką trzeba było pożegnać się wcześniej… Na początku stycznia mama kazała nam pakować zabawki do dużego worka. Zaleciła też by je posegregować. Stare lalki i misie poszły do pieca. Decyzja nie była ani łatwa, ani przyjemna – jednak konieczna. Mama nie widziała sensu w tym, by na nowe mieszkanie przewozić stare zabawki. Pożegnałam więc misia z białej gąbki z naderwanym uchem i lalkę bez rączki. Żal mi było również rozstawać się z pajacykiem Edziem, przypominającym Pinokia, który był ze mną przez całe moje piaseckie dzieciństwo, ale był tak sterany swym życiem, że nawet nie wiem w jakich okolicznościach stracił wszystkie swoje kończyny. Na swoim miejscu pozostał tylko jego bardzo długi nos, ale nawet on nie był jego atutem przed rzuceniem go w czeluść pieca. Wtedy właśnie ten piec utożsamiałam z bajkowym smokiem pochłaniającym niewinne stworzenia – w tym przypadku moje ulubione zabawki.

Potem przyszła kolej pożegnać koleżanki. Zapewniałyśmy, że będziemy się odwiedzać, pisać listy. Jedyną moją osłodą goryczy rozstania była perspektywa własnego pokoju oraz łazienki z prawdziwą wanną i prysznicem. Pamiętam dobrze ostatnie przemierzenie drogi z „Czerwoniaka” na przystanek autobusowy. Niebo zaciągała fioletowa suknia nadchodzącej zimowej nocy. Żal mi było opuszczać rodzinne Piaski.

Drugie pożegnanie

Wymarzone mieszkanie w bloku na trzecim piętrze było wygodne, jednak do czasu. Moja choroba i postępująca choroba mamy zamknęły mnie w czterech ścianach przytulnego, aczkolwiek malutkiego pokoju. Zostałam uwięziona bez możliwości wyjścia na świeże powietrze. Wszelkie prośby o ułatwienie mi życia w tej kwestii zostały odrzucane. Pozostało więc sprzedać rodzinny dom i przenieść się na parter. Jestem już w trakcie przeprowadzki. Za parę dni opuszczę mieszkanie, z którym wiąże się wiele radosnych wspomnień. Dziękuję sąsiadom, za ich nieocenioną fizyczną pomoc i psychiczne wsparcie. Mam nowe mieszkanie, już swoje… własne. Jak tam będę się czuła – nie wiem. Ważne jest to, że częściej niż dotychczas wyjdę na powietrze, zrobię zakupy i będę mogła uczestniczyć w życiu kulturalnym naszego miasta. Smutne, że musi się coś tracić, aby zyskać i tak nie do końca wykorzystaną wolność.


12 lipca 2016 r.

Dramat starszej pani

Mówi się, że pieniądz jest tylko środkiem płatniczym, że jest to rzecz nabyta. Jednak na ten środek płatniczy trzeba ciężko pracować lub czekać cały miesiąc, gdy się jest na zasłużonej emeryturze. Niezależnie od kwoty musi wystarczyć (jakimś cudem) na opłacenie rachunków, ubranie i skromne życie. Co robić, gdy całomiesięczną należność miało się w ręce tylko przez moment? Jak funkcjonować, kiedy zostało się okradzionym do ostatniej złotówki w biały dzień?

„Jak tak można…?”

To pytanie nie schodzi z ust starszej pani. Ale zacznę od początku. Lipcowe popołudnie. Oczątek miesiąca to dni, kiedy banki wypłacają renty i emerytury schorowanym i starszym osobom. W wyznaczonym dniu pani J. pojawiła się przy kasie i chwilę potem pobrała miesięczną emeryturę. W tym dniu miała sporo załatwień więc pełna nadziei, że opłaci ciążące na niej powinności ruszyła na ulice naszego miasta do kilku instytucji w których miała dokonać spłaty rachunków. Po drodze wstąpiła do sklepu spożywczego, aby kupić pieczywo na kolację. Bułeczki za które jeszcze zapłaciła były ostatnim zakupem starszej pani. Musiała nieoczekiwanie zmienić plany, ponieważ.. została okradziona. Jej rozpacz mieszała się z zadawaniem pytań: dlaczego? Gdzie to mogło nastąpić i kto się ośmielił włożyć rękę po cudzą własność? Wraz z pieniędzmi zginęło jeszcze parę nieopłaconych rachunków, na których widniał adres okradzionej osoby. Pani J. miała jeszcze nadzieję, że „uczciwy znalazca” przyniesie chociaż (te już wspomniane ) do opłacenia rachunki, a może i zgubione pieniądze. Niestety, cud się nie zdarzył. Jest niemal pewne, że pani J. padła ofiarą złodzieja. Na pewno, aby przeżyć ten tragiczny okres będzie zmuszona zaciągnąć kredyt, który odczuwała będzie przez wiele długich miesięcy. A złodziej? No cóż, tę kwotę wyda w ciągu paru dni.

Dlaczego kradną?

Jedni liczą na lekki zarobek, grzebiąc po ludzkich torbach i kieszeniach. Część z nich to ludzie z marginesu społecznego, mający wszystko i wszystkich w nosie. Alkohol czyniący spustoszenie w ich mózgach wypiera empatię i wszelkie pokłady dobra, jakimi powinien różnić się człowiek od złowrogiej bestii.

Inni to ludzie na pozór mili, sympatyczni, doradzający w sklepach lub na targach podczas wyboru zakupów, a druga ich ręka sięga po portfel sąsiada w długiej kolejce. Kleptomani? To się leczy! Czy jednak mają w sobie tyle odwagi, aby się do tej choroby przyznać przed specjalistą? Wolą zniżyć się do poziomu marginesu społecznego ryzykując przyłapanie na kradzieży i konsekwencji z tym przestępstwem związanych. Obie warstwy społeczne łączy bezduszność i brak wczuwania się w tragiczną sytuację okradanego prze nich człowieka. Monitoring ani inny cud techniki nie spełni swej roli dopóki my ludzie nie zrozumiemy, że czyniąc zło drugiemu człowiekowi nie zasługujemy sami na to miano.


 

7 lipca 2016 r.

Stara komoda

Biegniemy za nowoczesnością. W sklepach swoim wdziękiem kuszą nowe ubrania, nowe sprzęty AGD i meble. Widząc te nowe „cuda” mamy ochotę je mieć, bo w danym momencie wydają się niepowtarzalne i funkcjonalne. Czy tak jest w rzeczywistości?

Mebel na wysoki połysk

Odkąd pamiętam w pokoju rodziców stała komoda. Miał trzy pojemne szuflady i półki zamknięte drzwiami. Mebel solidny, bo zrobiony z prawdziwego drewna, a nie ze sklejki oklejonej drewnopodobnym materiałem. Szuflady zawierały rzeczy tajemne: listy, pamiętniki, widokówki przywiezione z podróży, jako widzialne znaki zwiedzanych miejsc. Czasami zakradałam się do tego „lamusa” i po cichutku przeglądałam ukryte tam skarby, które przypominały mi dawne lata dzieciństwa.

Na komodzie na kolorowej serwecie, stała stylowa lampa przykryta szklanym abażurem. Jej ciepły blask oświetlał mroki nocy i jesiennych wieczorów. Wokół jej światła krążył blask romantyzmu. Lampa była strażniczką starej komody i to one tworzyły nierozerwalny duet tamtych lat.

Stary mebel pełnił jeszcze jedną ważną funkcję. Po narodzinach mojego młodszego brata komoda służyła jako ówczesny przewijak dla małego niemowlaka. Jej wysokość i szerokość była idealna, aby spełniać to zadanie. Dzisiaj z pewnością wiele matek zastanawiałoby się, czy aby ten mebel jest bezpieczny dla przewijanego dziecka i czy spełnia wszelkie standardy oraz atesty. Na szczęście nic bratu się nie stało, wyrósł na rosłego mężczyznę. Tylko ja czasami z rozrzewnieniem patrzę na niego i nie mogę się nadziwić, jak mógł mieścić się na tej starej komodzie.

Styl wintage

Obecnie mamy nowe trendy w modzie i to nie tylko tej ubraniowej. Pozbywamy się regałów i meblościanek pamiętających czasy głębokiego PRL, kiedy to właśnie m.in. one podnosiły status właścicieli i były naocznym znakiem ich zamożności. Niejednokrotne, aby zdobyć ten drewniany szczyt marzeń trzeba było stać pod sklepem przez parę dni i nocy. A gdy już się kupiło taki mebel był on funkcjonalny przez wiele lat. Dzisiaj, niektórzy użytkownicy mebli preferują styl windage. Jest to powrót do starych mebli właśnie tych pamiętających epokę dawnego systemu. Stare nie zawsze znaczy złe i brzydkie. Są na pewno trwalsze niż te ze sklejki oklejane imitacją buku czy olchy. Drewno pachnie i ma „duszę”, która jest wszechobecna w całym mieszkaniu. Kolekcjonerzy staroci zawsze znajdą kąt w swoim mieszkaniu dla stylowej szafy lub kredensu na wysoki połysk.

Nie wiem, co stanie się z naszą starą komodą, pamiętającą tyle rodzinnych wydarzeń. Wiem na pewno, że nie chciałabym, aby koniec jej żywota dopadł ją na podmiejskim śmietniku.


23 czerwca 2016 r.

Zasada kompensacji u osób niepełnosprawnych ruchowo

O zasadzie kompensacji bardzo często mówi się wśród osób niewidomych i słabo widzących. Dziwimy się, gdy widzimy te osoby w sklepie podczas robienia zakupów. Dotykiem poznają odpowiednie produkty, przeliczają banknoty, a nawet rozpoznają kwiaty po ich płatkach. Jednak nie tylko ludzie mający problemy ze wzrokiem mogą w miarę normalnie funkcjonować w życiu codziennym, a także realizować swoje pasje właśnie dzięki kompensacji zmysłów. Osoby bez rąk malują ustami lub stopami piękne obrazy, piszą na klawiaturze komputera, czy robią staranny makijaż.

Co to jest zjawisko kompensacji?

Zjawisko kompensacji jest procesem polegającym na całkowitym przejęciu utraconej funkcji przez inny zdrowy narząd lub zastąpieniu częściowej funkcji przez narząd uszkodzony Jest to naturalny proces, jakim natura obdarzyła każdego człowieka. Ta „zdolność” ujawnia się po różnego rodzaju urazach lub wypadkach. Następuje to podczas właściwie dobranej rehabilitacji i łączy się z procesem adaptacyjnym i regeneracyjnym.

Proces kompensacji zależy od: umiejscowieniu stanu chorobowego, rozmiaru uszkodzenia narządu, szybkości powstawania defektu, ogólny stan zdrowia chorego, wiek i motywacja pacjenta, a także odpowiednio dobrane ćwiczenia kompensacyjne. Ogromną rolę odgrywa tu rehabilitant, który ukierunkowuje osobę niepełnosprawną i wskazuje, ja kie części ciała wykazują tendencje do zastosowania kompensacji.

Niekiedy już chore niemowlęta wykazują predyspozycje do posługiwania się innymi częściami ciała niż te, które są do tych czynności przeznaczone. Z biegiem czasu przy odpowiednim doborze ćwiczeń kompensacja zostanie utrwalona i stanie się ułatwieniem w funkcjonowaniu społecznym i sposobem na w miarę normalne życie osoby niepełnosprawnej.

A więc kompensacja zmysłów jest wpisana w naturę człowieka, jednak tę „zdolność” trzeba sobie wypracować uporem i pracą.

Cud natury, niezwykły talent, czy ciężka praca?

Na co dzień przyzwyczailiśmy się do widoku ludzi, którzy piszą, malują i posługują się rękami. Jednak kiedy widzimy kogoś, kto te czynności wykonuje innymi częściami ciała uważamy to za ewenement. Zastanawiamy się, czy jest to fenomen, czy wrodzony talent? Do niedawna tacy ludzie byli wyśmiewani i postrzegani jako ktoś gorszy – bo inny.

Widząc człowieka po wypadku np. z dysfunkcją rąk jesteśmy zdumieni jego malarską twórczością. Swoje dzieła maluje trzymając w ustach pędzelek do farb i tym sposobem realizuje i rozwija swoje życiowe pasje, które – być może – będąc zdrowym człowiekiem nie zostałyby odkryte.

Inna osoba również z niedowładem rąk, może posługiwać się stopami lub nosem, wystukując litery na klawiaturze komputera. Wymieniona czynność przychodzi jej z łatwością, jednak nie każdy wie, ile czasu ta osoba spędziła na ćwiczeniach, aby dojść do takiej perfekcji. W niewielu przypadkach tę „zdolność” chore dzieci posiadają do chwili narodzin. Aby ją rozwijać potrzebne jest tu wsparcie i mądrość rodziców. Akceptacja dziecka, które w życiu codziennym posługuje się inaczej niż jego zdrowe rodzeństwo lub rówieśnicy jest mobilizacją do dalszych ćwiczeń, a potem do wykorzystania tej czynności w życiu zawodowym. Osoby piszące stopą lub ustami bardzo często kończą edukację na poziomie wyższym i mogą realizować się na gruncie zawodowym. Zakładają swoje rodziny i pełnią odpowiedzialne role społeczne. Swoją postawą pokazują, że dzięki zrozumieniu i wsparciu innych osób mogą żyć w miarę możliwości samodzielnie i szczęśliwie.

Dzisiaj przy większym rozwoju nauki i medycyny już nikogo nie śmieszy, że ktoś pracuje w niekonwencjonalny sposób. Wiemy już, że forma wykonywania pracy nie jest tak istotna, ale jej jakość.


23 czerwca 2016 r.

Dziecko na kajakach

Kontynuując cykl wakacyjnych propozycji na wakacyjne wycieczki dzisiaj zastanówmy się nad zabraniem dziecka na zapoznanie z kajakiem. Dzieci bardzo dobrze oswajają się z wodą pod warunkiem, że rodzice zapewnią im maksimum bezpieczeństwa.

Przygotowanie do spływu kajakowego

Najlepszym momentem zabrania dziecka na spływ kajakowy jest wiek, w którym nauczyło się samodzielnie chodzić. Wyprawę na kajaki powinno planować się na rzece o spokojnym nurcie, bez wielu przeszkód np. zwalone drzewa. Należy omijać duże jeziora, gdzie może wstąpić wysoka fala. Należy wykluczyć także obszary bagienne oraz te z wysokimi brzegami, ponieważ trzeba wziąć pod uwagę możliwość bezpiecznego wyjścia na brzeg, gdy zajdzie taka potrzeba. Trasa spływu nie powinna być długa, wystarczy na początek 2-3 godzinny odcinek.

Bardzo ważna jest ochrona dziecka przed słońcem i deszczem. Należy zaopatrzyć się w krem z filtrem UV oraz pelerynę, parasol i kalosze. Głowę dziecka trzeba zabezpieczyć czapeczką z szerokim rondem, a całe ciało przewiewną koszulką z długimi rękawami. Na wodzie często dopisuje apetyt, a więc należy pamiętać o zabraniu ze sobą przekąsek i napojów. Wiosłowanie nie należy do łatwych czynności. Przed wypłynięciem rodzice powinni ustalić, które z nich prowadzi kajak, a które czuwa w tym czasie nad bezpieczeństwem dziecka. Pamiętajmy, że jeśli w kajaku jest dwoje dzieci, każde powinno mieć swojego opiekuna.

Lekcja przyrody na łonie natury

Będąc nieodłączną częścią przyrody, od najmłodszych lat wchodzimy z nią w relację. Jest to dar przekazywany nam przez pokolenia. Na nas także spoczywa ten obowiązek, aby nowe pokolenie nauczyć szacunku do natury. Doskonałą okazją do zapoznawania dziecka ze światem lądowym i wodnym jednocześnie jest kontakt z wodą. Płynąc kajakiem po rzece, możemy pokazywać dziecku różne ciekawe gatunki roślin rosnących przy brzegach koryta rzecznego, kolorowych grążeli i nenufarów. Warto zwrócić uwagę malucha na tęczowo skrzydlate ważki i motyle unoszące się nad wodą. Mijane drzewa również są okazją do poświęcenia im paru słów o gatunkach i warunkach, w jakich się rozwijają.

Podwodny świat wyda się dziecku również ciekawy, jeśli opowiemy mu o żyjątkach wodnych, rybach i roślinach. A więc spływ kajakowy będzie nie tylko atrakcją dla całej rodziny ale także lekcją przyrody na łonie natury. Nie zapomnijmy przypominać dzieciom, aby bać o środowisko, ponieważ my sami jesteśmy jego częścią. Oczywiście trzeba się do tej lekcji przygotować, czytając książki lub przeglądając strony internetowe o wspomnianej tematyce. Odświeżona wiedza z lekcji biologii i botaniki będzie również przydatna dla nas samych podczas wakacyjnych wypraw.


 

16 czerwca 2016 r.

Młody cyklista

Od najmłodszych lat rower jest nieodłącznym atrybutem wielu naszych pociech. Po 3 roku życia dzieci uczą się jeździć na rowerkach zaopatrzonych w cztery koła. Dzieci starsze 5-6 lat odchodzą od kół pomocniczych, radząc sobie na większych jednośladach. Zachęcając dzieci do wycieczek po znanej im okolicy można pokusić się o wyznaczenie i przejechanie dłuższej mniej znanej trasy. Wspaniałą okazją do zaszczepienia w dziecku pasji podróżnika są oczywiście weekendy i wakacje.

Wspólne opracowanie trasy

Do wycieczek rowerowych można zachęcać dzieci będące już w wieku 5-6 lat, proponując im do pokonania krótkie, łagodne dystanse (5-15 km), pamiętając by co 2,5 km robić postoje. Gdy dziecko skończy 10-12 lat można je zabierać na dłuższe wprawy rowerowe. Tempo jazdy powinno być dostosowane do najmłodszego uczestnika.

Na początku planowanej wycieczki należy uwzględnić dystans, czyli drogę w jedną i drugą stronę oraz fizyczne możliwości dziecka. Młodsze dzieci nie powinny forsować się na trasach długich i górzystych. Łagodność terenu ma duże znaczenie w przebiegu dalszej wycieczki. Nie należy wybierać tras ruchliwych, najlepiej jeśli to będą szosy lokalne. Kolejnym aspektem, jaki powinniśmy wziąć pod uwagę są zainteresowania młodego rowerzysty. Dzieci chętniej pokonują długie odległości, gdy na trasach mogą podziwiać pomniki przyrody, ciekawe budowle i zabytki zapisane na kartach historii. Cel podróży także powinien być dla dzieci atrakcyjny i być radosnym ukoronowaniem wyprawy. Ważne znaczenie na udaną wycieczkę ma odpowiednia pogoda. Sprawdzenie nawet kilkudniowej pogody z wyprzedzeniem nie powinno stanowić problemu mając pod ręką Internet i słuchając prognoz z radia lub telewizji. Stan pogody na dany dzień należy sprawdzać w kilku źródłach biorąc pod uwagę jej sprawdzalność. W upalne dni czas podróży może się wydłużać ze względu na szybsze wyczerpanie organizmu. Przed wyruszeniem w trasę dobrze byłoby sprawdzić swoje możliwości wybierając krótszą trasę np. podczas deszczu, wiatru czy upału. W plecaku rowerzysty niezbędna jest mapa okolicy, którą chcemy zwiedzać. Na niej zaznaczone są równiny, wzniesienia, rzeki oraz odległość do pokonania. Ubranie tak dla dziecka, jak i dla dorosłego powinno być lekkie, przewiewne. Pamiętajmy również o kasku i ochraniaczach na kolana i łokcie. Pamiętać należy też o rękawiczkach, które chronią ręce przed niespodziewanymi urazami. Możemy wziąć ze sobą plastikowe okulary chroniące oczy przed wpadającymi do oczu owadami, kurzem lub przydrożnymi gałęziami. Uzupełnianie płynów w organizmie jest ważnym elementem w podróży. Unikajmy napojów gazowanych, wzdymających. Woda mineralna jest doskonała dla osób aktywnie spędzających czas, gdyż uzupełnia utracone podczas wysiłku pierwiastki chemiczne niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Przed wyprawą powinniśmy także wspólnie omówić miejsca postoju, organizacji posiłków, ewentualnie noclegu, jeśli nasza wycieczka ma potrwać dłużej niż jeden dzień.

Dlaczego warto jeździć rowerem?

Oprócz korzyści zdrowotnych, mających wpływ na układ krążenia i pracę mięśni, jeżdżąc systematycznie rowerem wyrabiamy pamięć topograficzną, orientację w terenie, kształtujemy wyobraźnię dziecka. Po wielu latach nieprzewidziane przygody będą doskonałą okazją do wspomnień i komentarzy do zdjęć z okresu dzieciństwa i zacieśnieniem relacji z rodziną i przyjaciółmi biorących udział w wyprawie.


9 czerwca 2016 r.

Dziecko na wycieczce w górach

Wakacje tuż, tuż… za parę tygodni rozpocznie się sezon urlopów i rodzinnych wyjazdów weekendowych. Każdy z nas ma swoje ulubione miejsca, trasy, w których aktywnie wypoczywa. Na progu letniego sezonu pozwolę sobie rozpocząć cykl artykułów, w których opiszę, jak przygotować wypoczynek z dzieckiem i dlaczego warto zaszczepić w nim chęć do aktywnego spędzania wakacji.

Dziecko na górskim szlaku

Wycieczki z dziećmi po górach można rozpocząć jak najwcześniej, ponieważ na takie wypady nie ma limitów wiekowych. Mały turysta może więc rozpocząć wędrówkę już we wczesnym dzieciństwie, oczywiście w towarzystwie rodziców. Maluchy mogą zwiedzać górskie szlaki z perspektywy przewiewnej chusty umocowanej do ramion jednego z opiekunów, wózka z dobrą amortyzacją i dużymi kołami, nosidełka z daszkiem, bądź roweru z fotelikiem. Mniej forsujące są wypady z dziećmi, które mogą już samodzielnie chodzić. Prawdziwym pasjonatom gór wiek dziecka nie stoi na przeszkodzie, aby pokonywać turystyczne szlaki, pod warunkiem, że zapewni się dziecku odpowiednie warunki noclegowe z dostępem do ciepłej wody np. w hotelu.

Trzeba jednak pamiętać, że maluchy nie powinny przebywać na wysokości powyżej 2500 m n.p.m. W Polsce tak wysokie pasma górskie nie występują, jednak podczas wyjazdu np. w Alpy z dziećmi, powinniśmy zrezygnować z wjazdu kolejką na takie wysokości.

O czym należy pamiętać?

Na wycieczki z udziałem małych dzieci należy wybierać niższe górskie tereny np. Bieszczady, Beskid Niski, Beskid Śląski, Żywiecki oraz Sudety. Czyste górskie powietrze zwiększa odporność dziecka na choroby dróg oddechowych. Wędrując z pociechami należy unikać gwarnych tłocznych miejscowości, które małym turystom mogą wydawać monotonne. Można urozmaicać te wędrówki, pokazując dzieciom piękno przyrody: wodospady, punkty widokowe, jeziorka, ciekawe widoki, zabawy w szukanie budowli. Jazda wyciągami, kolejkami linowymi oraz pluskanie się w górskich potokach będzie dla nich niezapomnianą atrakcją i miłym przeżyciem.

Idąc szlakami turystycznymi można zapoznawać dzieci z roślinnością na występującą na zwiedzanym terenie, robiąc zdjęcia, które podczas roku szkolnego mogą posłużyć jako wzrokowe materiały dydaktyczne. Warto także zapoznawać dzieci z wiedzą o zwierzętach występujących na zwiedzanym terenie. Pamiętajmy, że tego rodzaju wędrówki są lepszym przykładem wiedzy o środowisku niż teoria podręcznikowa. Tak więc rodzinny wypad w góry może pogłębić nie tylko nasze relacje, zainteresowanie sportem, ale także wiedzę o świecie.


31 maja 2016 r.

Nie przebiegnij życia

Zaproszenia na badania profilaktyczne chorób cywilizacyjnych często znajdujemy w skrzynkach pocztowych lub w rejonowych przychodniach. Tylko niektórzy z nich korzystają. Większość społeczeństwa nie korzysta z możliwości bezpłatnych badań, twierdząc że dobry stan zdrowie nie jest powodem do zaprzątania sobie głowy staniem w kolejce przed gabinetem lekarskim. Może jednak warto zwolnić bieg, by upewnić się, czy dalsza droga nie będzie „wyboista”, gdy choroba zaskoczy nas, jak niespodziewana dziura w asfalcie?

Osteoporoza

Osteoporoza jest chorobą układu kostnego polegającą na stopniowym odwapnianiu kości szkieletowych. Po 45 r.ż. zaleca się regularne badania gęstości kości udowej i kręgosłupa. Zaleca się także zrezygnowanie z nadużywania alkoholu oraz picia kawy. Zamiast szkodliwych dla zdrowia napojów powinniśmy spożywać duże ilości wapnia znajdującego się w produktach mlecznych – dzienne zapotrzebowanie na wapń u osób starszych powinno wynosić ok. 1500 mg.

Układ krążenia

Choroby układu krążenia są w Polsce przyczyną zawałów. Aby temu zapobiegać należy regularnie kontrolować ciśnienie krwi, unikać stresującego trybu życia, zaprzestania palenia tytoniu i picia alkoholu, a także odpowiednio się odżywiać unikając tłuszczów zwierzęcych, które niekorzystnie wpływają na przepływ krwi, zatykając tętnice. Prowadzi to do zawałów i niedokrwiennych udarów mózgu. Ważnym badaniem oprócz pomiaru ciśnienia krwi jest wykonanie EKG serca, które powinien zlecić lekarz rodzinny.

Cukrzyca

Podstawowym profilaktycznym badaniem zapobiegania cukrzycy jest sprawdzenie stężenia cukru we krwi. Po 45 r.ż. powinno się je wykonywać raz na 3 lata. Kolejną ochroną przed tą chorobą jest stosowanie odpowiedniej diety bogatej w błonnik, aby zapobiec nadwadze i otyłości, które są głównymi przyczynami zachorowań na cukrzycę. Następną formą obrony przed tą chorobą jest uprawianie sportu, który sprzyja prawidłowej przemianie materii oraz zapobiega gromadzeniu tkanki tłuszczowej. Ma to znaczący wpływ na poprawną reakcję insuliny na nasz organizm. Nieleczona cukrzyca prowadzi do chorób trzustki wątroby i układu pokarmowego. Dlatego należy wykonywać badania kontrolne krzywej cukrowej i być w stałym kontakcie z lekarzem, gdy badanie przekracza ustaloną normę.

Nowotwory

Wiele chorób nowotworowych jest możliwych do wyleczenia pod warunkiem wczesnego ich wykrycia. U kobiet częstym przypadkiem jest nowotwór piersi (sutka) oraz dróg rodnych. Panie powinny same badać piersi i natychmiast zgłaszać się do lekarza, gdy zauważą niepokojące zgrubienie lub wyciek z piersi. Miarodajnym badaniem piersi jest ich USG oraz mammografia np. po 50 r. ż.. Kolejnym badaniem wykluczającym lub potwierdzającym zmiany nowotworowe jest pobranie wymazu z pochwy kobiety czyli cytologia. Badanie to diagnozuje raka szyjki macicy i powinno się je wykonywać od chwili rozpoczęcia życia płciowego, jednak nie później niż po 21 r. ż. kobiety. Aby wykluczyć chorobę nowotworową jelita grubego należy pobrać do analizy próbki kału na obecność krwi, a także zrobić badanie endoskopowe zwane kolonoskopią. Panowie powinni badać gruczoł prostaty, który podczas nieprawidłowej mutacji komórek może stanowić zagrożenie stanami nowotworowymi. To badanie palpacyjne mężczyźni powinni wykonywać po 40-50 r.ż. jeśli są w rodzinie przypadki zachorowań na tę chorobę. W omawianych schorzeniach nie bez znaczenia jest odpowiednia dieta, unikanie sytuacji stresujących oraz uprawianie sportu, który pozwala na dotlenienie całego organizmu. A więc zdrowe odżywianie i sport jest kluczem do długiego spokojnego życia.

Wymienione choroby można wyleczyć, jeśli przeprowadzona jest wczesna diagnostyka. Nie bójmy się badań. „Lepiej zapobiegać niż leczyć” – ta zasada nie straciła na aktualności i uratowała wiele istnień ludzkich pod warunkiem, że się ją stosuje.

Zwolnij, miej czas na badania!


26 maja 2016 r.

Mama

26 maja – ta data jest nam znana od wczesnego dzieciństwa. W Dniu Matki chcemy uczcić swoje mamy miłym słowem, gestem, upominkiem. Ja swojej mamie chcę poświęcić niniejszy tekst, ponieważ uważam, że słowo pisane jest trwalsze niż jakikolwiek kwiat.  

Nieufna

Od młodości zmagała się ze swoją i moją chorobą. Sama… tata pracował w delegacji, ktoś musiał zarabiać na utrzymanie i leczenie rodziny. Lekarze widząc Jej i mój stan zdrowia chcieli, aby oddała mnie do Ośrodka dla Dzieci Głęboko Upośledzonych Umysłowo. Mama nie chciała pójść za radą lekarzy, gdyż nie wierzyła w ich niemiarodajne testy, które spychały mnie na margines dzieci zdrowych. Miałam być roślinką, która jest bezwartościowa. Mama widziała mnie inaczej, patrzyła inaczej, może kochała też inaczej, bo bardziej niż inne matki?

Silna

Niczego mi nie broniła, co było rzekomo dla mnie (wg. innych) nie do zdobycia, wręcz pomagała. W latach szkolnych, codziennie była i jest moją siłą i skrzydłami. Dzięki Niej wiem, że mogę dokonać tego, czego inni (nawet zdrowi) zrobić nie potrafią. Nie potrafią, bo nie mają wsparcia matki, nie mają wiary w to, że ich niepełnosprawne dziecko może coś dobrego zrobić dla siebie i innych.

Do chwili obecnej moja Mama bierze na siebie swoje i moje obowiązki. Jej ręce muszą dzielić się ze mną tym, co ma do wykonania. Czuwa w dzień i w nocy, biegnie do mnie nawet wtedy, gdy Jej nie wołam – mój głos jest w Jej pod świadomości. Jest gotowa na wszelkiego rodzaju zmiany, aby mnie było lepiej żyć i w miarę normalnie funkcjonować. Nie bawi się we wspomnienia, sentymenty, bierze życie pełnymi garściami, bo jest pewna, że nie jest tu przypadkowo. Ma wiele misji do wykonania i jak dotąd wszystkie wypełnia solidnie i z uśmiechem na ustach. A nawet gdy z Jej oczu popłyną łzy szybko je ociera i idzie do swoich obowiązków.

Kochana

Kocha i jest kochana. Ma wielu przyjaciół, takich od serca. Nigdy nikogo nie odrzuca, daje szansę, kolejną szansę i tym zaufaniem zyskuje miłość. Ma serce dla innych, którzy tracą wiarę we własne możliwości. Swoją wiarą pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych do wykonania. Taka jest moja Mama!


17 maja 2016 r.

Samotność kosmiczna

Kolejnym typem samotności jest samotność kosmiczna zwana też samotnością egzystencjalną Jest to rodzaj osamotnienia wewnętrznego, trudnego do wytłumaczenia. Na ten rodzaj samotności zapadają osoby przewlekle chore, niepełnosprawne oraz te, które nie mają oparcia w rodzinach, jednak nie tylko te wymienione.

Samotność wśród osób chorych i niepełnosprawnych

W przypadku osób chorych i niepełnosprawnych (zwłaszcza w pierwszych miesiącach choroby lub po wypadku) odczuwają wewnętrzną pustkę. Wszelkie dotychczasowe działania, osiągnięcia tracą sens, wobec bezradności ciała i dalszej egzystencji. Słowa pocieszenia (wsparcia) nie docierają i są odbierane jako ironia. Osoby pokrzywdzone uważają, że są same, bez możliwości wyjścia poprawy sytuacji, w jakiej się znalazły. Wyciągnięta dłoń przyjaciela jest przez nie odtrącana. Są same, ponieważ widzą tylko swoje nieszczęście i to, że nikt inny go nie przeżywa tak, jak one. Jest w tym trochę racji, gdyż każdy człowiek inaczej przeżywa cierpienie, negatywne i pozytywne emocje, inaczej czyli indywidualnie – na swój sposób.

Pomoc bliskiej cierpiącej osobie jest trudna, ale nie należy się tym zrażać. Odrzucanie pomocy może wynikać z ukrytej dumy, wstydu, przyznania się do nieradzenia sobie w codziennych życiowych sprawach. Bardzo często ta sytuacja jest przez chorego kamuflowana. Aby pomoc przyniosła zamierzony efekt wystarczy być blisko osoby potrzebującej naszego wsparcia, ale bez nachalności, wsłuchując się w jej słowa poznamy jej potrzeby i pragnienia. Czasami wystarczy zwykła rozmowa, podczas której zrozumiemy czego tak naprawdę potrzebuje nasz rozmówca.

Samotność kobiet w rodzinach patologicznych

Samotność kosmiczna zdarza się też u ludzi fizycznie zdrowych. Są to przypadki, kiedy człowiek cierpi wewnętrznie. W rodzinach dotkniętych chorobą alkoholową zwykle to żona niesie na swoich barkach trud zmagania się z pijaństwem męża oraz wychowania dzieci. Czuje się samotna w swoim nieszczęściu, czuje żal do Boga, losu. Chce być ostoją dla swoich pociech, jednak wewnętrznie czuje się bezsilna i bezradna, patrząc na awantury wszczynane przez męża. Pomoc w tej sytuacji powinna przyjść ze strony dalszej rodziny, przyjaciół, którzy powinni udowodnić kobiecie, że nie jest sama. Skierowanie do odpowiednich instytucji zajmujących się pomocą rodzinom patologicznym też jest formą opieki i odciążeniem w trudnych sytuacjach. Nie każdy z nas ma dar przekonywania do podjęcia radykalnych decyzji wobec gnębionych członków rodziny. Jednak nawet wsparcie słowne odgrywa znaczącą rolę. Kobieta powinna odczuć, że nie jest sama w swojej rozpaczy, że ktoś z bliskich o nią się troszczy i że w razie konieczności może liczyć na pomoc. Obecność drugiej osoby jest bardzo ważna, ponieważ jej wpływ może stać się dla niej bodźcem do działania, które przyczyni się do wyjścia z trudnej sytuacji.


5 maja 2016 r.

Samotność kulturowa

Żyjąc w czasach otwartych granic oraz łatwego przemieszczania się środkami lokomocji, wiele osób wyjeżdża poza granice swojego kraju w poszukiwaniu zatrudnienia. Na początku nowoprzybyły emigrant jest zaaferowany pracą. W wolne dni czas zaczyna się dłużyć. Przychodzi nostalgia, tęsknota za rodzinnym domem i bliskimi. Brak znajomości języka powoduje alienację przybyłej osoby od reszty społeczeństwa, które żyje według ustalonych norm kulturowych.

Adaptacja w obcym kraju

Zróżnicowanie kultur zwłaszcza na początku pobytu na emigracji powoduje osamotnienie, wyobcowanie i niezrozumienie przybyłej do obcego kraju jednostki. Czuje się „gorsza”, ponieważ nie pasuje do danej grupy społecznej. Na siłę chce się do niej dostosować, ale na adaptację potrzeba czasu. Powodem takiego stanu jest fakt, że znajduje się ona w innym niż dotychczas środowisku, stykająca się z również z inną tradycją i przyzwyczajeniami. Praca nawet ta nielimitowana nie trwa 24 godziny na dobę. Jest czas na odpoczynek. Tylko co wtedy robić, czym się zająć? Bariera  językowa stwarza ogromne problemy w korzystaniu z ośrodków kultury, klubów itp. Taka sytuacja grozi pogłębianiem samotności, a w efekcie depresją. Nierzadko za granicę w celach zarobkowych wyjeżdżają osoby dojrzałe i starsze, gdy środki do życia są zbyt małe na nawet standardowe utrzymanie siebie lub swojej rodziny. Wyruszają w świat czasami bez odpowiedniego przygotowania. Podstawą jest znajomość języka, kultury i obyczajów danego kraju, do którego emigrują. Ten akt desperacji, powodowany lękiem o byt rodziny nie pozwala na to, aby poznać zwyczaje obowiązujące w narodzie, do którego wybiera się potencjalny emigrant. Wszystko jest na zasadzie: „Jakoś tam będzie”. A jak jest okazuje się dopiero na miejscu.

Aby szybciej zaklimatyzować się w obcym kraju, trzeba jak najwięcej czasu spędzać wśród ludzi. Najlepiej w obecności osób, które już są znane i godne zaufania.  Rozmowa pozwala poznawać język, który stanie się pomocny w wielu sytuacjach i nie pozwoli, aby popadać w stany depresyjne.

Exodus młodzieży

Młodzi ludzie decydując się na zagraniczny wyjazd przygotowują się do niego dużo wcześniej, ucząc się w szkołach lub na kursach języka kraju, do którego chcą wyemigrować. Interesują się ofertami pracy przez biura lub jadą na zaproszenie przyjaciół, którzy mieszkają tam od wielu miesięcy.. Dobrze jest, gdy młodzi nie jadą tam sami. Mają wtedy oparcie w przyjaciołach, którzy słowem podtrzymają ich na duchu i w razie potrzeby służą wzajemną pomocą w trudnych chwilach. W grupie jest bezpieczniej wyjść nawet na spacer lub do miejsc, które pozwolą odreagować  stres związany z pracą i oderwaniem się od rodzinnego środowiska.

W obydwu przedstawionych grupach wiekowych może wystąpić kryzys i nostalgia za rodzinnym domem, Krajem. Niech więc nie zdziwi fakt, że kiedyś emocje wezmą górę nad chęcią zarobienia pieniędzy i po paru miesiącach emigrant powróci do domu. Nie należy pytać – dlaczego?


 

28 kwietnia 2016 r.

Samotność psychologiczna

Niekiedy nie zdajemy sobie sprawy jak ważny wpływ na dorosłe życie człowieka ma jego dzieciństwo. Wszelkie urazy, przeżycia doznawane w tym okresie rozwoju mogą przerodzić się w traumę, którą trudno wyeliminować nawet z dojrzałej psychiki. Bardzo często te osoby czują się gorsze od reszty społeczeństwa i świadomie się od niego izolują. Jest to tzw. samotność psychologiczna. Dotyka ona m.in. dorosłe dzieci alkoholików (DDA) lub ludzi po nagłej utracie bliskiej osoby, która wyręczała ją w codziennych obowiązkach.

Zamknięcie się na własne „ja”

Wyobcowanie z części swojego „ja” powoduje samotność psychologiczną. Zamknięcie się w sobie rodzi ból bardzo mocno odczuwalny wewnątrz psychiki. Człowiek nie jest pewien swoich decyzji, ponieważ w dzieciństwie był poniżany, a jego zdanie stale negowane. Takie wychowanie nie dało mu możliwości bycia asertywnym. Zastraszane ciągłymi kłótniami rodziców dziecko izoluje się od rodziny i otoczenia zostając samo ze swoją traumą, która (nie leczona) może pozostać przez całe życie. Takie dziecko może sprawiać wrażenie niepełnosprawnego intelektualnie.

Ważny okres rozwoju – dzieciństwo

Oto przykład. Sławek, wychowujący się w patologicznej rodzinie, w dzieciństwie bardzo często słuchał ciągłych awantur i przekleństw pijanych rodziców, przemoc fizyczna była w jego domu codziennie. Rodzeństwo też było bite, jak i on sam. Pieniędzy ciągle brakowało, ponieważ zamiast na chleb wydawano je na alkohol. Na ten problem znaleziono złoty środek. Sławkowi wystarano się o grupę inwalidzką, gdyż był cichy, małomówny, a podczas rozmów jąkał się. Nikt wtedy nie brał pod uwagę, że somatyczne objawy występujące u 8 latka mogą mieć podłoże psychologiczne. Po paru miesiącach matka porzuciła rodzinę. Nie interesowała się losem swoich dzieci. Obowiązki rodzicielskie nad Sławkiem i jego rodzeństwem objęli dziadkowie. Dzieci były już pod troskliwą opieką, a jednak bardzo brakowało im matki. Do tej pory trwa cierpienie, które wzięło swój początek w dzieciństwie.

Skutki patologii w rodzinie, a samotność psychologiczna

Dorosły Sławek jest samotny. Dziadkowie już zmarli, a on nie może podjąć decyzji o założeniu rodziny, ma problem z zatrudnieniem z powodu przyznanej mu w dzieciństwie grupy inwalidzkiej w stopniu umiarkowanym. Spotykając się czasami ze znajomymi skarży się na ból psychiczny, na brak matczynej troski i tęskni za życiem podobnym do jego rówieśników. Chodzi na terapię psychologiczną, jednak systematyczność ćwiczeń nie jest jego dobrą stroną. Życie codzienne czasami go przytłacza, nie kryje wtedy łez, a na jego twarzy maluje się cierpienie. Reasumując: nie stwarzajmy dzieciom powodów do przeżywania życiowej traumy, która może przybrać różne postacie samotności.


21 kwietnia 2016 r.

Samotność interpersonalna

Każdy człowiek już od poczęcia potrzebuje obecności drugiej osoby. Z biegiem czasu tworzą się rodzinne i przyjacielskie więzi, nawiązują się bliskie kontakty, które powodują, że czujemy się potrzebni i kochani. Są to tzw. relacje interpersonalne. Zerwanie tych więzi powoduje zwykle u pozostawionej osoby tęsknotę, samotność i poczucie bezsensu.

Przyczyny rozstań

Różne mogą być przyczyny rozstań. Częstym powodem pozostawienia kogoś bliskiego są zagraniczne wjazdy, opuszczenie domu rodzinnego przez dzieci w celu założenia własnego, rozwody, nagła lub naturalna śmierć członka rodziny. Niezależnie od rodzaju rozłąki opuszczony czuje rozpacz, ból psychiczny, samotność oraz bezsens dalszego życia.

Pomoc samemu sobie

W pokonaniu samotności najważniejsze jest, aby wypełnić otaczającą nas pustkę. Sposobów jest wiele: odkrywanie lub rozwijanie pasji, na które do tej pory nie mieliśmy czasu, pomoc potrzebującym np. wolontariat, uczestnictwo w różnego rodzaju stowarzyszeniach, fundacjach, Uniwersytecie III Wieku. Chodzi o to, aby już od pierwszych dni osamotnienia nie zamykać się w czterech ścianach własnego mieszkania. Warto też mieć przy sobie zaufanego przyjaciela, który nas wysłucha, potrzyma za rękę, przytuli, będzie towarzyszył podczas spacerów. Czasami ważna jest tylko jego obecność, aby razem pomilczeć, gdy słowa są zbyt małe wobec przeżywanej tragedii. Pamiętać należy, że nie wolno izolować się od spraw społecznych. Całkowite zamknięcie się w sobie prowadzi do wielu niebezpiecznych chorób i zaburzeń psychicznych np. do depresji lub dużo poważniejszej w skutkach samotności psychologicznej, której przebiegiem zajmiemy się w następnym artykule.

Pomoc drugiemu człowiekowi

Zdarza się, że w gronie rodziny lub przyjaciół znajdzie się ktoś, kto przeżywa traumę z powodu odejścia kogoś bliskiego. Na pozór ta osoba może nie wysyłać sygnałów z prośbą o pomoc, ponieważ wydaje mu się, że sam poradzi sobie z tragedią, że sam chce ją przeżyć w izolacji od otoczenia. Nic bardziej mylnego. Człowiek w fazie traumy nie może być sam, ponieważ może stanowić zagrożenie dla siebie samego..Najbardziej wskazane byłoby monitowanie jego zachowań oraz pomoc w wielu nawet najbardziej codziennych czynnościach: począwszy od wypicia z nim kubka herbaty, a skończywszy na wyjściu z domu. Długie spacery po świeżym powietrzu dotleniają mózg i wszystkie komórki zaczynają intensywniej pracować, co ma duży wpływ na lepsze samopoczucie psychofizyczne. Nie bądźmy więc obojętni na rozpacz drugiego człowieka, bo on tak naprawdę jej potrzebuje mimo, że o to nie prosi.


14 kwietnia 2016 r.

O samotności…

Samotność… kto się z nią spotkał wie, jak jest trudno z nią żyć. Czasami jesteśmy na nią skazani już od dzieciństwa, a czasami dopada nas w wieku produkcyjnym lub w jesieni życia. Jest wiele rodzajów samotności, ale na początek zobaczmy jej ogólny zarys. Samotność jest stanem niespełnienia. Niezależnie od jej rodzaju trzeba z nią walczyć, aby nie przerodziła się w depresję.

Początek osamotnienia

Czasy obecne nie są przyjazne do łączenia rodzin, pokoleń. Pracujący rodzice dość często zmuszeni są do pozostawienia swoich pociech w świetlicach do późnych godzin popołudniowych. Po powrocie do domu pochłonięci codziennymi czynnościami: gotowaniem posiłków, praniem, sprzątaniem itp. nie zauważają, jak ich dzieci się od nich oddalają. Rekompensatą rodzinnych rozmów jest długie przesiadywaniem przy komputerze, wirtualnymi konwersacjami, zabijają wolny czas grając w sieci lub na tablecie. Teraźniejsza proza życia.

Samotne dzieci w takich rodzinach z reguły wpadają w złe towarzystwo: alkohol, narkotyki, dopalacze są tylko chwilowym zapomnieniem o swoim wewnętrznym bólu. Rodzice dzieci uzależnionych zwykle dowiadują się ostatni, gdy choroba jest już w stopniu zaawansowanym. Taka sytuacja nie dotyczy na szczęście wszystkich rodzin. Pielęgnacja relacji rodzinnych, międzypokoleniowych, uczuć oraz przekazywanie życiowych wartości chroni nasze dzieci przed osamotnieniem i bólem z nim związanym.

Samotność w wieku dojrzałym i jesieni życia

Podobna sytuacja jak ta wyżej opisana dotyka osoby dojrzałe, w sile wieku, jednak rozczarowane pracą, nieudanym małżeństwem lub brakiem harmonii w relacjach z najbliższymi. Bardzo często samotna osoba przechodzi kryzys wieku średniego czy syndrom „pustego gniazda”, kiedy dzieci zakładają własne rodziny, opuszczając dom rodzinny do tej pory tętniący życiem. Niekiedy dochodzi do tego śmierć jednego z małżonków. Zostają wtedy cztery ściany i wewnętrzna pustka. Dopada wtedy strach przed chorobą i wizja braku opieki podczas jej trwania.

W tym okresie może warto odnowić koleżeńskie relacje, by nadmiar wolnego czasu wykorzystać na pójście do kawiarni lub na kulturalną imprezę. Miejskie Ośrodki Pomocy Społecznej oferują swoje usługi dla osób chorych i samotnych. Nikt mnie jest tak naprawdę pozostawiony sam sobie, wystarczy zgłosić się do odpowiedniej placówki także tej które leczą naszą starganą przeżyciami psychikę.

W następnych artykułach przedstawione zostaną typy samotności oraz sposoby na niwelowanie ich skutków.


31 marca 2016 r.

Gorący temat

Środki lokomocji pomagają nam nie tylko w przemieszczaniu się  do odległych miejsc. Pełnią także rolę poznawania ludzkich, myśli wyrażanych podczas  rozmów z przypadkowo poznanymi na przystanku osobami. Dalsza podróż przebiega już szybciej, ponieważ jest wspólny temat, emocje z nim związane, wypowiadanie swoich argumentów i racji. Mogłam się o tym przekonać podróżując autobusem. Usłyszałam tyle, na ile pozwolił mi nie najlepszy już słuch, zakłócany dodatkowo głośną pracą silnika pojazdu, którym jechaliśmy.

Temat numer 1
 Jestem daleka od podsłuchiwania, ponieważ od dziecka uczono mnie, że jest to bardzo brzydka wada, przechodząca w nawyk. Jednak to co się usłyszy przypadkowo nie powinno budzić wyrzutów sumienia, że jest się tzw. „gumowym uchem”. Tak też pomyślałam słysząc rozmowę kilku osób jadących w autobusie, a tym bardziej, że one szeptem nie rozmawiały. Gorącym tematem wspomnianej rozmowy był oczywiście Projekt rządowy 500+. Siedzące za mną panie rozprawiały na co przeznaczą należną (a właściwie ich dzieciom) kwotę. Trzy kobiety dzieliły skórę na niedźwiedziu roztaczając wizję wymarzonych wczasów, markowych ubrań, lepszego bytu etc.
Do rozmowy przyłączył się elegancko wyglądający pan, który nie krył, że ma dobrze prosperującą firmę i trójkę dzieci w wieku szkolnym. Pan biznesmen również był bardzo rad z dodatkowych pieniędzy, które będą przysługiwały dwójce jego pociech. „Będą  miały na zabawki” – oznajmił z uśmiechem poprawiając sobie uciskający go krawacik na śnieżnobiałej koszuli. „A ja nie będę musiała pracować za 1000 złotych, bo mam czwórkę dzieci uprawnionych do pobierania po 500” – powiedziała pani z równie rozbrajającym uśmiechem.
Przyznam, że słysząc te wypowiedzi bardzo się rozczarowałam. Myślałam, że rodzice mają bardziej palące potrzeby niż kupno zabawek czy markowych ciuchów. Dziwne, że żaden z rozmówców nie wspomniał o zakupie lektur i przyborów szkolnych, a przecież m.in. gównie na ten cel obecny rząd  przeznaczył ten projekt.
    
Druga strona medalu
Zapewne wiele rodzin tym dodatkiem załata swój domowy budżet i mądrze rozdysponuje należną im kwotę. Zastanawia jednak fakt, że nawet dobrze sytuowani obywatele również zamierzają składać wnioski o  dodatkowe pieniądze z  budżetu  państwa. Aby ten projekt był bardziej sprawiedliwy, należało by  go  uściślić, ustalając nowe kryterium dochodowe.


25 marca 2016 r.

Pisanki czy kraszanki?

Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie świąt wielkanocnych bez kolorowych pisanek, które od wielu już lat są ozdobą świątecznego stołu. Zanim jajko ubierze się w kolorowe „szaty” twórca musi wykazać się wyobraźnią, pomysłowością i nie lada manualną precyzją. I chociaż Polska nie jest kolebką pisanki, jednak stała się ona naszym wielkanocnym akcentem – symbolem odradzającej się przyrody, a w chrześcijaństwie jest znakiem nadziei wynikającej z wiary w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa.

Historia pisanki

Początek powstawania pisanek pochodzi aż sumeryjskiej Mezopotamii. Zwyczaj malowania jajek sięga czasów cesarstwa rzymskiego, natomiast w Polsce pierwsza pisanka (pochodząca z wykopalisk) odnaleziona została w X wieku naszej ery w okolicach Ostrówka na Opolszczyźnie. Dzięki twórcom ludowym tradycja pisania i malowania jajek przetrwała doi naszych czasów i śmiało można powiedzieć, że pisanka jest nieodłączną ozdobą wielkanocnego koszyczka.

Techniki zdobienia jajek

Do zdobienia pisanek zwykle wykorzystywano jajka kurze, kacze lub gęsie. Jajka powinny być gotowane. Z biegiem lat zmieniały się techniki wyrabiania pisanek. Zależało to od inwencji twórczej autora oraz gatunków materiałów, potrzebnych do ich wyrobu. Wyróżnia się kilka sposobów ich powstawania: pisanki, drapanki, kraszanki, oklejanki, nalepianki oraz ażurki. Pisanki i drapanki, jak sama nazwa wskazuje powstawały z jaj lub wydmuszek, ale już po kolorowaniu, a potem wydrapywano na skorupkach (specjalnym narzędziem) przeróżne wzory. Do zdobienia kraszanek używano naturalnych materiałów roślinnych: barwniki z łupin cebuli lub zboża, kory dębu, płatków kwiatów itp. Oklejanki robiono z wykorzystaniem traw, płatków kwiatowych, liści przylepiając te materiały do malowanych wcześniej jaj. W dzisiejszych czasach popularne są tzw. „ażurki”. Na jajka nakłada się wcześniej zrobione z włóczki ubranko. W tej sztuce specjalizują się zwykle panie – miłośniczki robótek ręcznych np. na szydełku.

W dzisiejszych czasach nadal kultywuje się tę piękną tradycję zdobienia jaj. Często jest ona przekazywana przez nasze babcie. Od Niedzieli Palmowej w wielu Skansenach trwają pokazy robienia palm i pisanek. Z wielu wypowiedzi wynika, że najbardziej cieszy wyrób wykonany według własnej inwencji twórczej.


16 marca 2016 r.

Czerwone szpilki

Kto zrozumie kobietę, jej zachowanie, marzenia? Kto stanie na wysokości zadania, aby spełnić kobiece pragnienia chociaż w minimalnym stopniu, aby poczuła się komfortowo? Kto, jeśli nie ona sama! Takie refleksje nasunęły się mnie samej po przeczytaniu kilkudziesięciu tekstów z okazji naszego święta. Ktoś powie: „wymysł poprzedniego ustroju” lub „kobietę kocha się cały rok nie jeden dzień”. Jest to sprawa kontrowersyjna i jak to bywa w tej kwestii, każdy zabierający głos ma rację. Jednak, aby chociaż trochę kobietę zrozumieć trzeba z nią dużo rozmawiać, okazać empatię czyli wczuć się w jej położenie lub sytuację.

Małgorzata i jej marzenia

Przenieśmy się na moment do Ośrodka Wczasowego dla Osób niepełnosprawnych. Jak na lata 90-te ubiegłego stulecia wyposażony był komfortowo: dwuosobowe pokoje z dużymi łazienkami, wszędzie podjazdy umożliwiające dostęp osobom na wózkach dobry dostęp do budynku, stołówki, świetlicy. Ogólnie było w porządku, jeśli chodzi o bariery architektoniczne.

Na czas turnusu mieszkałam Małgorzatą w jednym pokoju. Jak to zwykle bywa na wczasach wieczorami robiłyśmy imprezki, na które zapraszałyśmy znajomych z sąsiednich pokoi. Podczas naszych rozmów przewijały się różne tematy. Jednego wieczoru podjęty był temat marzeń. Chłopcy byli bardziej otwarci na pytania i bez skrępowania odpowiadali, co by chcieli mieć lub robić gdyby nie ograniczał ich wózek inwalidzki. Dziewczęta były bardziej nieśmiałe i wolały milczeć, a w niejednych oczach pojawiały się łzy. Tylko Małgorzata z odwagą w głosie powiedziała: „Chciałabym mieć czerwone szpilki”. Zebrani spojrzeli na nią ze zdziwieniem. Zapewne w ich głowach pojawiła się jedna myśl: po co jej szpilki, jeśli ona porusza się na wózku inwalidzkim? No cóż, marzenia trzeba spełniać. Za rok Małgorzata na turnusowej potańcówce pojawiła się w czerwonych szpilkach, które ładnie podkreślały jej szczupłe, zgrabne nogi. To nic, że w nich nie zatańczyła. Ona je miała, bo takie sobie wymarzyła, aby podkreślić swoją kobiecość, która jest w umyśle każdej z nas. W oczach niektórych dziewcząt znów pojawiły się łzy – nie pytałam z jakiego powodu…

Spełniamy marzenia?

Dzisiaj nikogo już nie zdziwi ekstrawagancki ubiór kobiety nawet jeśli nie może go w pełni wyeksponować przez swoje fizyczne ograniczenia. Ubranie uwydatnia nie tylko walory kobiety, ale także pokazuje jej charakter. Obecnie coraz częściej kobiety na wózkach inwalidzkich korzystają z usług SPA, Salonów kosmetycznych, Galerii Handlowych. Nie dziwi już jadąca wózkiem kobieta w pełnym makijażu i w szpilkach na nogach, bo w szpilkach się nie chodzi, szpilki się po prostu ma.


4 marca 2016 r.

Mój „wyklęty” dziadek

1 marca obchodzono VI Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Tego dnia uczczono pamięć tych, którzy nie chcieli poddać się systemowi komunistycznemu, polityce ZSSR oraz sowietyzacji podczas II Wojny Światowej i w latach powojennych. Przez długie lata byli postrzegani jako zdrajcy narodu polskiego.

Dziadek Józef

Mieszkał z babcią w małym domku pod lasem. Jako mała dziewczynka lubiłam u nich przebywać podczas zimowych ferii i letnich wakacji. Dziadek był zaradnym, mądrym człowiekiem. Całe swoje życie pracował na roli, a jego pasją było pszczelarstwo. Z biegiem lat ze strzępków zdań dowiadywałam się coraz więcej o nim i przy okazji o historii, której był światkiem.

W czasie II wojny światowej należał do Armii Krajowej. To wystarczyło, aby po latach okupacji zabrać dziadkowi wolność. Przez długie miesiące więziony był w Baszcie na Zamku Lubelskim. Bity, głodzony, poniżany.

Podczas nieobecności dziadka, obowiązki związane z uprawą roli spadły na babcię i starsze ich potomstwo. W ciągu dnia zmagali się z codziennymi pracami w gospodarstwie, a w nocy żyli strachem przed grabieżcami, którzy często napadali na ich dom. Wiadomo, samotna kobieta z gromadką bezbronnych dzieci nie stanowiła przeszkód, aby ograbiać ich z ubrań i żywności. Lęk o przyszłość rodziny był na porządku dziennym.

„Normalne” życie?

Po roku więzienia dziadek wrócił do domu. Z opowiadań wiem, że to już nie był „ten” człowiek, który był przed internowaniem. Wrócił schorowany, bez zębów – stracił je podczas tortur. Niedługo potem zachorował na chorobę wieńcową. Przeszłość wracała we wspomnieniach i snach. W tym czasie jego jedyną radością były wnuki. Z dumą mogę powiedzieć, że w wieku 6 lat dzięki dziadkowi nauczyłam się prawidłowo odczytywać godziny na jego ściennym zegarze. Uczył nas pisać litery i cyfry. Latem chodził do swojej ukochanej pasieki, rozmawiał z pszczołami.

Dziadek nie lubił wspomnień z lat młodości. Jednak nalegania wnucząt były silniejsze niż ból tortur. Opowiadał, co przeżył on i jego towarzysze niedoli. Nie był zbyt wylewny. Być może uważał, że jesteśmy za mali na słuchanie takich drastycznych opowiadań. Nie doczekał rehabilitacji, która nastąpiła dopiero po roku 1990. Może z nieba widział hołdy i kwiaty składane na cześć osób represjonowanych?

Oby Zamek Lubelski (miejsce tortur wielu represjonowanych osób) oświetlony w tym roku w biało – czerwone barwy narodowe przypomniał historię młodym pokoleniom. Oby ta historia była znana wyłącznie z kart książek i podręczników szkolnych.


18 lutego 2016 r.

Niespodzianka w Dniu Chorego

W naszym kalendarzu jest zaznaczonych wiele rocznic historycznych oraz dni godnych uczczenia. Od 1992 roku z inicjatywy papieża Jana Pawła II dzień 11 lutego obchodzony jest jako Międzynarodowy Dzień Chorego. W lokalnych kościołach i Katedrach odprawiane są Msze święte w intencjach chorych z ich czynnym udziałem.

Gorączka, łóżko i medykamenty

Już na początku zeszłego tygodnia poczułam się źle. Było to tuż po karnawałowych ostatkach więc łatwo się domyśleć, że „przedobrzyłam” na balu ubierając zbyt cienką, jak na tę porę roku kreację. Ale cóż, stało się! Bólowi głowy towarzyszył kaszel i wysoka gorączka. Od razu położyłam się do łóżka, a stolik zapełnił się różnego rodzaju lekarstwami. Odwiedzająca mnie pielęgniarka środowiskowa była w stałym kontakcie z lekarzem i przekazywała na bieżąco informacje o moim stanie zdrowia. Brano też pod uwagę odmianę ptasiej lub świńskiej grypy, ale mnie to już było naprawdę obojętne, zważając na wysoką gorączkę. Pewnie przy takiej wysokiej temperaturze zatraca się granica życia lub śmierci – najważniejsze to mieć święty spokój.

Goście?

Przez trzy dni byłam w chorobowym zawieszeniu. Jadłam z musu, aby wziąć lekarstwa, piłam aby się nie odwodnić, a resztę czasu przesypiałam w malignie. Czwartego dnia mojej niedyspozycji ktoś uparcie zadzwonił w domofon. Mama oznajmiła, że jacyś ludzie chcą się ze mną widzieć. Pierwsza myśl, jaka mi błysnęła w mojej rozpalonej gorączką głowie to ta, że pewnie Ratownicy Medyczni przyjechali, aby mnie zabrać na oddział zakaźny. Jednak po przetarciu oczu zobaczyłam stojących w drzwiach wolontariuszy, którzy wręczyli mi List z Okazji Dnia Chorego, piękną azalię, słodycze i owoce. Otrzymane prezenty ufundowane przez Pana Burmistrza Waldemara Jaksona dostało wiele osób chorych i w podeszłym wieku. Władze miasta pamiętają o swoich niepełnosprawnych obywatelach. W tym roku Dzień Chorego uczciłam bardzo osobiście, trochę z lękiem o dalsze zdrowie, trochę z humorem, bo bez dystansu trudno jest funkcjonować. 11 lutego po odejściu miłych gości nastąpił przełom w mojej chorobie. Nie pamiętam już czy podziękowałam za otrzymane upominki, czynię to w tym miejscu z niemniejszą wdzięcznością za pamięć o mojej osobie.


9 lutego 2016 r.

Ustalenie ojcostwa

Komu i dlaczego?

Bywają trudne sytuacje w życiu każdej kobiety. Jedną z nich jest niepewność, który z partnerów jest biologicznym ojcem jej dziecka. Aby pozbyć się tych wątpliwości należy skorzystać z nowoczesnych metod.

Test na ojcostwo – jest sposobem na potwierdzenie lub wykluczenie biologicznego pokrewieństwa dwóch osób. Aby to prawnie ustalić strona zainteresowana (powód/ka) powinna złożyć pozew do sądu rodzinnego i opiekuńczego o ustalenie ojcostwa mężczyzny, który – jej zdaniem – jest ojcem jej dziecka. Dokument składa się w sądzie właściwym dla miejsca zamieszkania powoda czyli: domniemanego ojca. Złożenie takiego pozwu jest bezpłatne. Każda ze stron może powołać swoich świadków na potwierdzenie swoich racji. Obydwie strony mogą również złożyć wnioski o przeprowadzenie badania grupy krwi i testu DNA.

Na podstawie badania krwi nie można jednak potwierdzić, że dany mężczyzna jest ojcem dziecka, można tylko stwierdzić, że mógłby nim być lub całkowicie wykluczyć ojcostwo. Bardziej wiarygodny w tej sprawie jest test DNA.

Przy wykonaniu testu DNA stosuje się dwie metody:

Metoda PCR – Reakcja łańcuchowa polimerazy,

Metoda RFLP – Polimorfizm długości fragmentów restrykcyjnych.

Metoda PCR wykorzystuje zmienność w niekodujących fragmentach genu. Za pomocą technologicznych procesów sprawdza się ile powtórzeń jest w niekodujących fragmentach DNA dziecka i ojca. Wynik badania (liczby) oznacza ilość powtórzeń danego motywu. Do przeprowadzenia testu potrzebne jest DNA które wyizolowuje się z komórek zawierających jądra np. komórki krwi, a także naskórek i komórki nabłonkowe.

Metoda RFLP jest metodą inżynierii genetycznej. W tej metodzie wykorzystać można trawienie DNA z pomocą enzymów restrykcyjnych i elektroforezę. Zmiana jednego nawet nukleoidu rozpoznanego przez enzym spowoduje, że nie dojdzie do rozcięcia DNA, co w efekcie spowoduje, że u różnych dwóch osób będzie różna ilość fragmentów DNA z produktu rozkładu pierwotnej cząsteczki. Opisywana metoda pomaga ustalić rodzinne powiązania.

Wykonanie testu DNA jest bezbolesne i nieinwazyjne. Źródłem materiału genetycznego do zrobienia testu jest wymaz z wewnętrznej strony policzka ojca lub dziecka. Gdyby pozyskanie tego materiału okazało się niemożliwe można posłużyć się tzw. mikrośladami. Mikroślady są również dobrym materiałem genetycznym, do którego możemy zaliczyć: próbkę śliny, smoczek dziecka, włos z cebulką, użytą chusteczkę higieniczną, używane waciki do uszu, szczoteczkę do mycia zębów, gumę do żucia, filtr wypalonego papierosa lub krew na ubraniu. Badanie na podstawie mikrośladów daje 99,999% prawdopodobieństwo, że dany mężczyzna jest ojcem dziecka lub w 100% taką pewność wyklucza.

Wymienione badania można wykonać jedynie za zgodą pozwanego. Jeśli pozwany nie wyrazi zgody na przeprowadzenie tego typu badań, sąd oceni sprawę na podstawie zgromadzonych dokumentów i zeznań świadków.

Nie tylko kobieta może być powódką o ustalenie ojcostwa, ale także jej dorosłe dziecko. Jest to możliwe, gdyż ta sprawa nigdy nie ulega przedawnieniu. Sprawę można przeprowadzać w celach alimentacyjnych lub spadkowych.

Aby przeprowadzić badanie należy zamówić zestaw testowy, pobrać próbkę materiału genetycznego do analizy i odesłać ją pod adres jednego z laboratoriów. Badania DNA przeprowadzane są w specjalnych placówkach medycznych na obszarze całego kraju m.in. w Krakowie, Poznaniu, Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Gdańsku. Istnieje możliwość rozłożenia odpłatności w trybie ratalnym.


1 lutego 2016 r.

1 % podatku – dla kogo?

Początek nowego roku stwarza możliwość nowych postanowień, działań i podejmowania dobrych decyzji. Niewątpliwie czas rozliczeń podatkowych z Urzędem Skarbowym ułatwia podatnikom dobrze spożytkować 1 % podatku dochodowego na cele dobroczynne m.in. na rzecz organizacji pozarządowych.

Komu i dlaczego?

Organizacje pozarządowe skupiają stowarzyszenia oraz fundacje mające na celu różnoraką formę pomocy osobom potrzebującym. Środki finansowe pozyskiwane z budżetu państwa nie zawsze pokrywają zapotrzebowanie osób znajdujących się pod ich opieką. Dlatego już od ponad 12 lat funkcjonuje w Polsce ustawa o działalności pożytku publicznego i wolontariacie, która ułatwia proces pozyskiwania funduszy na ten cel. Na mocy tej ustawy podatnik rozliczający się z podatku dochodowego może przeznaczyć 1% swojego podatku na rzecz wybranych przez siebie organizacji pozarządowych znajdujących się na oficjalnej liście tychże organizacji. Od 2007 roku Urząd Skarbowy dokonuje bezpośredniego przelewu 1% podatku na rzecz stowarzyszenia bądź fundacji po uprzednim wskazaniu (na zeznaniu PIT) przez podatnika KRS wybranej organizacji. Zanim dokonamy wyboru przypatrzmy się działaniom organizacji, którą chcemy obdarować przysłowiową złotówką.

Po dokonaniu przelewu nasz 1% podatku przechodzi na rzecz podopiecznych danej fundacji lub stowarzyszenia i zostaje odpowiednio rozdysponowana. Bardziej potrzebujący podopieczni mogą zakładać swoje konta bankowe pod auspicjami wspomnianych organizacji. Jednak i tu kierując się dobrem dzieci (lub osób dorosłych) trzeba zasięgnąć opinii nt. fundacji lub stowarzyszenia, które opiekują się daną osobą. Chodzi o to, aby przekazane środki pieniężne były należycie spożytkowane np. na operacje, rehabilitacje lub zakup sprzętu medycznego, który ułatwi codzienne funkcjonowanie chorego i jego kontakt z otoczeniem.

Na co zwracać uwagę?

Zdarza się, że rodzice dzieci z orzeczeniami o niepełnosprawności manipulują ludźmi, którzy z dobroci serca wierzą we wszystko co rodzice mówią. Gdyby tylko dzieci mogły przemówić. Należy zwracać też uwagę i to mocno na rzeczywiste potrzeby dziecka. Patrzeć na rodzinę. Rodzina to całość i bardzo dużo można zauważyć obserwując całokształt. Jest tyle dzieci, których rodzice są po prostu biedni, a dzieci wymagają codziennej, intensywnej rehabilitacji. Nie mają co do garnka włożyć, nie mówiąc o swoich prostych codziennych potrzebach. Trzeba skupić się mądrze na tych, którzy nie poproszą, a naprawdę potrzebują. Nie chodzi o to, by sami chorzy lub ich rodzice chodzili w workach pokutnych, nie wyjeżdżali na wakacje, nie poruszali samochodami. Tu chodzi o zwyczajną uczciwość i realne potrzeby podopiecznych.


27 stycznia 2016 r.

Relacje w Sieci

Internet opanował świat i nasze życie. Bez niego nie wyobrażamy sobie funkcjonowania instytucji oświatowych, banków i innych urzędów. Niepostrzeżenie wkradł się do życia wielu rodzin. Niewinnie wyglądające komunikatory mogą zakłócić bezpośrednie relacje między bliskimi sobie osobami.

Wirtualny świat w realnym świecie

Jak już wspomniałam, żyjemy w świecie, który został opanowany przez wirtualny świat nie mający nic wspólnego ze światem realnym. Bardzo często przed komputerami i smartfonami zasiada nie tylko młodsza populacja. Kluby seniora mają w projektach kursy komputerowe mające na celu zaznajomienie z tajnikami Internetu także osoby w podeszłym wieku. Dobrze, jeżeli adepci wykorzystują surfowanie w sieci w celach edukacyjnych, bądź pogłębiania swoich pasji. Czytanie stron internetowych ma wiele zalet: pogłębia wiedzę, pobudza do myślenia i wzbogaca wyobraźnię. Jednak strony publikowane w Internecie należy traktować wybiórczo i z przymrużeniem oka, zważając na łatwy dostęp do tworzenia stron przez ludzi nie mających nic wspólnego z opisywaną dziedziną lub podjętym tematem. A więc wiedzę zaczerpniętą ze stron internetowych trzeba jak najszybciej weryfikować z własnym doświadczeniem, aby nie stać się ofiarą kłamstw i innych niebezpiecznych sytuacji.

Zagrożenie komunikatorami

Mimo ciągłego zabiegania oraz narzekania na brak wolnego czasu w sobie tylko wiadomy sposób prawie każdą chwilę wytchnienia spędzamy przy komunikatorach na rozmowach bardzo często z nieznajomymi osobami. Usprawiedliwieniem jest wytłumaczenie przed samym sobą, że przecież potrzebujemy odprężenia i chwili relaksu. W świecie wirtualnym odbieramy naszych rozmówców, jako ideały, którzy nas rozumieją i coraz bardziej się przed nimi otwieramy. Tak naprawdę nie wiemy, kto z nami dyskutuje, skłania do zwierzeń lub nami manipuluje. Przykre jest także to, że wszystko odbywa się w naszym domu i kosztem najbliższych, którzy potrzebują z nami bezpośredniej rozmowy. Być może nigdy nie spotkamy się z internetowym rozmówcą, a jednak poświęcamy mu każdą wolną chwilę tylko dlatego, bo nas widzi takim, jakim my sami tego chcemy. Podnosimy w ten sposób swoją wartość, nie myśląc czy nasz rozmówca rzeczywiście mówi prawdę. Może jesteśmy dla niego odskocznią od codzienności, zabawą, do której może wrócić, kiedy ma czas i ochotę? W ten sposób rodzi się uzależnienie, nie mniej trudne do wyleczenia niż alkoholizm czy narkomania.

Bardzo ważna jest w wirtualnym świecie umiejętność oddzielenia fikcji przedstawianej przez „znajomych” nieznajomych od rzeczywistości w której żyjemy tu i teraz. Dozowanie czasu wolnego nie powinno odbywać się kosztem rodziny i realnych znajomych. Zbyt często jest tak, że po niewczasie żałujemy niewypowiedzianych słów, do osób, które odeszły, a nie tak dawno były w zasięgu naszego wzroku. Nie pozwólmy, aby monitor stał się środkiem kontaktu z ludźmi nieznanymi. Pielęgnujmy więzi rodzinne oraz przyjaźń, która jest obok nas.


18 stycznia 2016 r.

Stereotypy dotyczące osób niepełnosprawnych

Mimo zmian zachodzących w naszym społeczeństwie osoby niepełnosprawne nadal są zamknięte w sztywnych ramach stereotypów. Jest to bardzo krzywdzące postrzeganie tych, którzy nie zawsze mają możliwość udowodnić, że są tacy sami, jak zdrowi ludzie. Chcą żyć i funkcjonować w społeczeństwie bez barier psychologicznych. Niepełnosprawni chcą udowodnić, że też czują, kochają i pragną być kochani. Jednak większość zdrowego społeczeństwa widzi tylko wózek, a osobę na nim siedzącą stawia na drugim miejscu i ocenia ją przez pryzmat od lat nawarstwionych stereotypów.

Stereotypy krzywdzące osoby niepełnosprawne

Stereotyp jest to uproszczony wzorzec, zwykle krzywdzący, zawierający przeświadczenie zwykle mijające się z prawdą, a dotyczące osób indywidualnych i grup społecznych. Często jest to wiedza potoczna. Nieprawdziwe opinie od wielu pokoleń krążą o grupie osób niepełnosprawnych. Przytoczę tu tylko niektóre stereotypy, które dotyczą grupy osób z dysfunkcją ruchową.

Wszystkie osoby na wózkach inwalidzkich są upośledzone umysłowo?

Oczywiście jest to nieprawdą. Nie każda osoba chora fizycznie musi być też niepełnosprawna intelektualnie. Różnych stopni niepełnosprawności nie można utożsamiać z umysłowymi niedyspozycjami. Niektórzy swoją niepełnosprawność nabywają w wypadkach, co też nie oznacza, że są upośledzeni umysłowo. Wiele osób z niedowładami kończyn zdobywa stopnie naukowe, realizuje się w życiu rodzinnym i zawodowym.

Osoby niepełnosprawne są jak dzieci, bo potrzebują pomocy osób zdrowych?

Ten stereotyp również nie jest prawdziwy. Nie jest prawdą, że osoby niepełnosprawne nigdy nie dorosną i będą „wiecznymi dziećmi”, pomimo upływu lat i osiągnięcia ich fizycznej i psychicznej dojrzałości. Mimo trudności w wykonywaniu codziennych prac lub obowiązków zawodowych niepełnosprawni radzą sobie świetnie, wypracowując różne usprawniające życie metody działania. Znam osoby, które samodzielnie dojeżdżają autobusami na uczelnię i do pracy, pokonują wózkiem schody, starają się w pełni uczestniczyć w życiu społecznym. Samodzielność sprawia im satysfakcję i pozwala poczuć się samodzielnymi. A jeśli sytuacja tego wymaga sami proszą o pomoc. Tak więc nie pomagajmy nikomu na siłę.

Osoby mające problem z wymową nie lubią, jak ktoś je prosi o powtórzenie wyrazu lub zdania?

Nic bardziej mylnego. Właśnie takie osoby mające problem z komunikacją werbalną chętnie powtarzają wyrazy. W ten sposób mają świadomość, że dopytujący się rozmówca wykazuje im za interesowanie i chęć dalszej rozmowy.

Osoby z dysfunkcją wstydzą się swojej niesprawności?

Jest to także błędna opinia, ponieważ nie wszystkie niepełnosprawne osoby mogą ukryć widoczną chorobę. Jeżeli ktoś stara się ukryć swój chorobowy defekt to czyni tak dlatego, ponieważ nie chce być postrzegany, jako osoba słaba lecz chce żyć w relacji: kolega – koleżanka itp. Tak więc jest to indywidualna sprawa, czy osoba z niewidocznym inwalidztwem odkryje swoje niedyspozycje.

Niepełnosprawni mają szósty zmysł i są szczególnie utalentowani?

To również jest nieprawdą. Każdy człowiek ma inne zainteresowania, zdolności, umiejętności. Podobnie niektóre osoby niepełnosprawne wykazują chęć do nauki przedmiotów ścisłych, humanistycznych, przyrodniczych. Interesują się tym, co zdrowi ludzie, chociaż dojście do rozwijania życiowych pasji jest u niepełnosprawnych o wiele trudniejsze i wymagające większego wysiłku.

Osoby na wózkach są smutne i bardziej pobożne – „wybrańcy Boga”?

To też jest mylne stwierdzenie. Niepełnosprawni akceptujący swoją chorobę potrafią cieszyć się życiem, śmiać się, cieszyć z osiągniętych celów, tańczyć na wózkach i brać udział w zawodach sportowych. Potrafią brać z życia to, co mogą osiągnąć.

Natomiast mit o ich większej pobożności też wydaje się być mylny. Pobożność jest kwestią łaski wiary. Zauważyć to można nawet wśród zdrowego społeczeństwa, że jedni odcinają się od nauk kościoła, a inni je realizują i pogłębiają. Tak jest i w grupach osób niepełnosprawnych: jedni winą obarczają Boga za tragiczny los, a drudzy przyjmują cierpienie jako krzyż i szczególny dar od Opatrzności.

Dlaczego tak są postrzegani?

Z badań wynika, że wszelkie uprzedzenia powstają z braku wiedzy na temat poszczególnych schorzeń, braku kontaktu z osobami niepełnosprawnymi oraz posiadaniu błędnych informacji. Aby to zmienić należy bardziej zauważać osobę niż to, na czym ona siedzi i czym się posługuje.


9 stycznia 2016 r.

Zabawa sylwestrowa z Fundacją Oswoić Los

Mija tydzień od powitania Nowego Roku 2016. Niejeden z nas ma jeszcze w uszach huk petard, kolorowych rac i stłumionych strzałów korków od szampana. We wspomnieniach dźwięczy muzyka rozpoczynającego się karnawału. W moim przypadku nie jest inaczej. Dużo wcześniej zaplanowałam zabawę sylwestrową w Fundacji Oswoić Los, na którą zostałam zaproszona przez Kasię i Karola Łukasiewiczów – założycieli Fundacji.

Wyjazd do Kazimierza Dolnego

Zabawa sylwestrowa odbywała się w jednym z kazimierskich pensjonatów na obrzeżach miasteczka. Hotel bardzo wygodny, nowy, a jednak dobrze przygotowany na przyjęcie gości. A byli to goście szczególni. Przyjechali z różnych stron Polski, na co dzień opiekujący się swoimi niepełnosprawnymi pociechami, podobnie jak państwo Łukasiewiczowie. To oni znający trudy dnia codziennego od tzw. „podszewki” chcieli powitać nowy rok w gronie przyjaciół i znajomych. Wszyscy tworzyliśmy jedną wielką rodzinę. Zabawa sylwestrowa rozpoczęła się o godzinie 1900 . Tańce odbywały się przy dyskotekowych rytmach. Mój wózek wprost fruwał w rękach tancerzy, wirował…

O północy padały szczere życzenia, a w tle słychać było strzały petard oraz korków od szampana. Prawie wszyscy bawili się do białego rana. Piszę „prawie”, ponieważ ja wymiękłam już po godzinie 100.  Pokoje gościnne usytuowane były na pierwszym piętrze pensjonatu, jednak dla mnie nie stanowiły żadnej bariery jeśli chodzi o kontakty interpersonalne. Panowie z naszej grupy znosili mnie wraz z wózkiem na swoich silnych barkach.

Nowy rok był dniem odpoczynku. Można było w tym czasie korzystać ze SPA,  znajdującego się na parterze budynku lub odsypiać w pokoju zarwaną przetańczoną noc. Mieliśmy do dyspozycji jacuzzi oraz sauny: suchą i wilgotną. Wieczorem znów było spotkanie przy wspólnym stole, wymiana doświadczeń, a w przerywnikach wesoły śmiech zgromadzonych biesiadników długo w nocy rozlegał się w salonie.

Bryczki u stóp wzgórza

Kasia i Karol zadbali o to, aby każdego dnia uatrakcyjnić nasz pobyt w Kazimierzu. I właśnie 2 stycznia wieczorem pod nasz pensjonat podjechało pięć bryczek zaprzęgniętych w piękne, rącze konie. Przejazd przez całe miasteczko był dla nas niesamowitym przeżyciem. Świąteczny wystrój kurortu dodatkowo uwydatnił piękno historycznych kamieniczek. Celem tego przejazdu było ognisko, które czekało na pierwszą iskrę, aby zapłonąć. I zapłonęło! Ogień lizał nabite na kijki kiełbaski. Biesiada pod gołym niebem trwała długo mimo mrozu i chłodnego wiatru. Warunki atmosferyczne nikomu nie przeszkadzały. Gorące serca tańczyły wokół ogniska, a nasze oczy wznosiły się ku niebu i podziwiały tysiące gwiazd.

Niedziela pożegnań

Ostatni dzień pobytu w gościnnym kazimierskim pensjonacie upłynął szybko, ale z nadzieją na następne spotkanie. Wszyscy zapewniali, że był to odpoczynek jeden z niewielu w roku, gdzie nikt się nie śpieszył do codziennych obowiązków związanych z wychowaniem niepełnosprawnego dziecka. Jednak niejeden rodzić nawet tam podczas tańców i strzelających w ognisku szczap miał w swoim sercu troskę o dziecko, które zostało pod opieką kogoś z najbliższej rodziny. Jednak ten czas relaksu był bardzo potrzebny, aby z nowymi doświadczeniami, energią i nadzieją wrócić do swoich domów.     


 

30 grudnia 2015 r.

Osoby niepełnosprawne, a dostęp do ośrodków i imprez kulturalnych

Zbliża się Sylwester i okres karnawału. Osoby niepełnosprawne także chcą uczestniczyć w życiu kulturalnym tak jak zdrowa część społeczeństwa. Czy jednak mają takie możliwości? Miejskie Ośrodki Kultury, teatry lub inne obiekty użytku publicznego w większości miast są wyposażone w windy, które są finansowane ze środków PFRON. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda w różowych barwach. Niestety, ten kolor różu znika, gdy osoba na wózku staje przed (zazwyczaj) zamkniętą windą, a przed sobą widzi wysokie schody.

Utrudnienia mimo ulepszeń

Sale koncertowe, widowiskowe, czy teatralne zwykle usytuowane są na piętrach budynków. Bez pomocy osoba niepełnosprawna nie ma szans uczestniczyć w koncercie, spektaklu lub innej imprezie.

Windy zamontowane w Ośrodkach Kultury lub teatrach wydają się być wielkim dobrodziejstwem ze strony opiekuńczego państwa. Takie zdanie może mieć ten, kto z nich nie korzysta.  W praktyce wygląda to zupełnie inaczej.

Oto przykład. Dziewczyna niepełnosprawna poruszająca się na wózku inwalidzkim przeczytała w prasie lokalnej o zbliżającej się imprezie organizowanej przez Miejski Ośrodek Kultury. Dziewczyna wiedziała, że w tym obiekcie jest winda więc myślała, że bez przeszkód dotrze na salę koncertową znajdującą się na pierwszym  piętrze. Nadszedł długo oczekiwany dzień. Aneta (tak miała na imię niepełnosprawna dziewczyna) wzięła ze sobą brata, by jej towarzyszył, a jednocześnie pełnił rolę opiekuna. Oboje stanęli przed windą. Brat nacisnął przycisk, ale winda ani drgnęła. Klamka też nie działała. Dźwig był zamknięty. Nikt nie wiedział, gdzie jest klucz. Nawet pani z sekretariatu nie była poinformowana, kto jest w posiadaniu owego kluczyka. Do koncertu zostało zaledwie parę minut. Fani zespołu biegli po schodach mijając dwoje zdezorientowanych ludzi. Nikt nie zapytał, czy coś pomóc? Brat Anety zdjął dziewczynę z wózka i posadził na schodach. Sam wniósł wózek na piętro, a następnie wrócił po siostrę. I tym sposobem dotarli na koncert. Siła ludzkich mięśni, jak zawsze okazała się bardziej niezawodna niż sprzęt, który miał być ułatwieniem dla wielu  niepełnosprawnych osób. Jak się później okazało winda jest zamknięta z obawy przed dewastacją miejskich wandali. Po co więc koszty związane z montażem urządzeń, które potem bezużytecznie rdzewieją? Po co w XXI wieku potrzebne atrapy? Niby jest winda, która mogłaby ułatwić życie niejednemu niepełnosprawnemu człowiekowi, a jednak nie jest dostępna.

 Nasuwa się pytanie: „czy nie ma innego, lepszego rozwiązania?” Takie przykłady można mnożyć nie tylko w jednym mieście.


 

22 grudnia 2015 r.

Moje wigilie

Każdy z nas już od najmłodszych lat ma swój ulubiony dzień w roku. Jedni lubią swoje urodziny, imieniny lub jeszcze inną datę w ciągu 365 dni. Dla mnie takim szczególnym dniem jest wigilia Bożego Narodzenia. Nie wszystkie były jednakowe: radosne, inne trochę mniej, jeszcze inne bardzo smutne, jednak zawsze powracam do tego czasu myślami, jak do skarbca, który otwiera jeden niepowtarzalny klucz znajdujący się w mojej pamięci.

Zapach igliwia

Odkąd sięga moja pamięć (a sięga bardzo wczesnego dzieciństwa) wczesnym rankiem ubieraliśmy choinkę – żywą, a nie „podrabianą”. Wszędzie unosił się zapach igliwia, lasu. Ten zapach mieszał się z aromatami pieczonych ciast i innych przysmaków, które miały ubogacić stół podczas wigilijnej kolacji oraz uroczystego obiadu w Boże narodzenie.

Wieczorem schodzili się goście: zwykle byli to nasi sąsiedzi oraz mieszkająca nieopodal rodzina. Po odczytaniu fragmentu Ewangelii Św. Łukasza wszyscy dzieliliśmy się opłatkiem. Po tych religijnych obrzędach zasiadaliśmy do wieczerzy zwanej Pośnikiem. W przerwach między degustacją kilkunastu potraw dorośli śpiewali kolędy, a  dzieci zaczynały buszować pod choinką, szukając prezentów od Gwiazdki. W międzyczasie uszy dzieci wychwytywały bożonarodzeniowe melodie i nikt nie miał problemu z ich zapamiętaniem. W szkole uczono nas jednej lub dwu kolęd, a resztę repertuaru dzieci uczyły się do dziadków i rodziców, bo dawniej się śpiewało! Po kolacji kto mógł szedł na Pasterkę do pobliskiego kościoła. Naszą  rodzinę reprezentował tata i to on co roku szedł, by oddać hołd nowonarodzonemu Dzieciątku. Po jego powrocie wszyscy cieszyliśmy się prezentami i do białego rana graliśmy w gry planszowe, które uwielbiałam i tego rodzaju prezenty najczęściej otrzymywałam. Skromne prezenty cieszyły bardziej serca dzieci niż dziś te drogie, które już po nowym roku idą w odstawkę, bo się znudziły.

Z dala od domu…

Pamiętam też wigilię (i długo będę pamiętała), kiedy przyszło mi „świętować” w sanatorium. Od domu dzieliły mnie setki kilometrów. Nie cieszyła ubrana cukierkami gałązka świerku przysłana mi przez rodziców. Panie salowe podchodziły do niej i co jakiś czas same bez mojej zgody częstowały się słodyczami nie pytając, czy ja też mam chęć na cukierka. Widziałam też misia, który był prezentem od moich najbliższych. Widziałam go tylko raz… nie wiem, gdzie sobie poszedł, bo w mojej sali zostało po nim tylko puste pudełko. Nie było nawet kogo zapytać, gdzie jest jego gawra… płakałam!

Grudzień bez „Teleranka”

Miałam wtedy naście lat. Zima była śnieżna. Ogłoszono stan wojenny. W telewizji nie było programów dla młodzieży i ulubionego przeze mnie i moich rówieśników „Teleranka”. Na wizji pojawiali się panowie w wojskowych mundurach.  Ulice naszego miasta zapełnione były wojskami ZOMO i czołgami. Przyszłość była niepewna. Rodzice zdecydowali, że mnie i moich braci wywiozą na wieś do babci. Za wieźli nas i wrócili do domu. Zbliżał się mój ulubiony dzień – wigilia.  Do końca nie byłam pewna, czy rodzicom uda się pokonać szlabany na drodze i dojechać do nas na święta. Udało się, przyjechali! Byłam szczęśliwa, że znów tego dnia będziemy razem i zasiądziemy do wigilijnej kolacji. Niestety, po południu zachorowała mama. Zamiast zasiadać do stołu trzeba było odwozić mamę do szpitala. Stres związany z wprowadzeniem stanu wojennego był przyczyną ujawnienia się u mamy choroby wieńcowej i „wybuchu” nadciśnienia tętniczego. I znów spędzałam święta bez rodziców, z dala od domu. Obawiałam się przyszłości.

Pusty talerz

Do tej pory przeżywane wigilie mniej lub bardziej kończyły się dobrze. Świadomość bliskości (chociaż tej odległej w kilometrach) napawała nadzieją, że rozłąka nie będzie trwała długo. Jednak nadszedł taki rok, kiedy na wigilijnym stole pusty talerz nie był tylko symbolem, że przy nim może zasiąść niespodziewany gość lub ktoś z zaświatów. Miesiąc przed świętami zmarł nasz tata. Tego  roku nie było u nas świerkowej choinki. Małe sztuczne drzewko ozdobione światełkami oraz paroma bombkami nie miało takiego uroku i blasku, jak podczas ubiegłych lat. Byliśmy sami. Z pustym krzesłem przy stole. Po południu zabrała nas do siebie rodzina mamy. Inny dom, inne obyczaje i zwyczaje. Wszystko było już inne, nie takie, jak dawniej. Jeden człowiek potrafi wiele, potrafi dać i zabrać za sobą wszystko!

Już za parę dni zgromadzimy się przy stole wigilijnym. Będzie nas już znacznie więcej. A ja znów będę wspominała minione wigilie, te szczęśliwe i te trochę mniej… tą obecną też zachowam w  moim skarbcu wspomnień, by przekazać dalej, że wszystko można przeżyć dopóki żyje w nas wiara, nadzieja i miłość. 


18 grudnia 2015 r.

Jak nauczyć dziecko sprzątania po sobie?

Porządek w domu jest naturalną sprawą w życiu codziennym i należy dziecko przyzwyczajać do jego zachowania, jednak w wielu domach generalne porządki robi się w okresach poprzedzających święta. Pamiętajmy, że im wcześniej wpoimy dziecku zasady ładu i porządku tym lepiej wykształcimy w nim wrażliwość na piękno i estetykę.

Przykład idzie z góry

Jak wiemy, najlepiej uczymy się na własnych błędach, ale także na dobrych przykładach. Ważne jest, aby dawać dziecku dobre wzorce do naśladowania. Jeśli widzi to u rodziców, że sprzątają po sobie, że wzajemnie się wspierają pomagając przy codziennych pracach w domu będzie miało ochotę do ich naśladowania. Przykład ze strony dorosłych będzie motywacją do działania.

Uczymy dziecko sprzątać

Sprzątania po sobie możemy uczyć dziecko już w wieku 2 – 5 lat. Dobrym przykładem może być odnoszenie nakryć ze stołu np. po obiedzie lub kolacji. Aby pokazać dziecku, jak ma to robić rodzice powinni mu w tym na razie pomagać oraz pokazywać, że każdy z domowników odnosi swoje talerze i sztućce do kuchni. Natomiast zabawa w dom pozwoli dziecku zrozumieć, że ścieranie kurzu z mebli i zamiatanie podłogi jest konieczne dla zachowania czystości. Dzieci uwielbiają pomagać przy domowych pracach. Oczywiście po tych czynnościach przypomnijmy dziecku o umyciu rąk tłumacząc, że mogą na nich znajdować się bakterie i zarazki. Po tej lekcji dziecko zrozumie, że utrzymywanie czystości ma wpływ na nasze zdrowie.

Jeżeli dziecko ma swój pokój lub wydzielony kącik do zabawy musimy je nauczyć, że każda zabawka ma tam swoje miejsce. Najlepiej będzie, jeśli przyniesiemy dziecku dwa plastikowe lub tekturowe pudełka. W jedno pudełko składajmy np. pluszowe zabawki, a w drugie klocki. Na początku tej nauki należy dziecku pomóc. Możemy to robić w formie zabawy, rzucając zabawki do pudełek pytając przy tym: „kto pierwszy zapełni pudełko klockami?” Przy takim sprzątaniu dziecko wyrobi sobie zręczność w rzucie do celu, a przy tym wykona z przyjemnością zadaną mu pracę.

Wieczorem możemy zadziałać na wyobraźnię dziecka pokazując mu, że każdy idzie do swojego łóżeczka, a zabawki też powinny odpocząć w swoim pudełku. Nie możemy czekać ze sprzątaniem, aż dziecko zacznie zasypiać. Przypomnijmy mu o tym wcześniej np. przed kolacją trzeba malucha do tego zachęcić. Jeżeli dziecko nie zdąży pozbierać zabawek przed snem nie trzeba je w tym wyręczać. Po przebudzeniu zobaczy, że zabawki nie „spały” w swoim pudełku.

Dzieci mające 5 – 8 lat powinny wyręczać rodziców w nakrywaniu do stołu. Jeżeli nasz maluch wykazuje chęć pomocy w młodszym wieku nie należy go od tego odwodzić. Dziecko z przyjemnością wykona tę pracę, jeśli od najmłodszych lat będzie do tego przyzwyczajane i angażowane. Dobrym sposobem na naukę samodzielności będzie zakup chomika lub innego mniej absorbującego zwierzątka. Dzieci chętnie zaopiekują się swoim pupilkiem, a przy tym nauczą się odpowiedzialności za czystość swojego czworonoga.

Dzieci w wieku 9 – 11 lat mogą pomagać w zanoszeniu talerzy ze stołu do kuchni, myciu ich i wycieraniu. Oczywiście w tę pracę wpisane jest ryzyko strat, jednak nic nie jest tak cenne, jak domowa praktyka pod opieką mamy. W tym wieku można powierzyć dziecku wychodzenie z psem na spacer, odkurzanie w swoim pokoju, a także pomoc w tych pracach młodszemu rodzeństwu.

Nastolatki powinny umieć już robić wszystkie domowe prace. Sprzątanie pokoju nie może być dla nich karą. W przeciwnym razie będzie to postrzegane, że jest to nieprzyjemny obowiązek, a nie normalna codzienna czynność. Nagrody również nie mogą rekompensować trudu sprzątania, ponieważ utrzymywanie porządku jest rzeczą naturalną. Właściwą reakcją będzie dostrzeżenie i docenienie wkładu pracy oraz pochwalenie dziecka za jego dokładność.


 

9 grudnia 2015 r.

Adwentowe rozważania z Różanymi Damami

„Poprzez róże czynimy świat piękniejszym” – to motto przyświeca miłośniczkom róż oraz wszystkim członkom Klubu. O Klubie Różanych Dam & Lordów niedawno rozpisywała się lokalna prasa. Jednak była tam przedstawiana wyłącznie działalność w Biskupicach k/ Lublina, bo tam jest jego siedziba. Teraz Klub zaczął wychodzić ze swoimi inicjatywami poza obręb jednej miejscowości. Na początku grudnia Różane Damy zorganizowały tzw. Wydarzenie pt.: „Adwentowe rozważania z Różanymi Damami”. Bogaty program słowno – muzyczny skłaniał uczestników do refleksji i kontemplacji przeżywania okresu Adwentu.

Półmrok oznacza oczekiwanie

4 grudnia 2015 roku sala kameralna Miejskiego Ośrodka Kultury w Świdniku tonęła w półmroku oczekiwania na mające się odbyć Wydarzenie. Na scenie stojące rekwizyty wzbudzały ciekawość przybyłych gości. Czarny fortepian z leżącą na nim białą różą przypominał kadr ze starego filmu. Mały stolik ze świątecznym stroikiem i białym opłatkiem obwieszczał, że święta Bożego Narodzenia są już blisko. Jednak barwy fioletu królujące na scenie były symbolem pokuty i oczekiwania na przyjście Bożej Dzieciny.

Pierwszym punktem programu było powitanie zebranych gości przez pana Adama Żurka – dyrektora MOK. Po tych słowach pełnych zachęty do realizacji programu na scenie wystąpiły gościnnie panie z Uniwersytetu Trzeciego Wieku z sekcji literackiej. To one pięknie interpretowały poezję Joanny Pąk. Oprawę muzyczną stanowił akompaniament fortepianu, na którym delikatne palce Marzeny Karpowicz grały utwory J. S. Bacha. W wierszach można było wyczuć klimat oczekiwania na święta Bożego Narodzenia.

Następnie zebrana na widowni publiczność zapoznała się z obyczajami, symbolami i znakami Adwentu. W formie multimedialnej prezentacji można było dowiedzieć się co symbolizują roraty, świeca roratnia, wieniec i kalendarz adwentowy. Ciekawe opisy oraz zdjęcia przygotowały dwie Różane Damy: Małgorzata Mazurek i Marzena Karpowicz.

Udzielony z opowiadań nastrój świąteczny skłonił wszystkich zebranych do zaśpiewania kilku Pastorałek oraz symbolicznego podzielenia się Opłatkiem.

Na zakończenie Programu wypowiedzieli swoje refleksje zaproszeni goście: ks. Leszek Surma – proboszcz parafii Chrystusa Odkupiciela w Świdniku, pan Janusz Królik – przewodniczący Rady Miasta Świdnik oraz  pan Bogdan Błaszczuk – prezes Wspólnoty Świdnickiej.

Słodki poczęstunek był okazją nie tylko do degustacji wyśmienitych ciast, ale także do swobodnego podzielenia się uwagami na temat pierwszego w Świdniku zaprezentowania się Klubu Różanych Dam & Lordów.

Warto dodać, że nad wszystkim czuwała Barbara Wójcik – Różana Królowa, konferansjerka
i solistka w jednej osobie. Pozostałe Damy czynnie włączyły się w organizację Programu i zapowiedziały następne ciekawe wydarzenia.              


1 grudnia 2015 r.

Moc tańca

W budynku PSOUU „Koło” przy ulicy Kościuszki 8, w Świdniku trwają zajęcia taneczne. Niewielka salka rozbrzmiewa muzyką, a na parkiecie wirują roześmiani tancerze. Podczas ich pląsów można zauważyć radość malującą się na twarzach zmęczonych chorobą, ekspresję i płynność ruchów mimo trudności w samodzielnym poruszaniu. Tę siłę i moc w osobach niepełnosprawnych wyzwala Renata Elmerych, instruktorka tej specyficznej grupy. Z pasją opowiada mi o swojej pracy

Joanna Pąk: Kiedy rozpoczęła Pani swoją przygodę z tańcem?

Renata Elmerych: Tańczę odkąd tylko sięgam pamięcią. Tańczyłam już jako dziecko, potem jako nastolatka, studentka i zawodowo jako instruktor tańca, prowadząc zespoły taneczne. Taniec jest moją pasją, odpręża mnie, relaksuje i wyzwala ogromne pokłady energii. Nigdy nie czuję się nim zmęczona.

J. P.: Skąd to zainteresowanie osobami niepełnosprawnymi?

R. E.: Do tej pory prowadziłam zajęcia taneczne z osobami sprawnymi fizycznie: dziećmi, młodzieżą, dorosłymi, kiedy jednak zaproponowano mi poprowadzenie zajęć tanecznych z podopiecznymi ŚDS przy PSOUU „Koło” w Świdniku potraktowałam tę propozycję jako wyzwanie, zapragnęłam poznać osoby z niepełnosprawnością, ich możliwości, pasje, zainteresowania. Początkowo zajęcia miały charakter wyłącznie terapeutyczno-taneczny, ale w miarę upływu czasu z grupy zaczęły wyłaniać się prawdziwe talenty taneczne. To niesamowite, ile w tych osobach jest energii, chęci realizowania swoich pasji, wyrażania ekspresji. Poznaję tę grupę ludzi i coraz bardziej jestem pełna zachwytu dla piękna ich osobowości, którą tak wspaniale potrafią wyrazić swoim tańcem.

J. P.: ŚDS w Świdniku to Pani miejsce pracy. Układy choreograficzne to też Pani zadanie?

R. E.: Układy choreograficzne częściowo tworzę ja sama, a częściowo tworzą je tancerze do wybranej przeze mnie muzyki, ja tylko pobudzam ich wyobraźnię, nakierowuję na zatańczenie danej kwestii, np. uczucia, pomagam bardziej niż tworzę. W ruchach ich ciał jest tyle swobody i naturalności, że gdybym coś swojego próbowała narzucić to byłoby to „moje” przeżywanie tańca, a nie ich, a każdy ma inną wrażliwość na odbiór muzyki. Ja opowiadam temat, zwracając uwagę na pewne mocniejsze akcenty wynikające z treści utworu, a tancerze go tańczą, tak jak czują. Mają też swoje własne choreografie, przygotowane wyłącznie przez siebie.

J. P.: Taniec – przyjemność czy terapia?

R. E.: To zależy, myślę, że i jedno i drugie. Taniec zawsze sprawiał i nadal sprawia mi ogromną przyjemność, zarówno wtedy, gdy wykonuję go z racji zawodu, jak i poza pracą. Jest też dla mnie terapią, gdyż tańcząc pozbywam się napięć powstałych pod wpływem różnych zdarzeń, stresu, wyzwala we mnie radość i uśmiech, które przecież leczą. To samo próbuję przekazać moim tancerzom poprzez tę terapię – właśnie radość, uśmiech, otwartość na innych i siebie samego, akceptację, poczucie wartości i pewności siebie, ale też przyjemność z jego wykonywania, odprężenie.

J. P.: Czy jest różnica w sposobie tańca par sprawnych i tych trochę mniej…?

R. E.: Jeśli zauważam jakieś różnice to tylko te wynikające ze sprawności fizycznej osób tańczących, pewne figury mogą być trudniejsze do wykonania dla osób z niepełnosprawnością, niż dla osób sprawnych. Choć tancerze doskonale sobie radzą z krokami i figurami dostosowanymi do ich możliwości niczym nie ustępując osobom sprawnym. Natomiast zauważam pewną wspaniałą cechę, której nie dostrzegłam do tej pory u osób sprawnych – ogromną wrażliwość na muzykę, na jej przeżywanie „po swojemu” poprzez mimikę, czucie tematu, który tańczą. Są tak bardzo autentyczni, prawdziwi, gdy tańczą. Oni nie odtwarzają zadanego ruchu, tylko naprawdę tańczą – całym sercem, tak, jak czują. I to jest w nich piękne!

J. P.: Wiem, że bierzecie udział w konkursach i przeglądach. Proszę pochwalić się tanecznymi sukcesami swoich podopiecznych.

R. E.: Grupa wokalno-taneczna „Pasjonaci” ŚDS w Świdniku istnieje od stycznia tego roku, więc jej staż artystyczny jest jeszcze niewielki. Ma już za sobą jednak pewne osiągnięcia: pierwszy „w życiu” występ na scenie przed publicznością w maju podczas Dni Godności Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną w Świdniku, udział w Przeglądzie Twórczości Artystycznej Osób z Niepełnosprawnością w Antoniowie w sierpniu i udział w XVII Przeglądzie Małych Form Teatralnych „Mała scena – duża radość” w Opolu Lubelskim. Obecnie przygotowuje się do kolejnych występów i przeglądów. „Pasjonaci” wszędzie, gdzie występują zdobywają wielkie oklaski i uznanie. Te brawa im się należą, gdyż wiem ile serca wkładają w swoją w pracę, ale też wiem ile emocji kosztuje ich występ na scenie przed publicznością.

Dziękuję za rozmowę!


 

25 listopada 2015 r.

Nadopiekuńczość  matek wychowujących dziecko niepełnosprawne

W każdej rodzinie można zauważyć charakterystyczne postawy rodziców względem swoich dzieci.  Matki wychowujące dzieci niepełnosprawne przejawiają postawę nadopiekuńczą, chroniącą. W dalszej części artykułu zostanie wyjaśnione, czy ta postawa jest w pełni uzasadniona.

Podział ról rodzicielskich

W każdej prawidłowo funkcjonującej rodzinie powinien być uwzględniony podział ról społecznych. W rodzinach wychowujących niepełnoprawne dziecko te role powinny być uzupełniane przez obojga rodziców. Jednak to jest tylko teoria. Sytuacja finansowa tych rodzin pozostawia wiele do życzenia. Z uwagi na wysokie koszty leczenia i rehabilitację chorego dziecka wymagają podjęcie pracy tylko przez jednego rodzica nawet na paru etatach. Stopa życiowa tych rodzin nie jest na wysokim poziomie. Dlatego najczęściej pracę zarobkową podejmują ojcowie, a mamy zajmują się wychowywaniem dzieci. Mężowie w miarę możliwości pomagają żonom przy spełnianiu domowych obowiązków, jednak oni też muszą być wypoczęci, aby nazajutrz byli dyspozycyjni na powierzonych im stanowiskach zawodowych. Z przyczyn obiektywnych to właśnie na kobietach spoczywa większa odpowiedzialność za wychowanie dziecka.

Nadopiekuńcza postawa matek

Aktywność zawodowa matek zanika z chwilą zdiagnozowania u dziecka przewlekłej choroby. Od tego momentu przebywają ze swoimi pociechami przez 24 godziny na dobę. Są  wrażliwe  na każdy nieprawidłowy odruch i przesadnie mogą interpretować stan zdrowia dziecka. Matki dbają o dziecko nawet kosztem własnego zdrowia. Taka sytuacja może doprowadzać je do frustracji, a w efekcie do stresu i tendencji do stanów depresyjnych.  

Dzieci spod „klosza”

Obawiając się o przyszłość swoich dzieci jednocześnie nie przygotowując je do w miarę samodzielnego życia, matki nieświadomie je krzywdzą.  Budują tzw. „klosz”, pod który chowają swoje niepełnosprawne dzieci. Wyręczają swoje dzieci nawet w prostych czynnościach, w których mogłyby sobie poradzić. Taka sytuacja wyzwala w dziecku postawę roszczeniową, bierną. Rodzi zniechęcenie do jakiegokolwiek samodzielnego działania. Dziecko wychowane w taki sposób może być nieśmiałe, niezaradne i małomówne. W przyszłości będzie miało niską samoocenę i nie uniknie kompleksów. Właśnie, aby temu zapobiec należy przygotować je do normalnego życia i radzenia sobie z trudnościami dnia codziennego. Tylko taki sposób postępowania pomoże mu w pełni funkcjonować w zdrowym społeczeństwie, a rodzicom da pewność, że ich pociecha z nadzieją spojrzy w przyszłość.

Pomóżmy dzieciom rozwinąć skrzydła

Pierwszym krokiem, jaki powinny uczynić matki, aby ich dzieci poczuły swoją niezależność jest pozwolenie na podejmowanie decyzji np. jaką bluzeczkę d dzisiaj ubierzemy, co zjemy na śniadanie,  którą bajkę przeczytamy na dobranoc? Starsze dzieci można zachęcać, aby pomagały przy przyrządzaniu prostych posiłków, dbaniu o kwiaty w swoim pokoju. Nawet jeśli robi to nieporadnie, pamiętajmy, aby je do tego Zachęcać tłumacząc, że do wszystkiego dochodzi się metodą prób i błędów. Nie należy przy tym zapominać o chwaleniu dziecka, ponieważ będzie to motywacją do dalszego działania i dziecko spostrzeże, że jego starania są przez rodziców dostrzegane i doceniane. W przypadku niepowodzeń trzeba zapewnić dziecko, że następnym razem jego działanie pójdzie mu lepiej. Nigdy nie należy zniechęcać dziecka, jeśli widzimy, że jest ono w stanie osiągnąć zamierzony cel. Jeżeli starsze dzieci mają odpowiedzialnych przyjaciół pozwólmy, aby nasze niepełnosprawne dziecko wybrało się z nimi na spacer, do kina lub na wycieczkę. Każdy z nas potrzebuje bycia z przyjaciółmi i zmiany otoczenia. Pozwólmy więc dzieciom na takie rozwinięcie skrzydeł. To wzmocni
w nich świadomość własnej wartości oraz pewność, że rodzice darzą je zaufaniem. Taka rodzicielska postawa świadczy o miłości do dziecka. Każdy rodzic powinien pamiętać, że uczenie dziecka samodzielności pomoże mu w przyszłości podejmować właściwe decyzje.


17 listopada 2015 r.

Podróż z piosenką Jerzego Połomskiego

Wietrzny, listopadowy, sobotni wieczór. Mimo niesprzyjającej spacerom aury, ulicami naszego miasta śpiesznym krokiem podążały grupki osób w kierunku kina „LOT”. Tutaj w Sali widowiskowej Miejskiego Ośrodka Kultury wystąpił pan Jerzy Połomski – ikona polskiej piosenki lat 60-70 ubiegłej epoki. Jego piosenki „rozkręcały” niejedną prywatkę. Teraz starszy pan – z niemniejszym niż wtedy entuzjazmem i pięknym barytonowym głosem – przemierza trasę koncertową. 14 listopada przyjechał bawić swoich świdnickich fanów.

Początki kariery artystycznej

Jerzy Połomski swoją karierę rozpoczął tuż po ukończeniu studiów PWST (1957) w Warszawie. Zagrał parę ról w dramatach i komediach. Początkowo jego droga wiodła przez Teatr Syrena – Buffo. Jednak zwyciężyło Polskie Radio. Za radą wybitnego wykładowcy i aktora teatralnego, Ludwika Sempolińskiego, Jerzy Połomski poświęcił się muzyce. Na swoim koncie ma wiele przebojów. Współpracował m.in. z Wojciechem Młynarskim, Agnieszką Osiecką i Adamem Kreczmarem. Dzięki niepowtarzalnemu talentowi, pięknej dykcji, barwie głosu zdobywał czołowe miejsca na Festiwalach Polskiej Piosenki w Opolu. Stał się najpopularniejszym piosenkarzem również poza granicami naszego kraju. Koncertował w: Czechosłowacji, na Węgrzech, Wielkiej Brytanii, Danii i Francji. Śpiewał też wśród Polonii w USA, Kanady i Australii.

Wieczór z Gwiazdą

Na spotkanie z panem Jerzym Połomskim przybyło wiele osób starszego pokolenia, ale nie tylko… sala widowiskowa z ledwością pomieściła fanów Artysty. Podczas koncertu trwającego ok. 1,5 godziny pan Jerzy zabierał swoją świdnicką publiczność w dalekie podróże odbywające się przy pomocy piosenek. Był to czas, w którym można było wczuć się w klimat warszawskich i paryskich przedwojennych kabaretów, a także przypomnieć sobie niepowtarzalny urok lat 60-70 w wersji muzycznej i wokalnej. Nienaganna dykcja Artysty cieszyła uszy słuchaczy, kiedy to pan Jerzy między utworami przypominał historię każdej śpiewanej przez siebie piosenki. Tryskał humorem, delikatnym dowcipem, dialogami z publicznością, ale przede wszystkim zachwycał młodzieńczą barwą głosu. Mimo 50-letniej pracy na estradzie, piosenki brzmiały tak radośnie, jak przed laty. Świdnicka publiczność mogła wysłuchać w jego wykonaniu takich przebojów jak: Daj, Bo z dziewczynami, Moja miła, moja cicha, moja śliczna, Co mówi wiatr, Nie zapomnisz nigdy, Młodym być, Ta ostatnia niedziela i Cała sala śpiewa z nami. Tą ostatnią piosenkę zaśpiewali wszyscy pod przewodnictwem samego Artysty.

Po 1,5 godzinnym koncercie znów sunęły ulicami miasta grupki fanów Jerzego Połomskiego, tym razem do ciepłych domów. Grupki szły radośnie, zda się, że w rytm jego piosenek. Starsi panowie z troską osłaniali od wiatru swoje połowice. W niejednym zaciszu domowym zapewne ktoś długo w nocy nucił sobie pod nosem brzmiące nadal w uszach piosenki, które do czasów obecnych uskrzydlają dusze i pozwalają chociaż na moment zapomnieć o niedyspozycjach ciała.


10 listopada 2015 r.

Zabawy w domu z niepełnosprawnym dzieckiem

Każde zdrowe dziecko potrafi zorganizować sobie wolny czas np. bawiąc się z rówieśnikami na placu zabaw. Wychowując w domu dziecko przewlekle chore to my musimy mu pomóc przyjemnie spędzać wolne chwile. Nie pozwalajmy malcowi na nudę. Uczestnicząc z nim w zabawach dajemy mu poczucie rodzinnej bliskości, a ono ma możliwość rozwijania wyobraźni i kreatywności.

Znaczenie zabawy w rozwoju dziecka

Zabawa w życiu każdego dziecka ma wpływ na jego psychofizyczny rozwój. Dobrze dobrana zabawa wspomaga aktywność mięśni, sprawności motorycznej i manualnej, uczy samodzielnego logicznego myślenia, przyjaźni, a także dzielenia się zabawkami z innymi dziećmi. Każda dobra zabawa powinna odgrywać następujące role: fizyczną, poznawczą i społeczną. A więc starajmy się tak pokierować zabawą dziecka, aby przyniosła oczekiwane rezultaty.

Zabawy z maluchem

Aktywność zabawowa dzieci pojawia się po 2 roku życia. Przed tym okresem dziecko można zabawiać grzechotką motywując je do chwytania zabawek rączkami, wodzenia za nimi wzrokiem.

Dzieciom przewlekle chorym powinniśmy łączyć zabawę z ćwiczeniami. W pierwszych latach życia uczymy je poznawania siebie. Pokazujemy, gdzie jest oko, nos, uszy, tak aby poznało swoje części ciała i było świadome ich funkcji. Motywując maluszka do nauki pełzania połóżmy zabawkę nieco dalej niż w zasięgu ręki. Dziecko widząc ulubionego kotka lub misia – być może – postara się o wykonanie ruchu w jego stronę. Gdy dziecko zaczyna pełzać lub poruszać się dookoła siebie nauczmy je świadomego odkrywania siebie w przestrzeni. np. że głowa i tułów mają dwie strony, zapamiętuje, które części ciała są z tyłu, a które z przodu. Jeśli dziecko nie może siedzieć kładziemy je na brzuszku, a pod tułów podkładamy średniej wielkości wałek z materiału, który umożliwi mu swobodę ruchu rąk. Pamiętajmy, że dziecko mające problem z poruszaniem się oczekuje od rodziców większego zaangażowania się w zabawę. To opiekunowie powinni pokazywać różne formy zabawy poprzez poznawanie przedmiotów: dotykiem, słuchem, smakiem. Ulubioną zabawą małych dzieci jest szeleszczący papier, który w jego rączkach wydaje dźwięk. Pozwólmy dziecku także pobawić się spożywczymi produktami sypkimi: kasza, płatki, sól cukier. Taka zabawa oprócz wyrabiania zdolności manualnych pozwoli dziecku poznawać różne smaki, a także odróżniać produkty sypkie od płynów. Woda też może być formą zabawy. Przelewanie łyżką wody do kubeczka daje dziecku możliwość ćwiczenia koordynacji ruchów rąk. Gdy zimą pada śnieg przynieśmy go dziecku w małym pojemniczku, aby miało możliwość zobaczenia, dotknięcia i poznania tego zjawiska atmosferycznego. Zachowajmy przy tych zabawach ostrożność, obserwując dziecko i natychmiast reagując swoją pomocą, jeśli zajdzie taka konieczność.

Zabawy ze starszym dzieckiem

Dziecko po 3 roku życia jest już bardziej chętne i aktywne jeśli chodzi o różne formy zabawy. Nawet dziecko sparaliżowane jest chętne do rozrywek, gdy stworzy mu się odpowiednie warunki. Dostosowanie formy zabaw zależy od stanu zdrowia dziecka i jego możliwości poruszania się.

Dziecko nie mające problemu z przemieszczaniem się w przestrzeni można angażować np. do zabawy w „chowanego”, rzuty piłką do celu, mini wyścigi, tańce przy muzyce itp.

Natomiast maluch, który jest niepełnosprawny ruchowo ma znacznie bardziej ograniczone możliwości w wyborze zabaw. A więc powinien poznawać zabawy, które uaktywniają bardziej ruchy rąk i głowy. Oto niektóre propozycje:

1. Kulkę z papieru wkładamy dziecku za koszulkę. Aby ją wyjąć musi tak manipulować rękami, by w końcu „intruz” zza koszuli znalazł się na zewnątrz; 2. Gry logiczne to gry planszowe. Powróćmy zatem do gier z naszego dzieciństwa, które oprócz nauki zdrowej rywalizacji i współzawodnictwa kształtowały emocje, logiczne myślenie oraz kontrolę przeżyć i zachowań. Mimo przewagi gier na płytach CD na pewno w sklepach odszukamy np. „chińczyka” lub inne nie mniej emocjonujące gry. Do zabawy możemy wykorzystywać także puzzle odpowiednie do wieku dziecka.

Uczestnictwo najbliżej rodziny w zabawach z chorym dzieckiem pogłębia jego więź emocjonalną, daje możliwość bliższego kontaktu z domownikami i ich lepszego poznawania zachowań podczas różnych sytuacji.


29 października 2015 r.

Zasada kompensacji u osób niepełnosprawnych ruchowo

O zasadzie kompensacji bardzo często mówi się wśród osób niewidomych i słabo widzących. Dziwimy się, gdy widzimy te osoby w sklepie podczas robienia zakupów. Dotykiem poznają odpowiednie produkty, przeliczają banknoty, a nawet rozpoznają kwiaty po ich kolorach. Jednak nie tylko ludzie mający problemy ze wzrokiem mogą w miarę normalnie funkcjonować w życiu codziennym, a także realizować swoje pasje właśnie dzięki kompensacji zmysłów. Osoby bez rąk malują ustami lub stopami piękne obrazy, piszą na klawiaturze komputera, czy robią staranny makijaż.

Co to jest zjawisko kompensacji?

Zjawisko kompensacji jest procesem polegającym na całkowitym przejęciu utraconej funkcji przez inny zdrowy narząd lub zastąpieniu częściowej funkcji przez narząd uszkodzony Jest to naturalny proces, jakim natura obdarzyła każdego człowieka. Ta „zdolność” ujawnia się po różnego rodzaju urazach lub wypadkach. Następuje to podczas właściwie dobranej rehabilitacji i łączy się z procesem adaptacyjnym i regeneracyjnym.

Proces kompensacji zależy od: umiejscowieniu stanu chorobowego, rozmiaru uszkodzenia narządu, szybkości powstawania defektu, ogólny stan zdrowia chorego, wiek i motywacja pacjenta, a także odpowiednio dobrane ćwiczenia kompensacyjne. Ogromną rolę odgrywa tu rehabilitant, który ukierunkowuje osobę niepełnosprawną i wskazuje, ja kie części ciała wykazują tendencje do zastosowania kompensacji.

Niekiedy już chore niemowlęta wykazują predyspozycje do posługiwania się innymi częściami ciała niż te, które są do tych czynności przeznaczone. Z biegiem czasu przy odpowiednim doborze ćwiczeń kompensacja zostanie utrwalona i stanie się ułatwieniem w funkcjonowaniu społecznym i sposobem na w miarę normalne życie osoby niepełnosprawnej.

A więc kompensacja zmysłów jest wpisana w naturę człowieka, jednak tę „zdolność” trzeba sobie wypracować uporem i pracą.

Cud natury, niezwykły talent, czy ciężka praca?

Na co dzień przyzwyczailiśmy się do widoku ludzi, którzy piszą, malują i posługują się rękami. Jednak kiedy widzimy kogoś, kto te czynności wykonuje innymi częściami ciała uważamy to za ewenement. Zastanawiamy się, czy jest to fenomen, czy wrodzony talent? Do niedawna tacy ludzie byli wyśmiewani i postrzegani jako ktoś gorszy – bo inny.

Widząc człowieka po wypadku np. z dysfunkcją rąk jesteśmy zdumieni jego malarską twórczością. Swoje dzieła maluje trzymając w ustach pędzelek do farb i tym sposobem realizuje i rozwija swoje życiowe pasje, które – być może – będąc zdrowym człowiekiem nie zostałyby odkryte.

Inna osoba również z niedowładem rąk, może posługiwać się stopami lub nosem, wystukując litery na klawiaturze komputera. Wymieniona czynność przychodzi jej z łatwością, jednak nie każdy wie, ile czasu ta osoba spędziła na ćwiczeniach, aby dojść do takiej perfekcji. W niewielu przypadkach tę „zdolność” chore dzieci posiadają do chwili narodzin. Aby ją rozwijać potrzebne jest tu wsparcie i mądrość rodziców. Akceptacja dziecka, które w życiu codziennym posługuje się inaczej niż jego zdrowe rodzeństwo lub rówieśnicy jest mobilizacją do dalszych ćwiczeń, a potem do wykorzystania tej czynności w życiu zawodowym. Osoby piszące stopą lub ustami bardzo często kończą edukację na poziomie wyższym i mogą realizować się i żyć w społeczeństwie. Zakładają swoje rodziny i pełnią odpowiedzialne role społeczne. Swoją postawą pokazują, że dzięki zrozumieniu i wsparciu innych osób mogą funkcjonować w miarę możliwości samodzielnie i szczęśliwie.

Dzisiaj przy większym rozwoju nauki i medycyny już nikogo nie śmieszy, że ktoś pracuje w niekonwencjonalny sposób. Wiemy już, że forma wykonywania pracy nie jest tak istotna, jak jej jakość, a jakość jest z pewnością większa, ponieważ osoby z kompensacją starają się dokładniej wykonywać powierzoną im pracę.


22 października 2015 r.

Spotkanie integracyjne w Biskupicach

Jesień przynosi nam wiele niespodzianek nie tylko tych związanych z kapryśną pogodą.  Dla mnie dużym zaskoczeniem okazała się paczka przyniesiona  przez kuriera około połowy września. Po jej otwarciu zobaczyłam, że w środku są „Niezwykłe Przewodniki”. Teksty do tych książeczek pisałam wczesną wiosną i dopiero teraz Fundacja VERBA, z którą współpracuję otrzymała dofinansowanie na ich publikację. Podobnie jak „Niezwykłe kolorowanki” tak też „Niezwykły Przewodnik” przeznaczone są dla zdrowych dzieci, aby w formie zabawy poznawały świat niepełnosprawnych rówieśników.

Rączki w górę!

Pojawienie się nowych książeczek wydanych przez Fundację VERBA zawsze łączy się z rozpoczęciem tournee po przedszkolach i szkołach, które wyrażają chęć przeprowadzenia w ich podwojach Warsztatów i Spotkań Integracyjnych. Tej jesieni jako pierwsza zaprosiła nas dyrekcja Zespołu Placówek Oświatowych im. Stefana Batorego w Biskupicach. Już po opuszczeniu auta w oczy rzucił się szeroki podjazd wiodący do drzwi szkoły. Mimo, że wśród uczniów nie ma dzieci na wózkach ta szkoła jest przygotowana na przyjęcie w swoje progi niepełnosprawnych wychowanków.

W małej, przytulnej salce czekało na nas 65 dzieci z klas I-III. Po serdecznym powitaniu, Anna Surmacz – animatorka Fundacji VERBA zaprosiła uczniów do wspólnego czytania „Niezwykłego Przewodnika”.  W trakcie poznawania treści książeczki, dzieci bardzo trafnie komentowały rymowanki, zauważając jakie udogodnienia dla osób z niepełnosprawnością powstały w najbliższym czasie. Mali uczniowie wykazali się dużą spostrzegawczością i znajomością tematu.

Po pełnych emocji wypowiedziach przyszedł czas na układanie puzzli również poruszających tematy integracji. I tutaj dzieci popisały się olbrzymią wiedzą w kwestii proponowanej inkluzji. W tym miejscu muszę przyznać, że dzieci  już od najmłodszych lat uczone są tolerancji, a jest to zapewne dużą zasługą rodziców i pedagogów.

Na zakończenie naszego niezwykłego spotkania nadszedł czas na wnioski i pytania do mnie skierowane. Muszę przyznać, że byłam bardzo zaskoczona dziecięcym zainteresowaniem moim codziennym życiem, funkcjonowaniem w zdrowym społeczeństwie, gdzie nie zawsze można spotkać podjazdy i windy obok schodów. Dzieci podnosząc rączki w górę zgłaszały się bez oporów do zadawania pytań autorce „Niezwykłego Przewodnika”. Zainteresowała ich także m.in. moja twórcza praca, sposób jej powstawania, ilość wydanych książek. Na pamiątkę odbytych Warsztatów Integracyjnych mali aktywni słuchacze otrzymali dyplomy,  książeczki, kolorowanki oraz komiksy. Do szkolnej biblioteki trafiły też ciekawe książeczki pt. „Leon i jego niezwykłe spotkania”. Są to opowiadania o niepełnosprawnym chłopcu, który wraz z przyjaciółmi przeżywa niezwykłe przygody. Będzie co czytać w długie jesienno-zimowe wieczory. Wspólne zdjęcie było ukoronowaniem naszego spotkania wśród gościnnych pełnych ekspresji uczniów. 


20 października 2015 r.

Co to znaczy, że dziecko jest bezglutenowe?

Wychodząc z gabinetu lekarskiego z dzieckiem, u którego lekarz stwierdził uczulenie na gluten często zastanawiamy się, jakie będzie dalsze życie bez jedzenia pieczywa oraz innych produktów zawierających gluten? Jednak przy zastosowaniu odpowiedniej diety skutki choroby mogą być zminimalizowane.

Co to jest gluten i gdzie on występuje?

Gluten jest to białko roślinne zawarte w 4 zbożach: pszenicy, życie, owsie i jęczmieniu. W przemyśle piekarniczym największą zaletą glutenu jest jego kleistość, co w połączeniu z wodą sprawia, że pieczywo jest dłużej pulchne i świeże. Doskonale wiąże też tłuszcz z wodą i jest dobrym nośnikiem aromatów i przypraw. Gluten obecny jest nie tylko w ziarnach zbóż, ale także w mięsie, rybach, produktach mlecznych, makaronach, słodyczach i koncentratach spożywczych, cytrusach, a nawet w niektórych lekach.

Jednak niektóre dzieci są na gluten uczulone. Późno wykryte uczulenie prowadzi do podrażnienia i uszkodzeń kosmków jelitowych, a potem do choroby zwanej celiakią (chorobę trzewną). Z tą chorobą trzeba się zmagać przez całe życie. Natomiast uczulenie na gluten może minąć z upływem czasu, jeśli wcześniej zdiagnozuje się tę dolegliwość i zastosuje się odpowiednią dietę bezglutenową.

Objawy uczulenia na gluten

Wnikliwa obserwacja oraz wczesne leczenie może ochronić dzieci przed wieloma chorobami np. przed celiakią. Charakterystycznymi symptomami tej choroby jest kolka jelitowa, wymioty, częste ulewanie, biegunka, wzdęcia. Ponadto dzieci są apatyczne, blade, mają blade spojówki i często zapadają na różne infekcje. Na ich skórze mogą pojawić się zaczerwienienia i pęcherzyki najczęściej w okolicach łokci, kolan, kości krzyżowej i na twarzy. W cięższych przypadkach mogą wystąpić zaburzenia układu oddechowego, niedokrwistość i nadpobudliwość. Zauważone u dziecka objawy powinny skłonić rodziców do wizyty u pediatry, który zleci odpowiednie badania.

Badania

Pediatrzy podejrzewając, że dziecko jest uczulone na gluten kierują je do gastroenterologa (w przypadku podejrzenia o celiakię) lub do alergologa, gdy lekarz podejrzewa uczulenie. Specjaliści zlecają odpowiednie badania. Dzieci powyżej 4 roku życia kieruje się na testy skórne. U niemowląt wykonuje się testy krwi, które potwierdzają lub wykluczają obecność przeciwciał lgE. W przypadku podejrzenia o celiakię u dzieci wykonuje najpierw specjalistyczne badania krwi, które wykrywają przeciwciała EMA i anty-tTG. Dalsze badanie to gastroskopia w znieczuleniu ogólnym. Pozwala ona ocenić, w jakim stopniu uszkodzone są kosmki jelitowe. W przypadku zdiagnozowanej celiakii nie przyjmuje się lekarstw lecz stosuje się ścisłą dietę bezglutenową do końca życia.

Dieta bezglutenowa

Dietą tą objęte są dzieci mające uczulenie na gluten oraz chore na celiakię. Z menu wykluczone muszą być te produkty, które zawierają gluten. W zastępstwie można podawać dzieciom zamienniki tych produktów np. makaron gryczany, ryżowy, mąkę kukurydzianą, ryżową, gryczaną, kaszę jaglaną, tapiokę i amarant.

W sklepach pojawiły się bezglutenowe bułeczki, chleb, ciastka, płatki kukurydziane. Produkty oznakowane znaczkiem „przekreślonego kłosa” są bezpieczne dla dzieci, które znajdują się w grupie cierpiących z powodu uczulenia na gluten lub chorych na celiakię. Kupując produkty, należy ten znaczek zwracać uwagę, ponieważ nawet śladowe ilości glutenu mogą być szkodliwe dla naszego maleństwa.

Profilaktyka

Obecnie już w 5- 6 miesiącu życia dziecka powinno podawać się gluten w małych ilościach. Natomiast dzieciom sztucznie karmionym należy podawać gluten w 6 miesiącu życia. Na początek można podać niewielką porcję (pół łyżeczki) rozgotowanego w wodzie kleiku zbożowego lub kaszy manny. Te kleiki można dokładać do przetartych zupek jarzynowych. Szwedzcy naukowcy stwierdzili, że stopniowe wprowadzanie produktów zawierających gluten przyzwyczai organizm dziecka na akceptację tego składnika. W Polsce jednak nie ma w tej kwestii jednoznacznej opinii i tę sprawę należy zawsze konsultować z lekarzem.


2 października 2015 r.

Opieszałość Straży Miejskiej

W wielu miastach Straż Miejska pełni rolę stróżów prawa… i dobrze, ponieważ Policja jest wzywana na interwencje podczas wypadków, kolizji drogowych, bójek ulicznych i domowych awantur. Strażnicy miejscy zostali powołani do pomocy, aby utrzymać porządek w miastach. Czy rzeczywiście wywiązują się rzetelnie ze swoich obowiązków? Zastanawiają mnie tylko dwa incydenty, które zamierzam poruszyć w tym felietonie.

Parkingi dla osób niepełnosprawnych

Podczas wakacyjnych spotkań ze znajomymi, pikników lub paneli dyskusyjnych na różnych imprezach dla osób niepełnosprawnych rozmawiamy o naszych problemach i codziennych bolączkach. Nie lada zdziwienie przeżyłam po opowiadaniu mojej koleżanki Agnieszki. Kobieta bardzo aktywna, pracująca zawodowo, mobilna. Na dość dużym parkingu chciała zaparkować w miejscu wyznaczonym dla zmotoryzowanego inwalidy. Niestety, na oznaczonej specjalnym znakiem „kopercie” stał samochód nie opatrzony Kartą Parkingową. Nie było także innych wolnych miejsc, aby Agnieszka mogła zaparkować swoje auto. Zdesperowana, goniona czasem sięgnęła po telefon. Dzwoniąc do Straży Miejskiej, w skrócie opowiedziała zaistniałą sytuację. Co usłyszała? „Ten pan z pewnością zaraz odjedzie, niech pani trochę zaczeka! ” Na co „zaczeka?” I ile czasu? Dlaczego Strażnik Miejski nie zareagował na zgłoszenie bezradnej kobiety? Być może mandat włożony za szybę „dzikiego” parkingowicza, rozwiązał by problem nie tylko doraźnie, ale także na przyszłość? Tak dla przykładu. I znów nasuwa się pytanie: czemu jest taka opieszałość wśród tych, którzy powinni nie tylko pilnować porządku, ale też pomagać osobom, które tej pomocy potrzebują?

Od połowy lipca obowiązują nowe przepisy dotyczące Kart Parkingowych. Powoływano ponowne na Komisje Lekarskie osoby niepełnosprawne, weryfikowano dotychczasowe przywileje. Ustalono nawet nowe przepisy w Prawie Drogowym. Na stronie internetowej Dziennika Zachodniego czytamy:

„Zgodnie z nowym mandatownikiem kierowcy, którzy nie mając do tego uprawnień, zaparkują na miejscu przeznaczonym dla osoby niepełnosprawnej muszą się liczyć z mandatem karnym w wysokości 800 zł. Za samo nieuprawnione posługiwanie się kartą parkingową grozić będzie 300 złotych mandatu”.

Nowe przepisy weszły w życie 21 kwietnia 2015 roku. Pytam, czemu nie są respektowane, a ludzie uprawnieni do ich przestrzegania przymykają na to oko? Kiedy my niepełnosprawni będziemy postrzegani, jako pełnoprawni obywatele, a nie jak ludzie drugiej kategorii?

Psy i ich właściciele

Drugim problemem, który na osiedlach rzuca się w oczy są psy i ich właściciele. Od paru lat nałożony jest obowiązek sprzątania po swoich czworonożnych pupilkach. Wszyscy hodowcy wiedzą nawet, w jakie akcesoria powinni być wyposażeni wychodząc z pieskiem na spacer. Niestety, tutaj również Straż Miejska nie zawsze jest konsekwentna w wypełnianiu swoich obowiązków. Dla przykładu: parę lat temu pewna moja znajoma płacąc mandat za zanieczyszczenie trawnika przez swojego pieska, do chwili obecnej wychodzi z domu nie tylko z pieskiem, ale także z woreczkiem i małą łopatką. Oto jak na ludzi działa nałożenie kary i wyciągnięcie wniosków przez ukaranego. Szkoda, że są to jednostki. Reszta osób nadal łamie przepisy, ale robią to za wyraźnym przyzwoleniem.


17 września 2015 r.

Sprzedam, kupię, wynajmę…

Żyjemy w świecie przemian, urbanizacji i ciągłego ruchu. Zmieniamy miejsca zamieszkania, ciągle coś modernizujemy, ulepszamy, by żyło się wygodniej. Pozbywamy się niepotrzebnych mieszkań i rzeczy. Mogą one służyć innym jeszcze przez długie lata. Dlatego dawane są ogłoszenia,

Formy ogłoszeń w naszym mieście

O zbytecznych nieruchomościach i przedmiotach można zamieścić ogłoszenia na portalach (niestety, niektóre są płatne), TV kablowej, gazetach regionalnych oraz słupach ogłoszeniowych stojących w różnych częściach naszego miasta.  Na słupach przyczepiane są także nekrologi. Są to formy ogłoszeń najbardziej dostępne i skuteczne. Jednak nie każdy z ogłoszeniodawców zwraca uwagę na to, co jest aktualne i pilne. Liczy się tylko jego anons i szybki czas oczekiwania na transakcję. W ostatnich wydaniach lokalnych gazet możemy przeczytać o nowych słupach ogłoszeniowych w różnych częściach Świdnika lecz czy to rozwiąże istniejący problem?

Brak kultury społecznej

Bardzo często ogłoszenia i nekrologi – nawet te jeszcze aktualne są zaklejane przez banki, firmy reklamowe oraz instytucje organizujące masowe imprezy. Co dziwne, są to identyczne plakaty okalające cały słup ogłoszeniowy.  Dlaczego liczy się tu ilość, a nie jakość ogłoszeń? Przecież każdy ogłoszeniodawca liczy na to, że jego informacja o sprzedaży, kupnie czy wynajmie mieszkania będzie ogólnodostępna. Niestety tak nie jest.

Innym niechlubnym przykładem naszego lokalnego społeczeństwa jest nasz egoizm. Przejawia się on m.in. właśnie zrywaniem „świeżych” ogłoszeń lub nekrologów. Nie jest to informacja wyssana z palca czy przekazywana pocztą „pantoflową”. Od paru miesięcy poszukuję mieszkania na parterze. W związku z powyższym wywieszam informację o sprzedaży własnego mieszkania lub jego zamianie. Niestety, moje ogłoszenia (i nie tylko moje) są zaklejane przez wspomniane już wyżej instytucje lub bezczelnie zrywane w niewielkich odstępach czasu od ich zawieszenia.

Myślę, że nie tylko mnie boli i przeraża taki ślepy brak empatii. W ten sposób (może prozaiczny), pokazuje się egoizm niektórych osób i brak kultury społecznej. Jest to także negatywna forma relacji międzyludzkich, gdzie liczy się tylko to, co nasze, a nie ogólnodostępne. Obecnie żyjemy w czasach, w których wiele mamy do powiedzenia, mamy wymagania w stosunku do polityków i osób pracujących w urzędach. Niestety nikt z nas nie zastanowi się, czy jest lojalny i uczciwy w codziennych relacjach z drugim człowiekiem, że to co jest ogólnodostępne należy uszanować przez spojrzenie na świat i sytuacje z perspektywy  innych osób, którzy też są uprawnieni do korzystania z ogólnodostępnych tablic ogłoszeniowych i innych miejsc do tego celu przeznaczonych


17 września 2015 r.

Szczupła brunetka wchodzi do mojego pokoju w ośrodku wczasowym. Razem ze Wspólnotą „Siloe” spędzamy tu wspaniały wakacyjny czas. Marzena jest uśmiechnięta, elegancka, opalona i pełna życiowej energii. Wczasy są jedyną okazją do wypoczynku i dłuższych rozmów z przyjaciółmi. Mimo, że mieszkamy w sąsiednich miastach i dzieli nas odległość ok. 20 km, kobieta nie zawsze ma czas na odwiedziny. Od  23 lat opiekuje  się przewlekle chorą córką – Karoliną oraz pracuje przez Internet. Przy filiżance kawy i firmowych ciasteczkach rozpoczynam z Marzeną szczerą rozmowę.

Joanna: Kiedy i w jaki sposób dowiedziałaś się o chorobie Karolinki?

Marzena: O chorobie mojej córki dowiedziałam się zaraz po jej narodzeniu. Karolina urodziła się z przepukliną oponowo-rdzeniową i była operowana w pierwszej dobie swojego życia.

Joanna: Czy ten zabieg przyniósł oczekiwane rezultaty?

Marzena: Niestety nie. Po operacji szwy się rozeszły i po miesiącu pobytu w szpitalu oddano mi dziecko z dziurą w plecach. Nie otrzymałam nawet środków opatrunkowych, ani wskazówek, w jaki sposób mam robić dziecku opatrunki. Rana operacyjna wygoiła się tylko dzięki pomocy rodziny w zdobywaniu niezbędnych  sterylnych opatrunków.

Joanna: Rana pooperacyjna zagoiła się również dzięki Twojej troskliwej opiece nad  córką. Czy zatem to już był koniec problemów zdrowotnych Karoliny?

Marzena: Tak naprawdę to był dopiero początek walki o zdrowie i życie mojej córki. Karolina od urodzenia była rehabilitowana. Ćwiczenia przynosiły zamierzone efekty, ponieważ w 3 roku życia córeczka zaczęła samodzielnie chodzić. Odznaczała się ponadprzeciętnym ilorazem inteligencji.

Joanna: Wydawać by się mogło, że problemy zdrowotne Karoliny już się zakończyły?

Marzena: To była jednak cisza przed burzą. W 5 roku życia uwolnił się Karolinie rdzeń kręgowy i zrobiła się przetoka, z której zaczęły nitki pooperacyjne.. Córka przestała chodzić. Czas gojenia ran trwał około 3 miesiące. Dopiero po konsultacjach telefonicznych z panią prof. Kułakowską z Brukseli dowiedziałam się że koniecznie trzeba zrobić Karolinie rezonans magnetyczny .W tamtych czasach było tyko 2 rezonanse w Polsce:  w Gdańsku i Warszawie. Muszę zaznaczyć, że zrobienie rezonansu było możliwe tylko prywatnie i kosztowało 500 zł. Wybraliśmy Warszawę, a był to Szpital Kolejowy. Po zrobieniu rezonansu i konsultacji neurochirurgicznej oznajmiono mi że Karolinie uwolnił się rdzeń kręgowy i musi być natychmiast operowana. Zaproponowano przewiezienie jej do Centrum Zdrowia Dziecka. Po trzech tygodniach zrobiono Karolince operacje. Zaraz po operacji Karolina bardzo się źle czuła, wystąpiła bardzo wysoka gorączka i utrzymywała się przez tydzień Jej organizm nie wytrzymał i doszło do zatrzymania akcji serca i krążenia. Po reanimacji i zainkubowaniu Karoliny przewieziono ją na blok operacyjny żeby wstawić dren do płynu oponowo-rdzeniowego. Przy  okazji pobrano płyn do badania. W tym badaniu okazało się, że przyczyną złego stanu zdrowia córki okazała się bakteria o nazwie pseudomonas, która w czasie operacji przedostała się do płynu oponowo–rdzeniowego, a cytoza wynosiła 5000.  Rokowania wydawane lekarzy był beznadziejne. Powiedziano mi, że dziecko najprawdopodobniej umrze, a w najlepszym przypadku będzie jak roślinka.    

Po paru dniach od chwili wykrycia przyczyny pogorszenia stanu zdrowia doszło do śmierci klinicznej i zatrzymania akcji serca.

Joanna: Opowiedz, co wtedy czułaś?

Marzena: W tym czasie czułam się bezsilna i bezradna wobec tego, co się działo z moim dzieckiem. Jednak mocno wierzyłam, że Bóg utrzyma Karolinę przy życiu. W krytycznych momentach wołałam do Boga: „Nie zabieraj mi dziecka!” I On mnie wysłuchał, bo wierzyłam… To właśnie wiara, nadzieja i miłość do Karolinki dodawała mi siły, a modlitwa była (i jest nadal) moim umocnieniem.

Joanna: Co było potem?

Marzena: Gdy lekarze opanowali sytuację trzeba było przeprowadzić kolejną operację tym razem na głowę. W ciągu kilku miesięcy Karolina przeżyła 4 operacje, podczas których spuszczano jej płyn oponowo-rdzeniowy. Następna diagnoza lekarzy brzmiała: „Wodogłowie”.  Z powodu zastosowania (podczas operacji) tracheostomii Karolina przez dłuższy czas nie mogła mówić. Po przebytych jeszcze 6 operacjach straciła wzrok.

Joanna: Jednak nastąpiła poprawa stanu zdrowia Twojej córki?

Marzena: Tak, ale nie zupełnie. Karolina odzyskała wzrok dzięki wszczepionym zastawkom, ustąpiła blokada nerwu wzrokowego i teraz ma ograniczone pole widzenia tzn. widzi jak w lunecie. Mimo znacznej poprawy zdrowia doszły inne choroby: padaczka, niedowład kończyn dolnych i lewej ręki. Krwiak na mózgu stał się przyczyną, że dziewczyna ma pamięć wybiórczą i jest opóźniona w rozwoju.W ciągu swojego życia Karolina przeżyła 20 operacji.

Joanna: Jak przebiegała edukacja Karoliny?

Marzena: Moja córka ukończyła szkołę podstawową, natomiast w gimnazjum specjalnym uczyła się trybem indywidualnym, ponieważ szkoła specjalna nie była przystosowana do osób poruszających się na wózkach. Po skończeniu tych szkół podjęła naukę w ZSZ o profilu introligatorskim.

Joanna: Mimo licznych fizycznych i intelektualnych ograniczeń Karolina ma swoje pasje, które sukcesywnie rozwija. Opowiedz o jej sportowych osiągnięciach.

Marzena:  Karolina już od pewnego czasu uprawia biegi na wózkach, zdobywa medale
i puchary. Największym jej osiągnięciem w biegach było zajęcie II miejsca Grand Prix Lublin. Jest podopieczną Fundacji Aktywnej Rehabilitacji w Lublinie.

Joanna: Powiedz, skąd lub od kogo czerpiesz siłę, wsparcie i radość do stawiania czoła niełatwemu życiu?

Marzena: Na pewno siłę czerpię z wiary w Boga, z modlitwy. To Bóg daje mi odwagę, aby pokonywać to, co dla niektórych jest niemożliwe do pokonania. Wsparcie natomiast otrzymuję od męża, syna i matki oraz od wszystkich ludzi spotkanych na swojej drodze, którzy w miarę możliwości mi służą swoją fizyczną i duchową pomocą. Jednak największą radość daje mi piękny uśmiech mojej Karolinki.

Dziękuję za rozmowę!


10 września 2015 r.

Edukacja dzieci i osób niepełnosprawnych

Mając małe niepełnosprawne dziecko często zastanawiamy się, jak będzie wyglądała jego edukacja, a w przyszłości kariera zawodowa? Pamiętajmy, że każde dziecko ma prawo do nauki.

Przedszkole

Już w wieku przedszkolnym (3-6) możemy zapisać dziecko do przedszkola integracyjnego. W wieku 6 lat obowiązuje tzw. „zerówka”- roczne przygotowanie dziecka do nauki przedszkolnej. Istnieją także przedszkola specjalne, do których mogą uczęszczać dzieci w zależności od rodzaju choroby. Jeżeli zaistnieje taka konieczność pobyt dziecka w przedszkolu można przedłużyć do 10 roku życia na podstawie wydanego Orzeczenia Poradni Pedagogiczno – Psychologicznej.

Szkoła

Jeśli nasze dziecko jest niepełnosprawne ruchowo może podjąć naukę w masowej szkole podstawowej i średniej z oddziałami integracyjnymi. W klasach integracyjnych mogą uczyć się także dzieci z różnymi schorzeniami: niepełnosprawne umysłowo i fizycznie, z Zespołem Downa, padaczką, z porażeniem mózgowym, dzieci niedowidzące i niedosłyszące. Klasy powinny spełniać odpowiednie warunki: podjazdy, windy, sale bez barier architektonicznych, a także odpowiednio przygotowaną kadrę pedagogiczną. W celu uatrakcyjnienia zajęć stosuje się ćwiczenia, gry i zabawy dydaktyczne.  Uczniowie w takich klasach świetnie się adoptują, wzajemnie sobie pomagają, uczą się wrażliwości, tolerancji i empatii. Integracja ma korzystny wpływ na rozwój intelektualny, emocjonalny, psychiczny oraz emocjonalny.

Dzieci ze znacznym stopniem niepełnosprawności mogą uczyć się w domu (indywidualny tok nauczania) pod kierunkiem nauczyciela przydzielonego przez najbliższą placówkę szkolną. Uczniowie idący tym trybem mogą realizować cały program szkolny lub tylko z wybranych przedmiotów przewidzianych w programie nauczania. Jest to pozorna izolacja, ponieważ każde dziecko może uczestniczyć w wybranych zajęciach szkolnych, uroczystościach
i akademiach.

Jeżeli dziecko nie może chodzić do publicznej szkoły podstawowej ze względu na swoją niepełnosprawność lub nie jest w stanie sprostać wymaganiom programowym tej szkoły wówczas Poradnia Psychologiczno – Pedagogiczna kieruje je do szkoły specjalnej. Kształcenie specjalne obejmuje dziecko nie tylko w szkole, ale także w domu, na obozach i na innych zajęciach, które dają dzieciom możliwość rozwoju.

Szkoły specjalne mają za cel kształcenie dzieci z lekkim, umiarkowanym i częściowo ze znacznym stopniem niepełnosprawności. Dzieci należy kierować do szkół specjalnych w zależności od ich schorzenia oraz stopnia upośledzenia. Szkoły podstawowe specjalne obejmują kształcenie dzieci z niepełnosprawnością umysłową (w stopniu lekkim, umiarkowanym i znacznym), niedosłyszące i niedowidzące. W szkołach tych jest również gimnazjum. Niepełnosprawni uczniowie mogą kontynuować naukę w szkole specjalnej nie dłużej niż do 24 roku życia. Szkoły specjalne przygotowują upośledzone dziecko do zawodu, wyrównują zaistniałe braki, stwarzają dziecku odpowiednie warunki do rozwoju jego osobowości. Podobne cele i zadania mają  szkoły średnie, zawodowe, technika oraz szkoły przysposabiające do pracy.

Warsztaty Terapii Zajęciowej

Popularne  placówki zwane WZT powstały w Polsce w 1991 roku. Skupiają osoby niepełnosprawne, chcące uczestniczyć w rehabilitacji społecznej,  zawodowej i zajęciowej. Uczestnicy mają do wyboru kilka pracowni, w których pod kierunkiem instruktora wykonują często pracochłonne prace.  Te „dzieła” sprzedawane są na różnego typu festynach i loteriach fantowych. Dla wielu osób niepełnosprawnych praca w WTZ jest formą pracy zarobkowej. Osoby niepełnosprawne do placówek WTZ dowożone są busami.

Masowe szkoły średnie

Masowe szkoły średnie mogą przyjąć uczniów z różnymi schorzeniami, o ile ich poziom intelektualny nie odbiega od poziomu intelektualnego ich rówieśników. Licea i szkoły średnie kształcą osoby niepełnosprawne w systemie dziennym, zaocznym i wieczorowym.

Studia

Coraz częściej niepełnosprawna młodzież oraz dorośli podejmują naukę na studiach  wyższych. Studia można podjąć w każdym wieku. Likwidacja barier architektonicznych, socjalizacja osób niepełnosprawnych sprawiły, że na uczelniach coraz częściej spotyka się osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich. Studia można kontynuować w systemie dziennym, zaocznym, internetowym. Kierunki studiów należy wybierać zgodnie z zainteresowaniem. Tak dobrane studia pozwolą studentom rozwijanie swoich pasji, a przy tym stwarza szansę na w miarę normalne życie.

Nie jest sekretem, że studiowanie jest kosztowne. Trudno ze skromnej renty socjalnej np. opłacić czesne, kupić podręczniki, bilety na dojazd do miejsca nauki, a nierzadko wynająć miejsce na nocleg. Pomocą w kwestiach finansowych służy PFRON, udzielając kredytu aktywnym studentom. Spłaty zaciągniętego kredytu przewidziane są po zakończeniu nauki. Dziekanaty uczelni również niekiedy zwalniają niepełnosprawnych studentów z opłat za usługi edukacyjne. Oferują także stypendia socjalne i naukowe dające nie tylko możliwość zaspokojenie podstawowych potrzeb związanych z nauką,  ale też motywują studenta do dalszej edukacji.

Ukończenie studiów to efekt wytrwałości, uporu i pragnienie wiedzy. Stwarza to ogromne możliwości do realizacji planów zawodowych i osobistych przez osoby niepełnosprawne.


3 września 2015 r.

Pomoc socjalna dla osób niepełnosprawnych

Państwo polskie otacza opieką osoby niepełnosprawne potrzebujące wsparcia. Oprócz rent socjalnych i zdrowotnych przyznawane są również inne formy pomocy. Do świadczeń mają prawo również osoby ubogie, bezdomne oraz te rodziny,  w których stosowana jest przemoc. Zazwyczaj są to zapomogi pieniężne lub pomoc materialna.

Pomoc socjalna

Osoby niepełnosprawne zwykle utrzymują się z rent socjalnych lub rodzinnych. Niekiedy jednak muszą korzystać z pomocy MOPS, PCPR i innych instytucji powołanych do wsparcia tych, którzy tego potrzebują. Obecna sytuacja rencistów nie jest materialnie najlepsza, dlatego coraz częściej zgłaszają się oni po zapomogi i inne formy pomocy, które im przysługują. Pomoc socjalna polega na: pracy socjalnej, przyznawaniu i wypłacaniu ustawowych świadczeń, realizacji zadań wynikających z potrzeb społecznych oraz na rozwoju nowych form społecznych.

Formy pomocy

Opieka społeczna świadczy następujące formy pomocy świadczeń pieniężnych: zasiłek stały, okresowy, świadczenie pielęgnacyjne, świadczenie wypłacane z tytułu utraty prawa do zasiłku dla bezrobotnych.

Poza  tymi wymienionymi formami pomocy pieniężnej opieka społeczna może przyznawać środki materialne niezbędne do codziennego funkcjonowania osobie niepełnosprawnej. Jest to np.: posiłek, bilet kredytowany, pomoc w uzyskaniu odpowiednich warunków mieszkaniowych oraz pomoc na zagospodarowanie w formie rzeczowej. pobyt w domu pomocy społecznej, opieka w placówce szkolno – wychowawczej.

Domy pomocy społecznej świadczą usługi bytowe, opiekuńcze i edukacyjne. Domy pomocy są przeznaczone dla osób chorych: fizycznie, umysłowo, niepełnosprawnych, starszych.Inną formą pomocy świadczonej osobom niepełnosprawnym są Domy Dziennego Pobytu. Są one przeznaczone dla tych osób, które są niesamodzielne, a ich rodziny pracują zawodowo.

W takich placówkach osoby niepełnosprawne mają zapewnioną kompleksową opiekę personelu medycznego, rehabilitacyjnego i pedagogicznego. Pod opieką specjalistów osoby niepełnosprawne wykonują ćwiczenia usprawniające, wykorzystują swój potencjał twórczy, a co najważniejsze uczą się relacji interpersonalnych. Podobne cele i zadania mają Warsztaty Terapii Zajęciowej.

Osoby niepełnosprawne mieszkające samotnie lub w rodzinach mogą korzystać z usług opiekuńczych, w zakres których wchodzi: toaleta chorego, robienie zakupów, sprzątanie mieszkania lub pokoju zajmowanego przez osobę chorą, gotowanie, załatwianie spraw urzędowych, w miarę możliwości zapewnienie kontaktu z otoczeniem, a także odprowadzanie dzieci i młodzieży szkolnej na zajęcia szkolne lub zajęcia WTZ.

Specjalistyczne usługi opiekuńcze świadczone są przez wykwalifikowane pielęgniarki, rehabilitantów i fizjoterapeutów. Aby osoba niepełnosprawna korzystała z tych  usług należy zadzwonić lub dostarczyć skierowanie od lekarza rodzinnego do MOPS w miejscu zamieszkania chorego. Procedura przewiduje wywiad pracownika socjalnego w domu osoby ubiegającej się o tę formę świadczonych usług.

Odpłatność za wymienione usługi ustala władza gminy.

Osoby ubiegające się o pomoc socjalną muszą spełniać odpowiednie kryteria dochodowe, które bardzo często ulegają zmianom. Dlatego należy upewnić się np. w MPPS, czy osoba ubiegająca się o w/w formy pomocy owe kryteria spełnia.

Oprócz placówek MOPS, jako pomoc potrzebującym pomocy zostały powołane Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie oraz Narodowy Fundusz Zdrowia. Placówki te mają na celu dofinansowanie osobom niepełnosprawnym sprzętu rehabilitacyjnego, protez, wyjazdów sanatoryjnych i turnusów rehabilitacyjnych.


27 sierpnia 2015 r.

Urządzamy pokój dla pierwszoklasisty

Już od najmłodszych lat każde dziecko potrzebuje swojego łóżeczka, krzesełka i wydzielonego kącika do zabawy. Jeśli mamy możliwości urządzamy mu pokój, w którym będzie się czuło swobodnie, pozwoli mu zachować intymność i spokojne miejsce do nauki, zabawy, a także do odpoczynku. Dziecko wkraczające w wiek szkolny będzie wymagało więcej sprzętów, które pomogą mu skupić się na nauce.

Jaki powinien być pokój dziecka?

Wydzielenie dziecku odpowiedniego pokoju zależy od mieszkania, jakim dysponujemy. Najlepiej gdyby to był pokoik słoneczny i średniej wielkości. Nasłonecznione pomieszczenie odgrywa znaczącą rolę u uczących się dzieci. Poczucie ciepła, jasności, korzystnie wpływa na funkcjonowanie mózgu naszego ucznia. Ściany mogą być pomalowane w pastelowym kolorze ulubionym przez małego lokatora lub pokryte kolorową tapetą. Tapeta może zawierać delikatne motywy kwiatowe, czy postaci z bajek, które dziecko uwielbia. Umeblowanie  tzn. biurko, lampka (usytuowana z lewej strony, jeśli dziecko jest praworęczne), krzesełko na kółkach, regał lub inne półki, aby spełniały swoją funkcję muszą być dostosowane do wzrostu pierwszoklasisty. Dzieci lubią tam same ustawiać zabawki, książki i inne „skarby” przyniesione ze spaceru. Pokój ma być także wyposażony w lampkę nocną lub obniżony kontakt do włączania żyrandola tak, aby dziecko w każdej chwili mogło zapalić światło. Należy dokładnie zabezpieczyć przewody elektryczne np. przy komputerze oraz innych sprzętach RTV.  Mały dywanik na podłodze będzie dla bawiącego się dziecka dobrą izolacją od chłodnej podłogi i da poczucie przytulnego wnętrza. Łóżko i inne sprzęty w pokoju powinny być dostępne oraz dostosowane do wieku dziecka.

Na ścianie (w zasięgu wzroku ucznia) można zaczepić maty, na których przykleja się trudno przyswajalne wzory np. zasady pisowni lub matematyczne równania. Ten sposób nauki jest bardzo skuteczny, jeśli chodzi o zapamiętywanie tego rodzaju działań. Można tam przyczepić również plan lekcji oraz inne notatki, w których zapiszemy ważne dla dziecka terminy.

W oknie najlepiej założyć krótkie kolorowe firanki, zasłony lub rolety w zależności od upodobania właściciela pokoju. Na parapecie można postawić kwitnące kwiaty doniczkowe, nie tylko ze względów estetycznych, ale także po to, aby dziecko nauczyło się samodzielnego podlewania roślin, pielęgnacji i ich hodowli.

Pamiętajmy, że jeżeli dysponujemy jednym pokojem dla dziecka ma on spełniać rolę pokoju dziennego, ale także pokoju rekreacyjnego oraz sypialni i to od rodziców zależy, czy ich pociecha będzie się w nim dobrze czuła. Od samopoczucia w domu zależy efektywność ucznia i jego dalsza edukacja.


20 sierpnia 2015 r.
Uczucie zazdrości

Śledząc wiadomości w mediach oraz obserwując codzienne życie bliskich nam osób możemy zobaczyć, jak wiele szkód może wyrządzić drugiemu człowiekowi niezdrowe uczucie zazdrości. Uparte dążenie do posiadania czegoś, co posiada sąsiad, a co dla nas wydaje się być szczytem marzeń może prowadzić do nienawiści, rozpadu małżeństw, kradzieży, a nawet zabójstw. Szukajmy sposobów, aby nie ulegać temu chorobliwemu uczuciu posiadania.

Czym jest zazdrość?

Zazdrość jest to uczucie frustracyjne. Objawia się w sytuacjach, gdy pożądany obiekt nie jest w posiadaniu osoby, która go pragnie. Jest to negatywne uczucie, jednak przejawiające się w łagodnej formie może stać się bodźcem do zdrowej konkurencji i realizacji własnych aspiracji. Chorobliwa zazdrość ma różne oblicza. Prowadzi do braku zaufania drugiej osobie, zniewolenia z powodu nadmiernych kontroli, a także podejrzeń, kłótni i agresywnych zachowań.

Czego i dlaczego zazdrościmy innym?

Zazdrość przejawia się w związkach, w rodzinie, w przyjaźni. Zazdrościmy powodzenia w miłości, zdrowia,  urody, pieniędzy, sukcesu oraz warunków materialnych itp. poniższej postaramy się wyjaśnić przyczyny wymienionych zachowań.

Zazdrość w związkach może doprowadzić do rozejścia się kochające pary. Jeżeli dwoje ludzi się kocha to skąd ten diametralny zwrot? Wystarczy jedno słowo, spojrzenie, sytuacja aby wzbudzić podejrzenie, że partner zdradza swoją partnerkę z jej najlepszą przyjaciółką lub koleżanką z pracy. W relacjach z partnerem znika zaufanie i zapomina się o zapewnieniu przez niego wierności. W grę wchodzi teraz kontrola partnera i rozliczanie go z każdej minuty spędzonej poza pracą i domem. Wówczas następują frustracje, kłótnie, agresja. Zdarza się, że jedna strona nie wytrzymuje napięcia i odchodzi w swoją stronę. Pozostaje żal i rozpacz zwłaszcza, gdy się okaże, iż podejrzenia o zdradę okazały się bezpodstawne. Przyczyną podejrzliwości jest przeważnie niska samoocena partnerki. Tutaj ujawniają się kompleksy na tle jej własnego wyglądu.  Postrzega ona, że inne kobiety są od niej ładniejsze, zaradniejsze itp. A przecież wystarczyłoby popracować nad zmianą swojego wyglądu. Jeśli kobieta czuje się zaniedbana może odwiedzić gabinety, które pomogą podkreślić jej urodę. Zanim nie będzie za późno należy dążyć do szczerej, spokojnej rozmowy z partnerem i przedstawić mu argumenty swoich obaw. Nigdy nie trzeba podejmować żadnych decyzji pod wpływem emocji. Chorobliwa zazdrość wymaga stosowania terapii w gabinecie psychologa.

Zazdrość warunków materialnych oraz pieniędzy przejawia się w sytuacjach, gdzie np. mieszkający obok sąsiedzi (często nawet rodzeństwo, kuzyni) żyją na wyższym poziomie społecznym. Na tym tle rodzą się spory sąsiedzkie i rodzinne waśnie. Zazdrościmy majątku, biznesu, który jest – być może – dziedziczony lub osiągnięty kosztem zdrowia, okupiony brakiem czasu i innych wyrzeczeń właścicieli. A więc należy spróbować przeanalizować, czy warto zazdrościć czegoś, co zabiera siły, zdrowie (którego nikt nie kupi za pieniądze) i czas wolny?

Zazdrość zdrowia jest widoczna u osób chorych. Zdrowie uwarunkowane jest genetycznie oraz zależne jest od trybu życia. Mimo to ludzie mający problemy zdrowotne mogą postrzegać innych jako okazy zdrowia. Swoje dolegliwości wysuwając na plan pierwszy roszczą sobie prawo do przesadnego pomagania, wyręczania ich w codziennych czynnościach. Nie liczą się z niedyspozycjami i brakiem czasu osób, które im przychodzą
z pomocą. Często nawet głośno wyrażają swoją zazdrość zdrowia w obecności osób trzecich. W takich przypadkach zazdrość rodzi egoizm. Bardzo często osoby chore nie widzą, że ci z pozoru zdrowi ludzie także mają swoje fizyczne, psychiczne czy duchowe cierpienia, które nie są widoczne na zewnątrz. Należy chorych na to uczulać, aby wzmocnić ich wrażliwość na tych, którzy służą im swoją pomocą.


13 sierpnia 2015 r.

Związki małżeńskie osób niepełnosprawnych

Wiele kontrowersji budzą wiadomości o zawarciu małżeństwa przez osoby niepełnosprawne. Mimo, że niektórzy z nich są niezależni zawodowo, finansowo, a jednak zdrowa część społeczeństwa krytycznie patrzy na ich decyzje o zakładaniu  rodziny. Dlaczego w XXI wieku związek dwojga osób, w którym oboje lub jedno z nich jest nie w pełni sprawne, nadal uważa się za mezalians? Czy prawo do szczęścia mają wyłącznie zdrowi ludzie? A przecież niepełnosprawni też pragną miłości i bycia we dwoje.

Pragnienie bycia razem

Każda z nas, kobiet – niezależnie od stanu zdrowia – potrzebuje czułości i bliskości drugiej osoby. Kobieta, mimo że żyje przy rodzinie (rodzice, rodzeństwo) czuje się samotna i nikomu nie potrzebna. Taka sytuacja sprzyja powstawaniu frustracji, a w przyszłości depresji. W naturę kobiet wpisana jest rola żony i matki. Marzy o tym, by kochać i być kochaną. Dlatego przez cały okres życia usilnie dąży do realizacji swoich wewnętrznych pragnień. Spełnienie zamierzonego celu pomaga kobiecie pozytywnie patrzeć w przyszłość, wzrasta w niej samoocena, a choroba schodzi na plan dalszy.

Mężczyzna niepełnosprawny również chce realizować się w związku małżeńskim. Pragnie mieć przy sobie kobietę, z którą wzajemnie będą się wspierać fizycznie i duchowo. Po prostu nie będą sami. We dwoje łatwiej jest iść przez życie pokonując bariery rzucane przez skutki choroby. Przyszłość dwojga osób, z których obie lub jedna z nich jest nie w pełni sprawna będzie o wiele łatwiejsza, ponieważ razem będą dążyli do wspólnego dobra mając na uwadze szczęście kochanego współmałżonka.

Niewiele osób zdrowych rozumie te wewnętrzne pragnienia z jakimi borykają się na co dzień osoby niepełnosprawne. Sami niepełnosprawni z reguły nie zwierzają się z tych problemów nawet najbliższym członkom rodziny uważając je za temat tabu. Takie tematy nie są więc poruszane. Rodzina także unika rozmów o problemach damsko – męskich uznając, że człowiek niepełnosprawny nie ma fizycznych potrzeb w równym stopniu, co człowiek fizycznie sprawny. Otóż nic bardziej mylnego. Pamiętajmy, że człowiek może być chory fizycznie lub umysłowo, natomiast popęd seksualny jest w jego naturze, która w obu przypadkach pozostała nienaruszona. Brak rozmów o swoich fizycznych potrzebach rodzi frustracje i tworzy błędne koło w naszym społeczeństwie. Aby zaszły istotne zmiany w tej kwestii należy zatem rozmawiać.

Utrudnienia w drodze do małżeństwa

Schody zaczynają się, gdy dwoje ludzi sprawnych inaczej zamierza sformalizować związek. Wówczas zaczynają się tzw. „dobre rady” udzielane przez najbliższych członków rodziny. Ci właśnie, którzy powinni udzielać wsparcia niepełnosprawnej osobie zaczynają roztaczać „wizje”, ukazując kandydata, jako potencjalnego złodzieja majątku lub przypisując mu nieświadomość sytuacji. Oba przytoczone przykłady są bardzo obrażające osobę starającą się zawrzeć związek małżeński, ponieważ nikt nie bierze pod uwagę zranionych uczuć obydwu stron.  Miłość jest wystarczającym argumentem, aby sforsować wszelkie „za i przeciw”. Nawet zdrowi ludzie stający na ślubnym kobiercu nie mają gwarancji , że do końca życia wytrwają w zdrowiu i chorobie – tak jak to sobie przysięgali.

W Urzędzie Stanu Cywilnego również nie jest najlepiej. Świadomi swojej decyzji ludzie muszą udowodnić swoją normalność, ponieważ urzędnicy raczej patrzą na wygląd dwojga ludzi niż na miłość, która ich łączy. Wszelkie fizyczne mankamenty (np. niewyraźna mowa) jednej z osób pracownik USC uznaje jako niepełnosprawność intelektualną, która wyklucza zgodę na zawarcie małżeństwa. Zasłaniają się Ustawami, przepisami. A gdzie brane jest pod uwagę szczęście człowieka? Wydaje się, że o tym się zapomina, gdy uchwalane są ustawy w prawie polskim.

A więc decydując się na zawarcie związku małżeńskiego należy zaopatrzyć się we wszelkie dowody, które potwierdzają sprawność intelektualną jednej ze stron np. świadectwo ukończonej szkoły, dyplom. Jest to upokorzenie, ponieważ zdrowi ludzie nie muszą dokumentować swojego intelektualnego stanu zdrowia.. jednak warto walczyć nie tylko o miłość, ale także o formalizowanie związku.

Może za parę lat związki niepełnosprawnych osób nie będą urastać do rangi mezaliansu?


6 sierpnia 2015 r.
Nasze pielgrzymowanie

Środek lata. W tym roku lata upalnego wręcz tropikalnego. Temperatury sięgają ponad 30 st. C. Jednak niezależnie od pogody co roku 3 sierpnia wyrusza z Lublina piesza pielgrzymka na  Jasną Górę. W kilkunastu grupach idą pątnicy, a każdy z nich niesie w sercu ukrytą intencję, którą zna tylko Czarna Madonna z Jasnogórskiego Obrazu. To do niej pielgrzymują ludzie z różnych stron Polski, a nawet spoza jej granic. Tradycja polskich pielgrzymek do świętych miejsc jest w naszym narodzie głęboko zakorzeniona, podlewana wiarą kwitnie i przynosi owoce po obecne czasy.

Geneza pieszych pielgrzymek w Polsce

Ruch pielgrzymkowy w naszej Ojczyźnie trwa już od 1000 roku, kiedy to Bolesław Chrobry wraz z Ottonem III przybyli do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie. Ten święty męczennik poległ z rąk pogan podczas nawracania Prusów na wiarę chrześcijańską. Monarchowie poprzez pielgrzymi trud oddali hołd wyznawcy Chrystusa. Drugim miejscem pielgrzymkowym stał się grób św. Stanisława Biskupa i męczennika w Krakowie. Już od jego męczeńskiej śmierci tj. 1079 roku wierni zaczęli pielgrzymować do miejsca wiecznego spoczynku Świętego prosząc o łaski za jego wstawiennictwem.

Oprócz grobów świętych i miejsc związanych z patronami Polski celem pielgrzymek pątników były Sanktuaria m.in. Święty Krzyż, w którym już od XI w. znajdowały się relikwie drzewa Krzyża Świętego, nad którymi OO. Benedyktyni sprawowali pieczę.

Głównym i najbardziej rozpowszechnionym miejscem pielgrzymkowym była i jest Jasna Góra w Częstochowie. Od 1382 roku jest czczone jako Sanktuarium Maryjne słynące cudami, o czym świadczą liczne cenne wota przynoszone przez ludzi różnych klas społecznych: królów i biednych wyznawców Bożej Rodzicielki. To cudami słynące  miejsce zyskało sobie miano Sanktuarium Narodu Polskiego. Najstarszą udokumentowaną pielgrzymką jest pielgrzymka z Gliwic na Jasną Górę  tj. w roku 1626. Ludność w ten sposób okazała swoją wdzięczność Matce Bożej za uratowanie miasta przed wojskami duńskimi podczas trwania wojny trzydziestoletniej. Bogurodzica ważną rolę odegrała podczas Potopu szwedzkiego, broniąc polski naród przed wrogiem. Dlatego m. in. w hołdzie dziękczynienia z roku na rok rosła liczba pątników i tak jest do chwili obecnej.  Z różnych stron Polski pielgrzymują tutaj ludzie, by spojrzeć w zranione Oblicze Jasnogórskiej Ikony, prosić o łaski, cuda
i podziękować za wszelkie dobra otrzymane za Jej przyczyną.

Pątnicy z Lubelszczyzny

3 sierpnia br. spod archikatedry już po raz 37 wyruszyła Piesza Pielgrzymka Lubelska. Mottem przewodnim tegorocznych rekolekcji w drodze jest hasło: „Uwierzcie w Ewangelię”.  Pielgrzymom towarzyszą dwie główne intencje: o duchowe owoce przyszłorocznych Światowych Dni Młodzieży oraz dziękczynienie za dar KUL  z okazji setnej rocznicy powstania tej uczelni, W 17 grupach wędrują pątnicy z kilkunastu lubelskich dekanatów w tym ze świdnickiego. Mają do przebycia ok. 320 km w upale, chłodzie, deszczu. Jednak z uśmiechem i piosenką na ustach, bo człowiek wierzący w moc Bożą nigdy nie jest smutny. Ufają, że mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych, mimo pęcherzy na stopach i nóg obolałych dojdą 14 sierpnia przygotowani na święto Wniebowzięcia Bogurodzicy. Złożą Jej w darze swój trud pielgrzymi, intencje w sercu ukryte oraz bukiety wonnych ziół zebranych na trasie tej trudnej, ale jakże radosnej pielgrzymki, uczącej pokory i dzielenia się kromką chleba.


31 lipca 2015 r.
Uczmy się tolerancji

Podczas wakacyjnych podróży mamy okazję zaobserwować w jakim stopniu tolerancyjne jest nasze społeczeństwo. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że ta cecha nie jest w Polsce powszechna. Mimo pomieszania ras i kultur w naszym narodzie niektóre osoby nie potrafią przejść bez znaczących dociekliwych spojrzeń np. obok obcokrajowców, osób niepełnosprawnych i ludzi wyróżniających się z tłumu stylem ubierania. To boli, zwłaszcza jeżeli obserwowana osoba poczuje na  sobie przenikliwy wzrok przechodnia.

Tacy sami?

Porównując inne miasta uważam, że Świdnik jest miastem tolerancyjnym. Stawało się to systematycznie przez wiele lat. Dzisiaj potrafię odróżnić stałego mieszkańca naszego grodu od tego, który zawitał tutaj gościnnie.  Wśród tych przyjezdnych mieszkańców osoba niepełnosprawna budzi zainteresowanie i można usłyszeć za plecami ciche współczujące komentarze. Podobna sytuacja zdarza się, jeśli np. ulicą idzie człowiek innej narodowości. A przecież Polacy także wyjeżdżają za granicę. Jeśli tam zdarzy się wyraz nietolerancji wybucha tzw. święte oburzenie. Czemu więc u nas wszystkie takie sprawy zamiatane są pod dywan?

Posłużę się tu przykładem. W zatłoczonym autobusie miejskim jechał Nigeryjczyk. Na przystanku wsiadają panowie sprawdzający bilety. Od razu kierują swoje  kroki do pana z Afryki. Polski język nie jest powszechnie znanym językiem na świecie, a gość wcale nie musi być poliglotą. Nie bardzo wiedział czego to zamieszanie dotyczy jego skromnej osoby. Wezwano policję. Stróże Prawa szybka dogadali się z zatrzymanym. Oczywiście chodziło o sprawdzenie biletu. Nieznajomość języka angielskiego przez osoby, które w naszym społeczeństwie mają styczność z różną narodowością jest wręcz karygodna. W ten sposób pogłębia się poczucie nietolerancji oraz dyskryminacji. Warto więc może podnieść kryteria zatrudnień na to stanowisko o znajomość języka  angielskiego chociaż na poziomie podstawowym? W ten sposób unikniemy znamion nietolerancji, o które (po tym incydencie) może być oskarżane nasze społeczeństwo.

Przykład tolerancji z wiejskiego podwórka

W pewnym wiejskim gospodarstwie była hodowla drobiu: parę kur i dwie młode kaczki. Zawsze trzymały się razem. Podczas jednej letniej nocy zakradł się lis. Drapieżnik miał apetyt na kaczkę. Porwał jedną z nich i uciekł do lasu. Ta , która pozostała przy życiu bardzo przeżywała rozstanie z bliźniaczką. Wydawała z siebie krzyk, który był wyrazem tęsknoty i cierpienia. Kury patrzyły na jej ból. I o dziwo, pewnego dnia rankiem wyszły na  podwórko, a za nimi człapała osierocona kaczka. Tak jest do chwili obecnej. Kury przyjęły kaczkę do swojego stada, a ona czuje się dobrze w ich obecności.

Czemu my ludzie, którzy (podobno?!) odróżniamy się od ptaków i zwierząt bardziej rozwiniętym mózgiem nie bierzemy z nich przykładu?


24 lipca 2015 r.

Zdarzenie na peronie

Podczas wakacji i sezonu urlopowego częściej niż zwykle podróżujemy koleją. W porównaniu z innymi środkami lokomocji, jest to w miarę tani transport, w którym możemy liczyć na zniżki i promocje. Atrakcyjne ceny mają wielu zwolenników. W czasie tych podróży mogą nam się przydarzyć różne sytuacje: wesołe lub smutne, w których mamy bezpośredni czy bezpośredni udział.

Biała laska

Początek lipca. Idziemy 7 –osobową grupą po peronie jednego z naszych nadmorskich kurortów. Wśród nas są trzy osob poruszające się przy pomocy wózków inwalidzkich. Sprawnie przemieszczamy się na inny peron z biletami w kieszeniach, bo chcemy zwiedzić także inne miasta. Tum ludzi przemieszcza się nie przestrzegając właściwej strony kierunku. Z naprzeciwka wybiega dość liczna grupa roześmianych kobiet. Nagle słyszę głuchy trzask! Jakby to był wystrzał z broni palnej. Przed naszą grupką staje młoda dziewczyna. Jej przyjaciółki gdzieś się rozpierzchły. Okazuje się, że owa dziewczyna szła z białą laską… była niewidoma! Niestety traf chciał, że jej laska trafiła w szprychy wózka mojej koleżanki i została złamana. Czarna rozpacz tryskała z oczu niewidomej dziewczyny. W ciągu kilku chwil miała przemieścić się na drugi peron. Przewodnik naszej grupy zaprowadził ją do punktu informacyjnego PKP w nadziei na pomoc w zaistniałej sytuacji. Niestety nikt nie potrafił jej udzielić. Dziewczyna domagała się zwrotu kosztów białej laski,  którą wyceniła na kwotę 150 złotych. Jednak ani koleżanka na wózku, ani nikt z nas obserwujących zdarzenie nie miał przy sobie takiej kwoty oraz nie czuł się winny, aby zwracać kosztów zakupu nowej laski – przewodniczki. Sytuacja patowa!

Chęć pomocy

Czując moralny obowiązek pomocy niewidomej dziewczynie, chcieliśmy wynająć jej taxi, aby bez problemu dojechała do celu swojej podróży. Niestety, panowie taryfiarze, oprócz niebotycznych kwot za usługę życzyli sobie, aby ktoś z naszej grupy pojechał z dziewczyną jako jej przewodnik. Czas nas też gonił do pociągu więc nie mogliśmy sobie pozwolić na nadplanowe wycieczki taryfą po mieście. W końcu stanęło na tym, że poszkodowana dziewczyna żądaną kwotę na zakup białej laski odbierze z naszego grupowego ubezpieczenia. Po tych perypetiach dziewczyna została sama na peronie.

Po powrocie do domu, coraz częściej nachodzą mnie smutne refleksje: czemu nikt nie znalazł doraźnego rozwiązania tego trudnego problemu, który może się przytrafić każdemu z nas. Pytania w mojej głowie się mnożą. Dlaczego dobrze prosperujący dworzec PKP nie był w stanie pomóc niewidomej dziewczynie? Czemu taksówkarze nie mogli (w tej wyjątkowej sytuacji) obniżyć ceny za usługę? W końcu zastanawiam się, gdzie się podziały przyjaciółki owej niewidomej dziewczyny, zostawiając ją samą na środku peronu z obcymi ludźmi?
A może z ukrycia przyglądały się całemu zdarzeniu, bojąc się wysadzić czubek własnego nosa?


17 lipca 2015 r.

Zastrzał

Bardzo często latem, jesteśmy narażeni na skaleczenia, zakucia palca lub dłoni. Może to się nam zdarzyć np. przy wykonywaniu prac na działce (może to być ukłucie kolcem róży, drzazgą) lub w kuchni podczas przygotowywania posiłku czy przy szyciu igłą. Zazwyczaj leczenie rany nie trwa długo, jednak czasami pojawiają się powikłania. Jednym z nich jest zastrzał.

Co to jest zastrzał?

Zastrzał – zwany inaczej ropownicą, jest skutkiem urazu dłoni, palców i śródręcza. Zwykle ma swój początek po zakłuciu palca. Nie leczony może rozszerzyć się na dalszą część kończyny. Jest to zakażenie, powstałe na skutek bakterii np. gronkowca przeniesionych podczas urazu. Zakażenie to może prowadzić do uszkodzenia sprawności ręki.

Rodzaje zastrzału

Zastrzał rozwija się 3 godziny po zakłuciu zanieczyszczonym narzędziem. W zależności od głębokości i stopnia zaawansowania zastrzału wyróżniamy kilka jego rodzajów: Zastrzał ścięgnisty, kostny, podskórny i stawowy. Poniżej opiszę ich objawy i czym się charakteryzują.

Zastrzał ścięgnisty – jest przyczyną zakłuć. Na początku występuje obrzęk i zaczerwienienie. Narastający ból powoduje przykurcz palca lub ręki. Jest to związane ze wzrostem ciśnienia krwi w tkankach. W tym przypadku może nastąpić zniszczenie ścięgien oraz postęp zakażenia aż do przedramienia. Aby temu zapobiec konieczny jest zabieg chirurgiczny, podczas którego stosuje się u pacjenta blokadę palca lub krótkotrwałe znieczulenie ogólne.

Zastrzał kostny – jest procesem zapalnym paliczek końcowych. Powstaje na skutek rozszerzania się zakażenia z tkanek otaczających. O tym rodzaju zakażenia świadczy ból, zaczerwienienie skóry i narastająca gorączka.

Zastrzał podskórny – to stan zapalny, który obejmuje tkankę podskórną, ogranicza się do paliczka bliższego i ma tendencję do rozprzestrzeniania się na dłoń. Charakteryzuje się bólem przy opuszczaniu ręki ku dołowi, obrzękiem na grzbietowej części dłoni, a niekiedy pojawia się podskórny ropień.

Zastrzał stawowy – tworzy się w okolicach stawu ręki. Jest to wynik bezpośredniego urazu lub przez przeniesienie zakażenia z otaczających tkanek. Symptomy świadczące o tego rodzaju zakażeniu to ból, dreszcze, podwyższona temperatura ciała, obrzęk oraz ograniczone ruchy ręki w okolicach stawu.

Leczenie zastrzału

Niewielkie zastrzały nie wymagają ingerencji chirurgicznej. W lżejszym przypadku wystarczy przyłożyć na palec kompres z sody oczyszczanej. Innym domowym sposobem leczenia zastrzału jest okład z kwaśnego ciasta zagniecionego z 1 szklanki mąki pszennej z dodatkiem kwaśnego mleka lub śmietany. Tak przygotowanym ciastem należy oblepić bolący palec, położyć na to gazę i owinąć bandażem. Opatrunek powinno się zmieniać co 3 godziny. Dzięki stałej konsystencji okład z ciasta pozostanie dłużej w miejscu skaleczenia. Zadaniem tego kompresu jest złagodzenie bólu, rozmiękczenia skóry na chorym miejscu oraz zmniejszenie jej napięcia. Jeżeli jednak ropień nie ustępuje wówczas należy udać się do lekarza.

Uporczywy zastrzał (zakażenie) chirurg leczy wykonując nacięcie powłok palca i oczyszczenie go z ropy i uszkodzonych tkanek. Zabieg ten przeprowadzany jest w znieczuleniu miejscowym. Dren pozostawiony razem z opatrunkiem umożliwia odpływ wydzieliny. Chory palec zostaje unieruchomiony dopóki nie minie stan zapalny, a wydzielinę pobiera się na posiew w celu dokładnego badania. Wszystkie rodzaje zastrzałów leczy się także antybiotykami.

A więc podczas prac polowych oraz domowych zabezpieczajmy dłonie ochronnymi rękawicami, aby potem uniknąć przykrych dolegliwości.


15 lipca 2015 r.

Jak radzić sobie z potówkami?

W okresie letnim na skórze noworodka i niemowlaka bardzo często można zauważyć pęcherzykowate, czerwone krostki. Są one wynikiem przegrzania dziecka ubierając je zbyt ciepło w słoneczne dni. Są to uciążliwe dla maluchów potówki.

Czym są potówki?

Wyróżnia się 3 rodzaje potówek:

1. Potówka zwykła – charakteryzuje się licznymi drobnymi przezroczystymi pęcherzykami w kolorze białym bez zaczerwienienia. Krostki mają wielkość 1-2 mm. Mogą pojawić się już w 6 lub 7 dobie życia noworodka. Jeśli dojdzie do zakażenia z wysiękami wtedy mamy do czynienia z potówkami ropnymi.

2. Potówka czerwona – pojawia się na skórze, która jest niewłaściwie natłuszczana oliwkami. Może występować u dzieci otyłych. Grudki mogą mieć wielkość 2-4 mm z pęcherzykiem na szczycie. Wysypka atakuje owłosioną skórę głowy, szyję, okolice karku, pachwin oraz w zgięciach kończyn. W cięższych przypadkach 0zmiany zapalne zlewają się w rozległe plamy. Potówki czerwone mogą pojawić się między 11 a 15 dniem życia dziecka. Skóra swędzi i piecze, a więc w tym czasie dziecko może być niespokojne.

3. Potówka głęboka – jest najcięższą odmianą lecz na szczęście nie występuje w naszym klimacie. To zaburzenie występuje w krajach tropikalnych. Uszkadza ujście gruczołu potowego. W efekcie dochodzi do poważnych zaburzeń niektórych narządów, a także do zablokowania całkowitego wydzielania potu. Grudki mogą pojawiać się na tułowiu oraz kończynach mające objętość 1-3 mm

Jak leczyć potówki?

Pojawienie się potówek na skórze dziecka to sygnał, że maluch jest zbyt grubo ubierany, a w efekcie dochodzi do przegrzania skóry w miejscach szczególnie narażonych na działanie potu. Aby nie narażać dziecka na powstawanie tych przykrych dolegliwości pozwólmy mu w ciągu dnia chwilę pobaraszkować na golaska. Spowoduje to ochłodzenie ciała i regulację potliwości.

Priorytetem w niedopuszczeniu do powstawania zaburzeń skórnych u dzieci jest częste wietrzenie pomieszczeń w których dziecko przebywa oraz niedopuszczanie do jego przegrzania. Najlepszymi ubrankami dla maluszków są przewiewne wyroby z czystej bawełny. Higiena ma tu także ogromne znaczenie. Należy dokładnie oczyszczać skórę dziecka zwłaszcza w fałdkach oraz w miejscach narażonych na działanie potu. Zalecane jest częste zmienianie pieluszek, by nie narażać delikatnej skóry dziecka na odparzenia. Oliwka dodawana do kąpieli może być przyczyną powstawania potówek, a więc należy z niej zrezygnować. Potówki może zdiagnozować tylko lekarz, ponieważ jest wiele rodzajów chorób skórnych. Prostą metodą na złagodzenie dolegliwości potówek jest kąpiel w krochmalu. Trochę mąki ziemniaczanej rozrabiamy z wodą i zagotowujemy. Tak przygotowany roztwór wlewamy do wanienki i uzupełniamy wodą. Do kąpieli można dodać też nadmanganianu potasu. Kolejnym sposobem na leczenie tego zaburzenia jest stosowanie zasypki polecanej przez pediatrów. Lek w postaci proszku rozprowadzamy delikatnie na chorą skórę. Można też używać kremy na odparzenia dla niemowląt – dostępne w aptekach. Stosowanie tych środków zmniejszy uczucie swędzenia skóry, a tym samym sprawi, że dziecko będzie spokojniejsze i weselsze.


29 czerwca 2015 r.

Jak pozbyć się ciemieniuchy i co to takiego jest?

Ciemieniucha jest to niewydolność łojotokowa skóry. To zaburzenie pojawiające się u dzieci około 6-go tygodnia życia. Jest to niegroźna przypadłość, jednak nie wpływa ona dobrze na estetyczny wygląd naszej pociechy. Lato jest okresem, który sprzyja jej powstawaniu zwłaszcza, gdy są upalne dni. Aby nie dopuścić do powstania na główce dziecka twardej skorupy, należy z tą chorobą walczyć.

Przyczyny powstawania tzw. twardych ”łusek”

Przyczyną powstawania choroby jest niedojrzałość niektórych funkcji skóry niemowlaka. Umiejscawia się w okolicy ciemiączka, ale także może pojawić się w brwiach i przy „skrzydełkach” nosa. Ciemieniucha powstaje ze zrogowaciałych komórek skóry oraz łoju. W okresie niemowlęctwa gruczoły łojowe wykazują dużą aktywność zwłaszcza latem, a także podczas przegrzania dziecka. Pot nasila tworzenie się wspomnianej dolegliwości oraz opóźnia jej leczenie.

Choroba objawia się powstawaniem tzw. białych „łusek” na owłosionych częściach ciała. Wyglądem przypominają łupież. Są to zeschnięte strupki, które pojawiają się na skórze głowy niemowlaka. Nie jest to dla niego uciążliwe, a jednak brak odpowiedniej pielęgnacji może zaburzyć prawidłowe oddychanie skóry.

Domowe sposoby pozbywania się ciemieniuchy

Najprostszym domowym sposobem walki z tą przypadłością jest smarowanie ciemieniuchy zwyczajną oliwką przeznaczoną dla niemowląt lub oliwką salicylową – obie dostępne są w aptekach. Można także tym preparatem nasączyć czysty gazik i przykładać do miejsc zaatakowanych przez tę chorobę. Kurację należy robić 15 minut przed kąpielą dziecka. W czasie codziennych kąpieli myjemy główkę maluszka specjalnym szamponem. Potem ciemieniuchę delikatnie wyczesujemy grzebykiem lub miękką szczoteczką. Takie zabiegi powtarzamy nawet kilkakrotnie, aż do uzyskania pożądanego efektu czyli do całkowitego wyeliminowania ciemieniuchy. Podczas jej zwalczania nie należy dziecka przegrzewać, a w razie konieczności nakładać przewiewne bawełniane czapeczki.

Oprócz opisanej metody można stosować także peeling z płatków owsianych lub otrąb pszennych. Te produkty moczymy w ciepłej wodzie i potem wmasowujemy w skórę zaatakowaną ciemieniuchą. Takie zabiegi można stosować parę razy w tygodniu. Aby zapobiec przesuszeniu skórę głowy dziecka po każdym zabiegu natłuszczamy kremem nawilżającym. Do codziennej pielęgnacji stosujemy łagodny szampon dla niemowląt.

Możemy stosować też gotowe specjalne preparaty np. Klorane Bebe, Skarb Matki Olejuszka, szampon Mustela Bebe oraz emulsję Sebodem. Wymienione preparaty stosuje się przy zwalczaniu ciemieniuchy, a są one dostępne w aptece.

Jeżeli domowe zabiegi nie dają rezultatu, a schorzenie się nasila i rozprzestrzenia na inne części ciała koniecznie trzeba z dzieckiem udać się po poradę lekarską. Istnieje obawa, że ciemieniucha przerodziła się w atopowe zapalenie skóry lub grzyba trudnego do wyleczenia domowymi sposobami. Prawdopodobnie dermatolog przepisze dziecku antybiotyk, maść lub inne przeciwgrzybiczne lekarstwa.

Po wyleczeniu tej przypadłości trzeba stale obserwować skórę głowy dziecka, ponieważ ciemieniucha ma tendencje do nawrotów. Przestrzeganie codziennej higieny ustrzeże dziecko przed ponownym tworzeniem się zrogowaciałego naskórka.


17 czerwca 2015 r.

Pękające pięty

Pękające pięty nie wyglądają estetycznie zwłaszcza latem, kiedy nosimy obuwie odkrywające znaczną część stopy. I chociaż jest to tylko defekt kosmetyczny może on powodować krwawiące rozpadliny.

Dlaczego pięty pękają?

Powodem pękających pięt jest zaniedbywana lub zła pielęgnacja stóp, nadwaga, cukrzyca, ciasne obuwie, a także skłonności genetyczne. Cokolwiek jest tego przyczyną należy dbać o swoje stopy, bo to one noszą cały nasz ciężar ciała. Pięty pękają, gdy niestarty i mało nawilżony naskórek złuszcza się i powstaje suche zrogowacenie skóry. Niekiedy tworzą się szczeliny tak głębokie, sięgające aż do skóry właściwej. Wówczas każdy krok sprawia ból, a z pęknięć sączy się krew. W takiej sytuacji grozi to wnikaniem bakterii do organizmu i zakażeniem. Aby temu zapobiec należy udać się do specjalistycznego gabinetu pielęgnacji stóp lub do dermatologa. Można także wspomagająco zastosować domowe sposoby leczenia.

Domowe sposoby leczenia na pękające pięty

Jeśli pęknięcia nie są głębokie (o ile nie jesteśmy chore na cukrzycę) można się leczyć samej w domu. Bardzo skutecznym sposobem na pękające pięty jest moczenie ich (ok. 20 min.) w ciepłej wodzie z dodatkiem soli kuchennej, oliwy oraz mydła. Ta kąpiel zmiękcza skórę, dzięki temu po tym zabiegu można bez problemu usunąć zrogowaciały naskórek. W tym celu można użyć pumeksu lub specjalnej tarki. Następnie wcieramy krem do stóp najlepiej z dodatkiem mocznika SVR, gliceryny lub witaminy A. Jednak nie nakłada się go na krwawiące miejsca. Taki krem dobrze nawilża, regeneruje i reguluje rogowacenie skóry. na posmarowane kremem stopy nakładamy bawełniane skarpety dla większego efektu regeneracji skóry. Tego rodzaju zabiegi wykonujmy najlepiej przed snem. Rano natomiast można posmarować stopy kremem w piance, który bardzo szybko wchłania się w skórę. Regularnie stosowany krem Bielenda Happy And do stóp nawilża naskórek i łagodzi podrażnienia, usuwa przykry zapach oraz zmniejsza tendencję pękania skóry. Kolejną ważną rzeczą w domowym sposobie leczenia jest zmiana diety. Nadmiar kilogramów ciała również może być przyczyną obciążenia pięt i ich pękania. Przy tej dolegliwości zaleca się pić dużo wody mineralnej, aby skóra stała się bardziej elastyczna i nie miała tendencji do rogowacenia.

Kąpiele w ziołach i w parafinie kosmetycznej

Dobre efekty na pękające pięty przynoszą kąpiele stóp w ziołach: kozieradce lub w krwawniku. Przepisy użycia znajdują się na opakowaniach. Innym rodzajem kąpieli jest moczenie stóp w siemieniu lnianym, które zmiękcza skórę i ją wygładza. Na zbolałe pięty dobrze robi też okład z ciepłej parafiny kosmetycznej. Przeciwwskazaniem do tego zabiegu jest grzybica paznokci, egzema i alergia na parafinę. Jeżeli mamy trudności w radzeniu sobie z tymi domowymi zabiegami to przynajmniej raz w miesiącu powinniśmy złożyć wizytę w gabinecie kosmetycznym. Tam otrzymamy profesjonalną pomoc i poradę.

Co zleci dermatolog?

Lekarz dermatolog po przeprowadzonym wywiadzie o przebytych chorobach zwykle przystępuje do usuwania naskórka. Zabieg wykonuje się specjalną frezarką, przesuwając ją po stopie. Po tym zabiegu specjalista nakłada na stopę maskę leczniczą i owija folią. Opatrunki zalecane są wówczas, gdy rozpadliny są głębokie. Mają one ściągać brzegi tych bolesnych rozpadlin. Zabieg należy powtarzać co kilka tygodni, aż do całkowitego wyleczenia.


12 czerwca 2015 r.

Jeden niefortunny skok do wody

Lato zbliża się do nas wielkimi krokami. Już tylko kilkanaście dni dzieli nas od rozpoczęcia wakacji i sezonu urlopowego. W zależności od upodobań zaczniemy wyjeżdżać w ulubione miejsca odpoczynku. Jednych fascynuje majestat gór i wędrówki szlakami turystycznymi, inni wolą szum morza, dzikie plaże lub wypoczynek nad jeziorami. Niezależnie, gdzie się wybierzemy zachowajmy czujność i roztropność, aby potem jeden pochopny krok nie okazał się tym ostatnim tak jak w przypadku Piotra.

18-naste urodziny

Piotra zapoznałam na jednym z turnusów rehabilitacyjnych. Był mężczyzną dobrze zbudowanym, a to świadczyło, że parę lat wstecz uprawiał sport. Porusza się obecnie przy pomocy wózka inwalidzkiego. Podczas naszej rozmowy Piotr nie ukrywał powodu, dla którego z wysportowanego koszykarza stał się inwalidą ze stopniem znacznym. Powód był prozaiczny. Lato, wyjazd na Mazury, skok w dorosłość! Impreza urodzinowa odbywała się nad jednym z polskich jezior. Koledzy przynieśli alkohol, chcieli dobrze się zabawić, a przy okazji wypić toast z Jubilatem. Piotr nie wypił dużo, tylko tak dla poprawienia nastroju, że dziecięce lata zostawia już za sobą. Przyjaciele szybko znudzili się imprezą. Postanowili zrobić zawody, kto pierwszy dopłynie do przeciwległego brzegu jeziora. Najpierw jednak trzeba było skoczyć „na główkę”, zanurkować i popłynąć do celu. Weszli na niezbyt wysoki mostek. Skok! Stojący na brzegu ludzie obserwujący zabawę nastolatków zauważyli, że jeden z nich zbyt  długo nie wypływa na powierzchnię jeziora. Reakcja była natychmiastowa. Drugi skok – tym razem w poszukiwaniu człowieka zaginionego pod taflą wody.

Drugie życie

Piotra znaleziono bezwładnego. Doholowano go do brzegu. Potem był szpital, operacja kręgów szyjnych, długie leżenie w gipsowym „korytku” i pionizacja tzn. doprowadzanie do stanu, który pozwoli mu usiąść na wózek. Nie był to krótki, ani łatwy proces. Jednak udało się! Piotr ma sprawny umysł i częściowo sprawną prawą rękę. Dzięki temu co mu pozostało w stanie nienaruszonym ukończył studia, zaczął malować obrazy ustami, założył wydawnictwo, w którym drukuje miesięcznik skierowany głównie dla osób niepełnosprawnych ich rodzin i przyjaciół. Przy nim została rodzina i niewielka garstka starych znajomych, tych z czasów jego młodości można policzyć na palcach jednej ręki. On ich rozumie: założyli swoje rodziny, porozjeżdżali się po świecie za chlebem. On też ułożył sobie życie, od początku zbudował sieć nowych przyjaciół, na których zawsze może liczyć.

W wydawanym przez siebie pisemku na początku sezonu urlopowego zamieszcza ostrzegające artykuły o rozwadze i trzeźwości umysłu zanim tysiące młodych ludzi zdecyduje się na jeden skok, który może dla wielu z nich okazać się tym ostatnim. W spotach reklamowych ostrzega także przed skokami do płytkiej wody, ponieważ nie każdy odważny może mieć tyle szczęścia i wiary w siebie co on. Piotr śmieje się, że otrzymał „drugie” życie, ale może warto cieszyć się tym jednym życiem i przeżyć je bez bólu, wyobcowania i niepewność jutra?


4 czerwca 2015 r.

Uczulenie na mleko krowie tzw. skaza białkowa

Już za parę tygodni wyjedziemy na urlopy. Niektórzy będą wypoczywali w nadmorskich kurortach lub w tak często reklamowanych gospodarstwach  agroturystycznych. Kuszą one częstym przebywaniem na łonie natury i zdrową żywnością. Zanim tam pojedziemy, upewnijmy się, czy nasze pociechy tolerują białko, za warte w produktach mlecznych i mięsnych, a wtedy unikniemy przykrych niespodzianek np. skazy białkowej.

Jakie są przyczyny skazy białkowej?
Niestety, do chwili obecnej naukowcy nie wykryli przyczyn pojawiania się skazy białkowej. Przypuszczają, że to zaburzenie skórne ma podłoże genetyczne. W grupie ryzyka mogą być te dzieci, których przynajmniej jedno z rodziców cierpiało na tę dolegliwość, jak również na różnego typu alergie. Uważna obserwacja dziecka pozwoli na wcześniejsze wykrycie i leczenie alergii na białko.

Objawy
Zmiany skórne na ciele dziecka, które zdiagnozowano, jako skazę białkową nie są trudne do wyleczenia jeśli zastosujemy się do wskazań lekarza. Aby skutecznie likwidować to zaburzenie warto znać jego  przyczyny i objawy.
Skaza białkowa pojawia się najczęściej u dzieci przed ukończeniem 1 roku życia. Wówczas podstawowym pokarmem dziecka jest mleko.  Organizm niektórych dzieci nie toleruje białka, które – jak wiadomo – jest podstawowym budulcem kości. Białko ma również wpływ na prawidłowy przyrost wagi dziecka, a także odpowiada za jego wzrost. Najwięcej białka jest w mleku krowim. Jeżeli mamy dziecko, które jest uczulone na ten składnik objawy pojawią się po wypiciu mleka lub zjedzeniu nabiału.
Pierwsze objawy skazy białkowej przypominają symptomy atopowego zapalenia skóry. 
U niemowląt pojawiają się błyszczące zaczerwienienia na policzkach. Są one dla dziecka bolesne. Objawy nasilają się, gdy dziecko zje produkt powodujący uczulenie lub podrażni skórę niewłaściwie dobraną odzieżą. Stres również może być przyczyną nasilenia objawów nietolerancji organizmu na białko.
Innymi nietypowymi objawami jest krew w stolcu, mniejszy przyrost wagi, najbardziej niebezpieczny, bo stanowiący zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia dziecka może być tzw. wstrząs anafilaktyczny. Pierwszym objawem tego wstrząsu jest biegunka, wymioty, przyśpieszony oddech, obniżone ciśnienie krwi, a nawet utratę przytomności. Leczenie wstrząsu jest możliwe jest szybko zdiagnozowany.
Problem dzieci z tym schorzeniem polega na tym, że w ich układzie pokarmowym nie następuje dokładne  rozbicie białka na aminokwasy. Z tego powodu organizm nie może go wykorzystać, a w rezultacie białko staje się produktem ubocznym przemiany materii i nie jest wykorzystane do rozwoju dziecka. Nieprawidłowości w trawieniu białka mogą uszkadzać przewód pokarmowy dziecka oraz do  poważnego nadwyrężenia układu odpornościowego. Podstawowym warunkiem skutecznego leczenia jest dieta, którą zaleci lekarz.

Leczenie skazy białkowej
Podstawą leczenia skazy białkowej jest wczesna diagnoza oraz dieta zalecona przez lekarza.  Priorytetem w leczeniu jest eliminacja z dziecięcego menu pokarmów zawierających białko oraz tych produktów, które wywołują reakcję alergiczną. Kolejnym etapem leczenia jest pielęgnacja skóry. Nawilżamy i natłuszczamy ją maścią w celu złagodzenia przykrych dolegliwości tego zaburzenia. Te preparaty są dostępne w aptekach jednak stosowanie ich należy skonsultować z lekarzem dermatologiem.
Naturalnym sposobem złagodzenia skutków skazy białkowej może być podawanie dziecku miąższu aloesowego, którego zadaniem jest pozbycie się szkodliwych produktów przemiany materii. Ten preparat wspomagający leczenie można nabyć w aptekach oraz w sklepach internetowych.
Niektórzy rodzice preferują leczenie swoich dzieci środkami homeopatycznymi.
W przypadku skazy białkowej początkowa faza takiej kuracji może wywołać intensyfikację objawów alergicznych. Dlatego rodzicom zaleca się wnikliwą obserwację dziecka, aby w razie niepokojących objawów w porę wezwać lekarza.
Pocieszającym jest fakt, że w 90% skaza białkowa ustępuje po 2 roku życia dziecka, jeżeli oczywiście stosujemy u swoich pociech dietę eliminacyjną zleconą im przez lekarza.

Skaza białkowa, a karmienie piersią
Mamy karmiące dzieci piersią, u których stwierdzono alergię na mleko krowie powinny zrezygnować z tego produkty, jak również z produktów pochodnych czyli z nabiału. W zamian mogą uzupełniać swoją dietę np. mięsem drobiowym, ryżem, kaszą, brokułami, ziemniakami.
Jeśli młoda mama zdecyduje się odstawienie malucha od piersi może karmić dziecko specjalnym mlekiem bogatym w tłuszcze roślinne, które są  tolerowane przez maluszki  cierpiące na skazę białkową. W sprzedaży dostępne są różne produkty dla dzieci z alergią pokarmową np. mleko zastępcze Bebilon Pepti. Oprócz białka roślinnego zawierają one odpowiednie proporcje węglowodanów oraz kreatyniny, które ułatwiają gospodarkę energetyczną w komórkach dzieci nietolerujących białka. Po 5-tym miesiącu życia produkty do diety dziecka powinny być stopniowo wprowadzane. Będzie to naturalny test pozwalający zobaczyć, które produkty są przez dziecko tolerowane. Pamiętajmy, że reakcja alergiczna może pojawić się nawet za parę dni po podaniu produktu zawierającego alergen. Należy więc wnikliwie obserwować dziecko, aby w odpowiednim momencie odpowiednio zareagować. 
Jak już wcześniej było powiedziane skaza białkowa ustępuje, jeśli podejmiemy wczesne i  systematyczne leczenie.

 


26 maja 2015 r.

Serce matki

Datę 26 maja znamy już od najmłodszych lat. Z okazji Dnia Mastki przedszkola i szkoły organizują uroczyste akademie, ucząc w ten sposób najmłodsze dzieci i dorastającą młodzież szacunku do swoich rodzicielek. Każda matka kocha zawsze swoje dzieci, a niektóre z nich są nawet gotowe do ofiarowania swojego życia na rzecz życia swojego  maleństwa. O takim przypadku będzie dzisiejsza refleksja, która często przychodzi mi na myśl. Zasłyszana jest z ust mojej mamy, a więc uważam, że warto się nią podzielić.

Serce Zofii

Działo się to w latach 60-tych ub. stulecia. W małej wiosce pod Lublinem żyło młode małżeństwo. Mieli już jedną córkę. Po paru latach zdecydowali się na drugie dziecko. Ciąża Zofii od początku przebiegała bardzo ciężko. Poranne mdłości nasilały się z każdym dniem, nie ustępując mimo rozpoczęcia kolejnego trymestru i systematycznej kontroli lekarzy. Medyczne i domowe sposoby leczenia nie przynosiły zadowalających rezultatów. Podczas jednej z wizyt lekarskich, Zofia z ust lekarza usłyszała straszną wiadomość: „Ciążę trzeba usunąć, ponieważ stanowi poważne zagrożenie dla pani życia”. Diagnoza była domniemana, a więc najprościej było pozbyć się „tego” balastu. Jednak serce matki czuło, że dziecko będzie zdrowe, a ona sama wychowa je i zobaczy, jak będzie wzrastało. Jednak czy można ufać intuicji? A może, jako kobieta wierząca zaufała Bogu?

Młoda matka wracała do domu ze łzami w oczach. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, co czuło jej serce. Dziecko, na które czekała, czuła jego istnienie, ale  za parę dni miało być z niej wydarte „metalowymi palcami”, a po tym zabiegu miała je pożegnać i oddać ziemi. wspólnie z mężem podjęli desperacką decyzję: Zofia urodzi dziecko nawet kosztem swojego młodego życia. Kobieta nie chciała żyć z obciążonym sumieniem. W jej sercu zrodziła się macierzyńska miłość, bez której już nie wyobrażała sobie dalszego istnienia. Lekarze prowadzący ciążę Zofii byli w szoku, gdy młoda mama powiedziała im o swojej decyzji. Zbliżający się poród napawał lękiem rodzinę Zofii. Modlitwa nie schodziła z ich ust. Przyszła matka przygotowując wyprawkę dla dziecka szyła jednocześnie wyprawkę dla siebie tyle że w ciemnych kolorach. W końcu nadszedł dzień rozwiązania. Wszystko potoczyło się błyskawicznie: pogotowie, szpital i akcja porodowa – bez komplikacji. Zofia urodziła zdrową dziewczynkę! Matka i córka czuły się dobrze. A więc wiara oraz intuicja matki wygrała z prognozami lekarzy. Po paru dniach szczęśliwi rodzice tulili w ramionach maleńką Anię. Dziewczynka rozwijała się i rosła prawidłowo, a jej mama cieszyła się  sukcesami swojej córeczki. Mijały lata. Zofia doczekała się od dorosłej już Anny dwoje wspaniałych wnucząt. Być  może czasami we wspomnieniach powracały tamte trudne dni pełne niepewności swojej i dziecka egzystencji?

Szacunek i miłość

Jak jest w obecnym czasie z odwzajemnianiem miłości i szacunku do naszych matek? Bardzo często brakuje czasu, aby przyjść do nich, wziąć za rękę, przytulić. Wyręczamy się telefonami, pytając o zdrowie, składając życzenia lub prosząc o pomoc w wielu prozaicznych sprawach. One są nadal gotowe do poświęceń, niezależnie od stanu zdrowia czy podeszłego wieku. Dlaczego? Bo miłość matki trwa zawsze. Trwa nawet wówczas, gdy już jej serce przestaje bić. Podobno matka nigdy nie umiera – ona zmienia tylko swoją postać.


20 maja 2015 r.
Klub Różanych Dam

Pasjonatki, estetki, miłośniczki róż. Jak same mówią poprzez te kwiaty chcą uczynić świat piękniejszym. Pochodzą z różnych środowisk naszego powiatu. Założyły nieformalną grupę, która działa prężnie, z pełnym profesjonalizmem organizując ciekawe wydarzenia. Małgorzata Mazurek – jedna z założycielek grupy – z ogromnym zapałem opowiada o powstawaniu i działalności Klubu Różanych Dam.

Joanna Pąk: Kiedy i w jakich okolicznościach powstała ta grupa nieformalna?
 
Małgorzata Mazurek:
Grupa nieformalna Klub Różanych Dam powstała 15.08 2014. W tym dniu Różane Damy założyły fanpage na faceboo`k. A wszystko tak naprawdę zaczęło się dużo, dużo wcześniej. Historia powstania Klubu zaczyna się tak zwyczajnie i niewinnie. W małej miejscowości Biskupice w województwie lubelskim 3 przyjaciółki Barbara Wójcik ,Anna Perczyńska i Małgorzata Mazurek zapragnęły swoim przyjaciołom i znajomym sprawiać małe przyjemności. Barbara Wójcik zapoczątkowała rozsyłanie na portalu facebook zdjęć kwiatów róż i specjalnych życzeń na osiach czasu znanych jej osób. Takie działanie spodobało się innym kobietom i poszły w jej ślady. Barbara Wójcik dzięki sprawianiu takich małych przyjemności została oficjalnie okrzyknięta „Królową Różaną” a inne kobiety „Damami Różanymi”. Nasze motto brzmi: “Poprzez róże czynimy świat piękniejszym”. Różane Damy podczas ostatniego zebrania członków podjęły decyzję przyjęcia w swoje szeregi pierwszego Lorda Giancarla ! obecnie nazwa brzmi “Klub Różanych Dam & Lordów”. Różane Damy to kobiety kreatywne, które myślą przyszłościowo i wiedzą ,że z pomocą Lordów -panów w przyszłości będą miały szansę zrealizować dużo…dużo więcej zaplanowanych działań.

J. P. Z jakich okolic są Różane Damy?
 
M. M.
Różane Damy & Lord to kobiety i mężczyzna z powiatu świdnickiego oraz z pobliskiego Lublina. Główna siedziba Klubu mieści się w Biskupicach.  W chwili obecnej Klub Różanych Dam & Lordów skupia czynnie działających 15 członkiń i jednego członka Klubu. Członkiem Klubu może zostać każda osoba ,która zaangażuje się w działania i której bliska jest  idea “Czynienia świata piękniejszym”. Klub ma swoją Akademię Aktywnych Adeptów i  każdy nowy członek uczestniczy w szkoleniach przygotowujących do działania na szerszą skalę. W Akademii  Aktywnych Adeptów Różanych Dam & Lordów jest możliwość  zdobycia wiedzy i doświadczenia. Czym więcej zaangażowanych ludzi, tym większa synergia w działaniu. Szukamy nieustannie sposobów  organizując wydarzenia, spotkania, warsztaty, szkolenia aby coraz więcej osób przede wszystkim kobiet miało możliwość poznania innego spojrzenia na otaczający nas  świat. Chcemy, by wszyscy mieli możliwość poznawania radość z życia.
 
J. P.: Jaka jest jej idea Waszej grupy?
 
M. M.
Naszą ideą jest czynienie świata piękniejszym. Wierzymy ,że idea jest warta propagowania i że każdy może wieść lepsze, piękniejsze życie. Różane Damy to kobiety pełne pasji i chęci do wspólnego działania. Uczestniczyły w szkoleniach podczas których zdobywały wiedzę i praktykę. Szklenie w Lanckoronie najbardziej przyczyniło się do oficjalnego utworzenia grupy nie formalnej. Wspólne pomysły i idee zaczęły układać się w całość. Stąd nasza propozycja powstania Klubu Różanych Dam & Lordów i organizowania regularnych wydarzeń dla społeczeństwa i spotkań członków Klubu. Wybranie się na wydarzenie, szkolenie, warsztat, spotkanie może być wyzwaniem oraz szansą, aby zmienić dotychczasowe życie. Stąd pomysł na nazwy inicjatyw, które wspólnie organizujemy np.”Czas na Zmiany z Różanymi Damami”

J. P. Proszę opowiedzieć o wspomnianym wydarzeniu

M. M. Czas na Zmiany z Różanymi Damami to cykle wydarzeń. Każde o innym tytule np: “Kobieta zmienną jest….”, “Kobieta od Nowa…”,”Róża i pąk “,”Pozytywne przemiany”. Wydarzenia dotyczą zmiany wizerunku osób uczestniczących w tego rodzaju spotkaniach. Różane Damy ze swoim zespołem podczas takiej odmiany  pomagają dobrać odpowiedni makijaż ,fryzurę i styl ubioru. Całość zmiany jest rejestrowana w kadrze aparatu fotograficznego, a potem zdjęcia prezentowane są na naszej stronie fanpange. Piękno jest w każdym z nas tylko trzeba je odkryć. Czas na zmiany z Różanymi Damami pozwala je wydobyć z każdej z nas. Tak naprawdę nie jest ważne czy jesteśmy młodzi, piękni ,szczupli i wysocy itd. Najważniejsze jest jak się czujemy ze sobą i czy potrafimy zaakceptować i polubić siebie takimi jakimi jesteśmy.
 
J. P.: Ile członkiń skupia Klub i jakie inicjatywy są w nim podejmowane?
 
M. M.
Trzy przyjaciółki pomyślały o swoich znajomych i zaprosiły ich do wspólnego działania w Klubie. Obecnie nasz Klub zrzesza 15 kobiet + 1 mężczyznę. Grupa ma charakter otwarty, a więc liczymy na to, że z każdym rokiem będzie nas więcej. W nasze szeregi zapraszamy także panów, ponieważ wiemy, że oni także kochają kwiaty.  Pierwszym dużym wspólnym przedsięwzięciem Klubu była gra terenowa “Karnawałowe Szaleństwo Różanych Dam” wydarzenie “Maskarada” zorganizowane w Biskupicach. Do udziału w grze terenowej zostały zaproszone 3 szkoły gimnazjalne z powiatu świdnickiego. Kolejne działania organizowane były z myślą o kobietach. “Czas na zmiany z Różanymi  Damami” to wydarzenia  organizowane z myślą o “Zmianie wizerunku”. Podczas takich spotkań podpowiadamy uczestniczkom jak wykreować dobrą zmianę stylu. Podkreślimy indywidualność każdej osoby ,wydobywając naturalne piękno. Dobór stylu ubierania się ,odpowiedniego makijażu ,fryzury to zadanie naszego zespołu. Tego typu wydarzenia “Czas na zmiany z Różanymi Damami” organizowane były w różnych miejscowościach województwa lubelskiego. Różane Damy wzięły udział w wydarzeniu II Targi Turystyki Wiejskiej i Kulturowej Lubelskie Lato w Powiecie Krasnostawskim w Pilaszkowicach i w Siennicy Różanej. Kolejne spotkania z udziałem Różanych Dam odbyły się w Świerszczowie i w Pełczynie “Pozytywne Przemiany”. Następne wydarzenie miało miejsce w Poperczynie “Kobieta od Nowa – czyli Prawdziwy Dzień Kobiet”. Małochwiej Mały tym razem wydarzenie pod tytułem “Kobieta zmienną jest – Czas na Zmiany” .Dom z Duchem w Piaskach wydarzenie “Stylóweczki  Małgosi  i Aneczki” Następną naszą inicjatywą było podsumowanie I Etapu  Akademii Wellness”- “Stylizacja Królowej Wieczoru”. W najbliższym czasie Różane Damy przygotowują się do wydarzenia z okazji Dnia Matki  “Róża i Pąk “,  które odbędzie się w Biskupicach.  Z myślą o zimie już teraz planujemy zorganizowanie gry terenowej pod nazwą “Zlot Mikołajów”  w Biskupicach.  “Czas na Zmiany z Różanymi Damami” to również cykl warsztatów i szkoleń pod tytułem : “Mapa Marzeń” , “Szkatułka Skarbów”, “Kolorowe słoje”, “Rozmowy nie dokończone”, ” Wiaderko szczęścia”, “Po drabinie do Sukcesu”…Warsztaty i szkolenia mają za zadanie zmienić nastawienie  i tok myślenia uczestników .Każdy z uczestników przychodzi z bagażem własnych doświadczeń, a warsztaty pozwolą uporządkować jego zawartość.

J. P.: Proszę o uchylenie rąbka tajemnicy o marzeniach i nowych planowanych przedsięwzięciach
    
M. M.
Czas na zmiany z Różanymi Damami to nie tylko zmiany wizerunku. W nie dalekiej przyszłości planujemy również działania dotyczące zmiany stylu życia. Czas na Zmiany z Różanymi Damami to ‘Różane ogrody”,” Sztuka gotowania”, “Idealna Pani Domu”, “Szafama” “Domostyl” , “Różane ogrody”. W planach mamy zakładanie różanych ogródków z tabliczkami opisującymi piękno kwiatu.”Różana sztuka gotowania” różane przetwory, Planujemy utworzenie tutorial – instrukcji zrób to sam/a. Krok po kroku nauczysz się z Różanymi Damami sztuki gotowania “Idealna Pani Domu” – to cykl spotkań i w przyszłości tutorial – dotyczący porad – sprawdzone sposoby na uporanie się z codziennym bałaganem. Nie chcemy być perfekcyjne panie domu, Chcemy, aby zlikwidować problemy z organizacją podczas sprzątania i doborem odpowiednich środków czystości. “Szafama” to cykliczne spotkania kobiet i totalna zamiana i zmiana naszych szaf oczywiście ich zawartości Emotikon smile”Domostyl” to porady dotyczące nowych aranżacji wnętrz.. Planujemy wydanie biuletynu w którym będziemy opisywać nasze wydarzenia. Różane Damy to kobiety kreatywne i przedsiębiorcze i mają wiele marzeń do spełnienia w nie dalekiej przyszłości aby świat dookoła stał się piękniejszy. Sumując: Naszym marzeniem jest szerzenie działalności o ogólnopolskim zasięgu,.a w przyszłości jeszcze szerszym. Jak przysłowie mówi…..”Myślimy globalnie – działamy lokalnie”.

J. P.: Życzę więc udanych przedsięwzięć oraz spełnienia marzeń w niedalekiej przyszłości.

M. M. Wszystkich zainteresowanych działaniami Klubu Różanych Dam & Lordów zapraszamy na stronę internetową:
https://www.facebook.com/klubrozanychdam


Dziękuję za rozmowę!


17 maja 2015 r.

Stereotypy dotyczące osób niepełnosprawnych

Mimo zmian zachodzących w naszym społeczeństwie osoby niepełnosprawne nadal są zamknięte w sztywnych ramach stereotypów. Jest to bardzo krzywdzące postrzeganie tych, którzy nie zawsze mają możliwość udowodnić, że  są tacy sami, jak zdrowi ludzie. Chcą żyć i funkcjonować w społeczeństwie bez barier psychologicznych. Niepełnosprawni chcą udowodnić, że też czują, kochają i pragną być kochani. Jednak większość zdrowego społeczeństwa widzi tylko wózek, a osobę na nim siedzącą stawia na drugim miejscu i ocenia ją przez pryzmat od lat nawarstwionych stereotypów.

Stereotypy krzywdzące osoby niepełnosprawne

Stereotyp jest to uproszczony wzorzec, zwykle krzywdzący, zawierający przeświadczenie zwykle mijające się z prawdą, a dotyczące osób indywidualnych i grup społecznych. Często jest to wiedza potoczna. Nieprawdziwe opinie od wielu pokoleń krążą o grupie osób niepełnosprawnych. Przytoczę tu tylko niektóre stereotypy, które dotyczą grupy osób z dysfunkcją ruchową.

Wszystkie osoby na wózkach inwalidzkich są upośledzone umysłowo?

Oczywiście jest to nieprawdą. Nie każda osoba chora fizycznie musi być też niepełnosprawna intelektualnie. Różnych stopni niepełnosprawności nie można utożsamiać z umysłowymi niedyspozycjami. Niektórzy swoją niepełnosprawność nabywają w wypadkach, co też nie oznacza, że są upośledzeni umysłowo. Wiele osób z niedowładami kończyn zdobywa stopnie naukowe, realizuje się w życiu rodzinnym i zawodowym.

Osoby niepełnosprawne są jak dzieci, bo potrzebują pomocy osób zdrowych?

Ten stereotyp również nie jest prawdziwy. Nie jest  prawdą, że osoby niepełnosprawne nigdy nie dorosną i będą „wiecznymi dziećmi”, pomimo upływu lat i osiągnięcia ich fizycznej i psychicznej dojrzałości. Mimo trudności w wykonywaniu codziennych prac lub obowiązków zawodowych niepełnosprawni radzą sobie świetnie, wypracowując różne usprawniające życie metody działania. Znam osoby, które samodzielnie dojeżdżają autobusami na uczelnię i do pracy, pokonują wózkiem schody, starają się w pełni uczestniczyć w życiu społecznym. Samodzielność sprawia im satysfakcję i pozwala poczuć się samodzielnymi. A jeśli sytuacja tego wymaga sami proszą o pomoc. Tak więc nie pomagajmy nikomu na siłę.

Osoby mające problem z wymową nie lubią, jak ktoś je prosi o powtórzenie wyrazu lub zdania?

Nic bardziej mylnego. Właśnie takie osoby mające problem z komunikacją werbalną chętnie powtarzają wyrazy. W ten sposób mają świadomość, że dopytujący się rozmówca wykazuje im za interesowanie i chęć dalszej  rozmowy.

Osoby z dysfunkcją wstydzą się swojej niesprawności?

Jest to także błędna opinia, ponieważ nie wszystkie niepełnosprawne osoby mogą ukryć widoczną chorobę. Jeżeli ktoś stara się ukryć swój chorobowy defekt to czyni tak dlatego, ponieważ nie chce być postrzegany, jako osoba słaba lecz chce żyć w relacji: kolega – koleżanka itp. Tak więc jest to indywidualna sprawa, czy osoba z niewidocznym inwalidztwem odkryje swoje niedyspozycje.

Niepełnosprawni mają szósty zmysł i są szczególnie utalentowani?

To również jest nieprawdą. Każdy człowiek ma inne zainteresowania, zdolności, umiejętności. Podobnie niektóre osoby niepełnosprawne wykazują chęć do nauki przedmiotów ścisłych, humanistycznych, przyrodniczych. Interesują się tym, co zdrowi ludzie, chociaż dojście do rozwijania życiowych pasji jest u niepełnosprawnych o wiele trudniejsze i wymagające większego wysiłku.

Osoby na wózkach są smutne i bardziej pobożne – „wybrańcy Boga”?

To też jest mylne stwierdzenie. Niepełnosprawni akceptujący swoją chorobę potrafią cieszyć się życiem, śmiać się, cieszyć z osiągniętych celów, tańczyć na wózkach i brać udział w zawodach sportowych. Potrafią brać z życia to, co mogą osiągnąć.

Natomiast mit o ich większej pobożności też wydaje się być mylny. Pobożność jest kwestią łaski wiary. Zauważyć to można nawet wśród zdrowego społeczeństwa, że jedni odcinają się od nauk kościoła, a inni je realizują i pogłębiają. Tak jest i w grupach osób niepełnosprawnych: jedni winą obarczają Boga za tragiczny los, a drudzy przyjmują cierpienie jako krzyż i szczególny dar od Opatrzności.

Dlaczego tak są postrzegani?

Z badań wynika, że wszelkie uprzedzenia powstają z braku wiedzy na temat poszczególnych schorzeń, braku kontaktu z osobami niepełnosprawnymi oraz posiadaniu błędnych informacji. Aby to zmienić należy bardziej zauważać osobę niż to, na czym ona siedzi i czym się posługuje.


7 maja 2015 r.

„Dzielmy się sercem, mnóżmy nadzieję”
 
Cierpienie wpisane jest w życie człowieka już od chwili jego narodzin. Nie znamy recepty na zdrowe, beztroskie życie. Choroba może nas dopaść w każdej chwili. Niekiedy zaskakuje nas lub naszych bliskich ogromem bólu i bezradności. Chory, cierpiący człowiek nie może pozostać sam, podczas gdy jego bliscy muszą zarabiać na swoje utrzymanie. Z pomocą ludziom chorym terminalnie wychodzi naprzeciw hospicjum przy ul. Bernardyńskiej w Lublinie.
 
Dobry Samarytanin
Na kartach Ewangelii Św. Łukasz, czerpiąc słowa z przypowieści Jezusa wyjaśnia nam, jak pełnić posługę wobec ludzi potrzebujących pomocy mimo różnic i podziałów religijnych, etnicznych i kulturowych. Liczy się człowiek i jego cierpienie. Tą zasadą kieruje się pani Maria Drygałowa – założycielka Hospicjum im. Dobrego Samarytanina oraz jej współpracownicy i wolontariusze. W roku 1990 zaczynali budowę obiektu praktycznie od zera. Widzieli potrzebę niesienia ulgi w cierpieniu ludziom cierpiącym na chorobę nowotworową.
Na chwilę obecną w budynku jest 30 miejsc dla osób, u których już zakończono leczenie przyczynowe. Potrzeby ciągle rosną. Pod opiekę hospicjum przyjmowani są chorzy z całego województwa lubelskiego. Zapewnia się im całodobową opiekę medyczną. Bardzo często chorzy potrzebują przy sobie obecności drugiego człowieka, potrzymania za rękę, wspólnej modlitwy, podania kubka ciepłej herbaty. Oprócz wymienionych potrzeb należy uwzględnić też potrzeby dotyczące zakupu lekarstw, środków opatrunkowych, pampersów itp. Naprzeciw tym problemom wyszli uczniowie Gimnazjum nr 15 w Lublinie przy współpracy Ack Chatka Żaka, TVP Lublin oraz samego Hospicjum. 6 maja 2015 roku wymienione instytucje zorganizowały aukcję, z której dochód przeznaczony był na rzecz lubelskiego hospicjum. „Dzielmy się sercem, mnóżmy nadzieję” – to hasło przyświecało tej szczytnej inicjatywie.
 
Kto da więcej?
Impreza charytatywna rozpoczęła się w Chatce Żaka o godzinie 17.30. Aukcję ofiarowanych na ten cel przedmiotów poprowadził dr Jacek Sobczak. Wśród licznych cennych precjozów licytowane były np. kosze słodyczy, nalewki, sukienki znanych projektantek mody, obrazy, książki, płyty lubelskich zespołów muzycznych oraz ekskluzywne artykuły służące do wyposażenia domu. Ofiarodawcy byli naprawdę hojni, a licytujący podbijali coraz wyższe ceny, mając na względzie cel całej aukcji. Każdy licytowany produkt i przedmiot znalazł swojego nabywcę. W części artystycznej tego niezwykłego wieczoru widzowie mogli podziwiać występy grupy tanecznej oraz koncerty zespołów: LOLO FEERARI i Miss Papima.
Tego wieczoru wszyscy siedzący na widowni poczuliśmy się jak wracający z drogi Samarytanin, opatrujący rany cierpiącego człowieka. Poczuliśmy radość, że są jeszcze ludzie nie obojętni na los cierpiących i potrzebujących pomocy.


30 kwietnia 2015 r.

Nasza sąsiadka z „Czerwoniaka”

„Jak dobrze mieć sąsiada…” śpiewały Alibabki w swoim przeboju z lat 70-tych. Te mądre słowa sprawdziły się w moim życiu w stu procentach. Od najmłodszych lat miałam szczęście poznawać dobrych ludzi, a co najważniejsze mieszkać u ich boku.

Pani Maria

Panią Marię Mizerską – naszą sąsiadkę spod „jedynki” – pamiętam od zawsze. Była kobietą bardzo zaradną, pracowała zawodowo, wychowywała dzieci i wnuki, a w międzyczasie – jako przyjaciółka naszej rodziny – służyła nam pomocą i dobrą radą. Odkąd pamiętam traktowałam panią Marię jak kolejną babcię – te pokrewne były zbyt daleko, aby się do nich przytulić…

Wszyscy mieszkańcy domu, w którym mieszkałam byli jak jedna wielka rodzina, ale panią Mizerską darzyłam uczuciem szczególnym. Zawsze miała dla mnie czas, opowiadała niesamowite historie z okresu II Wojny Światowej, a jej interpretacja bajek pobudzała moją dziecięcą wyobraźnię. Nie muszę chyba zbytnio nikogo przekonywać, że każde święta spędzane w naszym piaseckim „Czerwoniaku” odbywały się z panią Marią i jej rodziną. Było wtedy bardzo wesoło: wigilijny wieczór tętnił od śpiewu kolęd, a święta wielkanocne upływały w miłej, wiosennej atmosferze z tradycyjnym śmigusem włącznie. Latem pani Maria towarzyszyła nam podczas niedzielnych popołudniowych wypoczynków nad rzeką Giełczwią, a zimą po pracy przychodziła do nas na zwykłe babskie pogaduchy z naszą mamą. W ciągu dnia nikt z mieszkańców naszego domu nie zamykał drzwi na klucz, każdy był mile widzianym gościem, każdy miał zaufanie do sąsiadów.

Jej siwe długie włosy…

 Z chwilą przejścia na zasłużoną emeryturę pani Maria była u nas częstym gościem. Jej dorosłe już dzieci porozjeżdżały się po świecie, a ona została sama w swoim dużym mieszkaniu. W zimowe wieczory przy buchającym ciepłem piecu węglowym uwielbiałam rozczesywać jej długie siwe włosy. Na co dzień czesała się w warkocz, który bardzo sprytnie układała w zgrabny koczek spięty szpilkami do włosów. Jednak dla mnie nie było to przeszkodą, aby rozpuścić te srebrne pukle. Pani  Maria wiedziała, że lubię bawić się w „fryzjerkę” i często mi na to pozwalała. Splatałam po swojemu jej siwe długie włosy uważając przy tym, aby układając misterną fryzurę być delikatną i perfekcyjną w całej tej zabawie. Nie muszę chyba przekonywać, ile cierpliwości wykazała starsza pani, po to, by sprawić mi przyjemność. Użyczając mi swoich włosów tworzyłam  tzw. kosmiczne fryzury, kręcąc na palcach loki, a czasami robiłam jej papiloty z przeczytanych gazet. Pani Maria brała wtedy do ręki lusterko i wpadała w „zachwyt” patrząc na swój nowy image.  Ja również z zadowoleniem patrzyłam na swoje dzieło i w skrytości serca marzyłam, by w przyszłości zostać… fryzjerką.

„Są oso­by, które się pa­mięta, i oso­by, o których się śni”  – Carlos Ruíz Zafón

Przeprowadzka do Świdnika sprawiła, że musiałam zostawić ukochany „Czerwoniak”, pożegnać przyjaciół, sąsiadów oraz ciche piaseckie uliczki, którymi przez wiele lat spacerowałam. Najbardziej żal mi było rozstawać się z panią Marią. Jednak nie było innej alternatywy. Czasami wraz z rodzicami odwiedzałam ją, ale były to tylko kilkugodzinne wizyty. Po powrocie czułam przez parę dni złagodzenie tęsknoty za ludźmi, z którymi byłam zżyta prawie od swoich narodzin. Jednak w niedługim czasie przekonałam się, że nic na tej ziemi nie trwa wiecznie. Pewnego sierpniowego dnia pani Maria już jako sędziwa staruszka, odeszła bardzo daleko. Ufam, że tak jak inni moi bliscy, którzy też tam odeszli, ona jest jednocześnie blisko mnie, widzi moje wzloty i upadki, uśmiecha się do moich wspomnień, mających swoje urzeczywistnienie już tylko w snach. Teraz mogę być wdzięczna losowi i Panu Bogu, że postawił na mojej drodze wspaniałych ludzi takich, jak m.in. pani Maria. Wierzę, że jeszcze kiedyś się spotkamy, gdzie nie będzie już rozstań i łez.


23 kwietnia 2015 r.

Dojrzewanie nastolatków

Nasze rodzinne życie zmienia się z chwilą, gdy syn lub córka wchodzą w okres dojrzewania. Do tego momentu dzieci były spokojne i nie sprawiały większych problemów wychowawczych. Teraz zauważalne są istotne zmiany, zwłaszcza w ich sposobie zachowania, ubierania się czy w kwestii poglądów.  Nie rzadko na tym tle dochodzi do sprzeczek, ostrej wymiany zdań, a nawet domowych awantur.  Często wynika to z niedostatecznej wiedzy rodziców na temat zachodzących zmian w ciele oraz psychice dorastającego człowieka.

Metamorfoza dziewcząt

Każda dziewczynka w wieku 10-14 lat zaczyna przechodzić fazy dojrzewania. Ten okres prowadzi do pełni dojrzałości fizycznej, psychicznej i społecznej, która to  powinna zostać osiągnięta w 20 roku życia. Dopiero wówczas, dojrzała już kobieta może bezpiecznie zajść w ciążę. Zbyt wczesna ciąża dla dziewczynki może stanowić zagrożenie zdrowia psychicznego, a także fizycznego z powodu niedostatecznie wykształtowanych narządów rozrodczych, które dopiero dojrzewają do swojej funkcji.

Zatem w wieku 10 lat u dziewczynek zauważa się zmienne proporcje ciała. Rozrasta się klatka piersiowa i miednica, zmniejsza się obwód talii. Zwiększają się gruczoły piersiowe. Twarz dziewczynki nabiera rysów kobiecych: rozrastają się kości policzkowe, łuki brwiowe, uszy i nos. Narządy płciowe ulegają powiększeniu, pod pachami i na wzgórku łonowym pojawiają się włosy. Około 12-14 roku życia u dziewcząt rozpoczyna się produkcja żeńskich hormonów (estrogeny), które uaktywniają działalność komórek rozrodczych w jajnikach, a efektem tego jest owulacja i pierwsze krwawienie czyli miesiączka. Hormony mają także duży wpływ ma zmiany skórne dojrzewającej młodzieży. Aktywne gruczoły łojowe są sprawcami trądziku młodzieńczego oraz przetłuszczania się włosów. Dlatego rodzice powinni właśnie w tym trudnym okresie uwrażliwiać córkę na utrzymywanie higieny osobistej. Z czasem – już jako dorosła kobieta – będzie miała dobry nawyk dbania o swój wygląd zewnętrzny.

Metamorfoza chłopców

Dojrzewanie chłopców następuje znacznie później niż dojrzewanie dziewczynek. Dzieje się to między 11 a 18 rokiem życia. Charakteryzuje się gwałtownym skokiem wzrostu, nabieraniem masy ciała i zwiększonym apetytem. W tym okresie powiększają się narządy płciowe oraz pojawia się owłosienie w tych okolicach, a także pod pachami. Na twarzy widoczne są początki zarostu, a głos chłopca przechodzi mutację czyli staje się niższy i głębszy. Mutacja ma miejsce zwykle między 14-15 rokiem życia chłopca. Nocami podczas marzeń sennych (np. o treści seksualnej) mogą zdarzać się polucje, czyli wytryski nasienia.

W związku z uaktywnioną gospodarką hormonalną (testosteron) nastrój młodego chłopca może ulegać drastycznym zmianom. Wzmożona praca gruczołów potowych sprawia, że twarz chłopca może być zaatakowana przez trądzik młodzieńczy i pryszcze. Z tego typu zaburzeniami skórnymi najlepiej udać się do dermatologa, który przepisze odpowiednie preparaty do złagodzenia i zwalczania tych dolegliwości. Wyciskanie pryszczy może doprowadzić do groźnych infekcji, a także zostawić trwałe, szpecące twarz blizny.

Wołanie o pomoc

Zmiany hormonalne mają ogromny wpływ na emocjonalne zachowanie nastolatków obu płci. Jest to dla nich samych niezrozumiałe i zarazem dość wstydliwe, aby z kimś dorosłym o tym porozmawiać. Dlatego bardzo często dochodzi do przeżywania okresu buntu, który jest wołaniem o pomoc. Rodzice odbierają to zachowanie jako sprzeciw, przekorę, łamanie dotychczasowych zasad obowiązujących w rodzinnym domu. Młody człowiek szukając zrozumienia bardzo często ucieka ze swoimi problemami do grupy rówieśniczej, która nierzadko ma destrukcyjny wpływ na jego zachowanie podsuwając mu alkohol, narkotyki lub zachęcają do przyłączenia się do grup przestępczych. Dojrzewający nastolatek jest podatny na wpływ rówieśników, bowiem w tym okresie niezmiernie ważna jest dla niego akceptacja ze strony najbliższego otoczenia. Tym samym wiąże się to z możliwością popełnienia różnych błędów, które mogą być tragiczne w skutkach.

Dlatego, aby uchronić dziecko przed demoralizacją, trzeba z nim dużo rozmawiać na tematy zmian zachodzących w organizmie w okresie dojrzewania. Nastolatki powinni wiedzieć, że rodzicom nie są obce ich problemy. Można podsuwać dzieciom odpowiednio dobrane lektury, a także w cięższych zaburzeniach emocjonalnych zaproponować wizytę u psychologa. Ważne jest, aby młody człowiek był zawsze świadomy, że jest otoczony rodzicielską miłością, zrozumieniem i akceptacją.


 

16 kwietnia 2015 r.

Fiołki wśród niedopałków papierosów

No i mamy długo oczekiwaną wiosnę. Nie tylko tą kalendarzową, bo i słoneczko zaczęło częściej wyglądać zza chmur. Pierwsza burza też już była… a jak mawiają starsi ludzie to grzmoty pobudzają ziemię do życia po zimowym spoczynku. Tak też się stało i w naszej okolicy.

Zachwyt nad pięknem natury

Pierwszy wiosenny spacer zawsze zachwyca świeżością zielonej trawy, zauroczona jestem pęczniejącymi pąkami na drzewach, ogólnie budząca się  natura pobudza mnie  do działania. Lubię patrzeć na pierwsze listki nieśmiało się rozwijające. Zielone pączki tulipanów na klombach parkowych i ulicznych skłaniają do pobudzania wyobraźni, że już za kilka dni przemienią się w różnokolorowy pachnący dywan. W gazonach bratki odporne na wiosenne przymrozki nieśmiało wychylają swoje pyzate twarzyczki ciesząc oczy niejednego przechodnia, tego który oczywiście w swoim zagonieniu znajdzie chwilkę czasu, aby zatrzymać się i potrwać w tym wiosennym zachwycie, a potem ruszyć dalej do swoich codziennych zajęć. Niejedno bystre oko dostrzeże na trawnikach wśród młodych traw delikatne główki fiołków. W naszym mieście jest ich mnóstwo i chociaż kojarzymy je z lasem i wiejskimi ogródkami, tutaj – nie wiedzieć czemu – upodobały sobie tereny wśród blokowisk. Zapewne zasiał je wiatr wraz z gospodarnymi ptakami, których również w Świdniku nie brakuje. Osobiście bardzo lubię patrzeć na te maleńkie pachnące kwiatuszki, ponieważ to właśnie one pomagają mi wracać do nieprzemijającego kraju mojego dzieciństwa, do babcinego ogródka nad którym unosił się ich przecudny zapach. Myślę, że nie tylko ja patrząc na fiołki przywołuję w pamięci obrazy z dawnych dziecięcych lat. Taka reminiscencja pozwala na chwilę oddechu w dzisiejszym zagonionym świecie.

Przykra rzeczywistość

Niestety w niektórych miejscach naszego miasta ten zachwyt może trwać tylko przez moment. Baczny obserwator dostrzeże braki kwiatów na klombach, bo ktoś darmowym kosztem chciał ukwiecić sobie bratkami balkon lub obsadzić nimi działkową alejkę. Na trawnikach biedne fiołki duszą się wśród śmierdzących niedopałków papierosów, rzucanych przez nieznających osobistej kultury przechodniów. Przykre jest to, że nie doceniamy piękna roślin, na które przecież czekaliśmy przez okres jesienno – zimowy. Sami niszczymy to, co otrzymaliśmy w darze od natury: piękno kwiatów ich zapach lub zabieramy innym ich piękno p[przywłaszczając sobie. Nie  zastanawiamy się nad tym, że nie każdy z nas ma możliwość oglądania tych kwiatów rosnących w warunkach naturalnych.   

Mimo ulicznego monitoringu odważni „miłośnicy” kwiatów zabierają to, co należy do wszystkich mieszkańców miasta. Wymagając od innych szanowania tego co piękne zacznijmy sami to szanować, aby każdy z nas mógł podziwiać to co jest naprawdę wartościowe.


 

9 kwietnia 2015 r.
Postawa roszczeniowa osoby z niepełnosprawnością

Obserwując środowisko osób niepełnosprawnych można zauważyć przyjmowanie różnych postaw przez jednostki przewlekle chore. Jedną z nich jest postawa roszczeniowa. W niniejszym artykule postaram się przybliżyć powody takiego postępowania.

Roszczenie znaczy: bierność

Postawą roszczeniową charakteryzują się osoby bierne, mało aktywne, twierdzące że wszystko im się należy z racji niepełnosprawności. Taka postawa ma swoje uzasadnienie.

Na początku należy zaznaczyć, że postawa roszczeniowa bierze swój początek w rodzinie. Potem ta postawa się utrwala. Tylko właściwe postępowanie rodziców uchroni ich dzieci przed uzurpowaniem sobie praw do czegoś, co same mogą osiągnąć dzięki swojemu wysiłkowi oraz wytrwałości.

Niektóre dorosłe już osoby w trakcie trwania choroby, niepełnosprawności mogą odczuwać złość do Boga, ludzi i całego świata, mogą mieć poczucie krzywdy z powodu utraty zdrowia. Może też wynikać z bezradności, braku wiedzy, egoizmu, kalkulacji i wyuczenia. Postawa taka jest jedną z odmian mechanizmu obronnego, który człowiek niepełnosprawny może w sobie uaktywnić. Taka osoba staje się bierna w działaniu, twierdząc, że uprzywilejowanie jest formą pomocy, z której trzeba korzystać.

Nadopiekuńczy rodzice – krok ku bezradności

Nadopiekuńczość rodziców z biegiem lat wyzwala w dziecku bierność do wszelkich działań i jest również przyczyną do kształtowania się w niepełnosprawnym człowieku postawy roszczeniowej. Niektórzy rodzice uważają, że wychowując dziecko niepełnosprawne mogą korzystać z przysługujących im przywilejów bez ograniczeń nie zważając  na innych także ubiegających się np. na korzystanie z wyjazdów na turnusy rehabilitacyjne, mimo limitu miejsc. Stosują różne formy litości (od płaczu poczynając, a kończąc na kłótni) w instytucjach udzielających społecznego wsparcia. Widząc uporczywe dążenie rodziców i ich decydowanie w sprawach dla dzieci przeznaczonych niepełnosprawne dzieci popadają w apatię i przyjmują bierną postawę wiedząc, że rodzina wszystko dla nich i za nich załatwi. Taka sytuacja może doprowadzić do bezradności i nie radzenia sobie z prostymi sprawami, które wymagają np. wypełnienie wniosku lub załatwienie innych formalności w urzędach. Wyręczanie
i podejmowanie decyzji przez inne osoby odsuwa zainteresowaną osobę od spraw bieżących. Brak wiedzy nt. aktualnie obowiązujących przepisów prawnych  wzbudza w tych osobach poczucie bezradności oraz egoizmu.

Jak reagować?

Aby uchronić niepełnosprawne dziecko przed negatywnymi postawami należy wdrażać je już od najmłodszych lat życia do załatwiania prostych formalności związanych ze szkolnym nauczaniem. Można np. zaproponować dziecku starszemu, by udzielało kolegom darmowych korepetycji z przedmiotu, który jest jego „konikiem”. Pozwólmy dzieciom decydować i stawiać przed nimi wymagania, aby w przyszłości umiały wyjść z odwagą do ludzi nie tylko po to, co oferują im instytucje społeczne, ale także w celu bezinteresownej pomocy innym słabszym od siebie jednostkom.

 

30 marca 2015 r.
Kłopotliwe pytania

Polskie przysłowie mówi, że kto pyta nie błądzi… zwykle otrzymujemy poprawną odpowiedź,  czasami błędną, a niekiedy stawiamy zapytanego w kłopotliwej sytuacji. Odpowiedzi zależą od rodzaju  pytania i okoliczności, w jakich zostały one postawione. To przysłowiowe „błądzenie” ma wiele znaczeń. Skupię się tutaj tylko na wskazywaniu „dobrej drogi” dotyczącej pytań o wydawaniu tomików i ich dystrybucji.

Dlaczego piszę książki?

Nie boję się odpowiadać na ciąg trudnych pytań, pod warunkiem że nie są pozbawione sensu. Najczęściej jestem pod ich ostrzałem podczas wieczorów autorskich. Wyjaśniam, jak powstaje tomik wierszy, dlaczego piszę, o czym piszę i jak piszę. To zrozumiałe, że ludzie widząc niepełnosprawną kobietę zadają takie pytania. Wyjaśniam im te kwestie z całą szczerością, bo to się należy czytelnikom. Twórcą trzeba się urodzić. Nie można ciągle pisać do „szuflady”, bo się zapełni po brzegi. Poezja potrzebuje światła, potrzebuje ciepłych dłoni, które wezmą tomik do ręki.

Powstawanie „dzieła”

Każda książka jest śladem duszy autora, śladem jego nieprzespanych nocy i opisanych w niej emocji. Nie wystarczy napisać parę wierszy, aby powstał tomik. Każda książka potrzebuje recenzenta, grafika, wydawcy. Wszystkie te działania łączą się z wysokimi kosztami. Zależy to oczywiście od nakładu, ilości stron, jakości papieru itp. Bardzo rzadko trafia się sponsor, który pokrywa wydatki związane z wydaniem tomiku. Zwykle wydaje się je własnym sumptem. Niekiedy wydajemy oszczędności kilku lub nawet kilkudziesięciu lat. Z odzyskaniem kosztów bywa różnie. Dla niektórych twórców sprzedaż własnych książek jest formą zarobku, jednak nie każdy czytelnik to rozumie.

Trudne pytania

Organizując spotkania autorskie spotykam się z czytelnikami, zadającymi mi różne pytania. I  tutaj posłużę się przykładem. Będąc na jednym z takich spotkań padło stwierdzenie, a zarazem pytanie: „Pani pisze piękne wiersze, ale czy można je przeczytać na stronie internetowej?” Przyznam, że zrobiło mi się przykro. Przykład drugi, tym razem zabolało mocniej, ponieważ stwierdzenie padło z ust mojego znajomego: „Piszesz ciekawie, ale książki kupował nie będę, bo prześlesz mi w wersji elektronicznej”. Nie wysłałam. Czy źle zrobiłam? Uważam, że nie, ponieważ każdy wysiłek twórczy powinien być doceniony.

 

23 marca 2015 r.
Uczucie zazdrości

Śledząc wiadomości w mediach oraz obserwując codzienne życie bliskich nam osób możemy zobaczyć, jak wiele szkód może wyrządzić drugiemu człowiekowi niezdrowe uczucie zazdrości. Uparte dążenie do posiadania czegoś, co posiada sąsiad, a co dla nas wydaje się być szczytem marzeń może prowadzić do nienawiści, rozpadu małżeństw, kradzieży, a nawet zabójstw. Szukajmy sposobów, aby nie ulegać temu chorobliwemu uczuciu posiadania.

Czym jest zazdrość?

Zazdrość jest to uczucie frustracyjne. Objawia się w sytuacjach, gdy pożądany obiekt nie jest w posiadaniu osoby, która go pożąda. Jest to negatywne uczucie, jednak przejawiające się w łagodnej formie może stać się bodźcem do zdrowej konkurencji i realizacji własnych aspiracji.

Chorobliwa zazdrość ma różne oblicza. Prowadzi do braku zaufania drugiej osobie, zniewolenia z powodu nadmiernych kontroli, a także podejrzeń, kłótni i agresywnych zachowań.

Dlaczego zazdrościmy innym?

Zazdrość przejawia się w związkach, w rodzinie, w przyjaźni. Zazdrościmy powodzenia w miłości, zdrowia,  urody, pieniędzy, sukcesu oraz warunków materialnych itp. poniższej postaramy się wyjaśnić przyczyny wymienionych zachowań.

Zazdrość w związkach może doprowadzić do rozejścia się kochające pary. Jeżeli dwoje ludzi się kocha to skąd ten diametralny zwrot? Wystarczy jedno słowo, spojrzenie, sytuacja aby wzbudzić podejrzenie, że partner zdradza swoją partnerkę z jej najlepszą przyjaciółką lub koleżanką z pracy. W relacjach z partnerem znika zaufanie i zapomina się o zapewnieniu przez niego wierności. W grę wchodzi teraz kontrola partnera i rozliczanie go z każdej minuty spędzonej poza pracą i domem. Wówczas następują frustracje, kłótnie, agresja. Zdarza się, że jedna strona nie wytrzymuje napięcia i odchodzi w swoją stronę. Pozostaje żal i rozpacz zwłaszcza, gdy się okaże, iż podejrzenia o zdradę okazały się bezpodstawne. Przyczyną podejrzliwości jest przeważnie niska samoocena partnerki. Tutaj ujawniają się kompleksy na tle jej własnego wyglądu.  Postrzega ona, że inne kobiety są od niej ładniejsze, zaradniejsze itp. A przecież wystarczyłoby popracować nad zmianą swojego wyglądu. Jeśli kobieta czuje się zaniedbana może odwiedzić gabinety, które pomogą podkreślić jej urodę. Zanim nie będzie za późno należy dążyć do szczerej, spokojnej rozmowy z partnerem i przedstawić mu argumenty swoich obaw. Nigdy nie trzeba podejmować żadnych decyzji pod wpływem emocji. Chorobliwa zazdrość wymaga stosowania terapii w gabinecie psychologa.

Zazdrość warunków materialnych oraz pieniędzy przejawia się w sytuacjach, gdzie np. mieszkający obok sąsiedzi (często nawet rodzeństwo, kuzyni) żyją na wyższym poziomie społecznym. Na tym tle rodzą się spory sąsiedzkie i rodzinne waśnie. Zazdrościmy majątku, biznesu, który jest – być może – dziedziczony lub osiągnięty kosztem zdrowia, okupiony brakiem czasu i innych wyrzeczeń właścicieli. A więc należy spróbować przeanalizować, czy warto zazdrościć czegoś, co zabiera siły, zdrowie (którego nikt nie kupi za pieniądze) i czas wolny?

Zazdrość zdrowia jest widoczna u osób chorych. Zdrowie uwarunkowane jest genetycznie oraz zależne jest od trybu życia. Mimo to ludzie mający problemy zdrowotne mogą postrzegać innych jako okazy zdrowia. Swoje dolegliwości wysuwając na plan pierwszy roszczą sobie prawo do przesadnego pomagania, wyręczania ich w codziennych czynnościach. Nie liczą się z niedyspozycjami i brakiem czasu osób, które im przychodzą
z pomocą. Często nawet głośno wyrażają swoją zazdrość zdrowia w obecności osób trzecich. W takich przypadkach zazdrość rodzi egoizm. Bardzo często osoby chore nie widzą, że ci z pozoru zdrowi ludzie także mają swoje fizyczne, psychiczne czy duchowe cierpienia, które nie są widoczne na zewnątrz. Należy chorych na to uczulać, aby wzmocnić ich wrażliwość na tych, którzy służą im swoją pomocą.


12 marca 2015 r.

Jak przygotować dziecko do kontaktów z innymi dziećmi?

Wiosna jest okresem zapisów dzieci do przedszkoli. Dla niektórych przedszkolaków będzie to duże przeżycie np. pierwszego oddzielenia od rodziców, przyzwyczajenia się do nowych warunków, środowiska i obcych twarzy.

Dom rodzinny pierwszą „szkołą” dziecka

Każdy człowiek jest istotą społeczną, potrzebującą relacji interpersonalnych z otaczającym go światem. Już od wczesnego dzieciństwa trzeba uczyć maluszka kontaktów z innymi ludźmi. Ta nauka powinna trwać cały czas okresu przedszkolnego.

Przygotowanie dziecka do przedszkola

Początek tego procesu powinien zacząć się w rodzinnym domu. Kontakty z rodzicami są pierwszymi relacjami społecznymi. To od nich małe dziecko uczy się zachowań, które w przyszłości będą miały znaczenie w przedszkolu, szkole, a potem w pełnieniu innych ważnych ról społecznych.

Uśmiech mamy do dziecka jest pierwszą relacją, tworzącą więź między dwojgiem osób. Dziecko naśladuje mimikę jej twarzy, gesty np. głaskanie po twarzy, włosach. Maluch świetnie wyczuwa miłość mamy i stara się odwdzięczyć podobnymi ruchami ust i rączek.

Dom rodzinny powinien być „szkołą” dobrych relacji międzyludzkich. Rodzice są pierwszymi nauczycielami dziecka i na nich spoczywa obowiązek ukazywania wartości moralnych oraz wzajemnego okazywania uczuć. Ważną rolę odgrywa tu np. rozmowa z dzieckiem o dzieleniu się zabawkami podczas wizyt kolegów i koleżanek z sąsiedztwa. Młodsze dzieci mogą bawić się wymieniając się zabawkami, książeczkami lub kredkami. Ta wymiana uczy dzieci dzielenia się posiadanymi przedmiotami, a tym samym eliminuje uczucie egoizmu. Bardzo ważne jest czytanie dziecku książeczek o trwałej przyjaźni oraz przytaczanie fragmentów opowiadań odnoszących się do realnych kontaktów dziecka z jego przyjaciółmi. Takie obrazowe przykłady trwale zapisują się w pamięci malucha.

W wieku przedszkolnym możemy zachęcać dziecko do rozwoju kontaktów społeczno – moralnych przez zabawy konstrukcyjne, manipulacyjne, dydaktyczne, ruchowe oraz tematyczne. Poniżej przytoczę przykłady każdej z wymienionych zabaw.

Zabawa konstrukcyjna polega na układaniu klocków, kamyczków, robieniem babek z piasku przy pomocy foremek i łopatki. Ta forma zabawy uczy dziecko tworzenia, pobudza wyobraźnię, a co najważniejsze pomaga w nawiązywaniu kontaktów z innymi dziećmi.

Zabawy manipulacyjne to tzw. zabawy w „dom”, „szkołę”, „sklep” i inne sytuacje przedstawiające scenki z codziennego życia. Podziały na role są początkiem tworzenia się dziecięcych przyjaźni. Tego typu zabawy kształtują w dziecku wrażenia i spostrzeżenia. Ponadto rozwija jego wolę, empatię do osób i zwierząt oraz są przygotowaniem do pełnienia różnych ról społecznych.

Natomiast w zabawach dydaktycznych zastosować można np. gry planszowe, zagadki, łamigłówki, układanki obrazkowe. Tego typu zabawy organizowane w grupach uczą dzieci wytrwałości, odwagi, ale przede wszystkim zdrowego współzawodnictwa oraz zacieśnienia przyjacielskich więzów.

Zabawy ruchowe lubiane są przez dzieci zwłaszcza w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Sport daje im wiele radości, poprawia ich kondycję fizyczną. Można tutaj zastosować m.in. rzut do celu, zawody w podskokach, slalom, bieg z przeszkodami, latem mogą to być zabawy w wodzie, a zimą zawody na śniegu. Wymienione tu przykłady gier i zabaw kształtują psychomotorykę dziecka, uczą dokładności w działaniach, uczciwej i zdrowej rywalizacji oraz zaczątków koleżeństwa.

Rodzice powinni organizować lub zachęcać swoje dzieci do uczestnictwa w wymienionych zabawach, ponieważ ta forma wypoczynku będzie miała znaczący wpływ na ich szkolne przyjaźnie, a w przyszłości także na relacje interpersonalne swoich dorosłych dzieci.


4 marca 2015 r.
Zadbana kobieta niezależnie od stanu zdrowia

W naszym mieście jest wiele kobiet z różną niepełnosprawnością. Łatwy dostęp do stoisk w Galeriach handlowych umożliwia im zakup wymarzonego ciuszka, a także skorzystanie z usług w salonach wizażu. Dzień Kobiet to nie  tylko kartka w kalendarzu lecz również przypomnienie, że każda kobieta niezależnie od stanu zdrowia powinna dbać o swój wygląd, ponieważ dzięki temu poczuje się bardziej dowartościowana i seksowna.

Wygląd poprawia samopoczucie

Widząc elegancką kobietę na wózku inwalidzkim niektórzy ludzie zastanawiają się, jak niepełnosprawnej osobie chce się pójść do fryzjera, manicurzystki, kosmetyczki czy ubrać się w modne ciuszki? Jest to kwestia wychowania, wyuczenia lub wewnętrzna potrzeba kobiety niezależnie od stanu jej zdrowia.

Krzywdzące stereotypu przedstawiają osobę niepełnosprawną, jako kogoś kto nie dba o higienę i swój wygląd zewnętrzny. Nic bardziej mylnego. Obecnie ta „etykietka” odeszła do lamusa. Coraz częściej widuje się na ulicach kobiety niepełnosprawne czyste, modnie ubrane i pachnące. Dbanie o czystość swojego ciała i estetykę ubioru rozpoczyna się już w domu rodzinnym. Mała dziewczynka czerpie przykłady z zachowania i stylu ubierania swojej matki. Codziennej higieny najlepiej uczy się przykładami wziętymi od rodziców i rodzeństwa. Z upływem lat młoda dziewczyna, a potem dorosła kobieta ma już wyrobiony własny styl ubioru, rodzaj makijażu i fryzury.

W obecnych czasach coraz częściej kobiety niepełnosprawne są zatrudniane w dużych zakładach pracy, biurach. Wyjście do ludzi „zmusza” je o staranniejsze dbanie o siebie. Nie chcą wyglądać gorzej od swoich zdrowych koleżanek. Idą za modą, trendami. Niezależność finansowa daje im większe możliwości zakupu modnej sukienki i ulubionych perfum. Nawet niepracujące kobiety powinny  dbać o siebie, ponieważ czystość i ładny wygląd poprawiają wewnętrzne samopoczucie. Pamiętajmy, nie ubieramy się dla kogoś lecz wyłącznie dla samej siebie.

Skąd czerpać pomysły modnych kreacji?

Aby modnie wyglądać nie musimy wydawać dużo pieniędzy. Sklepy internetowe oferują modne ubiory po niższych cenach niż w sklepach w naszych miastach. Łatwość dostępu, wyboru i odbioru zamówionych zakupów jest także cenną zaletą „targowiska” internetowego. Kolorowe czasopisma kobiece są pełne wzorów modnych ubrań. Można z nich wybrać coś odpowiedniego dla siebie, a potem uszyć lub kupić podobną gotową kreację. Przyjaciółki także chętnie pomogą doradzić w zakupie i wyborze twarzowej sukienki lub gustownego żakietu. Posezonowe wyprzedaże też są okazją do zakupu eleganckiego ciuszka (po atrakcyjnej cenie), który przyda się np. na następne lato lub jesień.

Nawet kilkuletnie bluzeczki lub sukienki nie będą wyglądały jak wyjęte z lamusa, jeśli dokonamy na nich paru przeróbek. Każdy nowododany drobny element odświeży ich wygląd, a właścicielka będzie wyglądała w nich bardzo efektownie.

Jak się ubierać?

Czyste, zadbane włosy,  ręce i paznokcie są wizytówką każdej kobiety. Kolor  lakieru do paznokci powinien być odpowiednio dobrany do koloru kreacji, innych dodatków lub współgrać z odcieniem pomadki do ust. Kobiety ekstrawaganckie mogą pozwolić sobie na kontrast w ubiorze oraz w dodatkach. Niepełnosprawna kobieta również powinna dbać o  swój wygląd. Jeśli nie jest w stanie wykonać czegoś samodzielnie zawsze może poprosić o pomoc swoje opiekunki, przyjaciółki lub męża.

Na spotkanie towarzyskie ubieramy się elegancko, ale niezbyt wytwornie. Możemy pozwolić sobie na drobną biżuterię i lekki makijaż. Na większe „wyjście” zakładamy elegancką kreację wraz z gustownie dobranymi koralami lub wisiorkiem. Odsłoniętą rękę ozdabiamy bransoletką.

Natomiast jeśli jesteśmy zaproszone na grilla do znajomych ubierzmy strój sportowy, który nie będzie ograniczał swobody ruchów. Zrezygnujmy też z nadmiernego obwieszania się drogimi precjozami.

A więc kochane kobietki dbajmy o siebie!


 

24 lutego 2015 r.
Laboratorium poezji

Jak wiemy z artykułów zamieszczanych w lokalnej prasie Świdnik ma wielu pasjonatów, którzy chcą rozwijać swoje zainteresowania pod okiem wykwalifikowanych instruktorów. Oprócz grup spotykających się w Miejskim Ośrodku Kultury, Miejsko-Powiatowa Biblioteka Publiczna też gromadzi pod swoim dachem tych, którzy przez szerzenie sztuki pragną uczynić świat bardziej wrażliwym i kolorowym dzięki tworzonej poezji i malarstwu.

„Laboratorium poezji”

Pod taką właśnie nazwą w styczniu 2015 roku powstała grupa, która gromadzi poetów z naszego miasta i okolic. Drugie spotkanie twórców słowa odbyło się 21 lutego br. w Galerii M-PBP w Świdniku. Sobotnie przedpołudnie upływało pod znakiem objaśnień czym jest sztuka, kto ją tworzy i dlaczego? Znany poeta świdnicki pan Janusz Adamczyk, wprowadzał przybyłych na to spotkanie gości w arkana tworzenia poprawnych wierszy. Wyjaśniał, czym jest styl w poezji i dlaczego on jest indywidualny w twórczości każdego poety. Popijając aromatyczną herbatę można było wsłuchać się w wiersze przyniesione nie tylko przez amatorów – poetów, ale także tych, którzy na swoim koncie mają już kilka samodzielnie wydanych pozycji. Podczas tej prezentacji omawiane były utwory, ich poprawność oraz gatunek wiersza. Przeważały utwory patriotyczne np. z okresu stanu wojennego, świdnickich spacerów, aż do czasów obecnych. Odrębną grupę stanowiły wiersze religijne: utwory opisujące trudy pielgrzymowania do sanktuariów maryjnych oraz wiersze – modlitwy płynące z głębin serca danego poety. Intymny charakter utworów ukazywał prostotę i pokorę wobec tego, co niezbadane, a stanowiące sens życia liryka. Opisane w wierszach osobiste odczucia i wydarzenia uzewnętrzniały wrażliwość autorów i ich potrzebę tworzenia.

Co dalej?

Druga część spotkania dotyczyła omawiania spraw organizacyjnych: programu i częstotliwości następnych spotkań. Zgromadzeni twórcy ustalili, że następne spotkanie odbędzie się 11 kwietnia 2015 roku (sobota) o godz. 10.00. w gościnnych progach Biblioteki im. Anny Kamieńskiej w Świdniku. Jak przystało na profesjonalistów twórcy ustalili, że na kolejne spotkanie przyniosą pisemną obronę swojego stylu pisania utworów.

Organizatorzy i uczestnicy mają nadzieję, że kilkuosobowa grupa ludzi kochających poezję rozrośnie się z czasem i przyjmie do swojego grona młodych poetów, którzy chcą przekazać innym swoją mądrość i wrażliwość zawartą w słowie pisanym, a także wszystkich miłośników dobrego wiersza.


19 lutego 2015 r.
Niespodzianka w Dzień Chorego

Światowy Dzień Chorego został ustanowiony 13 maja w 1993 roku przez papieża Jana Pawła II . obchodzone jest co rocznie 11 lutego w dniu liturgicznego wspomnienia Matki Bożej z Lourdes. Tego dnia w kościołach odprawiane są msze święte w intencjach ludzi chorych na duszy  i ciele. Jednak nie tylko duchowni pamiętają o osobach zamkniętych w czterech ścianach z powodu choroby lub podeszłego wieku. Przekonałam się o tym już dwukrotnie. Chociaż tegoroczny Dzień Chorego już minął tydzień temu warto go przypomnieć ze względu na jego piękno, które wypłynęło z serc ludzi zdrowych.

Urocza niespodzianka

11 lutego 2015 roku przedpołudnie było senne,  zimowe tylko w teorii, bo bardziej przypominało jesienną porę ze względu na sączący się z nieba deszcz. Siedziałam z przyjaciółką w pokoju i dzieliłyśmy się najnowszymi wiadomościami, jakie podawały poranne stacje telewizyjne. Co prawda nie interesuję się wieściami z dziedziny polityki, jednak to, co się dzieje  za naszą wschodnią granicą interesuje też niejednego politycznego dyletanta. Naszą rozmowę przerwało delikatne pukanie do drzwi. Do mojego mieszkania weszła pani z dwojgiem gimnazjalistów. Po przedstawieniu się delegacja weszła do pokoju. Młodzież trzymała pokaźnych rozmiarów reklamówki. Jedna z toreb była przeznaczona dla mnie. W niej znajdował się piękny kwiat doniczkowy (azalia), słodycze i owoce. Dopełnieniem tego prezentu był List z podnoszącymi nas na duchu życzeniami z okazji Światowego Dnia Chorego podpisany przez pana Waldemara Jaksona – Burmistrza Miasta Świdnika oraz panią Urszulę Radek – Prezes Komitetu Pomocy SOS Solidarność w Świdniku. Moje zaskoczenie pomieszało się z radością i łzami wzruszenia. Niby drobny gest, a cieszy, cieszy, że ktoś pamięta, że ktoś o nas myśli.

Azalia kwiatem radości i nadziei

Już po raz drugi przedstawiciele Urzędu Miasta oraz Komitetu Pomocy SOS Solidarność
w Świdniku pamiętali o swoich chorych podopiecznych. Wzruszającym jest fakt, że w dzisiejszym świecie zagonienia, zapomnienia o potrzebach ludzi chorych
i niepełnosprawnych Władze naszego miasta znaleźli środki na cieszące oko i serce upominki.
W tym m miejscu pragnę podziękować Szanownym Inicjatorom za ten piękny gest. Dziękuję  w imieniu własnym i tych chorych, którzy podobne prezenty otrzymali.

List do chorych rozpoczyna piękne przysłowie angielskie:

„Gdybyśmy każdego dnia
na drogę naszego bliźniego
rzucili jeden kwiatek,
drogi ziemi byłyby pełne radości”.

Azalia, którą otrzymałam jest – mam nadzieję –  kwiatem zwiastującym tę radość, o którym mówi motto Listu. Liczę na to, że w niedalekiej przyszłości nasze miasto będzie takim ogrodem, w którego cieniu i zapachu odpoczną wszyscy i to właśnie bez względu na stan zdrowia jego mieszkańców.          


11 lutego 2015 r.
Ferie zimowe w parafii Chrystusa Odkupiciela w Świdniku

Co zrobić z dziećmi, gdy trzeba iść do pracy, a babcia mieszka daleko? Takie pytanie nurtuje niejednego rodzica na początku szkolnej przerwy zimowej. Tego dylematu nie mamy w Świdniku dzięki prężnie działającym placówkom kulturalno – oświatowym. Zajęcia dla dzieci i młodzieży organizowane są m.in. przez Miejski Ośrodek Kultury i Miejsko-Powiatową Bibliotekę Publiczną. Od 14 lat zajęcia prowadzi także Oddział Akcji Katolickiej przy Parafii pw. Chrystusa Odkupiciela w Świdniku.

„Żyjmy, jak można najpiękniej…”

Słowa tej popularnej piosenki religijnej były mottem XIV parafialnego zimowiska organizowanego w dniach 2-6 lutego 2015 roku, dla dzieci klas I-III Szkoły Podstawowej. Pod okiem wykwalifikowanej kadry pedagogicznej dzieci uczestniczyły w ciekawych zajęciach rozwijających ich zdolności poznawcze, manualne, a także uczyły zasad moralności. Były  to lekcje uczące patriotyzmu miłości do Polski, Boga i drugiego człowieka.  

Inauguracją ferii była Msza święta w parafialnym kościele. Podczas nabożeństwa zostały poświęcone świece gromniczne z racji przypadającego w tym dniu święta Matki Bożej Gromnicznej. Następnie w bibliotece parafialnej dzieci wysłuchały ciekawych legend pochodzących z naszego regionu: O koziołku i O herbie Świdnika. A potem przyszli goście. Zespół „Nutki Chwały” z parafii N.M.P. Matki Kościoła, śpiewały dzieciom i z dziećmi ucząc je piosenki: “Więc żyjmy jak można najpiękniej”. Potem dzieci wspólnie dekorowały salę w kolorowe kwiaty i śnieżynki. Wiele emocji dostarczyło wykonywanie plastycznych prac na konkurs „Świdnik moje miasto – moja Mała Ojczyzna”. Najpiękniejsze rysunki zawisły na tablicy stojącej w centralnym miejscu biblioteki.

Wtorek  był także dla dzieci dniem bardzo ekscytującym. Najpierw było wyjście do Gimnazjum nr 1 na pokazy chemiczne przygotowane przez Koło młodych chemików. A po powrocie ze szkoły, dzieci spotkały się ze strażakami i miały okazję zobaczyć  wyposażenie wozu strażackiego oraz poznać podstawowe zasady bezpieczeństwa pożarowego.

W środę pod opieką nauczycieli dzieci pojechały do Teatru Lalki i Aktora im. Andersena w Lublinie na spektakl “Czerwony Kapturek”. Potem odbył się spacer uliczkami Lubelskiej Starówki i krótki pobyt u Matki Bożej Płaczącej w Lubelskiej Archikatedrze.

Czwartkowy dzień upłynął przy radosnych rytmach balu karnawałowego z malowaniem buziaczków.  Ognisko z pieczeniem kiełbaski było dopełnieniem przedostatniego dnia trwania parafialnego zimowiska.

Piątek był dniem konkursów: recytatorskiego oraz piosenki religijnej. Podczas podsumowania zimowiska obecni byli księża z ks. Leszkiem Surmą – proboszczem parafii oraz licznie przybyli członkowie rodzin dzieci. W tym zaszczytnym gronie odbyło się wręczenie nagród uczestnikom konkursów a także pozostałym dzieciom, które codziennie brały czynny udział w prowadzonych zajęciach. Zimowisko tradycyjnie  zakończył harcerski krąg z “iskierką przyjaźni” i wspólnym śpiewem ulubionej “Barki”. Przy pożegnaniu były łzy wzruszenia  i zapewnienie, że za rok dzieci znów się spotkają w tym miejscu i w tym samym gronie.

Słowa uznania i serdeczne podziękowania należą się przede wszystkim Akcji Katolickiej, jako głównemu organizatorowi zimowiska, Księżom, Grupom Modlitewnym, pani Irenie Okoń – prezes Akcji Katolickiej, a także wspaniałym nauczycielom, którzy swój wolny czas poświęcili bezinteresownej pracy z dziećmi. A były to panie: Jadwiga Dziuba, Urszula Dul, Beata Jasielska, Alicja Kisiel, Ewa Leszczyńska, Grażyna Podgórska, Jolanta Smoleń, Urszula Szabatowska, Katarzyna Terlecka, Mirosława Żydek.

W zimowisku brali udział także Wolontariusze: uczniowie  Zespołu Szkół  Zawodowych im. C.K. Norwida w Świdniku, Jacek Chyliński oraz Koło Młodych Chemików  z Gimnazjum nr 1 im. Jana Pawła II w Świdniku. Wszystkim wymienionym wolontariuszom nauczyciele oraz rodzice dziękują za bezinteresowność i wielkie serce okazywane w wychowanie młodego pokolenia.

Organizatorzy i uczestnicy dziękują również Sponsorom nagród, tj. Gminie Miejskiej Świdnik, Starostwu Powiatu Świdnickiego, Firmie “Świd – hurt” w Świdniku, PSS “Społem”  O/ w Świdniku, Teatrowi Lalki i Aktora im. H. Ch. Andersena w Lublinie, Parafii p.w. Chrystusa Odkupiciela w Świdniku i Piekarni “Sudzik” w Świdniku.

 

5 lutego 2015 r.
Taniec – przyjemność, czy rodzaj terapii

Powszechnie taniec jest postrzegany jako forma rozrywki. Jednak dzisiejsza medycyna odkryła terapeutyczne działanie muzyki i ruchu na psychikę człowieka. Dla niektórych chorób choreografia jest jedną z metod wspomagających leczenie. Korzystając z okresu, jakim jest trwający jeszcze karnawał warto zastanowić się, jak wielkie korzyści przynosi ruch, taniec i czy jest on tylko formą rozrywki?

Wpływ tańca na psychikę człowieka

Choreoterapia od wielu lat jest znana, jako forma aktywności fizycznej, emocjonalnej
i społecznej. Wywodzi się z tańca współczesnego, który jest wyrazem buntu. Dzięki tej metodzie wspomagającej leczenie wielu chorób mamy możliwość rozwikłać wewnętrzne konflikty, nauczyć się panowania nad sobą w sytuacjach stresujących, rozładowaniu napięć. Swoboda ruchu daje możliwość eliminowania wewnętrznych blokad, które w nas się gromadzą i nasilają.

Poprzez taniec pogłębiamy świadomość własnego ciała, odnajdujemy w nim równowagę psychofizyczną, pomaga w mobilizacji oraz w nauce odprężania się podczas narastających sytuacji stresogennych. Oprócz pozytywnego wpływu działającego na  psychikę człowieka taniec również usprawnia także układ odpornościowy, kształtuje sylwetkę: poprawia postawę, działa rozluźniająco na mięśnie, stawy, a także relaksuje.

Taniec, jako metoda wspomagająca leczenie niektórych chorób

Choreoterapię stosuje się, jako metodę wspomagającą w leczeniu depresji m.in.
z zaburzeniami lękowymi lub po stracie bliskiej osoby, w chorobie Parkinsona, nadciśnieniu tętniczym, a także w chorobie Pląsawica Huntingtona oraz w różnego rodzaju nerwicach. Taniec pomocny jest również w leczeniu schizofrenii.

Ruch i układ choreograficzny ma znaczący wpływ w leczeniu chorób o podłożu psychicznym. Pacjenci z tej grupy mają problemy w wyrażaniem siebie w komunikacji werbalnej i wyrażaniem swoich emocji. Tańcząc mają świadomość odzwierciedlenia swoich ruchów, że jest rozumiany, widziany. Czasami pomaga nawet samo wyobrażenie tańca nawet bez muzyki. Taką metodę stosuje się u osób mających problemy z poruszaniem się. Mimo, że taniec ten może wyglądać jakby był wykonywany przez mimów pomaga on uruchomić ścieżki neurologiczne w mózgu, które odpowiadają za zachowanie sprawności.  Podobną metodę stosuje się w pracy z ludźmi w zaawansowanym stopniu depresji. Praca tańcem
z rodzicami po stracie dziecka daje  możliwość darowania im chwili zapomnienia o tym traumatycznym przeżyciu. Kobietom po mastektomii proponuje się np. taniec brzucha, aby uświadomić im, że mają jeszcze inne atrybuty kobiecości.

Praca z dziećmi

Choreoterapia z dziećmi obejmuje te maluchy, które przeżywają różnego rodzaju lęki lub są po przemocy seksualnej. Zajęcia mają formę zabawy przy opowiadaniu bajek i ucieleśniane są tam różne postacie. Jednak całość nie traci sensu terapeutycznego.

Czas trwania terapii bywa różny i dostosowany do indywidualnych potrzeb pacjenta. Czasami wystarczy 20 spotkań, a czasami terapia trwa kila lat. Pamiętajmy, że psychoterapia tańcem jest terapią kompleksową, natomiast zajęcia ruchowo-taneczne pomagają w rozluźnieniu pacjentów.

Aby znaleźć placówki prowadzące tego rodzaju terapie należy skorzystać z informacji podanych w Internecie.


29 stycznia 2015 r.

Twórczość osób niepełnosprawnych czyli nasz ślad na ziemi

Media coraz częściej emitują programy ukazujące twórczość osób niepełnosprawnych. W większości są to kobiety, ale nie tylko. Tworzą poezję, piszą prozę, malują obrazy, szydełkują i pięknie haftują. Ich prace zadziwiają dokładnością, ekspresją, kunsztem. Zadziwiają tym bardziej, że robią to nieraz z ponad ludzkim wysiłkiem znacząc w ten sposób swój ślad na ziemi. Znam tę potrzebę z autopsji i dlatego postanowiłam się tym z czytelnikami podzielić.

Dlaczego tworzą?

Człowiek niepełnosprawny nieaktywny zawodowo ma dużo więcej czasu wolnego niż osoby zdrowe, pracujące i pełniące różne role społeczne. Samotność skłania do refleksji nad życiem. Myśli zwykle szybko ulatują w zapomnienie. Ludzie niepełnosprawni mający predyspozycje do wyrażania swoich uczuć na zewnątrz zapisują je sami lub korzystają z pomocy osób trzecich. Jest to forma komunikacji ze światem, sposób na udowodnienie swojej „normalności” (tak było w moim przypadku), która często nie jest dostrzegana przez zdrowe jednostki. Jest to forma wyjścia poza obręb własnego mieszkania. Dzięki pracy twórczej odnajdujemy drogę do ludzi, którzy czasami są nieświadomi tego, na co nas stać, że mimo fizycznych ograniczeń właśnie dzięki twórczej pracy przekraczamy swoje niedyspozycje. Takie działanie staje się u wielu chorych artystów sposobem na życie, a niepełnosprawność jest lżejsza do udźwignięcia. Rozwijanie pasji daje nam poczucie wolności w słowach i obrazach.

Twórczość ma wiele twarzy. Zaliczmy do niej m.in. poezję, prozę, malarstwo i rękodzieło artystyczne.

Poezja

Niepełnosprawni poeci w swoich utworach starają się opisać piękno świata, nad którym niekiedy zdrowi ludzie nie mają czasu się zatrzymać. Kolejnym tematem dominującym w tych utworach jest wyrażanie siebie: swoich uczuć, pragnień i marzeń. Metafory skłaniają słuchaczy do refleksji nad ludzkim życiem, jakże odmiennym, niż postrzegany jest na co dzień. Autor pisząc o swoim wnętrzu ogołaca się duchowo, zdobywa się na odwagę publikując wiersze w czasopismach lub wydając własne tomiki. Można w nich wyczytać wołanie o miłość, przyjaźń, pretensje do losu, Boga czy świata. Wiersze radosne opisują drobne zdarzenia z życia, ale jakże ważne dla autora i dlatego utrwalone na papierze. Najmniejszy odruch pomocnej dłoni, otwartość serca ma ogromne znaczenie dla niepełnosprawnej kobiety. Poetka więc tę radość chce wszystkim „wykrzyczeć” w swoich utworach. Starajmy się z uwagą wsłuchiwać lub wczytywać w te osobiste przekazy pisane językiem pełnym liryzmu, ale jakże wymowne, aby potem lepiej rozumieć pragnienia niepełnosprawnych poetek – kobiet, które mają takie same pragnienia i marzenia, jak ich zdrowe koleżanki. Poezja daje autorom możliwość i swobodę wyrażania myśli przez słowa zawarte w wierszach, a jakże często bardzo trudne i wstydliwe do przekazania w bezpośrednich relacjach nawet tych koleżeńskich.

Opowiadania

Opowiadania są wytworem wyobraźni, marzeń lub opisem pewnych zdarzeń, które przeżyła ich autorka. Niepełnosprawność przyczynia się do wyzwalania wyobraźni, która znajduje ujście w prozie pisanej przez osoby chore. W swoich opowiadaniach autorki opisują zdarzenia podobne do tych, które same przeżyły. Inną formą prozy pisanej przez kobiety dotknięte przewlekłą chorobą, jest pisanie pamiętników. Na ich kartach chcą one utrwalić dzień po dniu walkę z chorobą, by potem przekazać innym ten osobisty dowód, że warto ufać Bogu i medycynie. Drugi powód pisania pamiętnika jest zaznaczeniem swojej obecności dla młodszych pokoleń. Podobny cel ma opisanie realnie przeżytych zdarzeń. Jest to przekaz radosnych bądź smutnych epizodów życia, do których po latach można powrócić czytając to, co kiedyś było ważnym momentem godnym utrwalenia.

Malarstwo

Obrazy osób niepełnosprawnych emanują intensywnością barw lub odcieniami szarości. Ma to duży związek z nastrojem artystki w momencie ich malowania. przedstawiane na obrazach kwiaty, pejzaże, sylwetki osób są odbiciem przeżyć niepełnosprawnych twórczyń. Zarówno smutek, żal, jak również radość i szczęście można wyczytać w kolorach obrazu, w formie. Jak każda sztuka, podobnie malarstwo bardzo dużo mówi o wrażliwości autora, o jego przeżyciach i marzeniach.

Rękodzieło artystyczne

Do gatunku sztuki rękodzieła artystycznego zaliczamy różnego rodzaju wytwory wykonane ręcznie. Można tutaj wymienić np. szydełkowanie (robótki na drutach), tkactwo, rzeźbę i lepienie z masy solnej. Jest to gałąź sztuki szczególnie ulubiona przez kobiety. Warunkiem wykonywania wymienionych „dzieł” jest sprawność manualna rąk, dokładność i smak artystyczny w doborze kształtu i koloru.

Podsumowanie

Wymienione przykłady twórczości osób z niepełnosprawnością są także formą ich rehabilitacji fizycznej, psychicznej i społecznej. Dzięki prezentacjom swojej twórczej pracy jest okazja podbudowania swojej wartości, a także rodzi możliwość spotkania z szerszym kręgiem odbiorców.

Warto dodać, że poszczególne grupy osób należą do różnych stowarzyszeń, które organizują wieczory autorskie, warsztaty szkoleniowe, plenery i kiermasze celem dokształcania i promowania swoich podopiecznych. Należy zaznaczyć, iż twórcy swoje dzieła tworzą z potrzeby serca. Nie kierują się chęciami zarobku (chociaż wynagrodzenie za pracę jest formą docenienia autora), ani zdobywaniem nagród. Chcemy po prostu pozostawić na ziemi cząstkę siebie dla innych pokoleń, zostawić swój ślad.


20 stycznia 2015 r.

Babcia

„Babcie, babunie, babciunie” – te słowa zna prawie każdy z nas. Kojarzą się nam z ciepłem, dobrocią, pięknym i szczerym uśmiechem oraz otwartym sercem nie tylko w Dniu ich święta. Dla wnucząt są azylem w sytuacjach trudnych i podbramkowych. Kobiety z życiowym doświadczeniem, często po tzw. przejściach, a jednak zawsze mające czas dla swoich ukochanych wnucząt. Dzień Babci skłania do zastanowienia się nad ich rolą w życiu wielopokoleniowej współczesnej rodziny.

Moja babcia Marianna

Przez całe życie mieszkała na wsi w domku pod lasem. Jej dom otoczony był owocowym sadem. Pamiętam mały jednoizbowy domek kryty strzechą, a przed nim ogródek z pięknymi piwoniami, bzem i jaspisowym jaśminem. W tym domku wychowała siedmioro dzieci. Po latach rodzina się powiększała o jeszcze jedno pokolenie tzn. o gromadkę wnucząt. Jako małe dziecko, byłam tam częstym gościem, wręcz domownikiem. Mimo licznych zajęć związanych z prowadzeniem gospodarstwa rolnego babcia z dziadziem zawsze mieli dla mnie czas. Pobyt u nich zawsze kojarzy mi się z latem, ciepłem, ze słodkim smakiem miodu nie tylko podczas miodobrania. Wieczorami siadywaliśmy na ławeczce przed domem, a babcia lub dziadek wprowadzali mnie w świat bajek. Nie mieli telewizora, jednak ich przekaz słowny był bardziej barwny i wzruszający niż współczesne efekty specjalne eksponowane na małym lub dużym ekranie. Opowiadane przez nich bajki uczyły zasad dobrego wychowania, moralności, zawsze kończyły się szczęśliwie, a ich bohaterowie pojawiali się w snach wyłącznie, jako dobre wróżki, księżniczki lub krasnoludki.

Wakacje rozpoczynałam od pokazywania babci i dziadziowi swojego świadectwa szkolnego. Wiedziałam, że zawsze będą ze mnie dumni niezależnie od ocen na cenzurce. Dwa miesiące laby zawsze mijały mi za szybko i trzeba było wracać do zajęć szkolnych. Z utęsknieniem czekałam na ferie zimowe. 

A zimą piec u babci Marianny zawsze był ciepły. Paprocie mrozu kwitnące na małych okienkach szybko topniały pod wpływem języków ognia wydobywających się z uchylonych fajerek kuchni węglowej. Lubiłam patrzeć na  strużki wody ściekające po szybach, bo za nimi ukazywał mi się świat przykryty śniegiem, mroźny co prawda lecz bajeczny i pobudzający moją dziecięcą wyobraźnię.

Ten obrazek na zawsze utkwił w mojej pamięci i w chwilach trudnych i smutnych zawsze wyzwala u mnie uśmiech oraz wdzięczność, że takie momenty dane mi było przeżyć.

Współczesne babcie

Akceleracja dzieci i młodzieży  sprawia, że  współczesne babcie są jeszcze w wieku produkcyjnym i nierzadko nie są one przygotowane do spełniania swojej nowej roli społecznej. Często nie mogą poświęcić zbyt wiele czasu swoim wnukom. Pochłania je jeszcze praca zawodowa i wychowywanie swoich dzieci. Jednak w miarę możliwości potrafią wykroić niejedno popołudnie, by pójść z wnukami na spacer, do kina lub po prostu pobyć z nimi w domu. Odbywa się to bardzo często kosztem innych zajęć, lecz tylko babcie potrafią rezygnować z własnych przyjemności na rzecz ujrzenia choćby jednego uśmiechu na buzi swoich wnucząt.


15 stycznia 2015 r.

Akcje charytatywne

Początek każdego nowego roku zwykle zaczyna się od podwyżek rachunków za gaz, prąd, wynajem lokali mieszkaniowych oraz wyższych cen za artykuły spożywcze i przemysłowe. Jest to również czas przeprowadzania wszelkiego rodzaju akcji charytatywnych na rzecz chorych dzieci i osób dorosłych potrzebujących pomocy. Co gorsza, nasze dochody nie wzrastają, a ludzi oczekujących na środki materialne przybywa.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy

Najbardziej popularną i znaną w Polsce oraz na całym już świecie jest Fundacja Jurka Owsiaka. Przeprowadzono dzięki zaangażowaniu wielu wolontariuszy już 22 edycje zbiórek pieniężnych na zakup sprzętu medycznego dla dzieci i osób starszych, które wymagają specjalistycznego leczenia nie tylko w szpitalach, ale także w warunkach ambulatoryjnych na terenie całej Polski. Wbrew opiniom krążącym na temat prezesa tejże fundacji corocznie bijemy rekordy w zebranych funduszach przeznaczonych na sprzęt ratujący niejedno chore lub niepełnosprawne dziecko. Na terenie Lubelszczyzny jest już 11 szpitali obdarowanych sprzętem ratującym życie noworodkom i osobom przebywającym na oddziałach intensywnej terapii. Nawet w naszym świdnickim szpitalu jest inkubator zakupiony dzięki akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Zbiórki pieniężne przed kościołami

Popularne w ostatnich latach w naszym kraju stały się zbiórki pieniężne przed bramami świątyń oraz na ulicach miast. Są one przeznaczone na sfinansowanie np kosztownych. operacji ratujących życie lub skomplikowanych rehabilitacji przeprowadzanych poza granicami Polski. Jakże często wychodząc z kościoła widzimy (często zimą zziębniętych) rodziców i krewnych dzieci, na które przeznaczone są te zbiórki. Serce się kraje na widok bezradności najbliższej rodziny prawie żebrzącej o każdy grosz, który może być tym, co przydłuży życie ich maleństwa lub chorego rodzica. W tym przypadku liczy się zgoda biskupa i miejscowego księdza proboszcza, aby taką akcję przeprowadzić. Często niestety jest tak, że uzbierana kwota przekazywana jest na inne dziecko, ponieważ choroba bierze szalony postęp i jest już zbyt późno na podjęcie jakiegokolwiek leczenia. Jednak dopóki żyje człowiek, żyje też nadzieja.

1% podatku

Następną formą pomocy jest odliczenie 1% pochodzących z zeznań podatkowych na rzecz organizacji pożytku publicznego. Możemy samodzielnie wskazać na czyją rzecz zostanie przekazana kwota pochodząca z rocznego zeznania podatkowego. Przekazując 1% z własnego PIT, podatnik nie traci ani złotówki – rozdysponowuje on jedynie kwotę, którą i tak musiałby przekazać na rzecz Skarbu Państwa. W ten oto sposób wspieramy konkretne osoby lub organizacje pozarządowe.

Rola NFZ

Narodowy Fundusz Zdrowia istnieje od 2004 roku. Utrzymuje się z obowiązkowych składek ubezpieczenia zdrowotnego, każdego podatnika. A więc rolą tejże państwowej jednostki organizacyjnej powinno być finansowanie świadczeń zdrowotnych oraz refundacja operacji i kosztów leczenia. Czy NFZ spełnia swoją rolę, do której został powołany? Chyba niezupełnie. Wystarczy popatrzeć na ekrany telewizorów podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oraz na osoby zbierające skromne datki na leczenie dzieci od wiernych wychodzących z naszych świątyń. Odpowiedź nasuwa się sama.


9 stycznia 2015 r.

Korzenie, drzewo, dom

Święta Bożego Narodzenia mają w sobie moc, która dzieciom niesie radość z oczekiwania na przyjście Jezuska, oczekiwanie na pierwszą Gwiazdkę, która przynosi wymarzone prezenty i inne niespodzianki. Dorośli również w tym czasie wracają do wspomnień z okresu dzieciństwa. Ja też uległam czarowi retrospekcji, kiedy wszystko było bajecznie kolorowe i błyszczące.

Korzenie

Dziecięce lata spędziłam w małej miejscowości, a drewniany duży dom był moim azylem. Na święta Bożego Narodzenia wraz z gromadką dzieci z sąsiedztwa czekałam niecierpliwie już od 6 grudnia. Tego dnia święty Mikołaj przynosił nam prezenty, może nie wszystkim te wymarzone, ale zawsze coś dobrego wydobywał ze swojego przepastnego worka. To ten dobry święty zawsze był dla nas dzieci zwiastunem bliskiego narodzenia Bożej Dzieciny.

W dzień wigilijny wszyscy mali mieszkańcy domu ubierali żywe choinki, a zapalone woskowe światełka na tych kolorowych drzewkach były znakiem, że postnik czas zacząć. Po wieczerzy dzieci przychodziły do mnie z opłatkiem i składaliśmy sobie życzenia. Potem było podziwianie choinki, a raczej buszowanie pod drzewkiem w poszukiwaniu prezentów. Gdy cel został osiągnięty naszym wspólnym zabawom nie było końca, dzieci rozchodziły się do swoich mieszkań dopiero przed Pasterką. Tak było co roku. To był dom, którego klimat tworzyli mieszkańcy, wśród których wzrastałam. Tam zapuściłam swoje korzenie. Tak mnie się wtedy przynajmniej wydawało.

Drzewo

Nowe świdnickie mieszkanie zauroczyło mnie wyższym standardem, własnym pokojem i lepszym kontaktem z lekarzami, co w moim przypadku nie było bez znaczenia. Jednak moja euforia nie trwała długo. Nadeszły pierwsze święta, co prawda z cudną sztuczną choinką, lecz bez przyjaciół, bo już ich tutaj nie było. Z biegiem lat brakowało osób przy wigilijnym stole, prezenty już tak nie ekscytowały, ponieważ nie było z kim dzielić radości porównując otrzymane lalki z brodatymi krasnoludkami. Brakowało mi uśmiechów życzliwych koleżanek, ich rąk zrywających ukradkiem cukierków ze świątecznego drzewka. Nie było tego uroku nawet wtedy, gdy rodzice jawnie podawali mi je do ust. Nie było już tego zakazanego owocu, który dawał mi poczucie swobody i niezależności. Czułam się tak, jakbym nie miała tutaj korzeni.

Jednak w miarę upływu lat poczułam, że tu w Świdniku, zaczęły powoli odrastać moje odcięte korzenie. Zostały one podlewane „wodą” ludzkich spojrzeń, najpierw nieśmiałych, potem budzących ośmielenie, aż wreszcie zaczerpnęłam źródlanej wody, w której jest zaufanie do mojej niepozornej osoby. Dzięki temu stałam się drzewem mocno zakorzenionym w tej świdnickiej ziemi i społeczności. Teraz jestem pewna, że żaden wiatr niepowodzeń nie zdoła mnie przewrócić w przepaść. Zawsze będę mogła czerpać wodę ze źródła ludzkiej dobroci. Ze źródła ich serc.

Dom

Po wielu latach zrozumiałam, że to tutaj mam swoje cztery ściany, w których też przecież przeżyłam już różne wigilie. Świdnik jest już moim miejscem na ziemi, tutaj przeżywam moje zachwiania i wzloty, życiowe burze, lecz zawsze widzę tęcze na bezchmurnym niebie. Mam gdzie wracać z najdalszych podróży, bo tutaj jest mój dom, moje miejsce na ziemi. I tak już pozostanie.


31 grudnia 2014 r.

Sylwestrowe szaleństwa

Któż z nas nie przeżył przynajmniej raz w życiu sylwestrowej nocy wśród strzałów fajerwerków, korków od szampana i tańców aż do świtu? Oprócz Bożego Narodzenia jest to noc, podczas której człowiek nie powinien być sam. Kończący się rok powinien mieć finał radosny, aby nowy rok zaczynał się w każdym z nas optymizmem i uśmiechem.

Tradycja świętowania nocy sylwestrowej

W roku 999 obawiano się apokalipsy czyli przepowiadanego końca świata. Ludzie żyli w strachu przed mającym nadejść kataklizmem. Nowe milenium nie przyniosło jednak spodziewanego sądu Bożego. Po północy zaczęto więc z radości tańczyć, śpiewać i świętować. W 1000 nowy rok papież Sylwester II udzielił wiernym pierwszego błogosławieństwa „urbi et orbi” czyli „miastu i światu”. To błogosławieństwo udzielane jest w nowy rok przez papieży do dnia dzisiejszego.

Świętowanie zakończenia roku w naszym mieście

W Świdniku – jako pierwszym mieście w Polsce – od wielu lat mieszkańcy spotykają się w sercu miasta, by wspólnie witać Nowy Rok. Z biegiem lat ta tradycja rozprzestrzeniła się na inne miasta w naszym kraju. Na świdnickim placu nadal strzelają korki od szampana, wszyscy składają sobie życzenia. Ta integracja jest bardzo potrzebna, ale czy bezpieczna to już zależy od nas samych.

Wiele lat temu Nowy rok zaczął się tragicznie dla jednej z naszych mieszkanek. Wystrzelone fajerwerki trafiły w twarz młodą dziewczynę. Na pewno nie tak wyobrażała sobie powitanie Nowego Roku. Często spotyka się tam też młodzież zakropiona alkoholem i nie zaważa na zachowanie bezpieczeństwa wokół siebie narażając swoje i zdrowie innych świętujących. Nawet nastolatki bez opieki mogą stanowić zagrożenie dla samych sobie lub być narażone na niebezpieczeństwo ze strony pijanych osobników.

A na zakończenie trochę wspomnień z dozą humoru. Wiele lat temu mój nastoletni brat wraz z kolegą wybrali się (bez wiedzy rodziców) na powitanie Nowego Roku na świdnickim placu. Już jako dorośli mężczyźni przyznali się, że prawie przez cały czas leżeli pod choinkami, bojąc się wybuchów petard i fajerwerków. Do domu wrócili z postanowieniem, że już nigdy tam nie pójdą bez kogoś dorosłego. Tak oto sami przekonali się o grożącym im niebezpieczeństwie.

Stojąc na progu Nowego Roku 2015 życzę wszystkim bezpieczeństwa i spokoju nie tylko na całym świecie, ale także na ulicach naszych miast.


23 grudnia 2014 r.

Tradycja szopki betlejemskiej

W Polsce architektoniczne szopki betlejemskie pojawiły się w XIX w. w Krakowie. Wcześniej miały one formę ulicznych teatrów przedstawianych w okresie świąt Bożego Narodzenia. Udział w tych spektaklach brały zazwyczaj osoby przedstawiające postaci z biblijnych opisów opowiadających o Narodzeniu Chrystusa. Aktorami byli żacy, młodzież rzemieślnicza oraz służba liturgiczna. Obecnie przedstawiane są tzw. jasełka, a od niedawna 6 stycznia organizowane są także barwne Orszaki Trzech Króli, które przybierają formę widowisk opowiadających o Narodzeniu Pańskim.

Szopka św. Franciszka

Prekursorem szopki betlejemskie był sam święty Franciszek. Chciał on ożywić i rozpowszechnić kult do Bożej Dzieciny, a tym sposobem wyrazić także wdzięczność za cud wcielenia Zbawiciela. W 1223 roku św. Franciszek w wigilię Bożego Narodzenia zgromadził ludność włoskiego miasteczka Greccio i jego okolic przy jaskini. Tam przygotowany był już żłóbek, słoma oraz żywe zwierzęta. Przed ołtarzem leżała figurka Bożej Dzieciny, która wg. legendy wyciągała ręce ku przyszłemu świętemu, a nieziemskie światło oświeciło całą okolicę. W ten oto sposób Biedaczynie z Asyżu udało się obrazowo odtworzyć cud narodzenia Zbawiciela świata. Dzięki temu widowiskowemu przekazowi ludzie bardziej świadomie przeżywali święta Bożego Narodzenia również wewnątrz własnych serc, a Jasełka z Greccio rozpowszechnione zostały we wszystkich zakątkach ziemi.

Szopka krakowska

W II połowie XIX w. pojawiły się architektoniczne szopki. Wykonywane były w Krakowie, a inspiracją i wzorcem do ich powstawania były zabytkowe kościoły. Twórcami szopek byli przeważnie rzemieślnicy ludowi z przedmieść Krakowa i okolic. Pierwszym wykonawcą dojrzałej architektonicznie szopki na tym terenie był Michał Ezenekier – kaflarz z Krowodrzy. Zawierała ona figury Maryi, Józefa i Dzieciątka, pasterzy oraz zwierząt. Szopka była obnoszona przez kolędników, aż do I wojny światowej, kiedy to władze austriackie zakazały kolędowania. Po okresach wojennych tradycja szopek odżyła i przybrała formę konkursów. Obok figurek świętych pojawiają się także postaci, które miały znaczący wpływ na rozwój i przemiany naszego kraju. Można tam zobaczyć np. Mikołaja Kopernika, Tadeusza Kościuszkę oraz Jana Pawła II. XXI w. przyniósł nowe pomysły na tworzenie żywych szopek w kościołach oraz na rynkach większych miast. Ta koncepcja ma swoich zwolenników i przeciwników ze względu na nasze warunki klimatyczne, które mogą mieć niekorzystny wpływ na żywe zwierzęta. Jednak zwolennicy i sceptycy tego typu szopek patrząc na nie, zatrzymują swoje myśli przy tej pierwszej, która miała na celu rozpowszechnienie narodzin Jezusa w sercu każdego człowieka. Idea św. Franciszka przetrwała do czasów dzisiejszych i przynosi dobre owoce w postaci przekazywania z pokolenia na pokolenie faktu narodzenia Bożej Dzieciny.


11 grudnia 2014 r.

Symbole i znaki Adwentu

Przełom listopada i grudnia w naszej polskiej tradycji to okres trwania adwentu. We wszystkich kościołach odprawiane o świcie Msze święte zwane są Roratami, podczas których zapalana jest świeca zwana „Roratką”. Ozdabiana bywa zwykle niebieską wstążką. Następnym widzialnym znakiem adwentowym jest wieniec z czterema świecami, zapalanymi kolejno w poszczególne niedziele okresu adwentowego. Dzieci przychodzące na Roraty zapalają lampiony. Mimo, że jesteśmy już na przełomie Adwentu warto przypomnieć sobie znaczenie tych zwyczajów i symboli religijnych.

Adwent

Adwent – jest to czterotygodniowy okres poprzedzający Boże Narodzenie. Ten szczególny czas oznacza przyjście naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Na to przyjście trzeba się przygotować duchowo uczestnicząc w mszach świętych zwanych Roratami. W Polsce Adwent i msze święte roratnie wzięły swój początek od XII wieku. Inicjatorką była św. Kinga, a pierwsze nabożeństwo zostało odprawione na Wawelu. Wówczas na czele orszaku do kaplicy wchodził król i od paschału odpalał świecę roratnią. Obecnie do kościołów i kaplic śpieszą także ludzie różnych stanów, aby modlić się o dobre przeżycie świąt Bożego Narodzenia, oddając cześć Najświętszej Maryi Pannie, matce Zbawiciela.

„Roratka”

Świeca „roratka” jest symbolem obecności Niepokalanej Maryi, która przez cały okres adwentu niesie w swoim łonie Chrystusa – prawdziwe Światło. Dekorowana jest zwykle niebieską lub białą wstążką z dodatkiem zielonych gałązek. „Roratka” zapalana jest na mszach świętych porannych, oprócz niedziel i świąt.

Wieniec adwentowy

Zrobiony jest ze świerku lub innych zielonych gałązek, ozdobiony bywa kwiatami, a na nim są cztery świece. Każda ze świec ma inną symbolikę: 1 świeca symbolizuje przebaczenie Boga wobec nieposłuszeństwa pierwszych rodziców 2 świeca jest symbolem wiary Narodu Izraelskiego 3 świeca oznacza radość króla Dawida, który celebruje Przymierze z Bogiem 4 świeca jest symbolem nauczania proroków, którzy przepowiadali przyjście Mesjasza. Poszczególne świece są zapalane w kościołach lub w domach , za leżnie od przeżywanego tygodnia Adwentu. W wigilię Bożego Narodzenia płonące cztery świece są symbolem bliskiego przyjścia naszego Zbawiciela.

Lampion roratni

Adwentowym zwyczajem są również lampiony. Są one przynoszone przez dzieci na msze święte roratnie i odpalane od świecy „roratki” i z zapalonymi wewnątrz nich świeczkami po zakończonym nabożeństwie wracają do domu. Światło lampionu jest symbolem rozproszenia mroków naszych dusz i jest wskazaniem drogi do Chrystusa.

Kalendarz adwentowy

Zwyczaj korzystania z kalendarza adwentowego pochodzi z XIX wieku i bierze swój początek od niemieckich luteranów. Służy on do odliczania dni od 1 grudnia aż do Bożego Narodzenia. W Polsce zachował się ten zwyczaj w domach, gdzie są małe dzieci niecierpliwie oczekujące przyjścia Bożej Dzieciny.


6 grudnia 2014 r.

Św. Mikołaj – prawda, czy legenda?

Jest taki czas na przełomie listopada i grudnia, kiedy dni są pochmurne, coraz krótsze, a wieczory długie i chłodne, niekiedy śnieżne i mroźne. Nikt się temu nie dziwi, ponieważ taki mamy klimat. Niedobory słońca uzupełniamy paląc nastrojowe lampiony i świece. To one dają poczucie jasności i ciepła. W tym okresie rozpoczyna się przedświąteczna gorączka. Zanim nadejdzie Boże Narodzenie, pełne rodzinnej atmosfery dzieci niecierpliwie oczekują przyjścia Świętego Mikołaja i jego prezentów. 6 grudnia jest dniem tajemniczym nie tylko dla naszych maluchów, ponieważ dorośli także podtrzymują między sobą piękną tradycję obdarowywania siebie prezentami w imieniu Świętego Mikołaja.

Biskup czy krasnal?
Jak czytamy z historycznych ksiąg święty Mikołaj żył na przełomie III i IV wieku i był biskupem Miry w Licji. Czczony zarówno przez katolików jak i prawosławnych. Był cudotwórcą, do którego przychodzili zwłaszcza biedni oraz potrzebujący pomocy. W żywotach świętych zapisał się jako wielkoduszny i współczujący człowiek, o czym świadczą liczne podania i legendy. W tych tekstach święty Mikołaj pomagał potrzebującym zawsze pod osłoną nocy. Nie zależało mu na poklasku i podziękowaniach. Ta tradycja robienia niespodzianek w jego patronalne święto przetrwała do współczesnych czasów. Jednak jego postać obecnie została przekształcona bardziej w baśniowego krasnala, jadącego na saniach zaprzężonych w renifery. Jak widzimy sekularyzacja dotknęła nawet najbardziej lubianego przez dzieci świętego. Niemały wpływ na tę zmianę ma spadek religijności naszego społeczeństwa. Chociaż postać Świętego Mikołaja została przebrana z biskupiego ornatu i mitry w strój krasnala wykrzykującego słynne „ho, ho, ho!” to jednak pozostała niezmieniona idea czynienia dobra.

Ranking prezentów mikołajkowych
Wraz ze zmianami w wyglądzie biskupa nastąpiły także zmiany w zapotrzebowaniach na jego prezenty. Dzieci piszące listy do Świętego Mikołaja vel krasnala proszą go np. o tablety, komputery i inne sprzęty elektroniczne, na drugim miejscu w rankingu mikołajkowych potrzeb plasują się zabawki. Oczywiście duże znaczenie w zaspokojeniu tych dziecięcych marzeń ma zasobny portfel ich rodziców. Warto zastanowić się, czy tym sposobem nie skracamy im dzieciństwa? Każdy okres w życiu człowieka ma swoje pragnienia. To od najbliższych zależy, czy dzieci będą miały potrzeby adekwatne do wieku. Wystarczy szczera rozmowa i uświadomienie, że nawet drobiazgi mają swoją wartość, bo liczy się pamięć, a nie cena na paragonie.
W polskiej tradycji dzień 6 grudnia jest dniem miłych niespodzianek. Nawet dorośli lubią otrzymywać drobne prezenty, które są wyrazem pamięci. Cieszmy się więc tym, co otrzymamy od najbliższych. Patron dnia dzisiejszego uszczęśliwiał potrzebujących tym,
co było dla nich niezbędne. Bierzmy z niego przykład i bądźmy przedłużeniem jego cudotwórczych rąk nie tylko w ten grudniowy dzień.

 


12 listopada 2014 r.

Huśtawka i co dalej?

W tym roku jesienna aura jest bardzo łaskawa, a słoneczne dni są zachętą do wyjścia na spacery wśród spadających liści. Z tego złotego deszczu cieszą się wszyscy, a najbardziej dzieci, o czym mogłam się przekonać 5 listopada br., będąc na placu zabaw na Podwalu w Lublinie. Tego dnia Stowarzyszenie „Jesteśmy Kroplą” przy wsparciu sponsorów doposażyło tenże plac w huśtawkę dla dzieci z niepełnosprawnością oraz ściankę integracyjną. Pogoda dopisała, a uśmiech dzieci mówił, że warto było starać się o te urządzenia.

„Jak w samolocie…”

Na zaproszenie stowarzyszenia na plac zabaw przyszły dzieci z dwóch lubelskich przedszkoli – w tym jedno integracyjne. Swoją obecnością zaszczyciła nas także pani Monika Lipińska – z-ca prezydenta miasta Lublina. Dzieci poruszające się przy pomocy wózków do tej pory nie miały możliwości korzystania ze standardowych urządzeń na miejscu przeznaczonym dla wszystkich dzieci. Od chwili obecnej będzie inaczej. W środowe przedpołudnie huśtawka dla wózkowiczów była oblegana, a każdy kto się na niej huśtał miał uśmiech na twarzy i dość oryginalne porównania. „Czułam się jak w samolocie” – powiedziała dziewczynka poruszająca się przy pomocy wózka inwalidzkiego, która pierwszy raz w życiu miała okazję pobujać się na huśtawce. Uśmiech dzieci mówił, że warto było dokonać tej inwestycji.

W planach mamy jeszcze dokupienie karuzeli integracyjnej, jednak jej zakup będzie zależał również od otwartych serc na potrzeby dzieci z niepełnosprawnością. Tego typu urządzenia są bardzo kosztowne, dlatego liczymy na ofiarność potencjalnych sponsorów. Uśmiech szczęśliwych dzieci wynagrodzi wszelkie poniesione koszty oraz wysiłek związany z załatwianiem procedur.

Podczas „testowania” huśtawki i innych zakupionych sprzętów integracyjnych rozdawane były dzieciom książeczki pt.: „Niezwykłe Kolorowanki”. Powstały one w wyniku współpracy naszego stowarzyszenia z fundacją VERBA. Treścią tych książeczek są piękne rysunki i tematycznie związane z nimi krótkie wierszyki mówiące o inkluzji od początkowych lat życia dziecka z niepełnosprawnością. „Nie ma kaleki – jest człowiek” – te słowa wypowiedziane przez wybitną pedagog Marię Grzegorzewską chcemy urzeczywistnić przez włączenie dzieci z zaburzeniami psychomotorycznymi w świat zdrowego społeczeństwa.

Co robimy?

Stowarzyszenie „Jesteśmy Kroplą” prawnie działa od lutego br., ale ma na swoim koncie wiele przedsięwzięć na rzecz osób z niepełnosprawnością m.in. pokazy mody, wizaże dla kobiet z niepełnosprawnością oraz bale charytatywne zorganizowane na rzecz osób potrzebujących sprzętu do łatwiejszego funkcjonowania we współczesnym zaganianym świecie. Mamy wiele pomysłów, które chcemy sukcesywnie realizować przy wsparciu lokalnych władz oraz ofiarnych sponsorów.


6 listopada 2014 r.

Osoba starsza i niepełnosprawna jako i pełnoprawny członek społeczeństwa

Już dosłownie parę dni dzieli nas od wyborów samorządowych, które odbędą się 16 listopada 2014 roku. Polskie państwo demokratyczne zapewnia wszystkim obywatelom udział w życiu społecznym i politycznym. Prawo demokratyczne polega na wybieraniu władzy, udziału w referendach, a także – w razie naruszenia jakichkolwiek praw wolności – do wniesienia Skargi Konstytucyjnej. Takie same prawa obowiązują niepełnosprawnych obywateli po ukończeniu przez nich 18 roku życia. W zależności od stanu zdrowia mają do wyboru kilka możliwości spełnienia obywatelskiego obowiązku, jakim jest wybór władz lub innych przedstawicieli organów państwowych. O przywileje wyborcze mogą się starać osoby starsze, niepełnosprawne ze stopniem znacznym lub umiarkowanym. Przytoczyłam trzy możliwości do wyboru.

 

Głosowanie w lokalach wyborczych

 

Niepełnosprawni wyborcy mają prawo wyboru odpowiednio przystosowanego lokalu wyborczego. Wcześniej muszą dowiedzieć się, gdzie taki lokal jest usytuowany. Na terenie gminy jeden lokal powinien być zaadoptowany na czas głosowania dla potrzeb osób niepełnosprawnych. Następnie wyborca składa wniosek w gminie, na obszarze miejsca zamieszkania, a tym samym dopisuje się do listy uprawnionych wyborców w wybranym okręgu wyborczym. Taką deklarację należy złożyć 14 dni przed datą głosowania.

 

W dniu wyborów Komisja Wyborcza ma obowiązek pomocy zakreślenia wskazanego przez wyborcę kandydata znajdującego się na liście. Oczywiście obowiązuje tu całkowita dyskrecja. Członkowie Komisji są zobowiązani także do wniesienia niepełnosprawnego wyborcy, jeśli w lokalu znajdują się schody.

 

 

Głosowanie korespondencyjne, czyli w warunkach domowych

 

Jeśli osoba niepełnosprawna decyduje się głosować korespondencyjnie musi zgłosić swoją decyzję w gminie odpowiedniej miejscu swojego zamieszkania w terminie 21 dni przed datą wyborów. Zgłoszenie wraz z orzeczeniem stopnia niepełnosprawności można dostarczyć do gminy osobiście, telefonicznie lub e-mailowo. Na 7 dni przed Wyborami niepełnosprawny wyborca otrzyma z urzędu gminy pakiet wyborczy z instrukcją głosowania. Pakiet powinien być doręczony przez pracownika urzędu gminy i przez niego odebrany. Jeśli niepełnosprawny wyborca jest niewidomy może żądać nakładek na listy wyborcze napisanych alfabetem Braille`a

 

 

Głosowanie za pośrednictwem pełnomocnika

 

Inną formą głosowania jest wybór Pełnomocnika, który zagłosuje w imieniu niepełnosprawnej osoby uprawnionej do głosowania. Pełnomocnik powinien być z okręgu wyborczego, co jego mocodawca. Pełnomocnictwa do głosowania udziela się w obecności wójta, burmistrza lub innego pracownika gminy, który ma obowiązek przyjść do domu wyborcy. Akt pełnomocnictwa sporządza się na wniosek wyborcy, a następnie musi on zostać dostarczony do wójta, burmistrza lub innego pracownika urzędu.

 

Wniosek zawiera dane osobowe zarówno Pełnomocnika, jak również wyborcy. Ponadto w pełnomocnictwie powinno być oznaczenie wyborów, których ono dotyczy. Warto wiedzieć, że wniosek pełnomocnictwa można cofnąć na 2 dni przed terminem wyborów. Szerokie spektrum możliwości, jakie umożliwia państwo polskie osobom niepełnosprawnym do uczestnictwa w wyborach lub referendach daje im poczucie pełnoprawnego obywatela.


 

 

28 października 2014 r.

Aby nie zatracić tego, co jest ważne

Ostatnie dni października pachną jesienią, chłód coraz częściej przenika powietrze, liście opadają z drzew, jakby chciały uniknąć zbliżającej się zimy. W tym szarym okresie pory roku przypada Dzień Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny. Na grobach bliskich zmarłych robi się kolorowo. Kwiaty, stroiki i płonące znicze to wyrazy pamięci, które są wyrażane przez nas żyjących. Czy ta pamięć będzie nadal trwała to zależy od przekazywania jej młodym pokoleniom.

„Spacery” na cmentarz…

Od najmłodszych lat nie bałam się mogił, cmentarzy. Wręcz przeciwnie, odwiedzanie grobów sąsiadów odbierałam jako coś zupełnie naturalnego. Mimo, że naprzeciw miejsca wiecznego spoczynku był park ja wolałam spacerować wśród wiekowych pomników. Tak już miałam, taki dziecięcy kaprys. A więc w letnie niedzielne popołudnia z rodzicami i sąsiadką chodziliśmy na grób jej męża. Jeszcze wtedy nie miałam nikogo po „tamtej” stronie więc każde wyjście na cmentarz odbierałam jako świąteczny spacer. Fascynowała mnie cmentarna cisza i podmuchy wiatru, który czasami szemrał wśród liści starych drzew.

Dzisiaj patrząc z perspektywy lat wiem, że było to moje pierwsze oswajanie się z przemijaniem życia doczesnego i kultywowanie pamięci o zmarłych przodkach. Nie było w tym okresie pięknych stroików, aksamitnych kwiatów… bibułkowe kwiaty miały swoją tradycję. Lampki nagrobne były gliniane lub w maleńkich kolorowych szkiełkach, które bardziej przypominały słoiczki, jednak świeciły nie mniej piękniej od tych dzisiejszych, a topniejąca parafina wydzielała specyficzny zapach. Zapach przeszłości.

To, co ważne… się zatraca

W latach mojego dzieciństwa nie było zbyt dużego wyboru cmentarnych asortymentów. Czy jednak chodzi tu o nagrobny przepych? Dzisiaj małe dzieci nie uczestniczą w pogrzebach najbliższych. Rodzice chcąc zaoszczędzić stresu związanego z pochówkiem nie wpajają im tego, co jest naturalne w życiu każdego człowieka, że kto się urodził umrzeć musi. Teraz w dobrym tonie jest brać czynny udział w anglosaskiej maskaradzie halloween, gdzie królują wiedźmy i potwory. Tego teatru dzieci się nie boją?

Stojąc przy rodzinnym grobie niejednokrotnie słyszałam z oddali upominania rodziców skierowane do swoich małych następców: „nie dotykaj lampki, bo ubrudzisz sobie rączki…” pośpiesznie czynią znak krzyża, kładą na grobie piękne kwiaty. Cicha modlitwa nad mogiłą z serca płynąca też jest wypierana przez spełnienie obowiązku lub dopełnienia tradycji pośpiesznego, wręcz niecierpliwego uczestnictwa w corocznej mszy świętej odprawianej na cmentarzu. A potem… rodziny jadą do domu na ciepły obiad, przy którym porównują, który z grobów był najbardziej oświetlony i ubrany drogimi kwiatami. Tym sposobem zatracamy w sobie przeżycie duchowe, stawiając na pierwszym miejscu to, co jest widzialne dla oczu.

Zapominamy, że niezależnie od wystroju ziemnej mogiły lub marmurowego grobowca liczy się pamięć.

Wiele osób starszych już za życia martwi się o to, czy ktoś kiedyś stanie nad ich grobem. I mają uzasadnione obawy. Młode pokolenie obawia się śmierci, a niektórzy omijają miejsca wiecznego spoczynku szerokim łukiem, jakby chcieli wymazać z pamięci ten skrawek ziemi jednak o tę pamięć tu chodzi. Może w tym właśnie okresie warto poruszyć temat, od którego nikt z nas wcześniej czy później nie ucieknie?


23 października 2014 r.

Co robić, gdy dziecko nie chce iść spać o ustalonej porze?

Sen jest niezbędnym czynnikiem zdrowotnym w życiu człowieka. U małych dzieci podczas snu dochodzi odbudowy uszkodzonych za dnia komórek, odbudowa niektórych receptorów, wydzielanie hormonu wzrostu, sen poprawia zdolność zapamiętywania i ma wpływ na koncentrację uwagi.. Ogólnie mówiąc: w czasie snu następuje regeneracja całego organizmu. Dlatego regularność snu jest bardzo ważna zwłaszcza w pierwszych latach życia dziecka.

Uczymy dziecko zasypiać o stałej porze

Dorosłemu człowiekowi wystarczy 6-8 godzin odpoczynku. Natomiast dziecko mające mniej niż rok śpi ok. 18 godzin dziennie. Potem ten czas długość snu ulega zmianie. Większe dziecko więcej czasu spędza na zabawach i na innych ulubionych zajęciach. Z tego powodu coraz trudniej jest ułożyć je do snu, który jest mu tak bardzo potrzebny.

Sen noworodków

Regulacji snu powinniśmy uczyć dziecko między 6 tygodniem, a 3 miesiącem życia dziecka. Wielu badaczy uważa, że regulacji snu należy uczyć już w okresie noworodkowym. Aby im w tym dopomóc należy w ciągu dnia wystawiać dziecko na jasne światło, a nocą do cichego ciemnego pokoju. Tą metodą nauczymy dziecko odróżniać dzień i noc. Należy zwrócić uwagę, gdzie dziecko najchętniej zasypia, czy nie przeszkadza mu zapalone światło i uliczny hałas zza okna. Te warunki są bardzo istotne w przygotowaniu dziecka do wprowadzania u niego nawyku regularnego snu. Natomiast karmiące piersią mamy powinny układać do snu swoje maluszki między godziną 18-19, co pozwoli im spać do następnej pory karmienia tj. 22-23 godziny. Dla tych mam taki rytm ma ogromne znaczenie, gdyż pozwala im również na wymarzony odpoczynek.

Poobiednia drzemka

Pierwsza dzienna drzemka starszego dziecka (po 18 miesiącu życia) powinna odbywać się parę minut po obiedzie tzn. podczas procesu trawienia. W tym czasie organizm jest najbardziej skłonny do odpoczynku. Po zjedzeniu obiadu dziecko nie powinno rozpoczynać intensywnych zabaw ruchowych. Emocje nie pozwolą dziecku zmrużyć oczu, ponieważ będzie ono silnie pobudzone. Starsze dzieci wyciszamy spokojnym głosem, kładziemy w łóżeczku przy cicho włączonej spokojnej muzyce. Dzieci mają różne nawyki i upodobania. Niektóre z nich lubią czuć na sobie dotyk ręki mamy, a inne układają obok siebie ulubione zabawki. Aby dziecko nie miało problemów z wieczornym zasypianiem poobiednia drzemka nie powinna być długa. Dlatego powinniśmy je budzić po 1-1,5 godzinie snu. Budzimy dziecko wtedy, gdy możemy poświęcić mu więcej czasu na rozbudzenie. Jeśli dziecko popłakuje, przytulamy je do siebie i gładzimy po główce. Po takiej dawce czułości maluch szybko wróci do swoich wyczerpujących zabaw, a wieczorem szybciej poczuje chęć na odpoczynek.

Wieczorne “dobranoc”

Wieczorem ustalamy, że po zjedzeniu lekkostrawnej kolacji oraz po kąpieli dziecko idzie do swojego łóżeczka. Pokój dziecka powinien być przewietrzony. Jeśli nasza pociecha lubi słuchać przed snem bajek to czytamy je ściszonym głosem lub puszczamy ją z płyty. Bajki powinny być miłe i mieć szczęśliwe zakończenie. Wychodząc z pokoju mówimy dziecku: „dobranoc”. Światło w pokoju powinno być przyciemnione lub zgaszone. Poza tym dziecko musi mieć świadomość, że rodzice są za ścianą gotowi w razie potrzeby je przytulić. Pod żadnym pozorem nie należy wyjmować dziecka z łóżeczka, ani go zabawiać Trzeba mu uświadomić, że czas na zabawę już się skończył. Nawet jeśli dziecko próbuje popłakiwać i zatrzymać rodzica przy sobie, nie należy mu ustępować. W przeciwnym razie sytuacja będzie się codziennie powtarzała.

Warunki dobrego snu

Wbrew pozorom dzieci bardzo szybko uczą się zasypiać o jednej porze, jeżeli oczywiście rodzice będą przestrzegali tego rytuału i będą konsekwentni. Warunkami zdrowego snu jest relaksacyjna kąpiel dziecka. Ciepła woda rozluźnia napięte mięśni, a w efekcie daje poczucie senności. Po kolacji dziecko nie powinno już przyjmować odwiedzin, ponieważ wspólna energiczna zabawa pobudza je, a dzięki temu przestawia się „biologiczny zegar” wieczornego odpoczynku. Pamiętać należy, że zdrowy sen w przyszłości przyniesie pozytywne efekty w postaci dobrej kondycji fizycznej naszych dzieci.


7 października 2014 r.

Jak uczyć dziecko asertywności?

W naszej polskiej kulturze przesadna skromność i wstydliwość wyrażania swoich uczuć i emocji przez wiele lat była postrzegana jako objaw dobrego wychowania. Dzisiaj, kiedy żyjemy w czasach, gdzie liczy się siła przebicia, zdolność radzenia sobie na rynku pracy oraz w niełatwym życiu codziennym istnieje konieczność „radzenia sobie” w międzyludzkich kontaktach. Warto więc od najmłodszych lat uczyć dziecko sztuki asertywności, aby w życiu dorosłym żyło w zgodzie z samym sobą i innymi ludźmi oraz osiągnęło zamierzony cel.

Co to jest asertywność?

Asertywność oznacza stanowczość, wyrażanie swoich myśli i opinii bez złych emocji. Jest to umiejętność odmawiania zrobienia czegoś, do czego nie jesteśmy przekonani. Człowiek asertywny nie ulega presji otoczenia i jeśli ma swój cel, bez oporów go realizuje. Ma odwagę wyrazić swoją opinię lub pogląd, mimo że w swoim otoczeniu nie ma zwolenników. Po prostu jest sobą i nie narzuca innym swojego zdania. Potrafi powiedzieć stanowcze: „nie” bez agresywnego zachowania. Jest to wiara w siebie i w słuszność podejmowanych przez nas decyzji. Asertywność to nie tylko spokojne wyrażanie swoich poglądów. Jest to także obiektywne przyjmowanie praw innych osób.

Wyrażanie swoich opinii rodzi wzajemny szacunek i liczenie się ze zdaniem osób które wyrażają odmienną opinię na dany temat. Takie zachowanie zapobiega wielu nieporozumieniom i konfliktom w kontaktach międzyludzkich. Bez asertywnego wychowania dziecko będzie uległe, nie mające własnego zdania, zahukane i ciągle może żyć w poczuciu krzywdy. A więc pozwólmy dzieciom już od najmłodszych lat wyrażać siebie przez słowa
i wybory, aby w przyszłości były odważne i z szacunkiem przyjmowały decyzje tych, którzy staną na ich życiowej drodze.

Uczmy dzieci asertywności

Pamiętajmy, że asertywność nie jest nam dana w genach – tej sztuki musimy się sami nauczyć. Stanowcza, spokojna odmowa oraz racjonalne uzasadnienie stanowiska nie powinna sprawić przykrości naszemu rozmówcy. Gdy posiądziemy umiejętność asertywnego wyrażania swoich myśli wówczas możemy tej zdolności nauczyć własne dzieci.

Kształtowanie asertywności rozpoczyna się między 3 a 4 rokiem życia. W tym czasie dziecko zaczyna mówić i demonstruje swoją niezależność słowem: „nie”. Jest to jednocześnie okres buntu bardzo ważny w jego życiu, ponieważ dziecko czuje swoją odrębność i broni się przed zahukaniem ze strony dorosłych. Jeżeli dojdzie do konfliktu między dzieckiem,
a rodzicem koniecznym będzie upomnienie dziecka, aby nie zwracało się np. do mamy
w sposób przykry lecz na spokojnie wyraziło swoje zdanie. W niektórych sytuacjach kompromis jest tu jak najbardziej wskazany. Aby ten czas przebiegał bez zakłóceń musimy dziecku pomóc w podejmowaniu właściwych decyzji oraz w kontaktach z osobami spoza kręgu najbliższej rodziny. Na początek nauczmy dziecko z szacunkiem i uśmiechem przyjmować komplementy. Nie uczmy zaprzeczania, jeśli ktoś z naszych znajomych chwali naszą pociechę np. za ładny strój lub starannie wykonany rysunek. Maluch powinien wtedy uprzejmie podziękować za dostrzeżone piękno, które jest przecież prawdziwe i takie naturalne. Możemy też w podobny sposób uwrażliwiać dziecko, aby dostrzegało i wyrażało opinie na temat swoich przyjaciół. Każdy człowiek ma w sobie coś pięknego
i niepowtarzalnego – wystarczy to zobaczyć i o tym głośno powiedzieć.

Drugą ważną sprawą jest nie zmuszanie dziecka do czegoś, na co dziecko nie ma ochoty np. do zjedzenia nielubianej przez nie potrawy. Pozwólmy na dokonanie wyboru zgodnego z kulinarnymi upodobaniami.

Pozwólmy również dziecku decydować, jakie ubranie dzisiaj założy dając mu do wyboru np. kilka bluzeczek odpowiednich do pogody oraz pory roku. Ważne jest, że będzie czuło, iż respektujemy jego wybory. Powiedzmy mu, że jeżeli czegoś odmawia to powinno wytłumaczyć, dlaczego taka, a nie inna jest jego decyzja. Dzięki tej nauce zrozumie i uszanuje nasze wybory oraz w przyszłości zaakceptuje decyzje swoich przyjaciół.


3 października 2014 r.

Gaudeamus igitur w Uniwersytecie Trzeciego Wieku

Dla wielu studentów początek października kojarzy się z końcem letniej przerwy w nauce. Z niechęcią wracają z domów rodzinnych na uczelnię i do Domów Akademickich. Jednak nie wszyscy studenci biernie powracają na uczelnie. W naszym mieście jeszcze nie ma wyższych uczelni jednak już od 10 lat działa Uniwersytet Trzeciego Wieku. Jego ambitni słuchacze – studenci mogą być wspaniałym przykładem dla niejednego młodego człowieka, jak można być chłonnym wiedzy i dobrego wykorzystania wolnego czasu.

„Gaudeamus igitur…”

Ta łacińska pieśń studencka zabrzmiała 2 października br. w Sali Kameralnej świdnickiego Miejskiego Ośrodka Kultury podczas rozpoczęcia roku akademickiego 2014/2015 Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Zaśpiewali ją studenci z grupy integracyjnej. „Radujmy się…” słowa tej pieśni skierowane były dla licznie przybyłych studentów i sympatyków UTW. Tegoroczna uroczystość zbiegła się z 10-letnim jubileuszem działalności tej uczelni w naszym mieście.

Uroczystość nie mogła się odbyć bez znakomitych gości. Swoją obecnością Władze uniwersytetu oraz studentów zaszczycił Waldemar Jakson – Burmistrz miasta Świdnika oraz Artur Soboń – Sekretarz Miasta i Radny Sejmiku Wojewódzkiego. Obecni byli także członkowie Rady Naukowo – Programowej Uniwersytetu Trzeciego Wieku oraz prof. dr hab. Jan Saran – wykładowca WSPiA w Lublinie, a jednocześnie opiekun UTW z ramienia tej uczelni, która jest uczelnią patronacką świdnickiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Goście w krótkich przemówieniach podkreślili pozytywne znaczenie działalności tej uczelni dla naszego miasta.

Wykład inauguracyjny wygłosił dr Edward Gigilewicz – wykładowca KUL. Prelekcja dotyczyła Marii Leszczyńskiej, Polki na francuskim tronie. Prelegent podkreślał jej doniosły wkład w kulturę Francji. Wykład wzbogaciły ciekawe slajdy, które pobudzały wyobraźnię i przenosił oglądających w odległą przeszłość.

Po tych wystąpieniach p. Andrzej Krygier – Prezes UTW w Świdniku wręczył dyplomy absolwentom 2014 roku, którzy przez 5 lat uczestniczyli w zajęciach. Doniosłym momentem była immatrykulacja czyli wręczenie legitymacji nowym studentom.

Mali i duzi artyści

Po oficjalnej części inauguracyjnej nastąpiła część artystyczna. Ze swoim programem wystąpił nasz rodzimy Zespół „Leszczyniacy” pod kierunkiem pana Lecha Leszczyńskiego. Mali i duzi artyści dali wspaniały występ ukazując w nim swój patriotyzm. Mazury, polki i polonezy to tylko niektóre tańce uświetniające uroczystość inaugurującą nowy rok akademicki 2014/2015.

Z łezką w oku studenci ci nowi oraz absolwenci opuszczali Salę Kameralną. Było uroczyście, podniośle i wesoło. Wszyscy wrócili do swoich domów, ale już niedługo przecież spotkają się na zajęciach. Niektórzy podeszli wiekiem lecz młodzi duchem, ambitni i chłonni wiedzy nie tylko tej przekazywanej przez współczesne media, ale również tej która drzemie nieodkryta jeszcze przez nich w książkach i zostanie im przekazana przez usta wybitnych wykładowców z różnych dziedzin nauki.


 

23 września 2014 r.

Bieg serca
Rozpoczęcie roku szkolnego, obchody upamiętniające 75 rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, Powiatowe Dożynki w Świdniku oraz Bieg Sponsorowany lubelskiego Caritasu oto niektóre wydarzenia, które miały miejsce w naszym regionie. Wymienione dwie imprezy zbiegły się w jednym terminie tzn. 21 września. W jednej z nich dane mi było uczestniczyć. Z pomocą przyjaciół już po raz drugi brałam udział w Biegu Sponsorowanym Caritas. Refleksjami z tego przedsięwzięcia pragnę się podzielić z naszymi Czytelnikami, a jednocześnie zachęcić do wzięcia udziału w przyszłorocznych akcjach.

Decyzja prawie natychmiastowa

Już w sierpniu Lubelski Caritas ogłosił zapisy na charytatywny Bieg Sponsorowany, który ma zawsze szczytny cel: sponsorzy wpłacają pieniądze na nazwisko konkretnego biegacza natomiast kwota przeznaczona jest dla dzieci z ubogich rodzin w naszym regionie. Po konsultacji z moimi przyjaciółmi zdecydowaliśmy że: oczywiście, biegniemy! Wybraliśmy bieg oznaczony kolorem „srebrnym” czyli za 500 złotych. Ofiarodawcy zgłosili się szybko, a byli to: Centrum Stomatologii Rodzinnej Magdalena Miazek oraz Biuro Detektywistyczne Mirosław Flis świadczące swoje usługi w Lublinie.

21 września br. wszyscy uczestnicy (ok. 200 osób!) zebrali się nad Zalewem Zemborzyckim w Lublinie, ponieważ tam wyznaczono trasę Biegu. Mieliśmy przebiec 2,5 km. W białym namiocie pobraliśmy koszulki, numery startowe i emblematy naszych sponsorów no i oczywiście chipy służące do pomiaru czasu. Nogi nas nosiły, ale do godziny 13.00 jeszcze trochę wolnego czasu. Najpierw rozgrzewka oczywiście przy muzyce. Było bardzo radośnie i tanecznym krokiem poszliśmy na start. Moi przyjaciele: Małgosia Kołodyńska i Sylwek Zams stanęli przed dużym wyzwaniem. Mieli biec z moim wózkiem, a ja musiałam uważać, aby z tego wehikułu nie wypaść. Wreszcie odliczanie: cztery, trzy, dwa, jeden i START!!!

Biegłam sercem

Pobiegliśmy. Sylwek dzielnie wiózł mnie po nie zawsze równej drodze, a Małgosia dotrzymywała nam kroku, czasami „wymiękała”, ale po jakimś czasie (gdy my zwalnialiśmy kroku) do nas dzielnie dobiegała. Ja biegłam sercem, bo tylko tak mogłam… sercem, które biło dla dzieci. Cieszyłam się, że chociaż w ten sposób mogę pomóc ubogim rodzinom, dzieciom nie mającym warunków do lepszych wyników w nauce lub letniego wypoczynku. Na poboczu stali ludzie, pozdrawiali nas uśmiechem, przyjaznymi gestami i dobrym słowem. Całą trasę pokonaliśmy w ciągu 20 minut. Niezły czas! Tu jednak nie liczyły się zajęte miejsca… liczyły się chęci i dar serca. Na mecie wszyscy otrzymali pamiątkowe medale.

Gratulacjom i zdjęciom nie było końca. Nasza trójka była szczęśliwa, że znów nam się udało swoim wysiłkiem i chęciami pomóc tym, którzy nie mają jednakowego startu w życiu.

Po odpoczynku i ochłonięciu z emocji poszliśmy na długi spacer wzdłuż Zalewu Zemborzyckiego. Stojąc na molo, zapatrzeni w taflę wody jednogłośnie stwierdziliśmy, że warto było biec, warto było dać z siebie wysiłek, by inni mogli żyć lepiej, szczęśliwiej.


16 września 2014 r.

Wywiad z Anną Padiasek-Stachurą – dyrektorką Centrum Helen Doron w Świdniku
Po wejściu Polski do Unii Europejskiej języki obce cieszą się coraz większym powodzeniem. Aby zapewnić lepszą znajomość języka angielskiego zapobiegliwi rodzice już od najmłodszych lat zapisują swoje dzieci na tego typu zajęcia. W naszym mieście jest taka możliwość w Centrum Helen Doron. Dyrektorką Centrum jest p. Anna Padiasek-Stachura, która udzieliła interesującego wywiadu.

Joanna Pąk: W jakich okolicznościach zrodziło się w Pani zainteresowanie językiem angielskim?

Anna Padiasek-Stachura: Moja przygoda z językiem angielskim rozpoczęła się wiele lat temu, w piątej klasie szkoły podstawowej. Był to moment przełomu, kiedy język rosyjski stopniowo był wycofywany z curriculum, na rzecz nowego lingua franca – angielskiego. Ówczesne metody uczenia dzieci języków obcych i materiały dydaktyczne nie były tak imponujące, jak dzisiejsze. Myślę, że ogromną rolę w zaszczepieniu zainteresowania językiem angielskim odegrała moja pierwsza nauczycielka. Na lekcjach było interesująco i wesoło, dzięki temu z niecierpliwością czekałam na kolejne spotkanie. Uważam, że pozytywne podejście nauczyciela stanowi kluczową motywację dla uczniów.

Co było powodem, aby w Świdniku powstała szkoła anglojęzyczna?

Szkoła Helen Doron działa w Świdniku od ośmiu lat. Była pierwszą i jedyną, która dawała możliwość nauki angielskiego w bardzo wczesnym wieku. Metoda Helen Doron cieszy się w Polsce dużą popularnością, więc nasze centra działają w każdym mieście.

Dlaczego wybrała Pani metodę Helen Doron, jako sposób uczenia dzieci języka angielskiego w swojej szkole?

Metoda Helen Doron nie ma sobie równych na polu nauczania dzieci języka angielskiego. Doświadczenie 30 lat metody daje gwarancję skuteczności nauki, co poświadczają wyniki szeregu niezależnych badań. Metoda wykorzystuje naturalne zdolności dziecka z pominięciem tradycyjnych, żmudnych sposobów nauczania, do których konieczna jest znajomość pisma. Dzięki temu język angielski poznają już trzymiesięczne maluchy. Uczenie tą metodą daje mi ogromną satysfakcję zawodową. Uczniowie uwielbiają się uczyć, a rodzice z dumą informują o postępach swoich pociech, zaobserwowanych w domu i w szkole. Skuteczność metody potwierdzam też sama będąc mamą dzieci uczących się w Helen Doron.

Metoda Helen Doron nie uwzględnia języka ojczystego podczas prowadzenia lekcji języków obcych. Czy Pani zdaniem dzieci łatwiej przyswajają obce słowa, nie zapominając przy tym ojczystego języka?

Oczywiście! Dodałabym jeszcze, ze łatwiej przyswajają gramatykę języka obcego. Czasami spotykam się z pewną obawą rodziców najmłodszych dzieci, że nauka języka obcego może wpłynąć negatywnie na mowę ojczystą. Przywołuję wtedy przykład dzieci wychowujących się w dwujęzycznych rodzinach, które naturalnie uczą się równolegle dwóch języków. Jedną z podstaw metody Helen Doron jest regularne osłuchiwanie się z materiałem zawartym na płytach, dzięki czemu język angielski staje się częścią codzienności dziecka. Na lekcjach zarówno nauczyciel, jak i uczniowie porozumiewają się wyłącznie po angielsku, co wzmaga proces uczenia się tego języka.

Czy uważa Pani, że nauka języków obcych od pierwszych miesięcy życia dziecka, gwarantuje mu lepszą znajomość konwersacji?

Badania nad rozwojem językowym dziecka jednoznacznie wskazują, że im wcześniej zacząć uczyć malucha obcego języka, tym lepiej. Jeśli odpowiednio wcześnie usłyszy inną mowę, niż jego pierwszy język, ma szansę stać się świetnym użytkownikiem tego języka w przyszłości. Oswojenie się z melodią języka, rytmem, dźwiękami, zdaniami, treściami wyrażonymi w charakterystyczny dla danego języka sposób otwiera całą sferę w umyśle dziecka, którą już później należy tylko systematycznie zapełniać następnymi dobrymi materiałami językowymi. Dzięki nauce języka obcego mózg dziecka rozwija się szybciej, co procentuje później lepszymi wynikami w wielu innych dziedzinach.

Czy czerpie Pani satysfakcję widząc postępy naukowe najmłodszych uczniów?

Wspomniałam już o wielkiej satysfakcji jaką daje mi uczenie dzieci i młodzieży metodą Helen Doron. Efekty są widoczne bardzo szybko i nierzadko bywają spektakularne. W tym roku uczennice z naszej szkoły uzyskały certyfikaty YLE Cambridge. Cieszą mnie małe i duże sukcesy moich uczniów i ich zapał do nauki. Rodzice zgodnie potwierdzają, że ich pociechy wyróżniają się na lekcjach angielskiego, zdobywają nagrody w konkursach, a to napawa mnie ogromną dumą i poczuciem, że warto wkladać serce w swoją pracę.

Obecnie język angielski stał się językiem międzynarodowym, czy zatem widzi Pani potrzebę zakładania dalszych szkół o tym profilu?

Jak najbardziej. Szkoły Helen Doron jako jedyne dają możliwość kontynuacji nauki od pierwszych miesiecy do osiemnastego roku życia. Język angielski jest wszechobecny w naszej rzeczywistości, jednak żeby dobrze go opanować zwykle nie wystarcza nauka w szkołach państwowych. W naszych centrach uczymy w małych (4-8 osobowych) grupach, korzystając z nowoczesnych materiałów i pomocy dydaktycznych. Myślę, że rosnąca z roku na rok liczba szkół Helen Doron w Polsce stanowi najlepszy dowód na to, że metoda jest skuteczna i chętnie wybierana przez rodziców.

Kończąc, zapytam (jeśli nie jest to tajemnicą) o dalsze plany, marzenia związane z rozwojem szkoły w naszym mieście?

Chciałabym, żeby Centrum Helen Doron w Świdniku stało się jednym z głównych ośrodków edukacji dzieci z naszego miasta. W zeszłym roku szkolnym podjęliśmy akcję czytania dzieciom w przedszkolach w ramach akcji „Cala Polska czyta dzieciom…po angielsku”. W nowo rozpoczętym roku szkolnym odwiedzimy kolejne przedszkola. Można się także spodziewać imprez promujących czytelnictwo wśród dzieci i młodzieży. Mamy nadzieję podjąć współpracę z Miejską Biblioteką Publiczną im. Anny Kamieńskiej w Świdniku. Zdecydowanie będzie o nas słychać. A marzenia..są wielkie i skoncentrowane wokół dzieci.

Dziękuję za rozmowę!

Zainteresowanym nauką języka angielskiego podajemy adres:

Centrum Helen Doron
ul. Bronisława Czecha 5
21-040 Świdnik


11 września 2014 r.

Do szkoły czas…
Wrzesień to czas powrotów z wypoczynku do miejsc pracy i szkół. Pierwszoklasiści z dumą idą za rękę prowadzone przez rodziców, dziadków lubi innych starszych członków rodziny. Starsi uczniowie pod wrota szkoły podwożeni są samochodami. Czy to konieczność czy raczej moda, która przyszła do nas z Zachodu pod koniec XX wieku?

Z kluczem na szyi

W czasach PRL nikt nie myślał o stałym prowadzaniu dzieci do szkoły. Pierwszoklasistów przez około tydzień prowadzali rodzice, aby dziecko zapoznało się z orientacją przestrzenną szkoły, zapoznało nauczycieli oraz przyzwyczaiło się do szkolnych warunków. Ta adaptacja przebiegała zazwyczaj bardzo szybko. Po miesiącu mały uczeń był już wdrożony w rytm szkolny. Rodzice wręczali mu klucz do mieszkania, a sami spokojnie szli do pracy lub innych zajęć. Czy mieli większe zaufanie do swoich pociech? Bardzo rzadko słychać było o włamaniach czy rabunkach mimo, że dzieci pracujących rodziców chodziły z kluczem na szyi. Były dojrzalsze? Być może, ponieważ niektóre z nich już od najmłodszych lat przygotowywane były do samodzielności oraz miały więcej obowiązków domowych. Nie mogły liczyć na pomoc ze strony dziadka lub babci, bo oni zwykle mieszkali na wsi. Wieczorami udzielano dzieciom mądrych wskazówek wraz z planem dnia na następny dzień. Dzieci były dumne, że rodzice darzyli ich zaufaniem. Napływowi mieszkańcy miejskich blokowisk zdani byli na samych siebie, a ich dzieci stawały się dojrzalsze i bardziej odpowiedzialne za swoje czyny. Ich czas był odpowiednio zagospodarowany, a dzięki temu stawały się lepiej przygotowane do dorosłego życia.

Z laptopem i mp3

Wbrew pozorom dzieci bardzo szybko adaptują się w nowej szkole i nawiązują znajomości z rówieśnikami. Nadopiekuńczość rodziców wcale nie gwarantuje lepszych stopni. Po powrocie do domu rodzice zapewniają im wszelkie wygody wymagając, aby były chętne do zdobywania wiedzy. W tym celu kupują komputery, laptopy, mp3, aparaty komórkowe, a wszystko to jest nabywane pod pretekstem łatwiejszego kształcenia, nauki języków obcych ect.. I tak oto te sprzęty służą dzieciom nie tylko do celów edukacyjnych ale także są dla nich rozrywką nie zawsze używaną w odpowiednim czasie i miejscu. Nie wszystkie działania dziecka da się kontrolować. Gry internetowe nie mają nic wspólnego ze światem rzeczywistym i ujemnie działają na wyobraźnię dziecka. Szerzenie się narkomanii i innej społecznej patologii także odbywa się „za ścianą” w domu opiekuńczych rodziców. Brak obowiązków sprzyja podejmowaniu nierozsądnych czynów, a nuda nie jest dobrą doradczynią. Jak zdążyliśmy zauważyć sprzęty są tylko środkiem do przyswajania wiedzy. Ogromną rolę w pędzie do nauki odgrywają tu rodzinne relacje. Nic i nikt nie zastąpi rozmowy i czasu wolnego spędzonego w rodzinnym gronie. Nie bójmy się też dać dzieciom więcej zaufania i swobody w grupie rówieśniczej. Niech droga do szkoły nie kojarzy się im wyłącznie z wypasionym samochodem taty.


5 września 2014 r.

Kto ryzykował?
Powroty z urlopów zawsze sprawiają, że analizujemy zdarzenia, które w danym momencie są oczywiste, zawsze pełne swoich racji i trafnych decyzji. Czy tak jest w rzeczywistości? Jednak dopiero chłodna pozbawiona emocji retrospekcja pozwala na właściwą ocenę naszych zachowań.

Wycieczka

W tym roku grupa niepełnosprawnych (także z naszego miasta) sierpniową dekadę spędzała w podwarszawskiej miejscowości. Urocze uzdrowiskowe miasteczko jest marzeniem niejednego kuracjusza, mającego problemy neurologiczne i zaburzenia układu oddechowego. Wygodny ośrodek, zabiegi, siedzenie w jednym miejscu czasami nie wystarczają do pełni zadowolenia, zwłaszcza gdy za oknem jest piękna pogoda, a pobliska Stolica kusi swoją nowoczesnością i zwiedzaniem zabytków.

A więc pewnego słonecznego poranka grupa osób z niepełnosprawnością – w tym również na wózkach poszła na pobliski przystanek MZK. Podmiejskie autobusy niskopodłogowe aż zachęcały do (bezpiecznej?) wycieczki. Przy wsiadaniu uprzejmy kierowca z uśmiechem i stoicką cierpliwością pomagał wjeżdżać czwórce osób poruszających się przy pomocy wózka inwalidzkiego. Okazało się, że na miejscu dla tych osób przeznaczonym stoi rowerzysta ze swoim jednośladem. Nie chcąc rozdzielać grupy, kierowca grzecznie wyprosił tego pana, aby na przystanku poczekał na następny autobus. Dzięki zrozumieniu zaistniałej sytuacji osoby niepełnosprawne mogły dotrzeć do pobliskiej Warszawy. Po zwiedzaniu, wrażeniach powrót do ośrodka wydawał się być równie łatwy i przyjemny, jak przyjazd. Nic bardziej mylnego.

Powrót

Po wejściu do pojazdu miejskiego z ust pana kierowcy posypały się jak iskry złe i przykre słowa w stosunku do niepełnosprawnych pasażerów. Podobno było ich za dużo w jednym autobusie. Podobno to z ich powodu podczas kontroli kierowca mógł zapłacić mandat. Swoją złość kierowca wyładowywał naciskając na pedał gazu. Ludzie byli przerażeni. Nawet silne ramiona wolontariuszy nie były w stanie przytrzymać chyboczących się wózków. Osoby na nich siedzące zadawały sobie pytanie: czy to możliwe, aby w przeciągu paru godzin mogły zmienić się przepisy w przewozie osób? A może to stosunek kierowcy do osób z niepełnosprawnością ma wiele do życzenia? Przykro stwierdzić, że zostali potraktowani, jak rzeczy, na których nikomu (oprócz opiekunów) nie zależy. Nie mogli zrozumieć, że człowiek przewożący tą trasą, gdzie znajdują się sanatoria upokarza osoby chore i niepełnosprawne. W tym wydarzeniu dostrzec można, że kultura osobista nie zawsze dotyczy osób mieszkających w metropolii. Z pełnym przekonaniem można powiedzieć, iż małomiasteczkowa społeczność jest bardziej wyrozumiała i tolerancyjna.


28 sierpnia 2014 r.

Jak rozpoznać, czy dziecko ma ADHD?

Mijają wakacje. Rodzice pierwszoklasistów bardzo często zastanawiają się nad przebiegiem edukacji swoich pociech. Obserwując dzieci zastanawiają się, czy rozwój jest prawidłowy do ich wieku rozwojowego? W mediach często słyszymy o wzroście statystyk nadpobudliwości psychoruchowej (ADHD) występującej już w bardzo wczesnym okresie dzieciństwa. Zanim zostanie ono zdiagnozowane przez psychologa zapoznajmy się z typami ADHD i jakie są objawy tego zaburzenia? Może pociecha jest po prostu ruchliwa bez tendencji do nadpobudliwości?
 
ADHD jest nadpobudliwością psychoruchową, którą można podzielić na 3 typy:
1. Nadmierna ruchliwość i pobudzenie
2. Gwałtowność w zachowaniu dziecka
3. Zaburzenia koncentracji uwagi.
 
Jak więc młoda mama może zauważyć, czy jej dziecko nie ma tego zaburzenia?
 
Objawy ADHD w wieku niemowlęcym
Do niedawna twierdzono, że diagnozę o występowaniu u dziecka nadpobudliwości ruchowej można postawić między 4 a 6 rokiem życia. Najnowsze badania nad tym deficytem ujawniły wcześniejsze symptomy, które troskliwy rodzic może zaobserwować u swojego dziecka już w okresie niemowlęcym. Aby łatwiej rozpoznać występujące w tym okresie objawy warto zwrócić uwagę na to, czy dziecko łatwo zasypia i jaki jest jego sen? Trudności z zasypianiem oraz płytki sen mogą być pierwszym objawem nadpobudliwości psychoruchowej. Następnie zwrócić należy uwagę, w jaki sposób dziecko się bawi, czy wykonuje gwałtowne ruchy motoryczne, mimiczne, czy wykazuje nadmierne emocjonalne pobudzenie? Wymienione objawy mogą być tylko przypuszczeniem, że dziecko może mieć skłonności do nadpobudliwości psychoruchowej.
 
Objawy ADHD w wieku po niemowlęcym, przedszkolnym i szkolnym
Rozwój aparatu mowy daje większą i miarodajną możliwość w obserwacji i badaniach nad omawianym tematem. Zaburzenia w komunikowaniu się dziecka ze światem, jąkanie i trudność w artykulacji głosek dają już większe prawdopodobieństwo do stwierdzenia, że dziecko jest ruchowo nadpobudliwe. Objawy hiperkinezy kształtują się między 4 a 6 rokiem życia dziecka i ten okres jest najbardziej odpowiedni do robienia badań pod kierunkiem psychologa dziecięcego.
Jeżeli zauważymy, że nasze dziecko jest pobudzone niezależnie od przeżywanych emocji i wrażeń, łatwo się denerwuje, rzuca zabawkami, nie może skupić swojej uwagi na wykonywanych zajęciach mamy podstawy, aby zapisać dziecko na badania w najbliższej poradni psychologiczno – pedagogicznej. Badania przeprowadzane pod kątem występowania ADHD u dzieci w wieku szkolnym powinny już potwierdzić lub wykluczyć nadmierną nadpobudliwość psychoruchową, czyli dać pewność, że dziecko kwalifikuje się do stosowania odpowiednich ćwiczeń zleconych i kontrolowanych przez psychologa lub pedagoga szkolnego.
Pomimo, że nadpobudliwość psychoruchowa nie jest chorobą lecz tylko deficytem i cofa się po 14 roku życia, może mieć istotny wpływ na dalszą naukę dziecka. Zaburzona koncentracja utrudnia dziecku przyswajanie wiedzy w latach wczesnoszkolnych. Rozproszona uwaga nie pozwala na dłuższe skupienie się podczas wykonywanych zajęć. Dziecko jest ekspresyjne i niezorganizowane. Nadmierna nadpobudliwość „nosi” dziecko po klasie, a jednocześnie stwarza utrudnienia innym dzieciom w przyswajaniu wiedzy, a nauczycielowi przeszkadza w prowadzeniu zajęć. Luki w nauce trudno potem nadrobić, co jak już wspomniałam nie jest bez znaczenia na dalszą edukację nadpobudliwego dziecka.
Konsekwencją takich zachowań może być dominacja i używanie przemocy fizycznej w grupie, niska samoocena, nieprawidłowy rozwój społeczny.
Aby temu zapobiec oprócz ćwiczeń zalecanych przez specjalistę możemy pomóc dziecku wyciszyć jego emocje puszczając mu relaksacyjną muzykę. Kącik do nauki nie powinien zawierać zbędnych przedmiotów, które z łatwością zwrócą uwagę dziecka na inne działania od tych, które powinno wykonać. Biurko powinno być usytuowane z dala od okna. Nawet najmniejszy ruch zauważony za oknem może być powodem do utrudnionej koncentracji, ponieważ dziecko ze stwierdzoną nadpobudliwością silnie reaguje na bodźce zewnętrzne. Jeżeli dziecko ma w domu rodzeństwo wskazane jest, aby każde z nich oddzielnie przygotowywało się do zajęć szkolnych. Przyczyny ADHD
Podłoże stwierdzonej nadpobudliwości ruchowej tkwi w genach lub w wyniku uszkodzeń układu nerwowego. Oba przypadki podlegają leczeniu z pozytywnym skutkiem.
A więc… gdy dziecko czasami jest nadmiernie pobudzone i nie zawsze gotowe do systematycznego działania nie oznacza to, ze ma ono zespół nadpobudliwości ruchowej. Możemy to stwierdzić obserwując, czy z uwagą wykonuje polecenia, czy jest skoncentrowane na zabawie nauce i czy ze spokojem rozpoczyna i kończy szkolne zadania. Jeśli wyżej wymienione obserwacje nie budzą naszych zastrzeżeń, możemy przypuszczać, że nadpobudliwość ruchowa nie jest przyczyną jego zachowania. Należy nadmienić, że zachowanie dziecka zależy od sytuacji, w jakiej się znalazło. Ono też może się stresować, niecierpliwić, a także „popisywać się” przed rodziną. Nie zapominajmy, że każde dziecko ma prawo do zabawy i odrobiny luzu i nie zawsze trzeba dopatrywać się w tym deficyt.



21 sierpnia 2014 r.

Zamknięte wspomnienia

Nieuchronnie zbliża się koniec sezonu wakacyjnego i urlopowego. Tegoroczne lato raczyło nas piękną upalną pogodą. Niektórzy mieszkańcy naszego miasta w pełni korzystali z uroków lata wypoczywając w nadmorskich kurortach lub podczas górskich wędrówek. Czy uda się zatrzymać ten czas?

Kamery, tablety i inne cuda techniki

Młode pokolenie nie wyobraża już sobie ważnych wydarzeń, urlopów oraz wyjazdów bez kamer, tabletów lub innego nowoczesnego sprzętu fotograficznego. Po powrocie do domu młodzi wczasowicze zgrywają zdjęcia na dysk komputera lub na płyty DVD. Te wspomnienia ożywają po uruchomieniu odpowiednich urządzeń. Zadziałają pod warunkiem, że ten sprzęt jest sprawny, a płyty DVD są idealnie czyste i nie są mechanicznie uszkodzone. Jak się okazuje wszystko ma swoje zalety i wady.

Po wakacjach dziadkowie zazwyczaj są zainteresowani wypoczynkiem ich wnucząt. Chcą zobaczyć miejsca, przyjaciół i inne wyjątkowe sytuacje, w których uczestniczyli ich członkowie rodziny. Nie jest problemem, jeśli seniorzy mają komputer i umieją się nim posługiwać. Natomiast problem narasta, gdy dziadkowie nie posiadają sprzętu multimedialnego. A zatem wygląda na to, że nie wszystko co nowoczesne jest w pełni przydatne dla każdego pokolenia.

Wspomnienia w albumie zaklęte

Starsze pokolenie na pewno woli wspomnienia zamknięte w tradycyjnym albumie. Można je w każdej chwili otworzyć bez specjalistycznego sprzętu. Wystarczy chwilka wolnego czasu, wyciągnięcie ręki po grubą książkę, w której tkwią wspomnienia zaklęte w zdjęciach ze starych klisz. To nic, że kolory już wyblakłe i papier lichy. Niektóre fotografie żyją dłużej niż ludzie na nich widoczni. Wyobraźnia pomaga odtworzyć uśmiechy, spojrzenia, gesty… na widok starych zdjęć na twarzach oglądających też pojawia się promienny uśmiech, a nierzadko łzy. Są to krople tęsknoty za uciekającym czasem, za kochanymi bliskimi, których można spotkać już tylko w snach, w pamięci i w starych fotografiach. Czasami ich zastygłe oblicza okrywane są pocałunkami ust, które je kochały. Palce dotykają pożółkłego papieru i wyobrażają sobie szelest sukienki koloru ecru, która kiedyś tak delikatnie poruszała się na wietrze.

Być może ktoś z młodszego pokolenia powie, że albumy na zdjęcia odchodzą powolnym krokiem do lamusa. Jednak są one tańsze w eksploatacji, trwalsze niż niejeden kompakt, a przede wszystkim potrafią działać na zmysły. Na pewno przyjemną niespodzianką będzie podarowanie rodzicom lub dziadkom paru zdjęć z tegorocznych wakacji. Pozwólmy, aby zostały zamknięte w rodzinne albumy przodków, także dla naszych potomnych.


14 sierpnia 2014 r.

Praca uszlachetnia

Słowo „praca” ma wiele form, ale zawsze oznacza celową działalność człowieka. W dobie kryzysu gospodarczego – po fali redukcji – praca nabrała szczególnego znaczenia. Każda funkcja, stanowisko jest cenione przez pracownika. Jednak niekiedy ta cena przybiera odwrotny skutek.
 
Zbieractwo czy zwalczanie konkurencji?
 
Siedząc na ławce przed blokiem w upalne popołudnie można zaobserwować wiele ciekawych ludzkich postępowań. Tak było i tym razem. Pod nasz blok podeszła filigranowa kobieta z wózkiem. W wózku miała plik reklam – wiadomo, reklama dźwignią handlu! Zmęczonymi rękami wkładała kolorowe kartki do koszyczków przy drzwiach klatek. Jak to dobrze, że na górę nie trzeba wchodzić – powiedziała jakby do siebie, ale też i do nas siedzących na ławce. Po chwili odpoczynku ruszyła dalej przed siebie. Z uśmiechem rzekła na pożegnanie: „Dobrze, że mam pracę!” W jej oczach była radość i wdzięczność za to, że ominęło ją bezrobocie. Jeszcze długo słychać było skrzypienie kółek wózka, który ta drobna kobieta za sobą ciągnęła jak słodki balast.

Godzinę później. Pod nasz blok podjeżdża tajemniczy rowerzysta z przyczepką. Szczupły wysoki mężczyzna schodzi ze swojego jednośladu i z koszyczków wyjmuje niedawno tam włożone reklamy. Pliki kartek układa w przyczepce i rusza pod następną klatkę schodową, aby swoją pracę powtórzyć. Na nasze uwagi nie reaguje, milczy. Po chwili podaje nam do rąk wyjęte reklamy z ironicznym uśmieszkiem. Nasze zdziwienie nie ma końca. Kim jest człowiek, który nikogo nie pytając wybiera nieczytane jeszcze reklamy? Zbieracz makulatury czy ktoś wynajęty przez konkurencję? Tajemniczy rowerzysta nie udzielił nam odpowiedzi. Czyżby jego „praca” należała do tych najbardziej tajnych?

Każdy z nas siedzących miał jeszcze przed oczami wdzięczną za pracę kobietę, która równiutko wręcz z namaszczeniem wkładała do pojemniczków reklamy… na pewno nie wiedziała, że za chwilę zostaną one wyjęte i wywiezione gdzieś w nieznane. Nieczytane, niewykorzystane w celu dla nich przeznaczonym. Wiele osób czeka na obniżki cen, promocje. Tym razem nikt nie dowie się wcześniej, gdzie i co będzie można kupić taniej.

 
Wandalizm?
 
W naszym mieście już od wielu lat reklamy świdnickich i lubelskich supermarketów są roznoszone przez osoby w tym celu zatrudnione. Praca ciężka i niezbyt dobrze płatna. Czemu nie jest szanowana przez innych? Dlaczego niektórzy podchodzą do cudzego wysiłku egoistycznie, bez pytania biorą coś, co jeszcze mogło by być wykorzystane? Moim skromnym zdaniem jest to kradzież cudzego mienia i dlatego Straż Miejska powinna zwracać na to uwagę. Jest to przykry sygnał, że w naszym mieście szerzy się wandalizm i to za naszym przyzwoleniem.

6 sierpnia 2014 r.

Elektrobus – środek transportu miejskiego czy turystycznego?

W lipcu po ulicach naszego miasta zaczął kursować elektrobus. Po wielu pertraktacjach z korporacjami transportowymi udało się ułatwić mieszkańcom Świdnika dojazd do ogródków działkowych i miejscowej nekropolii. Jednak już po kilku dniach kursowania elektrobusu nie wszyscy pasażerowie są zadowoleni tym środkiem lokomocji.

Z braku atrakcji…

Elektrobus przypomina pojazd, który dowozi turystów w trudno dostępne miejsca na szlakach. Na ulicach wzbudza zainteresowanie swoim wyglądem i bezgłośnym napędem. Nie posiada zabudowy karoserii. Starsze osoby najczęściej korzystają z tego środka transportu dojeżdżając na groby swoich bliskich na cmentarzu. Pojazd dysponuje tylko 14 miejscami.

Z opinii pasażerów wynika, że ten środek transportu nie jest dobrym rozwiązaniem. Już przy miejskim targowisku, skąd elektrobus ma kurs początkowy czekają mamy z małymi dziećmi. Nie ukrywają, że tymi przejażdżkami (wcale nie na cmentarz) chcą uatrakcyjnić swoim pociechom lato w mieście. Starsze osoby narzekają na brak wolnych miejsc, a rodzicielki tłumaczą, że ich dzieci nie mają odpowiednich miejsc wyznaczonych do zabawy. Ich zdaniem place zabaw nie są zacienione więc z obawy przed palącym słońcem muszą w inny sposób zapewnić dzieciom rozrywkę. Słychać też skargi na brak odkrytego basenu i brodzika dla maluchów. W ubiegłych latach nie było tego problemu, ponieważ już na początku kalendarzowego lata dzieci spędzające wakacje w mieście, pod okiem ratownika mogły pluskać się do woli na powietrzu w letniej wodzie. Teraz nie ma takich rozrywek. Fala upałów zamyka w domach dzieci, a one z nudów – podobnie jak w okresie zimowym – oglądają programy telewizyjne lub wtapiają się w gry wirtualne.

Wycieczka po mieście, czy miejska komunikacja?

Nie dziwi fakt, że troskliwi rodzice chcąc wyprowadzić dziecko na świeże powietrze stara się zapewnić mu ciekawe zajęcie. Elektrobus pojawił się na ulicach Świdnika wraz z początkiem wakacji. Jak na razie jest to frajda dla maluchów, a może nawet także dla ich opiekunów. Nie zabudowane okna zapewniają przyjemny przepływ powietrza, a zadaszenie pojazdu chroni przed upałem. Na trasie przejazdu mijamy świdnickie markety, kościoły i inne ważniejsze obiekty. Być może elektrobusy już na zawsze wpiszą się w letni krajobraz naszego miasta? Ważne jest oczywiście to, aby mieszkańcy zrozumieli, że do przejażdżki tym pojazdem mają prawo wszyscy, aby był on traktowany, jako środek miejskiej komunikacji. Miasto się rozwija, powstają nowe ulice, przybywa mieszkańców, a w okresie letnim również gości. Pamiętać należy, że środki miejskiego transportu pełnią rolę wielofunkcyjną i nie są przypisane do jednej grupy wiekowej.


29 lipca 2014 r.

W kawiarni…
Upalne lato w mieście? Można je spędzić całkiem przyjemnie ponieważ jest wiele atrakcji nie tylko dla dzieci, ale także dla ich rodziców. Miejscem odpoczynku mogą być np. skwerki, zacienione place z ławeczkami usytuowanymi obok cicho szemrzących fontann oraz kawiarenki z ogródkami na wolnym powietrzu. Pod rozłożystym parasolem wśród pachnących kwiatów można doskonale zrelaksować się przy pysznym ciastku lub zimnym deserze. Można… pod warunkiem, że inni goście na to pozwolą, zachowując zasady savoir-vivre.

Teatr jednego aktora

Mała kawiarenka w sercu naszego miasta kusi przechodniów zapachem pieczonych ciast
oraz reklamą lodów do wstąpienia w jej progi i delektowania się pysznymi smakołykami. Tak było również pewnego lipcowego przedpołudnia. Słupek rtęci na miejskim termometrze wskazywał 320C. Po zrobionych zakupach wraz z koleżanką postanowiłyśmy wstąpić na lody. Ze smakowitym lodowym deserem usiadłyśmy przy stoliku pod parasolem. Chciałyśmy porozmawiać, odpocząć. Obok nas siedziała młoda mama z dwójką dzieci. Maluchy z krzykiem biegały między krzesełkami, a ich rodzicielka zamiast je uspokoić czytała im książkę. Nie zważając na brak zainteresowania swoich pociech tą powieścią, niczym profesjonalna aktorka recytowała zdanie po zdaniu zmieniając przy tym tembr głosu. Sama zachwycała się bajkowymi opisami. Dzieci wyraźnie dawały mamie do zrozumienia, że nie chcą już słuchać przygód bohaterów opisywanych w książeczce. Chciały iść na plac zabaw, biegać. Jednak mama nie brała pod uwagę ich dziecięcych potrzeb. Zapomniała również o tym, że ludzie przychodząc do kawiarni chcą porozmawiać ze znajomymi, załatwić przy kawie sprawy biznesowe lub najzwyczajniej w świecie odpocząć. Intonacja jej głosu na to nie pozwalała. Nikt z uczestników tego „przedstawienia” młodej kobiecie nie zwrócił uwagi, sądząc że za chwilę nastąpi antrakt lub koniec spektaklu. Ludzie odchodzili od stolików bardziej zmęczeni głośnym czytaniem tej pani niż odgłosami dochodzącymi z ulicy. My też ruszyłyśmy poszukać bardziej zacisznego zakątka.

Książka przyjacielem człowieka

Odkąd pamiętam książki były i są moimi najwierniejszymi przyjaciółmi. Czytano mi je wyłącznie w domowym zaciszu, abym mogła bardziej skupić się na ich treści. Rozczytywanie się w lekturze samemu, a tym bardziej dzieciom na wolnym powietrzu dekoncentruje uwagę, rozprasza myśli. Podawanie treści książki w taki sposób odbywa się bez zrozumienia i jest to czas stracony. Kawiarnie, restauracje są miejscami publicznymi, do których ludzie przychodzą posilić się, spotkać ze znajomymi, omówić różne ważne sprawy. Zakłócanie porządku w tych lokalach nie należy do dobrego tonu nawet jeśli celem jest edukacja dzieci. Od najmłodszych lat życia rodzice powinni pokazywać swoim pociechom przykłady, gdzie iw jaki sposób można się zachować, zwracając przy tym uwagę, że nie jesteśmy pępkiem świata.


25 lipca 2014 r.

Trawnicka „Zaciera”

Środek lata to czas zabaw na świeżym powietrzu, czas festynów i innego rodzaju atrakcji związanych z letnim wypoczynkiem. W ubiegłą niedzielę 20 lipca w naszym powiecie odbyła się Trawnicka „Zaciera”. Już po raz XI prężnie działający Gminny Ośrodek Kultury w Trawnikach zorganizował barwny festyn nazwany też „Festiwalem dwóch dolin – „Między Wieprzem, a Giełczwią”. Impreza zgromadziła licznych uczestników, a także gości nie tylko z naszego świdnickiego powiatu.

Na ludowo…

Już od rana na trawnickim placu w centrum miejscowości pojawili się twórcy ludowi ze swoimi dziełami sztuki. Można było podziwiać lub nabyć wiklinowe kosze, barwne obrazy, oryginalne rzeźby i inne cudeńka, które człowiekowi podpowiedziała jego wyobraźnia, a zdolne ręce z kawałka drewna wyczarowały przepiękne anioły. Na dalszych stoiskach można było nabyć regionalne słodkości: placki z owocami, pierniki, racuszki. Odważne gospodynie zgłosiły swoje wyroby do konkursu, a po werdykcie Jury można je było za darmo degustować.

Około południa na scenie pojawili się soliści i zespoły ludowe z naszego regionu. Widzowie zachwycali się barwą ich głosu, ludowymi strojami, które kiedyś stanowiły nieodłączną część świątecznej garderoby wiejskich mieszkańców. W konkursie zespołów śpiewaczych w tym roku zwyciężyła Kapela z Krasnegostawu. Każdy zespół biorący udział w konkursowych szrankach otrzymywał pamiątkowy dyplom i piękną rzeźbę przedstawiającą trawnickiego anioła, autorstwa ludowego rzeźbiarza pana Kazimierza Pawelca.

Dużo emocji i humoru przysporzył publiczności konkurs „O złotą chochlę”. Zabawa polegała na gnieceniu ciasta na czas, a potem rzut tym ciastem w stronę publiczności. Nad przebiegiem rozgrywki czuwała Szanowna Komisja składająca się z ekspertów w tej dziedzinie.

W trakcie trwania tych rozrywek można było posilić się do syta pożywną sławną na cały region Zacierą oraz forszmakiem lubelskim. Aromaty obydwu zup rozchodziły się na całą okolicę, ponieważ te przysmaki gotowane były w ogromnych kotłach na paleniskach usytuowanych na wolnym powietrzu. Ich smak był nieporównywalnie inny od tych serwowanych w barach czy restauracjach. Tajemnicą tych zup były stare receptury przekazywane z pokolenia na pokolenie, aż do naszych czasów. Teraz można było dostrzec różnice w ich smaku i sposobie przygotowania.

Imprezami towarzyszącymi tegorocznej „Zaciery” były liczne rodzinne konkursy m.in. konkurs ekologiczny na temat znajomości w segregacji odpadów. Okazało się, że nie jest źle z naszą świadomością o ochronie środowiska. Nawet małe dzieci są wyedukowane, w jaki sposób chronić naszą planetę przed degradacją.

Goście, goście…

Oprócz atrakcji konkursowych i pysznego podrażnienia kubków smakowych trawnicką Zacierą można było spotkać zacnych gości. Na zaproszenie Gminnego Ośrodka Kultury przyjechała pani Agnieszka Perepeczko oraz pan Michał Olejnik. Promowali oni wydaną wspólnie książkę pt.: „Romantyczna Kolacyjka”. Ta pięknie wydana pozycja zawiera kilkadziesiąt smakowitych przepisów kulinarnych czyli propozycje na oryginalne kolacje, które wypróbowane z produktów dostępnych w dalekiej Australii zostały przeniesione na nasz polski grunt. Każdy przepis opatrzony jest kolorowym zdjęciem gotowej potrawy. Autorem tych pięknych fotografii jest oczywiście współautor książki – Michał Olejnik. Podczas promowania książki można było na pamiątkowych zdjęciach uwiecznić obecność wybitnej aktorki, która bardzo chętnie pozowała do zdjęć oraz podpisywała dedykacje i autografy.

Podczas trawnickiej „Zaciery” wystąpiły też dwa zespoły Disco Polo: Akcent i Clasic. Rozbawiona widownia tańczyła w rytm starych i nowych hitów tych popularnych zespołów. Na zakończenie „Zaciery” odbył się pokaz sztucznych ogni, a potem dyskoteka pod gruszą, jej uczestnicy bawili się do białego rana.

Szczególne podziękowania należą się Wójtowi gminy Trawniki, fundatorowi nagród, Starostwu powiatowemu w Świdniku, indywidualnym sponsorom oraz p. Arkadiuszowi Jurkowi – głównemu instruktorowi GOK, który podczas festynu z pełnym oddaniem i humorem pełnił rolę profesjonalnego konferansjera. Następna „Zaciera” już za rok. Mamy nadzieję, że będzie równie ciekawa i pełna znakomitych gości.


16 lipca 2014 r.

Wakacyjny wyjazd

Wszyscy dobrze wiemy, że aby dobrze pracować trzeba też dobrze wypocząć. Czas wakacji sprzyja wyjazdom i wypadom poza miasto. Nawet ci, którzy nigdzie nie są zatrudnieni, myślę w tym miejscu też i o osobach niepełnosprawnych powinni wyjechać chociażby po to, aby zmienić na jakiś czas środowisko, by poczuć pewną dozę samodzielności. W tym artykule pozwolę sobie na odrobinę prywaty, czyli obserwacji zachowań z własnego podwórka.

Wyjazd do Bondyrza

Lipiec – to najpiękniejszy letni miesiąc. Tydzień tego pięknego czasu spędziłam z osobami należącymi do stowarzyszenia „Jesteśmy Kroplą”. Ośrodek SPON „Krok za Krokiem” w Bondyrzu otworzyła przed nami prezes tego stowarzyszenia pani Maria Król. Domki usytuowane w lesie tworzyły dla nas swojego rodzaju „enklawę”. Nikt nie przeszkadzał, nic nami nie stało na przeszkodzie, by swobodnie poruszać się po tym bezpiecznym terytorium ośrodka. Wszystkie budynki zaadoptowane są dla potrzeb osób z niepełnosprawnością. Nie było barier, przeszkód. Osoby niepełnosprawne wraz z wolontariuszkami zakwaterowane były w przytulnie urządzonych domkach. Mimo, że na wczasy pojechały rodziny to na czas trwania turnusu zostały one rozdzielone. Ta zamiana była celowa. Chciałyśmy dać szansę podejmowania samodzielnych decyzji przez osoby dysfunkcyjne, a ich rodzinom możliwość odpoczynku od codziennych trosk..Już po paru godzinach ten eksperyment przyniósł zamierzone efekty. Niepełnosprawni mimo ograniczeń fizycznych starali się spacerować bez lasek tylko przy asekuracji wolontariuszy. Podobna sytuacja miała miejsce podczas porannych i wieczornych toalet oraz w wyborze odpowiednich do pogody ubrań. Był to dobry czas na wykrzesanie z siebie sił, które tłumione były chęcią pomocy w rodzinnym domu przez najbliższych. Stać nas na wiele pod warunkiem, że zostaniemy obdarzeni zaufaniem i odrobiną swobody w podejmowaniu decyzji.

Otwartość na ludzi

Z obserwacji wynika, że osoby niepełnosprawne zdane same na siebie łatwiej nawiązują kontakty interpersonalne. Nie są wtedy wyręczane przez najbliższych w komunikowaniu się z obcymi osobami. Tak było i w Bondyrzu. Idąc ulicą mieszkańcy okazywali nam życzliwość gestami, uśmiechem, a także nawiązywali rozmowy. Nie czuliśmy przed nimi skrępowania mimo że niektórzy z „naszych” mieli problemy w komunikacji werbalnej.

I tak oto wczasy stały się dla nas bodźcem do osiągania samodzielności, a naszym rodzinom pokazaliśmy, że jesteśmy sprawni, ale troszkę inaczej.


10 lipca 2014 r.

Jak uniknąć zatruć pokarmowych u dzieci?

Zatrucia pokarmowe często przychodzą nagle zwłaszcza latem. Głównymi sprawcami zatruć są bakterie i toksyny. Zatrucia objawiają się wymiotami, bólem brzucha, biegunką, zawrotami głowy. U małych dzieci są one szczególnie niebezpieczne, ponieważ grożą odwodnieniem organizmu, a ostre zatrucie pokarmowe może zagrażać życiu. Dlatego rodzice nie powinni bagatelizować objawów lecz skutecznie zapobiegać pojawianiu się tej dolegliwości stosując odpowiednią profilaktykę.

 
Profilaktyka
 
Profilaktyka – jest to działanie zapobiegające powstawaniu chorób. Polega na utrzymywaniu higieny osobistej. Szczególną ostrożność należy zachować w podawaniu dzieciom niektórych pokarmów np. lodów, które mogą być siedliskiem bakterii i wirusów oraz mogą zawierać szkodliwe związki chemiczne. Lody należy spożywać bezpośrednio po ich zakupieniu lub przechowywać w specjalnych termosach – ponownie nie zamrażać. Małe dzieci mają bardzo delikatny układ pokarmowy i odpornościowy. Wątroba dziecka nie ma jeszcze tak dobrze ukształtowanych funkcji metabolicznych, jak u człowieka dorosłego.
 
Szczególnie ciężkostrawne są dla dziecka grzyby – nawet te jadalne. Chociaż bardzo często będąc na urlopach lubimy wybrać się na grzybobranie do pobliskiego lasu to pamiętajmy, że grzyby nie powinny więc wchodzić w skład menu dziecka aż do ukończenia 11 roku życia. Grzyby nie mają wartości odżywczych ani witamin, a jednie walory smakowe. A więc zastanówmy się, czy podając dziecku np. zupę grzybową warto narażać je na ryzyko zatrucia? Skutki zatrucia grzybami mogą okazać się niebezpieczne i na całe życie uszkodzić układ pokarmowy dziecka, a zwłaszcza nerki i wątrobę.
 
Wspominając o profilaktyce należy pamiętać o przestrzeganiu higieny osobistej. Rodzice powinni uczyć dzieci swoim przykładem. Już od najmłodszych lat uczmy dziecko mycia rąk przed posiłkami, po wyjściu z toalety, a także po każdym powrocie do domu np. z placu zabaw i ze szkoły, myć owoce i warzywa przed jedzeniem. Oprócz przestrzegania zasad higieny osobistej należy: sprawdzać na kupowanych produktach terminy przydatności do spożycia umieszczone na opakowaniach, potrawy odgrzewać tylko raz, latem unikać spożywania lodów, surowych jaj oraz surowego mleka, mięsa w obawie przed salmonellą, unikać picia surowej wody lub z kranu. Potrawy, owoce i warzywa przechowujmy w lodówce. Tylko takie przestrzeganie ostrożności może zmniejszyć ryzyko zatrucia pokarmowego.
 
Jednak zdarza się, że mimo przestrzeganych zasad higieny do organizmu naszego dziecka dostanie się wirus. Wówczas stajemy się bezradni wobec drobnoustrojów rozwijających się w organizmie.
 
Objawy zatrucia pokarmowego
 
Zatrucie pokarmowe objawia się zwykle od kilku minut do kilkunastu godzin od zjedzenia przez dziecko ciężkostrawnego, nieświeżego pokarmu lub dostania się do jego organizmu szkodliwych bakterii wywołujących niestrawność. Dziecko w tym czasie może mieć podwyższoną temperaturę ciała, nudności, wymioty, może też uskarżać się na ból brzucha i zawroty głowy, a także bóle mięśni. Aby złagodzić wymienione dolegliwości należy dziecku pomóc stosując najpierw domowe sposoby leczenia zatruć pokarmowych – jeżeli jesteśmy pewni, że nasze dziecko nie zjadło nic trującego, co zagrażałoby jego zdrowiu i życiu. W przeciwnym razie należy koniecznie jak najszybciej udać się do lekarza lub wezwać pogotowie ratunkowe.
 
Domowe sposoby leczenia
 
Podczas zatrucia pokarmowego dziecko powinno leżeć przykryte lekkim kocykiem. Układamy je na boku tak, by podczas wymiotów nie doszło do zachłystnięcia. Aby zahamować torsje starszemu dziecku możemy podać herbatkę z imbiru lub sok imbirowy z cytryną oraz suszone owoce czarnej jagody.. Dziecku po 6 r. ż. podajemy stoperan. Podczas zatruć u niemowląt bardzo często dochodzi do wymiotów i biegunek. W takiej sytuacji istnieje ryzyko odwodnienia organizmu. Aby temu zapobiec należy podawać dziecku dużo urozmaiconych płynów do picia np. przegotowaną lub mineralną wodę, herbatki ziołowe Jeżeli dziecko dopomina się o jedzenie można mu podać kleik ryżowy. Przy wysokiej temperaturze podajmy dziecku czopek przeciwgorączkowy, który powinien ją obniżyć.
 
Kiedy udać się z dzieckiem do lekarza?
 
Zatrucie pokarmowe może trwać nawet kilka dni. Jednak w przypadku chorych niemowląt należy niezwłocznie udać się do lekarza. Tylko lekarz zadecyduje o dalszym sposobie ich leczenia. Tylko zachowanie higieny osobistej i profilaktyki żywieniowej jest gwarancją, że urlop spędzimy zdrowo i przyjemnie.


2 lipca 2014 r.

Wybory Miss Polonia Województwa Lubelskiego

Centrum Kongresowe Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie jest miejscem spotkań nie tylko studentów, ale także bardzo często służy jako scena podczas wydarzeń kulturalnych. 27 czerwca br. o godz. 19.00 w tymże Centrum odbyły się Wybory Miss Polonia województwa Lubelskiego. To niecodzienne wydarzenie prowadził znany dziennikarz i prezenter stacji TVN – Marcin Prokop wraz z Ewą Tutką.

Młode, piękne i inteligentne

20 najpiękniejszych kandydatek wyłonionych z castingów organizowanych na terenie całego naszego województwa wzięło udział w Gali finałowej, podczas której miała zostać wybrana ta jedyna… najpiękniejsza!

Dziewczęta prezentowały się w strojach koktajlowych, kąpielowych, sportowych oraz w przepięknych sukniach ślubnych. W swoich wypowiedziach tryskały nienaganną inteligencją, a nawet humorem. Mimo licznie zgromadzonej publiczności nie uległy tremie i swobodnie prezentowały swoją urodę oraz błyskotliwość.

Chociaż piękno jest pojęciem subiektywnym i względnym, nad Wyborami czuwała Komisja składająca się ze znanych osobistości Lublina reprezentująca świat kultury, mody, biznesu oraz polityki.

W przerwach między pojawianiem się na scenie fantastycznych kandydatek tańczył zespół Gamza wraz z wokalistą improwizującym utwory wiecznie żywego Elvisa Presleya bawił zgromadzoną publiczność, która pod wpływem muzyki przenosiła się duchem, czasem i wyobraźnią w lata 60-te ubiegłej epoki.

Werdykt

Czas biegł nieubłaganie, a emocje zgromadzonych sięgały zenitu. Wreszcie po trochę przydługiej naradzie Szacowna Komisja ogłosiła werdykt. Miss Polonia Województwa Lubelskiego została Paulina Potiopa – studentka dziennikarstwa na UMCS. Tytułem I vicemiss została mianowana Dominika Majchrowska wraz z tytułem miss obiektywu. Natomiast mianem II vicemiss cieszy się Angelika Majewska. Wymienione dziewczęta będą godnymi reprezentantkami naszego regionu podczas ćwierćfinału Miss Polonia 2014. Życzymy im sukcesów na skalę światową.

Oprócz głównych tytułów wybrano również miss gracji – Klaudię Kuszniar. Najsympatyczniejsza dziewczyna wyłoniona spośród kandydatek to uśmiechnięta Anna Telenkiewicz. Internauci również wybrali swoją najpiękniejszą, a ten szczególny tytuł przypadł Magdalenie Wójcickiej.

Należy dodać, że organizatorem tej elitarnej imprezy była firma Modart Outdoor oraz E.T. Consulting przy współudziale licznych lubelskich sponsorów.

Mimo, że Komisja wybierając tą najpiękniejszą sugerowała się pięknem ciała i inteligencją umysłu śmiem twierdzić, że najpiękniejsze jest w nas to, co jest niewidoczne dla oczu czyli serce.


25 czerwca 2014 r.

Formy letniego wypoczynku

Koniec czerwca zawsze kojarzy się z początkiem wakacji i rozpoczęciem sezonu urlopowego. Jest to czas odpoczynku po wytężonej nauce i ciężkiej pracy fizycznej bądź umysłowej. Od dawna wiadomo, jak ważny jest wypoczynek, aby znów wrócić z zasobem energii do swoich codziennych zajęć. Dlatego staramy się w pełni wykorzystać ten wolny letni czas. Wypoczynek ma wiele form, które wybieramy uwzględniając swoje upodobania oraz finansowe możliwości.

Wczasy zorganizowane

Ta forma wczasów należy do tych kosztowniejszych lecz najbardziej kreatywnych. Do tego rodzaju wypoczynku należą: obozy, kolonie, półkolonie, wczasy rodzinne, odchudzające itp. Czas wolny jest wypełniany przez tzw. wypoczynek czynny inicjowany przez instruktora kulturalno – oświatowego. Dzieci, młodzież i dorośli lubiący odpoczynek w ruchu są zapraszani do różnego rodzaju działań, które przeprowadzone w formie zabawy pozwolą na wysiłek fizyczny, a jednocześnie pomogą odprężyć się psychiczne. Ma to duże znaczenie dla całego organizmu, który po całorocznym wysiłku fizycznym i umysłowym może nadrobić zaległy ruch oraz inne rodzaje ćwiczeń. To one pomagają dotlenić nie tylko mózg, ale także wszystkie komórki naszego ustroju. Ten rodzaj wczasów odbywa się w ośrodkach wczasowych, mających swój ustalony regulamin, który każdy uczestnik powinien respektować. Taką formę wypoczynku można załatwiać przez szkoły, parafie i zakłady pracy.

Wczasy niezorganizowane

Ten rodzaj wczasów należy do tych najbardziej popularnych i lubianych przez większą część polskiego społeczeństwa. Zwykle wyjazdy planuje się w gronie znajomych lub rodziny. Czas wolny organizowany jest przez uczestników wyprawy. Zazwyczaj plany są spontaniczne lecz z aprobatą poszczególnych osób. Mobilność jest tu pożądanym środkiem komunikacji, ponieważ można nastawić się na odpoczynek w formie zwiedzania nie tylko Polski, ale także innych pięknych krajów. Indywidualne podróże zagraniczne cieszą się dużą popularnością odkąd granice państw UE stanęły dla nas otworem.

Wczasy w domu

Możemy też spędzić urlop nigdzie nie wyjeżdżając i robiąc w domu to, co lubimy robić najbardziej. Ważne, by czas spędzony w domowych pieleszach był przyjemny i pożyteczny. Przez cały rok nazbiera się wiele zaległych książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, „inwestycji” w podkreślenie swojej urody. Czasami brak czasu na poszerzenie i pogłębienie zainteresowań burzy nasz spokój wewnętrzny. Wszystkie więc odkładane przez długie miesiące zaległe przyjemności można nadrobić podczas urlopu z pełną świadomością, że nie będzie to czas stracony.


18 czerwca 2014 r.

Tradycją już się stało, że nasze stowarzyszenie „Jesteśmy Kroplą” w czerwcu organizuje bale charytatywne. Tak było i teraz 13-go w piątek – my w pecha nie wierzymy! Tym razem celem balu była pomoc w zakupie wózka elektrycznego dla Mateusza Urbańskiego – sportowca trenującego boccie.

Bal w stylu 60-70 roku ubiegłego stulecia już podczas przygotowań wzbudzał wiele emocji. Jak niektórzy z nas pamiętają był to okres, w którym pojawiały się „Dzieci Kwiaty”. Buntownicze nastolatki, ale jakże oryginalne w swoim ubiorze i sposobie bycia. Ten kolorowy szał staraliśmy się odtworzyć podczas jednej czerwcowej nocy.

W Wierzchowiskach pod restaurację „Pałacowa” zaczęły podchodzić osoby jakoby z innej epoki. Panie ubrane w kwiaciaste bluzki, a panowie w kolorowe koszule , spódnice „bananowe” i spodnie typu „dzwony” lekko falowały na wietrze. We włosach pokaźnej długości panie miały wpięte kwiaty…

Na salony stylowej restauracji „Pałacowa” w podlubelskich Wierzchowiskach już przy wejściu zapraszali nas kelnerzy serwując lampki wybornego wina oraz smaczne wyśmienite dania i zakąski. Po pokrzepieniu ciała ruszyliśmy w tany. Zespół wokalno-instrumentalny Galaxy grał melodie lat 60-70 minionej epoki. Niejednemu „hipisowi” zakręciła się nostalgiczna łezka w oku za tym, co już minęło, ale na balu ożyło, jako wspomnienie z lat młodości.

Zaproszeni goście z zaprzyjaźnionego Stowarzyszenia „Krok po kroku” z Zamościa dopisali swoją obecnością i kondycją w tańcach oraz licznych konkursach. Osoby niepełnosprawne poruszające się na wózkach również ruszyły w tany, bez ograniczeń, bez barier – wszyscy tworzyliśmy jedną rodzinę. Zjednoczył nas jeden cel – zebranie środków na zakup elektrycznego wózka dla naszego kolegi. I to było piękne…

Dziękujemy wszystkim sponsorom, a przede wszystkim ofiarodawcom „Dzieciom Kwiatom”, dzięki którym niepełnosprawny sportowiec będzie mógł zakupić elektryczny wózek niezbędny w uprawianiu pasjonującej go dyscypliny.


11 czerwca 2014 r.

Godność osoby niepełnosprawnej i pomoc ze strony jej najbliższych

W ubiegłą niedzielę 8 czerwca obchodziliśmy Dzień Godności Osób niepełnosprawnych Intelektualnie. Z tej okazji w naszym mieście odbył się festyn, który miał na celu pokazanie, że wszyscy jesteśmy jednakowo ważni w społeczeństwie. Jednak nie każdy zdaje sobie sprawę, jak wygląda codzienna opieka nad osobą niepełnosprawną fizycznie lub intelektualnie? Zwykle choroba nas zaskakuje i nie wiemy, jak poradzić samemu sobie w tej trudnej sytuacji? Innej pomocy oczekuje matka, innej rodzeństwo, a jeszcze innej żona lub partnerka.

Pomoc matce

Każda ciężarna matka już w pierwszych miesiącach odmiennego stanu jest pełna nadziei, optymizmu, marzeń i miłości do swojego dziecka. Badania kontrolne u ginekologa potwierdzają jej radość, że dziecko normalnie się rozwija. Jednak nie zawsze tak jest. Czasami już podczas badań prenatalnych ujawnia się choroba z którą dziecko będzie musiało żyć. Ta wiadomość jest szokiem dla całej rodziny, ale najbardziej dla matki. Znika wszelka radość, a w miejscu optymistycznego nastawienia pojawia się rozpacz i poczucie winy. Matka jest świadoma, że to właśnie na jej barki spadnie ciężar odpowiedzialności za chore maleństwo, a w przyszłości za dorosłą niepełnosprawną osobę. Zarówno po wysłuchaniu tej niepokojącej wiadomości, jak i po narodzeniu się chorego dziecka najważniejsze dla matki jest wsparcie rodziny: męża, starszych dzieci itp. Mąż powinien dodawać otuchy, wspierać żonę oraz dawać jej poczucie bezpieczeństwa. Starsze dzieci mogą być również ogromnym wsparciem dla zrozpaczonej matki, jeśli zadeklarują swoją pomoc przy chorym braciszku lub siostrzyczce. Jeśli jest to rodzina wielopokoleniowa obowiązek wsparcia dotyczy także dziadków. Rozmowa z lekarzem prowadzącym też powinna przynieść pozytywne efekty o ile podejdzie on do sytuacji rozsądnie, z wiarą w postęp medycyny. Bardzo ważną informacją dla matki jest rozmowa na temat rokowań stanu zdrowia dziecka. Zalecana jest także porada psychologa, który ukierunkuje matkę na właściwe tory działania, organizację dnia codziennego, odpoczynku, jak również wskazując jej odpowiednie placówki społeczne i socjalne, niosące pomoc w sytuacjach kryzysowych. W razie konieczności psycholog może też zastosować psychoterapię.

Podobną pomoc matka powinna otrzymać, gdy jej dziecko nagle zachoruje lub ulegnie wypadkowi.

Pomoc rodzeństwu

Wiadomość o chorobie członka najbliższej rodziny zmienia jej małą społeczność. Starsze dzieci na wieść o chorobie brata lub siostry mogą czuć bezradność, wstyd (jeśli dochodzą tu stereotypy) poczucie winy i odrzucenie przez rodziców. Ważną rolę powinni odegrać tu mama i tata rozmawiając ze swoimi dziećmi szczerze nie ukrywając, że oczekują od nich wsparcia i pomocy. Wyjdźmy z propozycją, aby przynamniej raz w tygodniu mama wyszła sobie do znajomych zostawiając pod ich opieką (i kogoś z dorosłych) chorego brata lub siostrę. Rodzice muszą znaleźć czas także dla dzieci zdrowych, aby pójść z nimi do kina, teatru, po prostu czynnie uczestniczyć w ich życiu. Takie postępowanie upewni ich, że nadal są tak samo ważni, jak ich chore rodzeństwo. Wsparciem mogą być też mądrzy przyjaciele naszych pociech, wychowawca lub pedagog szkolny.

Pomoc żonie, mężowi lub partnerowi

Nagła choroba zmienia związek, a także zachowanie samego partnera. Niepogodzony ze swoim stanem chory mąż/żona mogą czuć się ciężarem dla opiekującego się nim partnera. Może przy tym czynić przykre uwagi, które jeszcze bardziej przygnębiają męża lub żonę. Jak uniknąć takich sytuacji?

Przede wszystkim trzeba zapewnić choremu opiekę psychologa i samemu z niej korzystać. Nie bądźmy nadopiekuńczy, gdyż taka postawa nie motywuje chorego do podejmowania rehabilitacji. To właśnie nadopiekuńczość sprawia, że chory staje się bierny i roszczeniowy.

Pamiętajmy, że mimo trudnej sytuacji musimy znaleźć chwilkę czasu dla niebie na regenerację sił witalnych. Chory musi też być tego świadomy, że naszemu opiekunowi należy się odpoczynek. W tym czasie zapewnijmy mężowi/żonie opiekę ze strony kogoś z rodziny lub przyjaciół. Spacer na świeżym powietrzu pozwoli dotlenić nasz umysł oraz pozwoli przez moment zapomnieć o chorobie partnera. Spotkania z przyjaciółmi nawet w domu chorego przyniosą także dozę radości i optymistycznego nastroju, pomogą obojgu oderwać się od szarej codzienności.


4 czerwca 2014 r.

Przygotowujemy nasze dziecko do kontaktów z innymi dziećmi

Zapachniało latem. Czerwiec wita nas Dniem Dziecka, a koniec tego miesiąca rozpoczyna długo wyczekiwane przez dzieci wakacje. Będzie to okres wyjazdów, spotkań, podczas których nawiążemy relacje z nowopoznanymi osobami. Nasze dzieci do tych kontaktów także należy odpowiednio przygotować. Może wspólnie spędzony czas wakacji będzie do tego wspaniałą okazją?

Kształtowanie relacji w domu rodzinnym

Każdy człowiek jest istotą społeczną, potrzebującą relacji interpersonalnych z otaczającym go światem. Już od wczesnego dzieciństwa powinniśmy uczyć maluszka kontaktów z innymi ludźmi.

Początek tego procesu powinien zacząć się w rodzinnym domu. Kontakty z rodzicami są pierwszymi relacjami społecznymi. To od nich małe dziecko uczy się zachowań, które w przyszłości będą miały znaczenie w przedszkolu, szkole, a potem w pełnieniu innych ważnych ról społecznych.

Uśmiech mamy do dziecka jest pierwszą relacją, tworzącą więź między dwojgiem osób. Dziecko naśladuje mimikę jej twarzy, gesty np. głaskanie po twarzy, włosach. Maluch świetnie wyczuwa miłość mamy i stara się odwdzięczyć podobnymi ruchami ust i rączek.

Dom rodzinny powinien być „szkołą” dobrych relacji międzyludzkich. Rodzice są pierwszymi nauczycielami dziecka i na nich spoczywa obowiązek ukazywania wartości moralnych oraz wzajemnego okazywania uczuć. Ważną rolę odgrywa tu np. rozmowa z dzieckiem o dzieleniu się zabawkami podczas wizyt kolegów i koleżanek z sąsiedztwa. Młodsze dzieci mogą bawić się wymieniając się zabawkami, książeczkami lub kredkami. Ta wymiana uczy dzieci dzielenia się posiadanymi przedmiotami, a tym samym eliminuje uczucie egoizmu. Bardzo ważne jest czytanie dziecku książeczek o trwałej przyjaźni oraz przytaczanie fragmentów opowiadań odnoszących się do realnych kontaktów dziecka z jego przyjaciółmi. Takie obrazowe przykłady trwale zapisują się w pamięci malucha.

Rodzaje zabaw pomocnych w nawiązywaniu relacji społecznych

W wieku przedszkolnym możemy zachęcać dziecko do rozwoju kontaktów społeczno – moralnych przez zabawy konstrukcyjne, manipulacyjne, dydaktyczne, ruchowe oraz tematyczne. Poniżej przytoczę przykłady każdej z wymienionych zabaw, które można wykorzystać będąc np. na wczasach.

Zabawa konstrukcyjna polega na układaniu klocków, kamyczków, robieniem babek z piasku przy pomocy foremek i łopatki. Ta forma zabawy uczy dziecko tworzenia, pobudza wyobraźnię, a co najważniejsze pomaga w nawiązywaniu kontaktów z innymi dziećmi.

Zabawy manipulacyjne to tzw. zabawy w „dom”, „szkołę”, „sklep” i inne sytuacje przedstawiające scenki z codziennego życia. Podziały na role są początkiem tworzenia się dziecięcych przyjaźni. Tego typu zabawy kształtują w dziecku wrażenia i spostrzeżenia. Ponadto rozwija jego wolę, empatię do osób i zwierząt oraz są przygotowaniem do pełnienia różnych ról społecznych.

Natomiast w dni deszczowe można rozsmakować dziecko w zabawach dydaktycznych. Zastosować tu można np. gry planszowe, zagadki, łamigłówki, układanki obrazkowe. Tego typu zabawy organizowane w grupach uczą dzieci wytrwałości, odwagi, ale przede wszystkim zdrowego współzawodnictwa oraz zacieśnienia przyjacielskich więzów.

Zabawy ruchowe lubiane są przez dzieci zwłaszcza w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Sport daje im wiele radości, poprawia ich kondycję fizyczną. Można tutaj zastosować m.in. rzut do celu, zawody w podskokach, slalom, bieg z przeszkodami, zabawy w wodzie, zawody na plaży. Wymienione tu przykłady gier i zabaw kształtują psychomotorykę dziecka, uczą dokładności w działaniach, uczciwej rywalizacji i koleżeńskości.

Zadaniem rodziców jest organizować i zachęcać swoje dzieci do uczestnictwa w wymienionych zabawach, ponieważ ta forma wypoczynku będzie miała znaczący wpływ na szkolne przyjaźnie, a w przyszłości także na relacje interpersonalne w ich dorosłym życiu.


26 maja 2014 r.

O matce…

„O matce pieśń to pieśń przez łzy to pieśń bez słów” – tak śpiewał Mieczysław Fogg. W tym utworze wyrażona jest miłość i hołd dla macierzyństwa kobiety. Dzisiaj w ten szczególny Dzień Jej Święta wielu z nas przybiegnie do niej z życzeniami. Nie pozwólmy, aby były one wypowiedziane w pośpiechu, a wizyta niech nie odbywa się między jednym, a drugim wyskokiem na popołudniowe zakupy. Ona czeka na każdego dnia, bo kocha, kocha miłością piękną, bo bezwarunkową. Dla swoich dzieci poświęciła wiele lat i nadal jest blisko myślami i sercem. Jej życie można porównać do pór roku.

Wiosna

 
 
Młodość zawsze kojarzona jest z wiosną, zielenią i rozkwitającymi kwiatami. W tym czasie przyroda nacechowana jest ogromną siłą. Nasionko wypuszcza liście, starsze drzewa rozwijają korony i wybuchają zielenią. Podobnie jest w życiu człowieka. Młoda dziewczyna czuje w sobie siłę i chce „zakiełkować”. Chce być różą, mieć błyszczące listki i pączki. Nasze matki też są podobne do róż… kwitły w ogrodach swoich rodzinnych domów.
 
Lato
 
Dojrzałość w życiu kobiety to mądre podejmowanie decyzji, patrzenie przez pryzmat miłości i szczęścia swoich najbliższych. I znów przychodzą mi na myśl róże. Lato jest czasem na początki dojrzewania. Nasze matki przesadzone już do swoich ogródków wydały piękne pąki, nie szczędząc własnych soków do ich rozwoju. A potem pozwoliły, aby ktoś je odciął i cieszył się ich wonią i pięknem. Zostały same w otoczeniu innych kwiatów nie mniej piękne niż były – może bardziej wyblakłe od słońca. Czasem poranna lub wieczorna rosa wygładzała ich pomarszczone twarzyczki skurczone bólem zapomnienia. A one wstydliwie chowały te kropelki rosy między płatki.
 
Jesień
 
Czas zbiorów, czas pogodzenia ze zmianami… Otulone przez czułe ręce róże czekają na zimę w nadziei, że nie będzie śnieżna i mroźna. Nie lubią samotności. Nasze matki też czekają na każdą wizytę, dźwięk telefonu, czekają na dobre ciepłe słowo, które da im otuchę, że zima nie będzie sroga. Czekają na serce pełne płomieni, na serce dzieci. Wystarczy otulić je dłońmi, a znów rozkwitną, jak za dawnych lat. Zimy już nie będzie…


22 maja 2014 r.

Tryptyk Rzymski w kościele Chrystusa Odkupiciela

Niedawna kanonizacja Jana Pawła II jest okazją do przypominania jego sylwetki, nauczania oraz twórczości. Tak też się stało 18 maja br. w parafii Chrystusa Odkupiciela w Świdniku. Ta data to także kolejny pamiątkowy dzień urodzin naszego wybitnego rodaka. Z tych powodów po uroczystościach odpustowych i majowym nabożeństwie mieliśmy okazję wysłuchać pięknej poezji wielkiego Polaka w interpretacji aktorów scen lubelskich.

Poezja przekraczająca czas i przestrzeń

 
Prezentowany Poemat – jak sama nazwa wskazuje – składa się z trzech części:
 
I – Strumień (Sekcje: Zdumienie, Źródło)
 
 
II – Medytacje nad Księgą Rodzaju na progu kaplicy Sykstyńskiej;
 
 
III – Wzgórze w krainie Moria
 
Tryptyk Rzymski został wydany w 2003 roku. Jest poematem, którego autorem jest nasz wielki rodak św. Jan Paweł II. Nie jest moim celem pisanie w tym miejscu recenzji tego dość trudnego poematu. Chcę tylko przybliżyć klimat spotkania z poezją w świdnickim kościele. Dla wielu twórców i jej odbiorców poezja jest niewymiarowa. Potrafi przenieść wyobraźnię tam, gdzie ciało nie zawsze może dotrzeć. Jednak jest to dla wielu z nas subiektywne przeżycie piękna słowa. I tak się stało w ten majowy wieczór. Taką podróż w czasie i przestrzeni odbyli słuchacze programu pt.: „Tryptyk Rzymski” – Jana Pawła II. Profesjonalna interpretacja wierszy przeniosła miłośników poezji do Kaplicy Sykstyńskiej w Watykanie. Czytane utwory ukazywały czas dziejów i wydarzeń biblijnych utrwalonych przez wybitnego malarza Michała Anioła. Poetycko opisane malowidła na ścianach Kaplicy Sykstyńskiej pomagały słuchającym pokonać przestrzeń i czas. O dziejach stworzenia i przemijania mówi obrazowo wiersz pt.: „Zdumienie”
 
Co mi mówisz górski strumieniu? w którym miejscu ze mną się spotykasz? ze mną, który także przemijam — podobnie jak ty… Czy podobnie jak ty? (Pozwól mi się tutaj zatrzymać — pozwól mi się zatrzymać na progu, oto jedno z najprostszych zdumień.) Potok się nie zdumiewa, gdy spada w dół i lasy milcząco zstępują w rytmie potoku — lecz zdumiewa się człowiek! Próg, który świat w nim przekracza, jest progiem zdumienia. Kiedyś właśnie temu zdumieniu nadano imie “Adam”).
 
/Fragment: Zdumienie”/
 
Aktorzy czytając utwory przy akompaniamencie skrzypiec wyrazili głęboką wiarę, delikatność i wrażliwość naszego wielkiego rodaka. Pokazali swój profesjonalizm w przekazie słów. Słowa podziękowania za tę ucztę duchową należą się organizatorom czyli Spółdzielczemu Domu Kultury w Świdniku oraz ks. proboszczowi Andrzejowi Kniaziowi. Dziękujemy również aktorom teatrów scen lubelskich za przejrzystą interpretację wspaniałego dzieła.
 
Końcowym utworem była „Barka” – ukochana pieśń wybitnego Polaka, odśpiewana przez wszystkich uczestników tego nie codziennego spotkania. W tym momencie w wielu oczach pojawiły się łzy wy wzruszenia. A może były to także łzy radości?

14 maja 2014 r.

Spotkanie autorskie w Biskupicach

W ramach ogłoszonego przez Stowarzyszenie Bibliotekarzy Tygodnia Bibliotek wypożyczalnie organizują ciekawe spotkania z pisarzami, konkursy literackie dla dzieci i młodzieży, propagując czytanie książek.

Biblioteka w Biskupicach

Na zaproszenie pracowników biblioteki w Biskupicach, 9 maja br., miałam szczęście gościć w jej progach z moimi wierszami. Już przy wejściu powitały mnie skrzydła rzeźbionych aniołów dekorujących ściany. Pomieszczenia pełne książek emanowały ciepłem i przyjemnym zapachem farby i papieru. W przestronnej sali czekali na mnie zaproszeni goście oraz grupa teatralna z Trawnickiego domu Kultury. Młodzi ludzie byli bardzo przejęci i troszeczkę onieśmieleni sytuacją. To oni mieli przekazać treść i przesłanie mojej poezji – wierszy prostych, ale dla niektórych odbiorców trudnych, opisujących przeżycia do tej pory nieznane, bo z głębi serca pochodzące. Program artystyczny przygotowany był przez doświadczonego instruktora kultury w Trawnikach – Arkadiusza Jurka. Dzięki niemu dziewczęta bardzo dobrze poradziły sobie z interpretacją utworów i słowem „otworzyły” mój drugi świat, jakim jest poezja. Krótki program ukazał zgromadzonym nie tylko moją twórczość, ale „odkrył” osobę autorki. Dzięki wierszom miłośnicy wierszy mogli przekonać się o moim postrzeganiu i widzeniu świata, jego wady i zalety.

Po programie artystycznym słuchacze zaczęli zadawać mi pytania. Dyskusja przerodziła się w luźną rozmowę. Miła wręcz rodzinna atmosfera sprawiła, że nie czułam tremy i bez oporów odpowiadałam na zadane pytania, dotyczące nie tylko mojej twórczości, ale także radzenia sobie w codziennym życiu. Najbardziej cieszyły mnie pytania zadawane przez młodzież, ponieważ – być może – moje odpowiedzi przybliżą im problemy osób z niepełnosprawnością, a tym sposobem nie będzie podziału na dwa światy: ludzi zdrowych i tych trochę mniej sprawnych, a jednak czujących i myślących nie inaczej, jak ci pierwsi. Takie dyskusje zawsze dają nadzieję na lepszy świat.

Dedykacje stopą pisane

Po tej edukacyjnej konwersacji przyszedł czas na podpisywanie książek. Robiłam to jak zawsze stopą, co wzbudzało wśród zebranych gości spore zainteresowanie. Nie byłam wprawdzie przygotowana na składanie autografów, jednak czego się nie robi dla swoich czytelników…

Potem przyszła pora na degustację pysznych domowych ciast, słodyczy i napojów. Cały ten czas panowała wśród nas rodzinna atmosfera. W tym miejscu pragnę podziękować za okazaną życzliwość dyrektorce Publicznej Biblioteki w Biskupicach pani Ewie Mazur oraz kustosz tejże biblioteki pani Janinie Zielińskiej, a także pani Barbarze Wójcik. Szczególne podziękowania kieruję do pana Arkadiusza Jurka i Grupy Teatralnej działającej przy Gminnym Ośrodku Kultury w Trawnikach za perfekcyjne przygotowanie programu artystycznego. Chwile spędzone w tym gronie na zawsze pozostaną w mojej pamięci.


7 maja 2014 r.

8-15 maja – Tydzień bibliotek

Biblioteka to dom książek. Tych starych i tych niedawno wydanych. To placówka, która edukuje, udostępnia książki szerszemu gronu czytelników. Odbywają się tam także promocje tomików wierszy, powieści i innych ciekawych imprez kulturalnych dla różnych grup wiekowych. W tym roku już po raz XI obchodzimy Tydzień Bibliotek, który odbywa się w dn. 8-15 maja 2014 roku. Ma on na celu promowane tych jakże potrzebnych instytucji. Hasło tegorocznego Tygodnia brzmi: „Czytanie łączy pokolenia”. Warto w tym miejscu zapoznać się z historią powstawania bibliotek na ziemiach polskich. One to miały wpływ na nasze wykształcenie i rozpowszechnianie narodowej kultury.

Pierwsze biblioteki w Polsce

Najstarszą biblioteką założoną na naszej ziemi była w Gnieźnie przy Szkole tumskiej. Biblioteka ta powstała w XI wieku i była zasilana przez biskupów oraz kanoników. W tym też okresie powstały biblioteki w Płocku, Krakowie, Poznaniu. Początkowo z wypożyczonych książek korzystali tylko duchowni, ponieważ laicy byli analfabetami.

Z biegiem czasu rody królewskie zaczęły bardziej kłaść nacisk na wykształcenie swoich dzieci, głównie córek. Zamożniejsze rody posiadały własne księgozbiory. Na dużą uwagę zasługuje księgozbiór królowej Jadwigi z XIV wieku znajdujący się w Krakowie. Natomiast Bibliotekę Akademii Krakowskiej założono w roku 1364 i uważana jest ona za jedną z najstarszych. Od roku 1400 z inicjatywy króla Jagiełły zaczęto tworzyć biblioteki przy kolegiach. Zbiory te zawierały podręczniki szkolne oraz rękopisy dzieł klasyków.

Odrodzenie i reformacja to okresy rozkwitu nauki i powstawania bibliotek, co stanowiło łatwiejszy dostęp do książek. Należy tu wymienić biblioteki powstałe dzięki Szafrańcom i Radziwiłłom oraz bibliotekę założoną przez Zygmunta I w Krakowie. Na uwagę zasługuje również biblioteka założona w 1598 roku przez wielkiego miłośnika książek – hetmana Jana Zamoyskiego. Duże znaczenie w rozwoju czytelnictwa odegrał tu wynalazek druku. Od tego czasu do Polski zaczęły napływać książki protestanckie.

Reforma potrydencka miała znaczący wpływ na powstawanie licznych seminariów duchownych, a więc wzrosło zapotrzebowanie na większą ilość książek i bibliotek. Ogromne znaczenie dla nauki miała tu największa i najwartościowsza biblioteka kolegium wileńskiego, zaopatrzona w księgozbiór Zygmunta Augusta. W 1777 roku ogromne znaczenie dla tej biblioteki odegrała Komisja Edukacji Narodowej, powiększając jej zbiory, a przeprowadzenie tej reformy powierzono Kołłątajowi. Od tego czasu określone zostały obowiązki bibliotekarza.

Okres po utracie niepodległości zbiory zostały konfiskowane przez zaborców pruskich i carsko-rosyjskich. Polski język został tłumiony. Jednak w okresie Księstwa Warszawskiego powstaje m.in. księgozbiór Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie. W tym okresie własnością narodową stała się Biblioteka Czartoryskich w Puławach oraz Biblioteka Ossolineum we Lwowie.

Utrata niepodległości podczas zaborów oraz okres międzywojenny nie należał do łatwych w rozwoju bibliotekarstwa. Zaborcy likwidowali podstawy prawne bibliotek.

Natomiast okupacja niemiecka przecięła rozwój bibliotekarstwa na okres siedmiu lat. Dzieła przez lata gromadzone zostały przez okupantów bezpowrotnie zniszczone. Rozbudowa szkolnictwa przyczyniła się także do rozwoju bibliotek. Odtwarzanie zniszczonego mienia wymagało wiele wysiłku, nie byłoby tego zapału do odnowy bogactwa narodowego bez ducha patriotyzmu, jaki palił się w umęczonym wojnami narodzie. Czy w obecnych czasach doceniamy ten trud i poświęcenie starszych pokoleń, które z myślą o młodszej generacji odtwarzało ze zgliszczy wojennych myśli pisane rękami wielkich Polaków? W naszym mieście istnieje kilka bibliotek. Czy z nich obecnie często korzystamy?

Biblioteka im. Anny Kamieńskiej w Świdniku

Miejsko-Powiatowa Biblioteka Publiczna im. Anny Kamieńskiej w Świdniku istnieje już od 1955 roku. Wraz z rozwojem miasta przybywało czytelników i powstało 4 jej file. Biblioteką przy ul. Niepodległości 13 od 1976 roku kieruje pani Jadwiga Ciołek, a od 2001 roku jest na stanowisku dyrektora. To ona wraz ze swoimi współpracownikami dba o sprowadzenie nowości wydawniczych, organizuje cykliczne imprezy kulturalne, zaprasza na spotkania autorskie ciekawych pisarzy i poetów. W kalendarz imprez wpisane są m.in. ogólnopolskie konkursy, wystawy malarstwa, a także trwający obecnie Tydzień Bibliotek. Właśnie ten wyjątkowy tydzień będzie obfitował w liczne imprezy i wydarzenia związane z propagowaniem czytania książek wśród dzieci i młodzieży, a także dorosłych. Ewenementem będzie fakt, że 9 maja br. biblioteka ma być czynna do godz. 22.00. skorzystajmy z tego udogodnienia i przybliżmy do literatury.

W dobie mediów zbyt rzadko sięgamy po słowo pisane, zastępując je oglądaniem adaptacji filmowych. Jest to droga na skróty do wyobraźni, wrażliwości, poznawania piękna ojczystego języka oraz polskiej kultury. Tydzień Bibliotek ma nam to uzmysłowić. Niech hasło „Czytanie łączy pokolenia” – towarzyszące temu wydarzeniu rzeczywiście połączy pokolenia podczas czytania wielu ciekawych pozycji książkowych.


30 kwietnia 2014 r.

Co robić, gdy dziecko boi się zwierząt?

Nadeszła wiosna. Przed nami długi weekend. Wkrótce zaczną się letnie wyjazdy poza miasto. Podczas tych eskapad będzie częstszy kontakt ze zwierzętami w gospodarstwach agroturystycznych lub na łonie natury.Od wieków wiadomo, że najwierniejszym przyjacielem człowieka jest pies lub inne zwierzę z którym człowiek czuł się mocno związany.

W dzisiejszych czasach zwierzęta pomagają chorym dzieciom pokonywać przewlekłe choroby, ponieważ ciało np. konia wydziela specyficzny zapach, który pozytywnie działa na wszystkie zmysły człowieka. Jednak niektóre dzieci czują paniczny lęk przed czworonogami.

Szukamy przyczyn lęku

Na początku oswajania dziecka ze zwierzętami musimy znaleźć powód urazu z jakim zmaga się maluch uciekając przed psem lub kotem. Sprowokujmy dziecko do ułożenia bajki, której bohaterem będzie jakieś zwierzątko. W trakcie opowiadania – być może – dziecko opowie
o swoich przyczynach lęków dotyczących zwierząt. Jeżeli maluch nie jest skory do wymyślana historii nakłońmy go do narysowania obiektu swojego lęku, a potem zachęcajmy, aby narysował psa lub kota do którego nie czuje obawy – może to być np. portret pieska
z sąsiedztwa. Rysunki są odbiciem stanów emocjonalnych ich autorów. Spójrzmy też na samych siebie. Być może to my jesteśmy tym powodem obaw? Dzieci bacznie obserwują nasze zachowania. Może kiedyś widziało nas w sytuacji, w której pokazaliśmy swoje przerażenie w stosunku do jakiegoś zwierzęcia? Rozpoznanie prawdziwej przyczyny negatywnych zachowań pomoże zastosować odpowiednie działania eliminujące niepokojące nas stany lękowe.

Jak oswoić dziecko ze zwierzętami?

Na wstępie należy zachęcić dziecko, aby wspólnie z nami pobawiło się pluszowym pieskiem lub kotkiem, które „na niby” będą karmione, przytulane i wyprowadzane na spacer. Do takich relacji można przyzwyczajać już 2-3 letnie dzieci. W wolnym czasie razem przeczytajcie bajkę lub obejrzycie film z udziałem tych zwierząt. Podczas tych zabaw wyjaśnijmy, kiedy piesek może być miły i przyjazny, a kiedy staje się agresywny. Dziecko powinno wiedzieć, że dokuczanie zwierzętom wzbudza w nich agresję i dlatego nie wolno ich drażnić. Nie oswajajmy dziecka z pieskiem lub kotkiem na siłę, mówiąc: „pogłaskaj pieska”, nawet jeśli jest to znajome zwierzę. Takie zachęty mogą pogłębić lęk dziecka. Unikajmy terapii szokowych. Dajmy mu czas, aż samo nas poprosi o kontakt ze zwierzątkiem. W żadnym przypadku nie wolno nam wstydzić dziecko nazywając je „tchórzem”. Powinniśmy okazać mu zrozumienie i dać mu poczucie bezpieczeństwa.

Zapewniajmy malucha, że zwierzęta również potrafią kochać, być miłe, wesołe i lubią się bawić. Pokazujmy dziecku zalety zwierzaków: miękka sierść, pokojowe usposobienie. Wytłumaczmy, czemu nie wolno ich krzywdzić. Dobrym sposobem na pogłębienie relacji dziecka ze zwierzętami jest wycieczka do ZOO. Tam można opowiadać swoim pociechom
o miejscach, w których zwierzęta żyją, czym się żywią, w jaki sposób dbają o swoje potomstwo.

Kiedy i gdzie szukać pomocy?

Niekiedy zdarza się, że żadne argumenty o przyjaźni zwierząt nie trafiają do naszych dzieci. Długotrwałego lęku nie należy bagatelizować, ponieważ może się on przerodzić w fobię. Wrażliwe maluchy po nakłanianiu ich do zabawy z czworonogami mogą źle sypiać, tracić apetyt lub odczuwać bóle somatyczne. Takie objawy są powodem, by udać się z dzieckiem do psychologa, który zaleci odpowiednią terapię.


 

24 kwietnia 2014 r.

Uśmiech Jana Pawła II

W przeddzień kanonizacji Wielkiego Polaka Jana Pawła II wspominamy jego życie, pobyt wśród nas, jego nauki, a zwłaszcza pielgrzymowania do Ojczyzny. W 1987 roku, podczas jego III pielgrzymki ja także miałam szczęście wziąć udział w nabożeństwach celebrowanych przez przyszłego Świętego. Tymi wspomnieniami pragnę się podzielić.

Majdanek

Już od początku pontyfikatu Jana Pawła II czułam wewnętrzną potrzebę w uczestniczeniu w nabożeństwie przez niego sprawowanym. Wraz z rodzicami pojechałam do Warszawy na Stadion X Lecia w 1983 roku, gdzie podczas II pielgrzymki Papież Polak odprawiał mszę świętą. W 1987 roku, gdy dowiedziałam się, że na trasie III papieskiej pielgrzymki będzie Lublin. Nie mogłam tam nie być. Uprosiłam rodziców, abyśmy tam pojechali. Papieska wizyta miała być krótka wręcz kameralna.

Pamiętam, że staliśmy przodem do pomnika – mauzoleum. Papież przyjechał w towarzystwie Józefa Glempa – prymasa Polski oraz kardynałów: Henryka Gulbinowicza i Franciszka Macharskiego. W czasie tej drogi po terenie obozu Papież przemieszczał się otwartym papa mobile, błogosławił zebranych tam wiernych.

Uśmiech z oddali

Siedząc na wózku niewiele mogłam zobaczyć, a moim pragnieniem było spojrzeć w oczy tego świętego człowieka. Rodzice znali moje marzenie… Wówczas tata podniósł mnie, przytrzymał, a ja na chwiejących się nogach stanęłam na siedzeniu wózka. Tylko w ten sposób stałam się „wyższa” i mogłam zobaczyć Papieża. I wtedy stało się coś, o czym mogłam tylko śnić. Moje oczy i oczy Świętego spotkały się mimo dzielącej nas odległości. Widziałam Jego uśmiech skierowany tylko do mnie i rękę unoszącą się do błogosławieństwa. Papież mnie pobłogosławił, byłam tego pewna. Tej radości, jaka we mnie wstąpiła nie jestem w stanie opisać. Zaczęłam skakać na wózku, a był to rodzaj tańca, tańczyło we mnie serce i całe moje ciało. Nie chciałam już siadać na wózek i chować się w tłum. Mimo, że było masę ludzi ja byłam przekonana, że Ojciec Święty ,mnie widział. Wspomnienie tej chwili dodaje mi odwagi, aby nie wstydzić się ludzi i robić to, co podpowiada mi serce.

Wierzę, że Jan Paweł II nadal się do mnie uśmiecha, dodaje odwagi z odległego nieba, bo wie, że potrzebuję Jego Uśmiechu, który inspiruje. Dziś wiem, że nie trzeba chować się w tłumie tylko wyjść z niego, aby marzenia się spełniały.

Jeden Jego uśmiech uzdrowił moje serce w miejscu, gdzie podczas II wojny światowej wielu ludziom gasły uśmiechy a oczy zachodziły łzami. Czy to nie było przeznaczenie, że tam byłam podczas pobytu Papieża na tej ziemi cierpienia?


18 kwietnia 2014 r.

Wielkanocne zwyczaje i obrzędy

Wielkanoc jest jednym z najstarszych i najważniejszych świąt obchodzonych przez chrześcijan. Jest to upamiętnienie śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Poprzedza je Niedziela Palmowa i Triduum Paschalne, podczas którego Kościół katolicki wraz z wiernymi czci wydarzenia związane z historią odkupienia ludu Bożego przez Boskiego Zbawiciela. Z radosnym świętem Wielkiej Nocy wiążą się religijne i ludowe zwyczaje kultywowane do dnia dzisiejszego.

Niedziela Palmowa

Wielki Tydzień rozpoczyna się Niedzielą Palmową zwaną też kwietną lub wierzbną. W tym czasie święci się palmy zrobione z gałązek, suchych traw przybranych ziołami i baziami. Ten dzień upamiętnia wjazd Chrystusa do Jerozolimy, kiedy to chciano obwołać Go Królem. Wtedy to kładziono przed Nim gałązki palm. Dlatego w ostatnią niedzielę postu Kościół katolicki upamiętnia ten fakt. Po powrocie z kościoła bito się poświęconymi palmami, ponieważ ten rytuał miał każdemu zapewnić zdrowie i szczęście. Połykano również bazie z palmy, aby uchronić się przed chorobami gardła. Poświęcone palmy zatknięte za święte obrazy miały za zadanie bronić dom przed nieszczęściami.

Triduum Paschalne

Wielki Czwartek to upamiętnienie ustanowienia Eucharystii i Kapłaństwa przez Jezusa Chrystusa. Są to dwa najważniejsze sakramenty bez których nie byłoby możliwe odprawienie Mszy świętej. Wierni w Kościołach dziękują Zbawicielowi za ten cenny dar. Po powrocie do domu – na upamiętnienie ostatniej wieczerzy – rodzina gromadzi się przy uroczystej kolacji.

Wielki Piątek to dzień śmierci Jezusa, żałoby, postu, zadumy i odwiedzania Grobu Pańskiego, które trwa do Wielkiej Soboty.

Wielka Sobota to tzw. Wigilia Paschalna. Podczas wieczornej Mszy świętej kapłan zapowiada Zmartwychwstanie Zbawiciela. Jednak dopiero w Wielką Niedzielę zabrzmi uroczyste Alleluja! Właśnie w Wielką Sobotę święci się pokarmy przygotowując uprzednio tradycyjną Święconkę.

Święconka

Jak sama nazwa wskazuje są to poświęcone pokarmy. Do Polski ten obrzęd przyszedł w roku 1631, a dokonywany jest w Kościele w Wielką Sobotę przez diakona lub kapłana. W pięknie przystrojonym bukszpanem koszyczku układa się jajka, chleb, chrzan, sól kuchenną, pieprz, ciasta wielkanocne i baranka z chorągiewką. Każdy z pokarmów ma znaczenie symboliczne. Jajko lub pisanka – jest symbolem życia i odradzającego się życia – ma ono dodawać sił witalnych i pełni rolę podarunku dla naszych bliskich. Przyprawy – mają chronić od wewnętrznego zepsucia. Baranek cukrowy z czerwoną chorągiewką jest symbolem Chrystusa, dla którego śmierć nie ma już dostępu. Chleb i wędliny zapewniają domownikom dostatek na cały rok. W wielu domach ponad aromatem świątecznych ciast unosi się zapach zielonej rzeżuchy, która symbolizuje budzącą się do życia przyrodę.

W Wielką Niedzielę po porannej Mszy św. zwanej Rezurekcją, w każdym katolickim domu zasiada się do uroczystego śniadania wielkanocnego. Wspólnie z rodziną dzieląc się poświęconym jajkiem oraz pozostałymi pokarmami składamy sobie wzajemnie życzenia.

Śmigus – dyngus

Drugi dzień Wielkanocy to Wielki Poniedziałek. Tradycyjny śmigus – dyngus. Zwyczaj śmigusa – dyngusa zawitał do nas z kultury słowiańskiej. Polegał on na symbolicznym smaganiu witkami wierzbowymi lub palmami po nogach oraz polewaniem wodą ze studni. Wierzono, że te czynności miały oczyszczać z wiosennego brudu i zapobiegać chorobom i były symbolem powodzenia zwłaszcza jeśli chodziło o panny na wydaniu. Dyngus dawał możliwość wykupienia się pisankami lub innymi świątecznymi smakołykami od tego niezbyt przyjemnego zwyczaju. Obecnie tradycja ta jest nadal podtrzymywana, jednak ograniczono ją do symbolicznego pokropienia wodą lub perfumami.

 


9 kwietnia 2014 r.

Przedświąteczna pomoc ubogim rodzinom

Niewiele już dni dzieli nas od Świąt Wielkanocnych. W sklepach zaczyna się wzmożony ruch i gorączka zakupów. Nie każdy jednak może sobie pozwolić na dostatnio zastawiony stół i prezenty od wielkanocnego „zajączka”. W naszym mieście jest wiele rodzin, które m.in. z powodu bezrobocia zmuszone są korzystać z różnych form pomocy udzielanych im przez różne instytucje.

Zbiórki żywności w supermarketach

Dwa tygodnie przed Świętami Wielkanocnymi w niektórych sklepach i supermarketach prowadzone są zbiórki żywności oraz środków czystości. Artykuły można składać do odpowiednio oznakowanych pojemników. Są to dary serca ofiarowane dla ludzi z uboższych rodzin przez te rodziny, które mają zasobniejsze portfele. Te produkty wydawane są potem np. przez SOS, KSM i miejscowe parafie. Oprócz tych zbiórek do akcji włączają się także proboszczowie świdnickich parafii oraz Caritas Archidiecezji Lubelskiej.

Pomoc ofiarowana przez parafian

Od wielu już lat podczas trwania wielkopostnych rekolekcji proboszczowie świdnickich parafii kontynuują piękną akcję zbiórki darów dla ubogich rodzin mieszkających na terenie danej parafii. Każdy może podzielić się tym, co ma. Po każdej Mszy św. można przekazać paczkę żywnościową do pojemnika, który potem wędruje do przykościelnego zespołu Caritas. Po zakończeniu rekolekcji społeczni pracownicy rozdzielają artykuły przyniesione przez ofiarodawców uczestniczących w rekolekcjach. Aby otrzymać paczkę żywnościową należy spełniać następujące kryteria: rodziny wielodzietne, rodziny dysfunkcyjne, rodziny ubogie, osoby samotne, osoby bezdomne, bezrobotne oraz osoby niepełnosprawne. Jak widzimy, przydział otrzymania paczki zależy os statusu społecznego rodziny. Nie zawsze jest to jednak przestrzegane i należycie wykorzystywane. Nawet podczas wydawania darów niektórzy z uprawnionych do ich pobrania wykazują arogancką postawę mają wygórowane wymagania. A przecież otrzymują wyłącznie to, czym podzielili się nieco zamożniejsi parafianie. Nie chcę jednak zagłębiać się w moralne kwestie ludzkich sumień. Idea jest szczytna i to jest najważniejsze. Wszystkim ofiarodawcom i wolontariuszom zależy na tym, aby podczas Świąt każdy z nas był syty i przynajmniej podczas ich trwania nie odczuł biedy i miał co włożyć do koszyczka ze święconką. W tym miejscu należy podziękować wszystkim ludziom uczulonym na biedę, ludziom, którzy potrafią podzielić się drobiazgiem, ale jakże znaczącym w tym świątecznym czasie. Dopilnujmy, aby wielkanocny „zajączek” przyniósł drobny upominek każdemu dziecku. Nasze serca niech będą przepełnione empatią nie tylko przed Świętami.


 

3 kwietnia 2014 r.

Bezsilność osoby niepełnosprawnej żyjącej w rodzinie patologicznej

W rodzinach wychowujących dziecko niepełnosprawne często zdarza się, że jedno z rodziców nadużywa alkoholu, zażywa narkotyki. Najczęściej to właśnie ojcowie tych rodzin nie wytrzymują ciężaru związanego z całodobową opieką nad chorym dzieckiem. Jednak nie jest to regułą, ponieważ matki także zaniedbują lub porzucają swoje niepełnosprawne dzieci. Szukają „lepszego” życia topiąc swoje troski w alkoholu, narkotykach. W takiej rodzinie każdy myśli o sobie, nie zastanawiając się, co czuje chore dziecko widząc pijanego ojca lub naćpaną matkę codziennie wszczynającą awantury.

Partnerski model rodziny

Wszyscy rodzice przed narodzeniem dziecka snują plany i marzenia o tym, kim będzie w przyszłości. Gdy dziecko rodzi się chore lub jego niepełnosprawność zostaje nabyta w wyniku poniesionego urazu wówczas plany rodziców względem dziecka sypią się jak domek z kart. Zazwyczaj matka musi bardzo szybko „pozbierać się” psychicznie, aby przejąć opiekę nad dzieckiem. Rezygnuje z pracy i kariery zawodowej. Ojciec musi zarabiać na utrzymanie rodziny oraz na kosztowne leczenie i rehabilitację dziecka. Po powrocie z pracy zajmuje się dzieckiem wyręczając żonę, aby mogła odpocząć lub spotkać się z przyjaciółmi. Żona również powinna zrozumieć potrzeby męża i pozwolić mu na cotygodniowe spotkanie z kolegami. Małżonkowie dzielą między siebie obowiązki domowe i opiekę nad dziećmi. Taki jest prawidłowo funkcjonujący partnerski model rodziny. Jednak nie jest on w Polsce tradycyjnym modelem, a zwłaszcza w rodzinach wychowujących niepełnosprawne dziecko.

Dlaczego stają obok problemu?

Niektórzy rodzice nie są na tyle odporni i dojrzali psychicznie, aby przyjąć do swojej świadomości, że muszą zaopiekować się niepełnosprawnym dzieckiem. Nie są do tej roli gotowi, a w ich domach rodzinnych nie był praktykowany partnerski model rodziny. A więc zwykle jedno z rodziców zostaje obarczone obowiązkiem zajmowania się dzieckiem, a drugi rodzic zajmuje się swoim potomkiem bardzo sporadycznie lub stoi obok tego problemu. Najczęściej to właśnie matki zostają same z ciężarem opieki nad dzieckiem, a potem jego edukacji. Ojcowie natomiast oddalają się od swoich żon i dzieci wybierając alkohol lub narkotyki topiąc w nich swój żal do Boga i całego świata. Wstydzą się przyznać do swojej niedojrzałości psychicznej. Nie chcą przyznać się do swojego uzależnienia odmawiając specjalistycznego leczenia i przynależności do Klubu AA. Ich żony zamiast wsparcia otrzymują od nich wyzwiska, awantury, fizyczną przemoc i upokorzenia. Niekiedy obarczają je również winą za chorobę dziecka i tym tłumaczą powód swojego uzależnienia. Małżonki czują się zastraszone, i co gorsze wierzą w te bezpodstawne zarzuty. Bojąc się braków finansowych oraz złamania przysięgi małżeńskiej kobiety przez całe życie trwają w takich toksycznych związkach. Boją się ujawniać ze swoim nieszczęściem odmawiając nawet zeznań na policji. Czynią to bardzo często kosztem własnego zdrowia i spokoju swojego dziecka, a niekiedy ryzykują życiem ich obydwojga. Bardzo często popadają w stany depresyjne, zaniedbując przy tym swoje dziecko. Odważniejsze kobiety decydują się na rozwód i te związki się rozpadają.

Co czuje dziecko uzależnionego rodzica?

Dziecko niepełnosprawne żyjące w rodzinie patologicznej do najmłodszych lat czuje w sobie obawę i lęk przed pijanym ojcem lub matką. Strachem reaguje na każde głośniej wypowiedziane słowo, a lękiem na głośniejsze trzaśnięcie drzwiami. W jego psychice wzrasta poczucie winy za każdą awanturę rodziców. Wyobraża sobie, że gdyby było zdrowe jego sytuacja i sytuacja rodziny byłaby o wiele lepsza. Starsze dziecko poza tymi odczuciami może mieć obawy o zdrowie i życie swojego rodzica, który się nim opiekuje. Zadaje sobie pytanie o dalszy byt w rodzinnym domu i opiekę nad nim. Te obawy nie są bezpodstawne. Zdaje sobie sprawę, że nie może liczyć na wparcie uzależnionego rodzica. W kryzysowych momentach jest zdane na pomoc z Opieki Społecznej lub decyduje się na odejście z domu rodzinnego do Domu Pomocy Społecznej.

Gdzie szukać pomocy?

Dziecko przewlekle chore żyjące w rodzinie patologicznej wcale nie musi czuć się zastraszone i bezradne. W dzisiejszej dobie rozwoju techniki i Internetu może samo interweniować do Ośrodków, które są powołane, aby nieść pomoc w kryzysowych sytuacjach. Do takich organów należą:

1. Policja,

2. Ośrodek Interwencji Kryzysowej – oferuje pomoc psychologa, psychologa dziecięcego, pedagoga, terapeuty, pracownika socjalnego oraz prawnika;

3. Zespół Poradnictwa Specjalistycznego i Interwencyjnego działający na rzecz przeciwdziałania przemocy w rodzinie.

4. Ośrodek Pomocy Społecznej.

Warto dodać, że im wcześniej zareaguje się na patologiczną sytuację tym lepsze są rokowania na stabilność w rodzinie.


28 marca 2014 r.

Wspomnienie o Lucjanie Świetlickim

Stare powiedzenie mówi, że człowiek żyje, dopóki pamięć o nim trwa. Tak będzie zapewne w przypadku śp. Lucjana Świetlickiego, o którym pamięć nie pozwoli zapomnieć przez ilość wydanych książek, publikacji, a przede wszystkim przez serce pełne dobroci i oddane ludziom, żyjącym na jego ukochanej Piaseckiej Ziemi i w całym lubelskim regionie. Waśnie ci ludzie oddali ostatni hołd znanemu regionaliście 5 marca br. uczestnicząc w mszy św. pogrzebowej. Ten tekst niech będzie również formą hołdu dla pana Lucjana za umiłowanie naszej Małej Ojczyzny.

Pedagog, który wyprzedził Ustawę o systemie oświaty

O działalności i zasługach dla Lubelszczyzny pana Lucjana Świetlickiego napisano już wiele publikacji w książkach, artykułach i Internecie. W tym felietonie nie mam zamiaru powielać inwencji twórczej moich poprzedników. Chcę po prostu opisać swoje wspomnienia związane z tym wspaniałym człowiekiem.

Pana Lucjana Świetlickiego – wówczas dyrektora Szkoły Podstawowej im. M. Kopernika
w Piaskach – poznałam na początku swojej edukacyjnej drogi. Na początku lat 70-tych ubiegłego stulecia nie było ustawy mówiącej o kształceniu dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością. Pan Lucjan mimo to bez żadnych obiekcji przyjął mnie do grona swoich uczniów. Było to – na tamte lata – ryzykowne, nowatorskie przedsięwzięcie. Jednak dyrektor zaufał mnie i moim rodzicom, którzy pragnęli, abym poszła do szkoły razem ze swoimi rówieśnikami. Był odważnym, pełnym energii człowiekiem. W piaseckiej szkole uczył historii i muzyki. Wymagający lecz pełen zrozumienia i dobroci dla swoich wychowanków. Po mojej przeprowadzce do Świdnika kontakt z panem Lucjanem trochę stał się rzadszy i bardzo z tego powodu ubolewałam. Stanowisko dyrektora pełnił przez 33 lata.

Pasja pisania drogą do przyjaźni

Nasze drogi znów się zbiegły, gdy zaczęłam wydawać swoje wiersze. Pan Lucjan z żoną Anną przyjeżdżał na promocje moich tomików, a ja zawsze cieszyłam się z ich obecności. Będąc na emeryturze rozwijał swoją pasję pisarską. Wydawał książki, pisał artykuły i wiersze. To w nich zostało jego serce, bo szczerze kochał miejscowości, które opisywał. Każdą publikację otrzymywałam z pamiątkową dedykacją. Spotykaliśmy się nie tylko na promocjach naszych książek.

Pan Lucjan i jego żona byli zawsze mile widziani u mnie w domu, a opowieściom o naszych piaseckich stronach nie było końca. Łączyła nas nie tylko pasja pisarska, ale również szaleńcza miłość do tych stron piaseckich, w których zostały nasze korzenie. Dzięki kontaktom z panem Lucjanem poznałam wiele wartościowych osób. Był dla mnie wzorem pedagoga, poety, a przede wszystkim człowieka, który mimo strasznej choroby był aktywny społecznie. Utrata głosu nie była dla niego barierą, by nie opowiadać o tym, co przeżył i co jest dla niego ważne. Potrafił zachwycać się pięknem rzeki Sierotki, dworami nad Giełczwią…

2 marca 2014 roku odszedł już na zawsze. Msza święta pogrzebowa odprawiana w piaseckim kościele zgromadziła rzeszę ludzi, którzy byli z nim zżyci, dla których był wzorem umiłowania swojej małej Ojczyzny. Oni go nie zapomną…


18 marca 2014 r.

Jedno przedwiosenne popołudnie

To było dość kapryśne przedwiośnie. Początek marca w naszym klimacie niesie ze sobą zmiany pogody i wahania ciśnienia. Tak było i tego feralnego dnia. Czułam się bardzo senna. Po zjedzeniu obiadu postanowiłam trochę się zdrzemnąć. Przykryta polarowym kocem zapadłam w błogi sen.

 
Po trzech godzinach trochę przydługiej drzemki obudziłam się. W pokoju było ciemno tylko na suficie pojawiały się dziwne pulsujące niebieskie światła. W pierwszym momencie pomyślałam, że chyba podczas snu niechcący nacisnęłam przycisk telefonu komórkowego. Spojrzałam na aparat leżący obok mnie. Wygaszacz telefonu był czarny, a światło nadal wirowało po suficie mojego pokoju. Byłam przerażona i różne myśli pośpiesznie wpadały mi do głowy. UFO? Nie, nie wierzę w kosmitów, ale w chwili strachu można uwierzyć we wszystkie możliwe stwory. Zawołałam mamę. Była w kuchni i nie od razu mnie usłyszała. Mama wyglądała przez okno. Po dłuższej chwili pojawiła się w moim pokoju. Na moje pytanie: co się dzieje odpowiedziała, że stało się coś strasznego. Z sąsiedniego bloku ktoś wyskoczył z okna. Spojrzałam w swoje okno. Była noc. w mieszkaniach paliły się światła tylko w jednym – na ostatnim piętrze było ciemno, a w połówce jednej szyby brakowało białej ramy, co dawało przypuszczenie, że okno jest otwarte. Z widzenia znałam mieszkańców tego domu. Byli młodzi i zdrowi.
 
Na dole w karetce lekarze ratowali młode życie. W milczeniu modliłam się o powodzenie akcji. Reanimacja trwała około godziny – chyba skutecznie, bo pogotowie odjechało na sygnale w stronę szpitala. Policja jeszcze została, aby dopełnić procedury.
 
Gdy opadły emocje przyszła refleksja: co skłoniło młodego człowieka do tak desperackiego czynu? Nikt widział jego gestów mówiących o tym, że coś się dzieje trudnego w życiu tego człowieka? Nikt nie słyszał jego „niemego krzyku?” Pytania można mnożyć. Przypuszczam, że nie poznam prawdziwego powodu, który był decydujący być, albo nie być na tym świecie. Jedno jest pewne: zawiodło myślenie perspektywiczne i brak odwagi, aby być blisko w rodzinie, sąsiedztwie. Nie pomyślał ten młody człowiek, co z nim będzie jeżeli złamie kręgosłup, a kończyny odmówią posłuszeństwa? Matka musi przecież pracować, a obca opiekunka będzie musiała obnażyć intymne części jego młodego ciała. Czy w takiej sytuacji można czuć się komfortowo?
 
Niektórzy już przy narodzeniu otrzymują kompletne „wyposażenie” do samodzielnego życia i to od nich zależy, czy będą je szanowali.


8 marca 2014 r.

Dzień Kobiet – święto zapomniane czy lekceważone?

Dziś 8 marca. Ta data zawsze kojarzy się z Międzynarodowym Dniem Kobiet uchwalonym w 1910 roku jako wyraz szacunku dla ofiar walki o ich równouprawnienie.

W Polsce ten dzień uroczyście obchodzono do roku 1993. Dzisiaj niektórzy panowie odżegnują się od uczczenia tej tradycji twierdząc, że ten Dzień narzucony był przez poprzedni system. Jednak był to miły dzień dla wszystkich kobiet. A jak jest obecnie?

Kwiatek, drobiazg czy wykręt? Przed rokiem 1993 w szkołach, zakładach pracy i w domach prywatnych bardzo uroczyście obchodzono Dzień Kobiet. Nieodłącznym atrybutem tego święta był czerwony gwoździk lub tulipan wręczany każdej kobiecie wraz z drobnym upominkiem. Panie czuły się doceniane w domach i miejscach pracy. Wraz ze zmianą systemu 8 marca kojarzony jest obecnie ze świętem typowo komunistycznym. Panowie coraz rzadziej pamiętają o miłych akcentach. A ci, którzy pamiętają postrzegani są jako niedzisiejsi. Niektórzy z panów twierdzą, że szacunek należy dawać kobietom każdego dnia, a nie tylko raz w roku. To prawda. Jednak obserwując polskie społeczeństwo nie zawsze ten szacunek jest dostrzegalny.

A dzisiaj, ilu panów kupuje swoim wybrankom kwiaty w ciągu roku, ot tak bez okazji, z potrzeby serca, aby sprawić kobiecie radość? Niby to drobny gest, a jednak przyjemny i świadczący o pamięci. Ilu mężczyzn na powitanie lub pożegnanie całuje kobietę w rękę? Zapomniany, przestarzały schemat? Nie sądzę, aby to było ujmą dla kobiet. Jeszcze nie tak dawno każdy pan wiedział, że ten gest był widzialnym hołdem oddawanym kobiecie za przekazywany dar życia. Także coraz rzadziej kobietom daje się pierwszeństwo np. w drzwiach domów sklepów ect. ect. Dlaczego okazywany jest brak szacunku nawet w tych drobnych akcentach dobrego wychowania? Gdzie się podziała nasza szarmanckość do niedawna podziwiana przez inne narody?

Zanik szarmanckości w naszym narodzie panowie tłumaczą równouprawnieniem kobiet, o które same walczyły. Jednak należy pamiętać, że panie nie toczyły walki z dobrymi manierami okazywanymi mi przez męską płeć lecz o równość w wykonywanych zawodach i wynagrodzeniu płac oraz o korzystanie z jednakowych praw na zajmowanych stanowiskach politycznych. Dzisiaj w większości te postulaty zostały zrealizowane. Jednak to nie powinno być usprawiedliwieniem, aby panowie zatracali w sobie okazywanie szacunku względem kobiet.

Każda kobieta potrzebuje uczucia, ciepła i miłości niezależnie od zajmowanych stanowisk i zmieniających się systemów politycznych. A więc panowie, bez wykrętów… Okazujcie kobietom szacunek codziennie tak, jak to było w zamiarach, a dzień 8 marca niech znów będzie Dniem wyjątkowym w życiu każdej kobiety.


27 lutego 2014 r.

Tłusty Czwartek w tradycji polskiej
Nikt z nas nie wyobraża sobie Tłustego Czwartku bez zjedzenia tłustych potraw, a na deser pączka lub faworka. W tym dniu to najbardziej popularny i poszukiwany smakołyk. Skąd wziął się jednak zwyczaj Tłustego Czwartku w naszej kulturze?
Geneza „słodkiego” czwartku
Jak odnotowano w starożytnych księgach, w tym dniu świętowano powitanie wiosny. Jego tradycja sięga czasów rzymskich. Wówczas nazywano ten dzień dniem tłustym. Jak sama nazwa wskazuje raczono się wtedy mięsem, a dla lepszego trawienia popijano je winem. Zakąskę stanowiły pączki z ciasta chlebowego, nadziewane tłustym farszem ze słoniny. Tradycja przetrwała do dnia dzisiejszego lecz ma u nas nieco inną formę i charakter.
Pyszna kaloryczna bomba
Z nadejściem chrześcijaństwa zmieniły się obrzędy wielu pogańskich świąt. Tłusty czwartek jest obchodzony jako dzień przypominający o ostatnim tygodniu karnawału. Dawniej biesiadowano aż do Środy Popielcowej. Duże znaczenie miało w tym przypadku także podłoże ekonomiczne, ponieważ przed Wielkim Postem należało pozbyć się różnego rodzaju mięs, tłuszczów i wszelkiego rodzaju smakołyków. Zapustny Czwartek jest świętem zwyczajowym, ruchomym, a jego data w naszym kalendarzu gregoriańskim zależy od Wielkanocy. W przeciwieństwie do pączków z czasów starożytnych obecnie robi się je z ciasta drożdżowego, a nadzienie obowiązkowo jest słodkie. Pączki najczęściej nadziewane są powidłami, dżemem lub konfiturami. Coraz częściej w cukierniach oferuje się je z nadzieniem budyniowym lub czekoladowym. Niezależnie od tego każdy pączek powinien być lukrowany bądź posypany cukrem pudrem. Mimo, że są nazywane bombą kaloryczną, w tym dniu zgodnie z tradycją, każdy powinien zjeść pączka lub faworka, aby zapewnić sobie i bliskim dostatek i powodzenie. Nic więc dziwnego, że przeciętny Polak zjada w tym dniu 2,5 pączka. Faworki są nieco mniej popularnym asortymentem.
W wielu domach pączki lub faworki przygotowuje się samodzielnie, według pilnie strzeżonego przepisu naszych babć. Każdy z nich kryje w sobie tajemnicę proporcji w produktach zawartych w cieście lub nadzieniu. To napawa nadzieją, że ta słodka tradycja będzie w naszym kraju kontynuowana.

18 lutego 2014 r.
Stowarzyszenia plus jeszcze jedno „Jesteśmy kroplą”

Bardzo często osoby niepełnosprawne deklarują swoją przynależność do organizacji pozarządowych. Są to m.in. różnego rodzaju Stowarzyszenia.

Organizacje pozarządowe są to wszystkie podmioty, które nie są podległe administracji publicznej oraz których działalność nie jest nastawiona na chęć zysku. W skład tych organizacji wchodzą stowarzyszenia i fundacje i inne organizacje, które nie mogą otrzymywać dotacji.

 
Cel i zadanie Stowarzyszenia
 
Stowarzyszenie jest organizacją pozarządową skupiającą grupę osób, które łączy wspólne zainteresowanie lub wyznaczony cel. Warunkiem założenia stowarzyszenia jest zebranie grupy 15 osób. W omawianym przypadku do stowarzyszenia mogą należeć np. osoby niepełnosprawni, ich rodziny i przyjaciele. Każde stowarzyszenie powinno mieć statut i być zarejestrowane w Krajowym Rejestrze Sądowym. Ten rejestr uprawnia członków do korzystania z różnych form dotacji oraz do korzystania z ubezpieczenia. Jednak zgłoszenie stowarzyszenia w KRS nie jest konieczne. W stowarzyszeniach przewidziane są również comiesięczne składki członkowskie, pobierane od każdego uczestnika na potrzeby organizowania cyklicznych spotkań np. na zakup materiałów biurowych lub artykułów spożywczych potrzebnych na organizację okolicznościowych imprez.

Stowarzyszenie nie może być powołane w celu przysporzenia korzyści majątkowych jego członkom. Jednak może ono prowadzić działalność gospodarczą, a fundusze muszą być przeznaczone na cele społeczne. A więc każde stowarzyszenie jest zrzeszeniem trwałym, dobrowolnym i ma charakter niezarobkowy.

Zadaniem stowarzyszeń jest wzajemne wsparcie osób należących do tej organizacji, załatwianie turnusów i wyjazdów rehabilitacyjnych, spotkań okolicznościowych, wyjazdów wakacyjnych i organizowanie ognisk i innych rozrywek rekreacyjnych.

Aby zgłosić swoją przynależność do i interesujących nas organizacji wystarczy zapoznać się z wykazem stowarzyszeń znajdującym się na stronach Internetu. Najlepiej wybrać takie, które najbardziej nas interesuje, a jego siedziba znajduje się w pobliżu miejsca naszego zamieszkania.

„Jesteśmy kroplą”

Miło mi poinformować, że w naszym regionie do grona stowarzyszeń dołączyło jaszcze jedno Stowarzyszenie: „Jesteśmy kroplą”. Prezeską jest Anna Dąbrowska – dziennikarka TVP Lublin, a moja skromna osoba znajduje się w grupie założycielskiej. Celem naszej działalności jest pomoc dorosłym osobom z niepełnosprawnością, z uwzględnieniem również dzieci i młodzieży z różnymi dysfunkcjami. Cele mamy ambitne. Skupiamy się nie tylko na aktywizacji, edukacji osób z niepełnosprawnością, ale także naszym celem jest inkluzja czyli włączenie.

Niektóre nasze projekty realizowane były już w trakcie rejestracji Stowarzyszenia, np. „Wiosna budzi mnie” – pierwszy wizaż i sesja zdjęciowa z udziałem kobiet niepełnosprawnych w Pracowni Stylu p. Moniki Butryn w Lublinie. Kolejnym pionierskim przedsięwzięciem był kilkudniowy wakacyjny wyjazd do Gdeszyna. „Chwilo trwaj” – to piękne hasło przyświecało pokazowi mody, w którym uczestniczyły osoby zdrowe z osobami niepełnosprawnymi. Dosłownie przed paroma dniami 6 kobiet z niepełnosprawnością ruchową wzięło udział w „Kolorowej zadymie w środku zimy”. Był to kolejny wizaż w połączeniu z sesją zdjęciową także w Pracowni Stylu Moniki Butryn. Ponadto braliśmy udział w różnych akcjach charytatywnych. Tego typu przynależność do grupy oraz jej działalność daje poczucie bezpieczeństwa osobom chorym i samotnym.

Jak widać nasza działalność jest prężna i ma na celu pokazanie osobom sprawnym inaczej, że nie są inną częścią naszego społeczeństwa, że wystarczy ich dobra wola wyjścia poza mury własnego mieszkania oraz poza mur, który sami budowali wokół siebie, a może poprzedni system im w tej budowie pomagał? Wszystkim zainteresowanym działalnością Stowarzyszenia „Jesteśmy kroplą” podajemy adres naszej siedziby:

Lubelskie Centrum Aktywności Obywatelskiej w Lublinie ul. Leszczyńskiego 23
 

14 lutego 2014 r.

Walentynki to święto tych, którzy kochają…

Do Polski walentynkowe święto przywędrowało z krajów anglosaskich na początku lat 90-tych XX wieku. Początkowo w naszej kulturze przyjmowano go bardzo sceptycznie, ponieważ kojarzone było ono wyłącznie ze świętem zakochanych. Kolorowe kartki z miłosnymi wyznaniami zapełniały skrzynki w urzędach pocztowych, kupowano serca z czekolady, aby nimi obdarować ukochanych. Niejedna samotna osoba w Walentynkowy wieczór czuła smutek i żal z powodu braku bliskości drugiego człowieka. Czy tak jest dzisiaj?

Caritas znaczy miłość

Dwie kobiety. Ich spotkanie zainicjowała choroba i firma świadcząca usługi opiekuńcze. Pani Zofia była staruszką wymagającą pomocy. Lidka pracowała w charakterze opiekunki. Obie samotne, pragnące ciepła, uśmiechu i kogoś, kto sprawi, że poczują się potrzebne. Lidka przynosiła jej zakupy, obiady ze stołówki, załatwiała wizyty lekarza, uiszczała rachunki za mieszkanie i media. Czasami sprzątała jej maleńkie mieszkanko.

Pani Zosia emerytowana polonistka, elegancka w stylu i obyciu. Służyła zawsze dobrą radą, dzieliła się wspomnieniami z lat młodości, która bezpowrotnie odeszła. Zofia kochała ludzi i książki. Lidka lubiła słuchać jej opowiadań o przeczytanych lekturach… Tak było przez 6 lat każdego dnia oprócz weekendów. Te wolne dni dla obu kobiet nie były spokojne. Zofia zostawała sama w pustym mieszkaniu, a jedyną jej rozrywką było oglądanie programu telewizyjnego. Nawet książek już czytać nie mogła, bo wzrok się przez lata wyczerpał, a okulary niewiele pomagały. Komunikowanie też miała utrudnione, ponieważ prawie nie słyszała… Nieraz powtarzała Lidce, że nie lubi świąt i wolnych dni.

Lidka podczas weekendów często myślała o swojej podopiecznej. Nawet zadzwonić do niej nie mogła, bo Pani Zofia nie słyszała dźwięku telefonu. Dwa dni jednak mijały szybko i znów były razem przez parę godzin dziennie. Były związane emocjonalnie, trwały w relacji babcia – wnuczka i ta więź dwóch obcych sobie kobiet była piękna, piękniejsza niż relacje w niejednej rodzinie. Dzień Walentynek zawsze był okazją do obdarowywania się słodkościami, drobnymi prezentami, które przetrwały do dnia dzisiejszego. Były to skromne dowody sympatii, przyjaźni.

Święta spędzały oddzielnie, jednak zawsze myślami były blisko siebie. Lidka ze łzami w oczach wspomina ich ostatnie rozstanie w wigilię Bożego Narodzenia. Podczas składania życzeń pani Zofia powiedziała Lidce bardzo wzruszające słowa: „Lideczko pamiętaj, że kocham Ciebie jak wnuczkę”. W drugi dzień świąt zadzwoniła do Lidki sąsiadka pani Zofii. Staruszka spadła ze schodów, zabrano ją do szpitala. Oczywiście opiekunka trwała przy jej szpitalnym łóżku na ile czas pozwalał. Zofia po 2 tygodniach odeszła daleko mając 90 lat… Lidka straciła „babcię”, którą kochała jak wnuczka. Nieprzypadkowo przytoczyłam tę historię w dzień Walentynek. Jest to przykład, że miłość kiełkuje tam, gdzie się jej nie spodziewamy. Gdziekolwiek ona rozkwitnie trzeba ją pielęgnować, okazywać wzajemność uczuć nie patrząc na kartkę kalendarza.


5 lutego 2014 r.

Uroki zimy

A jednak nadeszła… długo oczekiwana przez dzieci. Z lśniącym śniegiem i silnym mrozem. Spóźniona, bo przecież nie zdążyła na czas grudniowych Świąt. Niektórzy już wątpili w jej nadejście. Jednak Ci, którzy mimo spóźnienia jej się spodziewali – nie zawiedli się. Zima, bo o niej mowa pokazała swoje uroki i… pazurki już w pierwszym tygodniu ferii zimowych.

Zabawa w śnieżki

Dzieciom zima kojarzy się z krainą baśni i zabawami na śniegu, feriami, wyjazdami w góry itp. Są spragnione ruchu na świeżym powietrzu, zmiany otoczenia, dłuższych eskapad z rodziną. Dla najmłodszych nawet śnieg bywa twórczy. Uruchamiając wyobraźnię wcielają się w Eskimosów, budując śniegowe igloo, toczą zacięte walki na śnieżki, robią kuligi z sanek, szusują na nartach, a czasami też wybierają się na lodowisko, by poszaleć na łyżwach. Te chwile spędzone z rodziną są bardzo ważnym czasem w ich życiu, ponieważ dają dzieciom poczucie bezpieczeństwa i przynależności do kogoś, dla kogo, kto je kocha i ofiaruje swój czas. Oby w naszym życiu (niezależnie od jego etapu) było jak najwięcej. Sam spacer po śniegowym puchu lecz w towarzystwie osób najbliższych daje dużo radości i ciepła mimo kilkunastostopniowego mrozu.

Świat zza szyby

Zupełnie inny obraz zimy mają ci, którzy widzą ją zza szyb mieszkań. Z powodu fizycznych niedyspozycji zostali uwięzieni w czterech ścianach, bojąc się śliskich chodników, silnego wiatru i mrozu. Starsi i niepełnosprawni w porze zimy stają się więźniami we własnych domach. Zdrowym osobom wydaje się, że emerytom i rencistom jest dobrze, ponieważ nie muszą opuszczać domowych pieleszy, nie mają obowiązku porannego wstawania do pracy i unikania innych niedogodności związanych z zimą. Nic bardziej mylnego.

Każdy z nas chce być niezależny pod każdym względem i o każdej porze roku. I jest to jak najbardziej naturalne. Jednak zimowy okres „ubezwłasnowalnia” niektóre osoby, a zwłaszcza te które mają problemy z poruszaniem się. Oblodzone ulice napawają ich lękiem i wizją upadków na twardą nawierzchnię. Jednak przecież organizm człowieka (niezależnie od pory roku) domaga się odżywiania, dotleniania i innych potrzeb związanych z naszą ludzką naturą. Zima niestety niektórych ludzi ogranicza. Gównie chodzi tu o robienie zakupów, pójście do lekarza, apteki oraz załatwianie innych spraw, które obligowane są terminami. Czasami można liczyć na dobre serce i życzliwość sąsiadów, rodziny A jeśli nie ma wśród nich takich empatycznych osób? Czy mogą liczyć na pomoc np. wolontariatu lub innych organizacji służących człowiekowi potrzebującemu? Jeśli tak, to w jaki sposób o tym sygnalizować?

Sama jestem osobą niepełnosprawną i potrafię wczuć się w sytuację osób mnie podobnych. Pytam, czy nie byłoby łatwiej, gdyby obok numerów alarmowych widniejących na każdej klatce schodowej pojawił się kontakt do organizacji mającej na celu nieść doraźną pomoc osobom, czasowo niedyspozycyjnym?


28 stycznia 2014 r.

Zimowisko na plebanii w Parafii pw. Chrystusa Odkupiciela w Świdniku

Nadeszły upragnione przez dzieci ferie zimowe. Placówki kulturalno-oświatowe w naszym mieście oferują wiele ciekawych zajęć, które naszym pociechom pożytecznie wypełnią wolny czas. Już po raz XIII ksiądz Andrzej Kniaź, proboszcz parafii pw. Chrystusa Odkupiciela w Świdniku wyszedł naprzeciw potrzebom dzieci i ich rodziców, organizując przy współpracy nauczycieli i świdnickich sponsorów 5-ciodniowe zimowisko. Od 20 do 25 stycznia 40-stoosobowa grupa dzieci spędzała czas na pożytecznych zajęciach. Wiedziona ciekawością, postanowiłam sama zobaczyć, jak przebiegało piątkowe spotkanie.

„Pójdźmy wszyscy do stajenki…”

Słowa tej popularnej kolędy były mottem zimowiska. Już od drzwi słychać było gwar, śmiech i radosne rozmowy dzieci. Gdy weszłam do sali zachwyciła mnie własnoręcznie zrobiona przez dzieci kolorowa dekoracja. W tym czasie dzieci były zajęte malowaniem szopki betlejemskiej, bo trwał właśnie konkurs plastyczny. Spod małych rączek wychodziły wspaniałe dzieła, wykonywane różnymi technikami. W użyciu były kredki, pastele, powstawały także piękne wycinanki. Gdy rysunki były już gotowe panie wychowawczynie przypinały je na dużych tablicach poglądowych. Mali artyści z entuzjazmem oddawali swoje prace z nadzieją, że to właśnie ich rysunek zostanie nagrodzony lub wyróżniony. A tu tak długo trzeba czekać na ogłoszenie wyników! Długo, bo aż do niedzieli… a to dopiero był piątek. W niedzielę rozdanie nagród i uroczyste zakończenie zimowiska. W głosach dzieci można było wyczuć niecierpliwość oczekiwania na nagrody, a jednocześnie nutkę żalu, że to już będzie koniec tych codziennych spotkań. Ale przecież to jeszcze nie czas na pożegnania, bo po posiłku miał odbyć się konkurs kolęd i pastorałek. Jednak zanim dzieci przygotowały swój konkursowy repertuar zapytałam je o program całego zimowiska. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach wszystkie dzieci w jednym czasie chciały zabrać głos, aby dać dokładną odpowiedź „Niepełnosprawnej Pani” – tak bowiem mnie nazwały. W ciągu paru minut dowiedziałam się, że w ciągu paru dni dzieci uczestniczyły w projekcji filmu w Szkole Podstawowej nr. 3 im. T. Kościuszki w Świdniku, nauce kolęd, zwiedzaniu „Strefy historii” w Galerii „Wenus”, wyjeździe na Zamek Lubelski i do Katedry, w której modliły się przed Cudownym Obrazem Matki Boskiej Płaczącej oraz zwiedziły Skarbiec i salę akustyczną. Dzieci dodały, że czwartek był dniem pląsów na Balu, a każdy jego uczestnik musiał samodzielnie wykonać z surowców wtórnych (w ramach konkursu) niepowtarzalny strój karnawałowy. Po tych tanecznych emocjach czekało na nich rozpalone ognisko na placu przykościelnym oraz pieczenie kiełbasek.

Relacje małych uczestników były wypowiadane z niesamowitą szczerością i nieskrywaną radością w głosie.

Piątkowy konkurs Kolęd i Pastorałek wzbudził w dzieciach nowe emocje. Komisja brała pod uwagę repertuar śpiewanych pieśni bożonarodzeniowych oraz barwę głosu uczestnika. Podczas tego konkursu w niejednym oku zakręciła się łza wspomnień dzieciństwa, łza wyzwolona strofami przypomnianej kolędy, którą kiedyś nuciliśmy przy wigilijnym stole w rodzinnym domu. Po tych muzycznych szrankach nadszedł czas na sesję zdjęciową z „panią niepełnosprawną” (bardzo podoba mi się to określenie!). Dzieci nie miały do mnie dystansu. Podczas robienia fotek chętnie przy mnie stawały, a nawet się przytulały – to było dla mnie bardzo miłe i wzruszające przeżycie. Na zakończenie piątkowego dnia dzieci pod przewodnictwem księdza proboszcza Andrzeja Kniazia zaniosły do kościoła spisane na kartkach swoje intencje i złożyły je u stóp maleńkiego Jezusa w żłóbku. Tak upłynął ostatni dzień zajęć na tegorocznym zimowisku.

Niedzielne podsumowanie

Po wieczorowej niedzielnej Mszy świętej dzieci wraz z rodzicami ponownie zebrały się w sali na gościnnej plebanii. Nastąpiło uroczyste rozdanie nagród laureatom wszystkich konkursów oraz wręczeniu pamiątkowych dyplomów i upominków pozostałym uczestnikom zimowiska. Dzieci raz jeszcze już przed szerszą widownią prezentowały nagrodzone prace i utwory muzyczne. Publiczność nagradzała je gromkimi brawami. Czas upływał nieubłaganie… „Kolęda dla nieobecnych” oraz przekazanie „iskierki” definitywnie zakończyło parafialne zimowisko.

Dzieci i rodzice składają serdeczne podziękowania organizatorom i sponsorom zimowiska: Ks. Proboszczowi Andrzejowi Kniaziowi, Władzom Miasta z p. Burmistrzem Waldemarem Jaksonem, Starostwu Powiatowemu, Akcji Katolickiej, nauczycielom, grupom modlitewnym, młodzieży KSM „Odkupieni” oraz wolontariuszom z Zespołu Szkół nr 1 im. C. K. Norwida w Świdniku. Szczególne podziękowania należą się firmom, które dbały o wyżywienie dzieci podczas trwania zimowiska: Piekarni pp. Sudzik, hurtowni wędlin Świd-Hurt i PSS „Społem” w Świdniku.


22 stycznia 2014 r.

Czas radosnego kolędowania

Chociaż w niektórych domach nie ma już kolorowych choinek czas radosnego kolędowania w kościele katolickim trwa do 2 lutego. Dawniej był to okres wspólnego rodzinnego kolędowania. Wieczorami w niejednym polskim domu można było usłyszeć przepięknie śpiewane kolędy i pastorałki zaczerpnięte z kantyczek naszych przodków. A jak jest dzisiaj? Dlaczego tak rzadko sięgamy do tradycji wspólnego śpiewania wysługując się telewizorem lub płytami CD? Wielu z nas nie wie, jakie znaczenie ma kolęda w polskiej tradycji i jaka jest jej geneza.

Zwyczaj kolędowania

Kolęda wywodzi się z tradycji rzymskiej, a do Polski jej termin przybył już w VII w. naszej ery. Rzymianie tą nazwą określali dzień po nowiu tzn. dzień w którym księżyc znów stawał się widoczny po zapadnięciu zmroku. Początkowo kolędy były pieśniami powitalnymi np. na cześć Nowego Roku obchodzonego bardzo widowiskowo w Rzymie.

Słowna tradycja głosi, że pierwszym twórcą kolędy był św. Franciszek z Asyżu. On także był pomysłodawcą szopki i pierwszych jasełek.

W Polsce kolęda jako radosna pieśń związana z narodzinami Chrystusa wykształciła się trochę później tzn. w średniowieczu, gdy umacniał się na naszych ziemiach rozwój chrześcijaństwa. Twórcy kolęd w swoich utworach opisywali sceny ewangeliczne przedstawiające narodziny Jezusa. Najczęściej do tego celu wykorzystywano Ewangelie św. Mateusza oraz św. Łukasza, którzy najbardziej spośród czterech Ewangelii opisali Narodzenie Pańskie. Początkowo kolędy tworzone były w języku łacińskim. Z biegiem lat nastąpił wzrost pobożności i zaczęto sięgać do tradycji ludowych, apokryfów, teatru i średniowiecznej literatury opisującej obrzędy Bożego Narodzenia. Te opisy stawały się inspiracjami do tworzenia pieśni w języku ojczystym, a na przełomie XVII i XVIII w. termin kolęda ustalił się jako pieśń ściśle związana z okresem bożonarodzeniowym. Tworzono je na dworach, wśród rycerzy. Najczęściej były to utwory anonimowe, ponieważ autorom nie zależało na ujawnianiu swoich nazwisk.

Ach, ta technika

Jeszcze w latach 70-tych ub. stulecia od wigilii do święta Ofiarowania Pańskiego czyli do 2 lutego, wieczorami słychać było wielopokoleniowe rodzinne kolędowania. Rozwój techniki „wyręczył” tradycję wspólnego radosnego opiewania Bożego Narodzenia. Dzisiaj wolimy posłuchać kolęd włączając odbiorniki radiowo-telewizyjne, płyty CD oraz inne urządzenia, które starają się kontynuować naszą tradycję. W ciągu ostatnich lat słyszymy te pieśni już w listopadzie, jak dla wielu osób zbyt wcześnie. A po wigilii wszystko cichnie… znowu zbyt wcześnie.

Podtrzymywanie tradycji kolędowania przez placówki kulturalno – oświatowe

Dla tych, którym tęskno do wspólnych śpiewów kolęd i pastorałek wychodzi naprzeciw kościół oraz placówki szkolno – oświatowe, organizując tzw. wspólnotowe opłatki, jasełka i koncerty chórów parafialnych podczas których zachęca się uczestników do śpiewania. Natomiast placówki kulturalno – oświatowe organizują Przeglądy Kolęd i Pastorałek. Przedstawiane są tam nie tylko znane i lubiane kolędy, ale również te zapomniane, równie piękne godne nie tylko przypomnienia, ale także zapamiętania i śpiewania w gronie rodziny i znajomych. Do 2 lutego jest jeszcze czas…


15 stycznia 2014 r.

Uśmiechnięta Lubelszczyzna

W ubiegły piątek, 10 stycznia, w godz. 13 do 15, w TVP Lublin przy ul. Raabego 2, spotykaliśmy się w ramach akcji “Uśmiechnięta Lubelszczyzna”. Pomysłodawcą tej Wystawy jest pan Marek Wysoczyński z Gdańska, który w paru słowach wyjaśnia genezę swojego projektu: “Światowe Archiwum Uśmiechu” jest projektem socjalnym, kulturalnym i promocyjnym. Pozyskuje uśmiechy, które są własnoręcznie wykonane przez znane osoby ze świata kultury, polityki, nauki i sztuki. Były one pokazywane w formie wystaw między innymi w Sejmie RP, w instytucjach, Parkach Naukowo-Technologicznych, a także szpitalach dziecięcych, domach dziecka, na lekcjach dla młodzieży i zwykle są połączone z “Warsztatami Uśmiechu” w Polsce, ale i na świecie”.

Cel projektu

Integralną częścią tego projektu jest warsztat z Uśmiechem. Warsztat polega na wspólnym rysowaniu uśmiechów na plakatach Dzieci dowiadują się, że narysowanie przez nich uśmiechów jest z jednej strony lekarstwem dla nich, ale także pomocą dla kolejnych małych pacjentów. Świadomość, że osoba chora może być na tyle silna, że będzie mogła pomagać innym, a co dla samych chorych daje poczucie wielkiej siły. Częścią tej terapii jest też pozyskanie świadomości, że dzieci są tak samo ważne jak gwiazdy. Bo tak samo jest ważny uśmiech dziecka czy Roberta Lewandowskiego czy Steffi Graff. Jak wyglądały dotychczasowe warsztaty m.in. w Szczebrzeszynie, Teheranie czy Szanghaju można zobaczyć na stronie Światowego Archiwum Uśmiechu

W Lublinie zaplanowane były wspólne warsztaty z udziałem dzieci ze Szkoły Specjalnej przy DSK w Lublinie oraz w TVP Lublin “Zdarzenia” . Efektem tych dwóch warsztatów są prace, które dołączyły do wybranych trzydziestu plansz uśmiechów z całego świata. W ten sposób powstała wystawa uśmiechów świata i Lubelskiego Województwa, która zaprezentowana została w prestiżowym miejscu w Lublinie czyli na Zamku w dniu 11.01. o godz. 12.00 . Patronat nad akcją objął Marszałek Województwa Lubelskiego Krzysztof Hetman, a inicjatorką akcji na Lubelszczyznę była Bożena Lisowska – radna sejmiku województwa lubelskiego.

Co działo się w TVP Lublin?

Piątkowe wczesne popołudnie upływało wśród dziecięcego gwaru i śmiechu. Pan Marek Wysoczyński potrafił w formie zabawy zachęcić dzieci i dorosłych do rysowania uśmiechniętych minek, opowiadając przy tym, jak ważny jest uśmiech w życiu każdego człowieka. Dzieci z dużym entuzjazmem rysowały kolorowe uśmiechy na rozłożonych na podłodze planszach. Z dużym zainteresowaniem mali rysownicy śledzili prace Stanisława Kmiecika i Joanny Pąk, którzy stopami rysowali uśmiechnięte buziaki. A potem był konkurs malowania uśmiechów bez użycia rąk. Taka forma zabawy okazała się wspaniałym sposobem na pokazanie dzieciom swojego talentu oraz tego, że wszyscy mamy coś, co czyni nas wartościowymi i sprawnymi na miarę swoich możliwości. Starania małych artystów nagrodzone zostały słodkimi upominkami.

W akcji “Zdarzenia z Uśmiechem” udział wzięli znamienici goście : Stanisław Kmiecik – artysta z Krakowa, malujący stopami, Joanna Pąk – poetka ze Świdnika pisząca prawą stopą, Henryk Paraszczuk – artysta malujący ustami, Siostry Wynagrodzicielki Najświętszego Serca Jezusa z Lublina z dziećmi z pieczy zastępczej, redakcja Zdarzeń, członkowie Stowarzyszenia “Jesteśmy kroplą” oraz zaproszeni goście. Honorowym gościem była pani Joanna Cugowska.

W zamkowych komnatach

Drugi dzień „Warsztatów z Uśmiechem” miał miejsce na Zamku Lubelskim i przeznaczony był dla osób dorosłych. Przy sztalugach roześmiane buziaczki rysowali m.in. Adam Wasilewski – były prezydent Lublina, Lubelskie Amazonki, Stanisław Fic, Bożena Lisowska, Ewa Sobkowicz, Henryk Paraszczuk (trzymając flamaster w ustach kreślił uśmiech, a z jego oczu płynęły łzy wzruszenia), członkowie zespołu PAWKIN oraz prowadząca imprezę – Anna Dąbrowska. Oko kamery wychwyciło skupienie i mimikę twarzy wszystkich rysowników.

Po tym artystycznych wysiłkach wszyscy odpoczywali przy rockowych piosenkach lubelskiego zespołu PAWKIN. Następnie wszyscy tanecznym krokiem wyruszyli na otwarcie wystawy “Światowe Archiwum Uśmiechu”, do której zostały dołączone uśmiechy z plakatów „Uśmiechnięta Lubelszczyzna”. Wśród tysiąca rysunków można było zobaczyć uśmiechy nakreślone ręką Wisławy Szymborskiej, Urszuli Dudziak, Marii Kaczyńskiej, Edith Piaff i wielu innych znakomitych osobistości świata kultury, polityki i nauki. Wśród uśmiechów i autografów znanych ludzi na wystawie jest także rysunek i podpis zmarłego lubelskiego arcybiskupa Józefa Życińskiego.

Mamy ogromną satysfakcję, że nasze rysunki stały się nieodłączną częścią tej światowej ekspozycji. Nasze „dzieła” pojadą na Ukrainę, by tam propagować radość i zarażać uśmiechem tych, którzy o nim zapomnieli.


 

23 grudnia 2013 r.
Miasto lśni…

Minął już okres adwentu, okres oczekiwania na kolejne przeżywanie pamiątki narodzin Jezusa Chrystusa. Przeżywaliśmy ten czas bardzo pożytecznie. Niektórzy codziennie uczestniczyli w porannych mszach św. zwanych roratami. Inni samodzielnie robili dekoracje świąteczne, piekli pierniczki, które potem zawieszą na świątecznym drzewku. Jednak nie tylko w domach czuć i widać święta. Nasze miasto także jest odpowiednio przygotowane na te szczególne dni.

 

Zimowe wizytówki miasta

 

Już po 6 grudnia rozpoczęto prace nad świątecznymi dekoracjami. Pierwszą wizytówkę Świdnika możemy podziwiać tuż przy wjeździe do naszego miasta. Jest to piękna choinka usytuowana na rondzie Al. Lotników Polskich. 8 metrowe drzewko zachwyca każdego – nie tylko Świdniczan, ale także tych, którzy Świdnik odwiedzają. Rozświetlona choinka stwarza rodzinną atmosferę, a dzięki tym efektom nasze miasto wydaje się być przyjazne dla wszystkich tutaj przybywających.

 

Wchodząc w ulicę Niepodległości dostrzega się nie tylko świecące latarnie, ale także wiszące na nich kolorowe neony. Patrząc w dal odnosi się wrażenie, że idzie się Aleją Gwiazd. Już od paru lat ta świąteczna dekoracja uprzyjemnia zimowe wieczory i daje poczucie bezpieczeństwa.

 

Kolejnym obiektem dekoracyjnym w naszym mieście jest tzw. „zimowa fontanna”. Lśni blaskiem iluminacji, a jej widok – zwłaszcza nocą – jest urzekający. To tutaj można zobaczyć grupy młodych ludzi, którzy chcą uwiecznić się na tle tej rozświetlonej fontanny. W tym celu przybywają także mieszkańcy Lublina i okolic.

 

Natomiast po przeciwnej stronie ulicy, na której jest świecąca fontanna t.j. przy Placu Konstytucji 3-go maja tradycyjnie już od lat wielu ubierany jest tam sztuczny świerk. Swoją urodą i ozdobami świątecznymi nie odbiega od wymienionych bożonarodzeniowych dekoracji w naszym mieście. Jest to tzw. choinka z tradycjami. Przez pierwsze lata swojego istnienia była niszczona i ograbiana z wszelkich ozdób przez miejscowych wandali. Obecnie na szczęście procedery zniszczeń należą do rzadkości więc jest nadzieja, że sztuczna choinka przez dłuższy czas będzie kolejną ozdobą Świdnika.

 

Na wędrówkę ulicami miasta można się wybrać w świąteczne dni. Chwila spaceru może stać się okazją do rodzinnych i przyjacielskich spotkań, spalenia zbędnych kalorii, a przede wszystkim podziwiania i odkrywania na nowo naszego miasta, które kultywuje tradycje bożonarodzeniowe.

 

Życzę wszystkim takiego nowego spojrzenia na to, co było, ale teraz świeci nowym, piękniejszym blaskiem.

 

 


18 grudnia 2013 r.

Z potrzeby serca

Jest połowa grudnia. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Święta rodzinne, pełne zapachu igliwia pomieszanego z aromatem pierników, cytrusów i wigilijnych potraw. Prawie każdy z nas ma w pamięci piękne wspomnienia z dzieciństwa związane z tymi rodzinnymi świętami. Czy nadal kontynuujemy tradycje bożonarodzeniowe? Czy może finanse są powodem zaniechania pięknych rodzinnych spotkań? Różne to w życiu bywa, jednak należy pamiętać, że są w naszym mieście ludzie, którzy potrafią podzielić się z uboższymi. Dzielą się tym, co mają. Z potrzeby serca.

Świąteczne kiermasze i zbiórki żywności

Już na początku Adwentu w naszym mieście organizowane są różne akcje charytatywne. Najczęściej zajmują się tym placówki oświatowe, a także organizacje pozarządowe. Ich działalność w tym okresie polega między innymi na sprzedaży ozdób choinkowych, maskotek świątecznych, książek i innych pięknych drobiazgów, które mogą być ofiarowane jako prezenty gwiazdkowe. Na tego typu kiermaszach każdy znajdzie tu coś, co go zainteresuje, zachwyci pięknem lub ciekawą kompozycją. Dochody z takich charytatywnych imprez są przeznaczone na chore dzieci oraz na ubogie rodziny w naszym mieście. Również zbiórki żywności są organizowane i nagłaśniane przez media. Nagłaśniane po to, aby każdy wiedział, gdzie zanieść świąteczną paczkę. Takie akcje przeprowadzane są najczęściej w świdnickich supermarketach. Wszyscy dzielą się z potrzeby serca, dzielą się, by innym żyło się lepiej. Uważam, że takie akcje powinny odbywać się cyklicznie w ciągu roku, nie tylko przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkiego Postu. Potrzeby są zawsze, niezależnie od świąt. Społeczeństwo w małych miastach ubożeje więc tym bardziej powinniśmy się wspierać i dzielić tym, co mamy w nadmiarze.

Dary od serc dla serc

Cichymi darczyńcami są także wierni uczestniczący w rekolekcjach adwentowych. Od wielu już lat w świdnickich parafiach zbierana jest żywność, a potem rozdawana przez zespoły Caritas najuboższym i bezdomnym. Inicjatorami takich zbiórek są świdniccy proboszczowie, którzy zachęcają, aby uczestnicy rekolekcji przynosili także produkty żywnościowe dla najbardziej potrzebujących parafian. Tego typu akcje przyjęły się na nasz świdnicki grunt
i bardzo obficie owocują. Widząc ubogiego nie zawsze mamy śmiałość i odwagę, aby coś mu spontanicznie podarować. Obawiamy się odrzucenia, urazy, sprawienia przykrości. Natomiast kładąc paczkę do kościelnego koszyka robimy to na spokojnie, wiedząc że trafi ona do najbardziej potrzebujących, którzy sami po tę paczkę się zgłoszą. Mimo, że tego typu akcje nie są reklamowane przez media, każdy rekolektant wie o tej szczytnej inicjatywie. Jak już wspomniałam, szkoda że te zbiórki żywności odbywają się tylko dwa razy w roku. A może niezależnie od tego świątecznego „otwarcia serc” zaczniemy w podobny sposób pomagać innym, bardziej od nas potrzebującym? Może w ciągu całego roku powinniśmy być inicjatorami koszyczków dla potrzebujących rodzin? Potrzeby są zawsze, nie tylko przed świętami.


10 grudnia 2013 r.

Koncert Alicji Majewskiej i Włodzimierza Korcza

Sobotni mroźny, grudniowy wieczór w wypełnionej po brzegi Sali widowiskowej Miejskiego Ośrodka Kultury zgromadził wielu mieszkańców naszego miasta. To właśnie w Świdniku 7 grudnia 2013 roku odbył się bardzo ciepły koncert Alicji Majewskiej i Włodzimierza Korcza – muzycznego duetu, który przetrwał ponad 30 lat i nadal koncertuje i zachwyca swoimi piosenkami i kompozycjami.

Okruchy wspomnień

Alicja Majewska swoją solową karierę wokalną rozpoczęła w 1975 roku śpiewając na Festiwalu w Opolu utwór pt.: „Bywają takie dni”. Kolejne jej nagrody to: Grand Prix zdobyty również na Festiwalu w Rostocku w 1980 roku, a potem w Hawanie w 1985. Wcześniej śpiewała z (popularnym na początku lat 70-siątych) zespołem Partita. Dzisiaj współpracuje z Włodzimierzem Korczem, który komponuje muzykę do tekstów Wojciecha Młynarskiego i Magdy Czapińskiej. Pani Alicja śpiewa te utwory bardzo pięknym ciepłym głosem, co w połączeniu z akompaniamentem pianina stwarza na koncertach niepowtarzalny klimat.

Włodzimierz Korcz jest wybitnym pianistą, dyrygentem i kompozytorem. Na przełomie lat 1960-1970 był redaktorem muzycznym Polskiego Radia w Łodzi. Twórca muzycznych widowisk telewizyjnych. Napisał również muzykę do wielu pieśni i hymnów do słów Karola Wojtyły. Obecnie Włodzimierz Korcz współpracuje ze Strzyżowskim Chórem Kameralnym, który wraz z kompozytorem bardzo często towarzyszy także Alicji Majewskiej podczas jej występów.

Koncert w sali widowiskowej

Występując przed świdnicką publicznością Alicja Majewska i Włodzimierz Korcz przypomnieli piosenki, które nie sposób zapomnieć mimo upływu lat. Wokalistka zaśpiewała m.in. takie utwory jak: „Wielki targ”, „Odkryjemy miłość nieznaną”, „Jeszcze się tam żagiel bieli”. Były też utwory nowe, mniej znane, a jednak nie mniej piękne i niepowtarzalne w swoim klimacie. Niewątpliwie takim utworem jest tytułowa piosenka jej 2–płytowego albumu pt.: „Piosenki z których się żyje”. Album zawiera 40 piosenek, które pani Alicja śpiewała podczas jej 40-letniej kariery piosenkarskiej.

Podczas koncertu publiczność śpiewała piosenki wraz w wokalistami, co stwarzało miłą, rodzinną atmosferę przepełnioną sporymi dawkami humoru. Bisom nie było końca. Zbliżające się święta Bożego Narodzenia były okazją do składania sobie z Artystami wzajemnych życzeń.


4 grudnia 2013 r.

Książka najlepszym prezentem

Grudzień jest miesiącem w którym częściej niż podczas pozostałych miesięcy w roku obdarowujemy swoich najbliższych prezentami. Mikołajki i Gwiazdka są czasem hojności jednych dla drugich. Bardzo często zastanawiamy się nad wyborem podarunków dla poszczególnych osób. Warto wtedy brać pod uwagę wiek i zainteresowania obdarowywanego. Takim uniwersalnym i ponadczasowym prezentem dla dzieci może być np. książka.

Książka czy Internet?

W dobie telewizorów, komputerów, internetu i innych środków społecznego przekazu, książka (dla niektórych z nas) stała się przeżytkiem. A przecież książka była oknem na świat w czasach, kiedy nie było takiego jak obecnie dostępu do kultury, gdy nie był jeszcze rozpowszechniony sprzęt RTV. To dzięki książce każde pokolenie nauczyło się czytać i pisać. A teraz w niejednym domu brak jest wartościowych książek, a jeżeli są to nie wzbudzają już takiego jak dawniej zainteresowania. A przecież jeszcze tak niedawno książka była lubianym i oczekiwanym prezentem mikołajkowym i gwiazdkowym. Czemu teraz nie miałoby tak być?

Czym należy kierować się przy wyborze książki?

Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na jej wartość, na walory artystyczne, poznawcze i wychowawcze. Do tego gatunku książek należą np. powieści. Książka powinna dostarczać dziecku nie tylko wiedzę, ale również pobudzać i kształtować wyobraźnię. Czytając książki wzbogaca się słownictwo dziecka, angażuje się je w twórcze uczestnictwo. Uczy się dziecko rozwiązywania złożonych sytuacji życiowych, a przy tym rozwija się aparat artykulacyjny dziecka.

Wychowując małe dziecko, które jeszcze nie nabyło samodzielnej umiejętności czytania, powinniśmy mu w tym pomóc czytając bajki lub wiersze odpowiednie do jego wieku rozwojowego. Aby czytanie odniosło pożądany efekt należy zwracać uwagę na ton i barwę głosu, akcent, gest, a także na odpowiednie miny. Można także wspólnie z dzieckiem omawiać ilustracje zawarte w książce oraz wyciągać wnioski z przeczytanego tekstu.

Jeśli książka przeżyje w naszych domach swój renesans stanie się ona naszym i naszych dzieci najwierniejszym przyjacielem na całe życie.

Życzę więc wszystkim Czytelnikom, młodym i tym trochę starszym, aby zostali obdarowani ciekawą książką, która przeniesie w świat marzeń, relaksu i da poczucie ciepła w słowach.


25 listopada 2013 r.

„Poezja Bicia Serca” Karola Gibuły

22 listopada 2013 roku o godz. 18.00 w Bibliotece im. Anny Kamieńskiej w Świdniku odbył się Wieczór Autorski Karola Gibuły. Młody poeta z wieloletnim poetyckim stażem czytał swoje utwory z nieskrywanym wzruszeniem. W przeprowadzonym wywiadzie poznajmy jego sylwetkę oraz genezę tworzenia.

Od ilu lat trwa Twoja przygoda z poezją?

Dnia 28 stycznia 2000 r. napisałem swój pierwszy poważny twór, który śmiało można nazwać wierszem. Oczywiście wcześniej także pisałem, ale było to pisanie czysto eksperymentalne, którego nie brałem zbyt poważnie. Od tamtego pamiętnego dnia zaczęła się więc moja przygoda z pisaniem, która trwa do chwili obecnej.

Co było inspiracją do napisania pierwszego wiersza?

Miałem dokładnie 18 lat jak napisałem pierwszy swój wiersz i opowiadał on o romantycznej, nieszczęśliwej miłości. To wszystko dlatego, że w danej chwili przeżywałem swój pierwszy zawód miłosny.

Wiem, że od tamtego momentu napisałeś trzy tomiki wierszy pod wspólnym tytułem: „Poezja Bicia Serca”. Czy są one ze sobą związane tematycznie?

Moje tomiki wiąże jeden wspólny szyld „Poezja Bicia Serca” i to jest takie jedyne spoiwo. Każdy tomik jest inny od pozostałych, gdyż w każdym realizowałem różne swoje pomysły i koncepcje.

Czwarty zbiorek swojej poezji pisałeś wspólnie z przyjacielem. Opowiedz, skąd taki pomysł na pisanie w duecie i jak się to odbywało?

To bardzo ciekawa historia. W 2009 roku założyłem swojego photobloga, na którym umieszczałem swoje zdjęcia oraz, jako komentarz do zdjęć, swój wiersz. W maju 2011 roku chłopak o nicku „woabaz” (Sebastian Rosa), zaczął komentować moje wiersze, a w ramach rewanżu, ja zacząłem komentować jego. Z czasem stwierdziliśmy, że nasze style są totalnie inne, mocno odmienne, ale może to jest takie piękne, aby razem wydać wspólny tomik wierszy. Jako, że ja miałem za sobą trzy swoje tomiki, zająłem się składem wszystkiego w jedną, spójną całość. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie to, że ów chłopak miał 17 lat i już drobne osiągnięcia i wyróżnienia na swoim koncie, a jego wiersze przesiąknięte uczuciami, w których sam często się zaczytuję.

Niedawno w naszym mieście odbył się Twój wieczór autorski. Czytając swoje utwory chcesz przekazać odbiorcom swoją wrażliwość, czy niegodzenie się z sytuacjami opisanymi w wierszach, a których nie możesz zmienić?

Moje wiersze pisane są, przede wszystkim, pod wpływem chwili i bardzo silnych emocji, z którymi czuję, że muszę „coś” zrobić. Jeżeli ktoś mnie zranił to staram się przestrzec czytelników przed tym, aby nie popełniali tych błędów co ja. Analogicznie – jeżeli jestem zakochany to staram się miłością zarażać odbiorców. Jeżeli braknie mi cielesności także piszę o tym otwarcie. Uważam, że nawet najnudniejszy temat może okazać się interesujący, jeżeli oczywiście zostanie przedstawiony w ciekawy sposób.

Bardzo często poetów określa się, że są to ludzie chodzący z głową w chmurach. Podzielasz ten schemat? Jesteś innym człowiekiem, bo tworzysz poezję?

To, że ludzie uważają mnie za poetę, nie czyni mnie innym od nich. Każdy z nas posiada uczucia, ale nie każdy boi się je okazywać. Przyszło nam żyć w czasach stereotypu, że uczucia są oznaką słabości. Co niektórzy uważają, że płacz jest niemęski. Jest to błąd. Kiedyś pewna bardzo mądra dziewczyna powiedziała mi słowa, które utkwiły mi na stałe w pamięci: „Płacz jest oznaką tego, że nasza dusza nie stała się jeszcze pustynią”. Piękne, prawda? Jestem typem realisty, mocno stąpającym po ziemi, ale nie ukrywam, że momentami lubię, gdy niosą mnie skrzydła wyobraźni.

Zdradź nam swoje marzenia. Być może ktoś przyczyni się, aby je spełnić?

W przyszłości chciałbym pisać coraz to piękniejsze wiersze, aby w końcu napisać taki, który będzie moją wizytówką. Każdy mój wiersz jest dla mnie czymś szczególnym, ale wciąż czuję, że daleko mi do tego, co chciałbym osiągnąć.

Na zakończenie rozmowy przedstaw Czytelnikom Portalu swój wiersz, który jest najbliższy Twojemu sercu

“Poezja Bicia Serca”

Atrament sprzedawany od dawna jest na receptę

Wprowadzony został dzienny limit wypowiadanych słów

Robiąc z Nas debili ofiarowują szczęście

Bądź zdrów !

 

Z czasem zakazali liter, abyśmy nie pisali listów

Lecz nie złamali naszych piór, które są ze stali

Zostało Nas w kraju może buntowników trzystu

Będziemy wytrwali !

 

Z nazw ulic wysiedlili poetów paląc tabliczki na stosie

Wraz z literackim dobytkiem zawartym w książkach

Dlaczego taki okrutny spotkałeś ich losie ?

Zapłakała Polska !

 

Nie mam siły by walczyć, nie mam już siły bracie

Odebrali Nam wszystko co było sensem życia

Pamięcią o mnie są dziś te słowa na kartce

Umarła nadzieja !

 

I obyś Ty moja siostro podlewała uczuciami emocje

Nie dając zabić w sobie prawdziwego szczęścia

Pokaż im magię zawartą w słowie, pokaż im czym jest

Poezja Bicia Serca

Dziękuję za miłą rozmowę!


 

20 listopada 2013 r.

„Tak żyć, by coś zostało z tych dni…”

„Tak żyć, by coś zostało z tych dni…” – słowa popularnej piosenki z lat 70-tych ubiegłego stulecia, śpiewanej przez Irenę Jarocką nie straciły na aktualności do chwili obecnej. Każdy z nas chciałby zostawić po sobie jakiś ślad na ziemi i pamiątkę dla młodszych pokoleń.

Rodzina jako trwały ślad naszego istnienia

Od zarania dziejów ludzkość podkreślała znaczenie rodziny w swoim życiu. Dowodem tej konotacji były łączenia się rodów królewskich i powstawanie tzw. wyższych sfer. W ten sposób chciano podkreślić wartość swojego rodu, przedłużenie pokolenia, aby w ten sposób pozostawić po sobie niezatarty ślad istnienia w postaci m.in. reform politycznych lub społecznych. Do chwili obecnej rodzina jest najwartościowszym śladem naszego istnienia.

Znaczenie kultury i sztuki w życiu człowieka

Oprócz wyżej wspomnianego znaczenia rodziny, pokoleń, jako niezatartego śladu naszego istnienia poczesne miejsce w przedłużeniu w śladów na ziemi są wytwory ludzkiego umysłu. Słowo pisane w postaci książek, publikacji przetrwało wiele istnień i nadal służy młodszej generacji, jako przykład wielu życiowych rozwiązań, wzbogacając wyobraźnię, język literacki, pozwalają na chwilę odpoczynku w zabieganym świecie.

Podobnie oddziaływają obrazy, rzeźby i inne wytwory rąk ludzkich. Cieszą oczy kolorami, kształtami, a przede wszystkim pomysłowością twórcy. Czytając książki lub oglądając obrazy czy zastanawiamy nad tym, co czuł autor dzieła w chwili jego tworzenia? Niektóre osoby mają nieodpartą potrzebę tworzenia, dla siebie samych, dla pokoleń, po to by zostawić ślad po sobie. Niezależnie jak określa się tę pasję, czy jest to dar od Stwórcy, czy nazywamy to weną jedno jest pewne: nie można tego zmarnować. Piszę te słowa na podstawie własnego doświadczenia 30-letniej pracy twórczej. Tworzenie wiersza lub innego dzieła literackiego dopada nas niezależnie od pory dnia lub nocy, niezależnie też od pory roku, jednak najwięcej wierszy powstaje podczas różnych stanów emocjonalnych. Stany radosnego uniesienia jak i głębokiego smutku mogą stać się tematem i powodem do przelania swoich myśli na kartkę papieru. Lekceważenie tego zapisu wzbudza wyrzut sumienia, że coś umknęło bezpowrotnie, coś czego nie można już odtworzyć. A więc ważne jest, by tego „daru” nie zaprzepaści.

Dzięki tworzeniu dajemy siebie pokoleniom, a tym samym przedłużamy swoje istnienie. Warto pamiętać, że żyjemy nie tylko dla siebie. A Zatem żyjmy tak, aby coś zostało z tych przeżytych owocnie dni. Dajmy siebie innym w swoich myślach zapisanych w formie książki lub innego wytworu naszej wyobraźni.


 

6 listopada 2013 r.

Wyprzedzanie czasu

Człowiek od niepamiętnych czasów chciał zawładnąć ziemią, przestrzenią i czasem. Udawało mu się to z mniejszym lub większym skutkiem. Żywioły nie są jeszcze do końca opanowane. Czas także umyka swoim rytmem, a nam ludziom wypada się do niego przystosować dlatego wymyślono zegary i kalendarze. To one stały się naszymi wyznacznikami pór roku, dat, świąt i dni powszednich. Jednak czy tak naprawdę żyjemy według ich kryteriów?

Poganianie czasu

Bardzo często w dzieciństwie chcieliśmy, aby czas biegł nie własnym torem lecz torem naszych myśli. Pragnienia bycia dorosłym stwarzały w dziecięcych umysłach niecierpliwość wobec upływającego wolno czasu. Dorosłość także nie pozwoliła zapanować nad upływem czasu. Ciągle jest go zbyt mało, aby wykonać zaplanowane czynności. Mimo to ciągle jesteśmy popędzani w pracy, w szkole nawet w sklepach. Nie wszystko ma swój czas. Jeszcze nie pogasły znicze na grobach bliskich zapalone z okazji dnia Wszystkich Świętych i Zaduszek, a już w supermarketach widzimy słodycze gwiazdkowe, sztuczne choinki, ozdoby na świąteczne drzewka i stoły. Za chwilę w mediach pojawią się (jak co roku) reklamy z kolędami w tle. Zacznie się przedwczesna gorączka robienia świątecznych porządków, zakupów, gwiazdkowych prezentów. Mikołaje w czapkach pożyczonych od bajkowych krasnali będą zachęcać dzieci do pisania listów adresowanych do dalekiej Laponii, bo sanie zaprzężone w renifery już ruszyły, by zdążyć na czas. Na jaki czas? Czas reklam, czas komercji? Listopad był miesiącem zadumy nad sensem życia. Nawet w tym czasie rzadziej decydowano się na śluby, imprezy. Koniec listopada „andrzejkową” zabawą przypominał, że zaczyna się adwent i czas przygotowań do świąt Bożego Narodzenia. Początek grudnia był odpowiednim czasem na świąteczne zakupy. Mniejsza ilość towarów na półkach sklepowych wcale nie oznaczała, że ktoś z naszych bliskich nie został obdarowany mikołajkowym lub gwiazdkowym prezentem. Nie musiał to być drogi podarunek, by ucieszyć obdarowanego, wystarczył drobiazg…

Mimo, że 30 lat temu czas też biegł własnym torem nikt go nie próbował wyprzedzać. Na półki sklepowe nikt wcześniej niż w grudniu nie wykładał słodyczy w świątecznych opakowaniach, a liryczne melodie kolęd rozbrzmiewały dopiero podczas wigilijnej wieczerzy. Każdy zdążył na czas z porządkami, zakupami.

Nie dajmy się ponieść komercyjnym chwytom, promocjom, reklamom czyli napędzaniem siebie w przedwczesny wir plastikowych drzewek i czekoladowych krasnali. Tylko dzieci chcą przyśpieszyć bieg czasu. Dorośli wiedzą, że czas płynie sobie własnym rytmem i nie można nad nim zapanować, bo święta i tak nie zaczną się wcześniej niż 24 grudnia.


30 października 2013 r.

Zaduszkowe zamyślenia

Początek listopada od XIII w. skłania nas do przemyśleń nad sensem życia. Dzień po Uroczystości Wszystkich Świętych kościół katolicki w Polsce obchodzi Dzień Zaduszny. Stojąc nad grobami najbliższych, wpatrzeni w nagrobne znicze bardzo często zastanawiamy się, co stanie się duszą, gdy nasze życie dobiegnie kresu? Każda wiara ma na ten temat swoje wierzenia i dogmaty. Jednak ci, którzy zostają nadal nie są pozbawieni pytań eschatologicznych. Tymczasem wyrażamy swoją pamięć o swoich przodkach porządkując ich groby ozdabiając kwiatami i zapalając znicze.

Tradycja „Zaduszek”

Jest to pogański odpowiednik święta „Dziadów”, opisywanych szczegółowo przez Adama Mickiewicza w dramacie cz. II i IV pod tym samym tytułem. W tym dniu wywoływano duchy zmarłych, przynoszono na ich groby smaczne jedzenie. Obrządki tam przedstawione były sprzeczne z katolicką wiarą. Kościół katolicki obchody Dnia Zadusznego zapoczątkował już w 988 roku, jako przeciwwagę pogańskim obrzędom. Jednak dopiero w XIII w. ta tradycja zaczęła być znana w Polsce, a rozpowszechniona została w katolickim kościele w XV wieku. Od tego czasu dzień 2 listopada jest dniem poświęconym duszom zmarłym. W tym czasie odprawiane są msze święte w intencjach dusz w czyśćcu cierpiących. Wierni uczestniczą w procesjach na cmentarze i wspominają swoich bliskich w tzw. „wypominkach”, zapalają znicze, które wg. naszej wiary oświetlają duszom drogę do nieba. Modlitwy przy grobach zmarłych stanowią indywidualną część tych dni pogrążonych w zadumie nad życiem i odchodzeniem.

Porządkowanie grobów

Wraz ze zbliżającymi się świętami „zaduszkowymi”, wierni już od wielu lat porządkowali groby swoich najbliższych, ozdabiając je gałązkami świerku, papierowymi kwiatami lub układając z kasztanów i innych owoców leśnych symbole religijne np. krzyże lub serca. Był to wyraz pamięci i miłości za tymi, którzy już przekroczyli próg życia wiecznego. Ozdoby mogił świadczyły o zamożności sprawujących nad nimi opiekę. Wtedy liczyła się tylko modlitwa o zbawienie drogich zmarłych.

Dzisiaj jest trochę inaczej. Niejednokrotnie stać nas na wiele wyrzeczeń, aby tylko groby zmarłych wyglądały pięknie wręcz tonęły w przepychu. Często zapomina się o modlitwie lub pośpiesznie się ją odmawia skupiając się na ozdabianiu grobowców. Idąc cmentarnymi alejkami zastanawiam się ile jest w nas pamięci o drogich nam zmarłych, a ile pokazania się przed innymi, że stać nas na zakup pięknych wieńców i kwiatów? Pamiętajmy, że zmarli żyją w nas, w naszych genach, słowach, gestach… oni żyją i żyć będą póki będziemy o nich pamiętali, a zbawienie jest niezależnie od wystroju grobu i gatunku kamienia, z jakiego jest on zbudowany.


23 października 2013 r.

Jesienne spacery

Październik, czyli jesień w rozkwicie. Drzewa „kwitną” po raz drugi. Ta pora roku przygotowuje je do zimowego spoczynku. Zanim to nastąpi przez parę tygodni pozwolą nam podziwiać swoją krasę. Kolor jesiennych liści zależy od gatunku drzew i od aury, która o tej porze roku potrafi być bardzo kapryśna lub wręcz przeciwnie – łaskawa. Jesień ma swoich zwolenników i przeciwników. Opisują jej uroki literaci, przekazują paletę barw malarze na swoich obrazach, a muzycy w utworach dźwiękami wyrażają krople deszczu, szum wiatru i szelest spadających liści.

Spacerkiem wśród liści

Zanim nadejdą chłodne, pochmurne dni warto nacieszyć się promieniami słońca, wybierając się na spacer. W zależności od naszego nastroju można go odbyć samotnie lub z rodziną. Podczas samotnego spaceru mamy okazję, aby się wewnętrznie wyciszyć, zrelaksować oraz przemyśleć wiele ważnych spraw. Szum spadających liści doskonale sprzyja do spojrzenia z dystansu na wiele trudnych spraw. Przyroda od zawsze jest sprzymierzeńcem człowieka, nie tylko nas żywi, ale także wewnętrznie wycisza, dając psychiczny komfort, o ile się w nią potrafimy wsłuchać.

Wybierając się na spacer w gronie rodziny lub znajomych możemy liczyć na dobrą zabawę i aktywny wypoczynek. Możemy np. wybrać się do lasu, aby pooddychać świeżym powietrzem i zachęcić najmłodszych członków rodziny do wspólnie spędzonej wycieczki krajoznawczej i edukacyjnej. Własne wspomnienia z lat dzieciństwa pomogą nam znów cieszyć się płodami jesieni. Bukiety złotych liści i korale purpurowych jarzębin mogą ozdobić mieszkanie lub dziecięcy pokój. Nie tylko dzieci będą miały urozmaicone popołudnie robiąc jesienne dekoracje. Możemy do pomocy zaangażować dorosłych domowników. Ludziki kasztanowe, zwierzaczki z żołędzi mają swój urok i będą wspomnieniem złotej polskiej jesieni, gdy nadejdą chłodne długie wieczory.

Spacerkiem wśród deszczu

Jesienna plucha w naszym klimacie nie jest anomalią pogodową i nie jest usprawiedliwieniem, by w tym czasie zaszyć się w najcieplejszy kąt naszego domu. Wystarczy zaopatrzyć się w ciepłe ubranie, parasol i kalosze. Spacery w deszczowe dni uodpornią nasz układ odpornościowy i pozwolą bez chorób przeżyć nie tylko jesienną porę roku, ale także przygotować organizm do zbliżającej się zimy.


16 października 2013 r.

Osoby niepełnosprawne i ich relacje z ludźmi zdrowymi

Zainspirowana fabułą filmu pt.: „Chce się żyć” – reż. Macieja Pieprzycy postanowiłam napisać parę zdań o tym, jak znaczącą rolę w życiu niepełnosprawnego dziecka jest rodzinny dom.

W domu

Kontakty dzieci ze społeczeństwem mają swój początek w dzieciństwie. Rodzina jest pierwszą grupą społeczną, z którą dziecko rozpoczyna kontakt interpersonalny. To od rodziców uczy się relacji z ludźmi z zewnątrz. Oni zachęcają swoje dziecko do wspólnych zabaw, pokazują, w jaki sposób zawierać znajomości, przyjaźnie.

Dzieci niepełnosprawne mają ten kontakt znacznie utrudniony. Dlatego rodzice powinni tym bardziej zachęcać je do kontaktów z ludźmi zdrowymi, aby ich dziecko nie czuło się odrzucone, a w przyszłości nie odczuwało swojej „inności”, oraz poczucia niskiej wartości. Aby tak się stało pierwszą rolą obojga rodziców jest całkowita akceptacja swojego niepełnosprawnego dziecka. Otoczone miłością swoich najbliższych jest radosne, nie stroni od ludzi i łatwiej nawiązuje z nimi relacje. Mimo utrudnień związanych z pokonywaniem barier architektonicznych w miarę możliwości należy dziecko zabierać na spacery, w podróże, by pokazać mu piękno świata, a także zapoznawać z rówieśnikami. Zapraszanie dzieci z sąsiedztwa na urodziny, imieniny, urządzanie Kinder Balu to są dobre okazje do zawierania znajomości i integracji. Nasze pociechy łatwo nawiążą ze sobą kontakt, a w razie trudności należy im w tym pomóc i wyjaśnić, czemu np. Jaś nie może samodzielnie chodzić, czemu trzeba go karmić, czy podać mu szklankę z sokiem. Jeżeli są problemy w kontaktach werbalnych nauczmy jego przyjaciół odczytywać wyrazy twarzy, gesty rąk i ruchy głowy naszego dziecka. Tłumaczmy słabo artykułowane słowa, by „nauczyć” zdrowe dzieci kontaktów z niepełnosprawnymi. Maluchy bardzo łatwo nawiązują kontakty i rozumieją „inność” niektórych dzieci. Często łatwiej jest im zrozumieć niepełnosprawność niż dorosłym ludziom.

Poza domem

Przedszkola i szkoły z oddziałami integracyjnymi są wspaniałymi placówkami, w których nasze dzieci uczą się nie tylko wiedzy o świecie, ale także pomocy tym, którzy jej potrzebują. Tutaj kształtuje się w dzieciach wrażliwość i altruizm. Dzieci, które bez problemu nawiążą kontakt z rówieśnikami niepełnosprawnymi w przyszłości będą otwarte i gotowe do niesienia pomocy słabszym i chorym. Nierzadko zostają wolontariuszami w grupach religijnych opiekujących się osobami niepełnosprawnymi, hospicjach lub domach pomocy. Do takich osób chorzy są bardziej otwarci i darzą ich swoim zaufaniem.

Obecnie mamy wiele możliwości, aby nasze dziecko integrować ze zdrowym społeczeństwem. Obozy integracyjne, rehabilitacyjne, wczasorekolekcje, wycieczki, spotkania w grupach zamkniętych bez obecności rodziców starsze dzieci niepełnosprawne mają możliwość (pod opieką wolontariuszy) sprawdzenia siebie, swoich możliwości.. Takie wyjazdy i spotkania wyzwalają w chorych osobach poczucie samodzielności, zaradności, zmusza do przełamywania barier psychologicznych ze zdrowym społeczeństwem. Po powrocie do domu można zauważyć, że nasze dziecko jest odważniejsze, bardziej samodzielne w podejmowaniu decyzji. W ten sposób nawiązują się wieloletnie znajomości i przyjaźnie. Pozwólmy więc naszym dzieciom chociaż na jakiś okres wyjść spod klosza naszej opieki. Tym sposobem przygotujemy je do przyszłego w miarę samodzielnego życia.

Z życia wzięte

A teraz przedstawię inny obrazek z życia wzięty. Czasami idąc ulicą spotkamy się z wyzwiskami i drwiącymi uśmiechami skierowanymi pod adresem chorego dziecka. Takie zachowanie niewątpliwie sprawia smutek naszemu dziecku. Należy niezwłocznie wytłumaczyć, że jest to wynik niewiedzy, nie tłumaczenia maluchom, że ktoś może być chory i dlatego ma deformacje ciała. Wina bezsprzecznie leży po stronie osób dorosłych, ponieważ w rozmowach z dziećmi zdrowymi unikają trudnego tematu choroby i niepełnosprawności. Ta niewiedza utrudnia relacje ze sprawnymi inaczej, niepotrzebnie ich krzywdzi, dyskryminuje. Zdrowi ludzie w dorosłym już życiu czują dezorientację i skrępowanie, gdy stanie na ich drodze człowiek poruszający się przy pomocy kul lub wózka inwalidzkiego. Dlatego od najmłodszych lat powinniśmy uczulać dzieci na cierpienie innych, ukazywać potrzebę pomagania słabszym. Być może kiedyś to oni się nami zaopiekują?


 

9 października 2013 r.

Katy Carr w Świdniku

W niedzielny wieczór 6 października 2013 roku przed świdnicką publicznością wystąpiła Katy Carr – piosenkarka brytyjska polskiego pochodzenia. Wystąpiła u nas z jedynym koncertem w sali widowiskowej Centrum Kultury.

Katy pilot, Katy piosenkarka

Koncert rozpoczął się punktualnie o godzinie 20. Podczas tego koncertu Katy Carr między piosenkami opowiadała o swojej drodze do muzyki i o swoich młodzieńczych marzeniach. Będąc młodą dziewczyną chciała zostać pilotem. To marzenie realizowała zdobywając licencję pilota w RAFie, a potem licencję pilota prywatnego. Muzyka jednak zwyciężyła wśród jej podniebnych pasji. Być może stało się to dzięki jej babci Joannie, Polce z pochodzenia, która pięknym głosem śpiewała Katy swoje ulubione piosenki? Z pewnością wnuczka ten głos odziedziczyła.

Piosenkarka koncertuje z czteroosobowym zespołem w skład którego wchodzą: skrzypce, wiolonczela, gitara, perkusja, instrumenty klawiszowe, a ona sama gra na mandolinie. Utwory z okresu międzywojennego śpiewane były przez Katy Carr w języku angielskim, polskim oraz francuskim. Wokalistka przeniosła naszą publiczność w świat dawnego kina z udziałem m.in. Jadwigi Smosarskiej i Eugeniusza Bodo. Kadry z tych filmów wyświetlane podczas koncertu pomogły widzom poczuć klimat pięknych lat 20-30 przeszłej już epoki. Oprócz fragmentów fabularnych emitowane były fragmenty filmów dokumentalnych z czasów II wojny światowej np. „Dywizjon 303”.

Świdnicka publiczność doskonale bawiła się śpiewając razem z Artystką znaną wszystkim piosenkę: „Pije Kuba do Jakuba…” Bisom nie było końca. Na zakończenie koncertu Katy Carr zadedykowała utwór „Dziś do ciebie przyjść nie mogę…” znajdującemu się na widowni kombatantowi wojennemu. Starszy pan wzruszony do łez, dziękując wokalistce za piękny koncert wypowiedział znaczące dla niego słowa: „Bóg, honor, Ojczyzna!”

„Paszport”

Kate Carr do chwili obecnej nagrała cztery płyty. Najnowszą i bliską jej sercu jest płyta pt.: „Paszport”. Na tym krążku znajdują się utwory inspirowane losami członków ruchu oporu z czasu II wojny światowej. Kommander’s Car” jest to piosenka dedykowana Kazimierzowi Piechowskiemu, byłemu więźniowi obozu koncentracyjnemu w Auschwitz, który przeżył tylko dzięki ucieczce z tego obozu zagłady. Zainspirowana jego osobą Katy Carr poprzez swoją muzykę chce przybliżyć i przypomnieć losy bohaterów niejednokrotnie przez niektórych już zapomniane.


4 października 2013 r.

Moje spotkanie z Anną Dymną

Anna Dymna – wybitna aktorka teatralna i telewizyjna. Zagrała m.in. w takich filmach jak: Kochaj, albo rzuć, Trędowata, Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny oraz Siedlisko. Jednak chyba najważniejszą jej życiową rolą jest prezesowanie w fundacji „Mimo wszystko”, którą założyła w 2003 roku z myślą o osobach niepełnosprawnych intelektualnie. W ciągu tych 10 lat istnienia Fundacji powstał Ośrodek Terapeutyczno- Rehabilitacyjny pod nazwą „Dolina Słońca”. Od roku 2003 na antenie TVP2 Anna Dymna prowadzi cykliczny program: „Spotkajmy się”, zaprasza tam osoby niepełnosprawne, które opowiadają o swoich życiowych potrzebach.

Moje marzenie

Pani Anna Dymna już od moich najmłodszych lat była mi bliska ze względu na perfekcyjnie odtwarzane role historyczne i kostiumowe. Program „Spotkajmy się”, goszczący osoby z niepełnosprawnością, wzbudził we mnie pragnienie, by poznać bliżej tą empatyczną aktorkę, której los osób niepełnosprawnych nie był obojętny. Odważyłam się nawet napisać zgłoszenie do jej programu, jednak w imieniu prowadzącej odpisała mi jedna z organizatorek programu, że kolejka na występ jest bardzo długa i prosi o cierpliwość… Oglądałam kolejne programy, filmy z jej udziałem i po cichu traciłam nadzieję na zaproszenie. Wiedziałam, że nie tylko ja marzę o spotkaniu z tą pełną ciepła aktorką.

Światełko nadziei

W tym roku wraz z Anną Dąbrowską, dziennikarką z TVP Lublin rozpoczęłam działalność pobudzającą do aktywnego działania osoby niepełnosprawne. Inspirujemy je za pośrednictwem Internetu przedstawiając sylwetki ludzi, którzy mimo choroby nie poddali się.. Dzięki poszerzonym kontaktom poznałam wiele ciekawych osób m.in. Kasię i Karola Łukasiewiczów, którzy w Lublinie założyli Fundację Oswoić Los (FOL). Ich córeczka Hania cierpi na mózgowe porażenie dziecięce więc troskliwi rodzice postanowili, że rozpoczną działalność charytatywną właśnie na rzecz dzieci niepełnosprawnych. W tym celu nawiązali kontakt z licznymi fundacjami nie tylko na terenie naszego regionu, ale także poza jego obszarem. Interesuje ich działalność tego typu organizacji, wymiana doświadczeń. Wśród adresów zaprzyjaźnionych instytucji pp. Łukasiewiczów znalazła się również fundacja „Mimo Wszystko”. Zbliżała się okrągła rocznica jej powstania, a zarazem otwarcie Ośrodka rehabilitacyjnego „Dolina Słońca” dla osób z niepełnosprawnością intelektualną. Inauguracja miała odbyć się 26 września 2013 roku w Radwanowicach k/ Krakowa. Kasia i Karol otrzymali zaproszenie na tą doniosłą uroczystość. Moi przyjaciele znając moje odwieczne marzenie wyszli z propozycją, abym z nimi pojechała na otwarcie tej placówki. Z radością się zgodziłam.

„Dolina Słońca”

Do podkrakowskich Radwanowic jechaliśmy ok. 5 godzin. Prawie cały czas siąpił deszcz. Jednak tuż przy celu podróży wyjrzało piękne słońce i „Słoneczna dolina” przyjęła gości otaczając ich ciepłymi promieniami słońca. Miejscowość przecudna, wśród gór położona. Drzewa na stokach mieniły się wszystkimi kolorami września.

Oficjalnej części otwarcia Ośrodka dokonał Kard. Stanisław Dziwisz wraz z założycielką Anną Dymną. W tej doniosłej chwili towarzyszyli im zaproszeni goście: przedstawiciele władz Krakowa, ludzie kultury: Ewa Błaszczyk, Irena Santor, Henryka Krzywonos-Strycharska i Jurek Owsiak. Przybyli także członkowie fundacji z całej Polski oraz licznie zgromadzeni niepełnosprawni. Następnym punktem programu było zwiedzanie nowoczesnego kompleksu budynków przeznaczonych do rehabilitacji osób niepełnosprawnych. Przestronne sale i pracownie od pierwszych chwil zachęcały, aby z nich korzystać. Po zwiedzeniu placówki Prezes fundacji powitała wszystkich wyczytując poszczególne organizacje. Zapraszając nas na scenę czułam skrzydła u ramion, czułam że spełnia się moje wielkie marzenie. Pani Anna otrzymała ode mnie w prezencie dwa tomiki wierszy z dedykacją. Jej ciepłe spojrzenie emanowało na wszystkich zgromadzonych. Wyczytując przedstawicieli organizacji o nikim nie zapomniała.

Po powitaniach Anna Dymna zaprosiła wszystkich gości na film opowiadający o powstawaniu fundacji „Mimo wszystko” oraz o budowie „Dolina Słońca”. Podkreślała przy tym ważną rolę mediów, które nagłaśniając jej akcje przyczyniały się do powstania tak wspaniałej inicjatywy. Na zakończenie części oficjalnej niepełnosprawni aktorzy z grupy teatralnej „Radwanek” przedstawili bajkę pt. „Franek z Doliny Słońca” z narracją Anny Dymnej i innych wybitnych aktorów scen polskich.

Finałem programu artystycznego był koncert laureatów „Zaczarowanej piosenki”, organizowanej co roku w Ciechocinku. Oprócz popularnych piosenkarzy i aktorów razem z nimi wystąpili niepełnosprawni artyści. Pani Ania Dymna wzruszona była do łez, ponieważ ten koncert był dla niej niespodzianką.

Gospodyni Ośrodka zadbała również o nasze ciała zapraszając na piknik. Wojskowe namioty chroniły od chłodu. Każdy mógł najeść się do syta i nasycić oczy pięknymi widokami gór. W tym czasie był czas na zdjęcia, autografy i wpisy do pamiątkowych Kronik. Wyjeżdżaliśmy przepełnieni nadzieją, że warto wierzyć w spełnienie marzeń. Cieszyłam się nie tylko tym, że dane mi było spotkać Panią Annę. Cieszyłam się radością i nadzieją Kasi i Karola, którzy od wielu już lat marzą o budowie „Tęczowego wąwozu” w Kazimierzu Dln. Poczynili już pierwsze kroki, a dzięki spotkaniu z Anną Dymną zaczęli wierzyć, że doprowadzą do końca ośrodek mający pomóc w rehabilitacji dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym.


 

24 września 2013 r.

Świdnik zagrał dla Pawełka

Mając zdrowe dzieci czy zastanawiamy się, co czują rodzice dzieci chorych, jakie trudności napotykają? Najczęściej pracuje jedno z rodziców, bo drugie musi być bez przerwy przy dziecku. Są bezradni wobec niskich dochodów, zakupie kosztownych lekarstw i sprzętu rehabilitacyjnego. Ratując swoje dziecko zmuszeni są prosić o pomoc obcych ludzi np. organizując zbiórki uliczne lub koncerty charytatywne. Z podobnym problemem borykają się państwo Łagowscy wychowując synka z mózgowym porażeniem dziecięcym.

Zjednoczeni wokół Pawełka

Pawełek od urodzenia cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. Potrzebuje drogich lekarstw i sprzętu rehabilitacyjnego. Niestety, kwestie finansowe odgrywają znaczącą rolę w procesie zatrzymania postępu choroby. Naprzeciw problemom państwa Łagowskich wyszedł komitet społeczny “Świdniccy Muzycy dla Pawła”. 22 września o godz. 13.00 w sali widowiskowej Centrum Kultury odbył się koncert charytatywny z udziałem artystów scen świdnickich i lubelskich.

Wystąpili znani i lubiani piosenkarze np. Dariusz Tokarzewski, Piotr Selim oraz Świdnik Gospel Choir pod dyrekcją Grzegorza Głucha, a także świdnickie chóry: Salve Regis pod dyrekcją Agaty Szlązak, chór Arion oraz chór św. Kingi pod dyrekcją Magdaleny Celińskiej oraz zespół smyczkowy Państwowej Szkoły Muzycznej im. Rodziny Wiłkomirskich w Świdniku, pod dyrekcją Ewy Puławskiej. Soliści i zespoły muzyczne wykonywali utwory w których pojawiały się słowa nadziei. Jak zawsze podczas trwania takich koncertów dopisała świdnicka publiczność wypełniając po brzegi salę widowiskową Kina Lot. W czasie imprezy można było wrzucić pieniądze do puszki ustawionej na holu głównym kina. Na ulicach naszego miasta przedstawiciele różnych organizacji zbierali dary serc ofiarnych Świdniczan. Wzruszające było to, że do puszek wrzucali pieniądze nie tylko dorośli, ale także dzieci. Liczył się każdy grosz. Wszystkich zjednoczył jeden cel: pomoc Pawełkowi. Czy został osiągnięty? Wierzymy, że tak, wierzymy, że ofiarność serc i uczucie empatii przyniosło oczekiwane rezultaty.


17 września 2013 r.

Jak przekonać dziecko do czytania książek?

Kontynuując temat zbliżającej się jesiennej pory roku nadal twierdzę, że nie musi być ona przepełniona szarym, nudnym czasem, który upływa bardzo powoli. To od nas zależy, w jaki sposób zagospodarujemy wolne popołudnie. Tej jesieni możemy postawić sobie cel. Cel zachęcenia swoich dzieci częstego odwiedzania księgarń i bibliotek. Rodzice małych dzieci powinni wspólnie odwiedzić te placówki, aby pomóc dziecku w wyborze odpowiedniej lektury.

Zalety czytania książek

Jeśli sami lubimy czytać książki przekonać swoje dziecko do ich polubienia nie będzie trudno. Dzieci często przejmują zachowania rodziców. Nie pozwólmy, aby nadchodzący jesienny okres przerodził się w bezsensowną nudę. Pokażmy, że książka może być najwierniejszym przyjacielem.

Zanim zaczniemy przekonywać dziecko do polubienia literatury warto zapoznać się zaletami, jakie mogą nabyć dzieci dzięki słuchaniu i czytaniu treści zawartej w książkach. A więc książka wzbogaca język, poprawnie pomaga rozwijać mowę, słownictwo, pobudza fantazję, wyobraźnię, rozwija myślenie. Książka pobudza także do kształtowania i wyrażania uczuć i empatii. Poprzez czytanie fachowej literatury nabywamy wiedzy o świecie: przyrodzie, technice oraz o różnych dziedzinach nauki. Poza tym podczas czytania uczymy się etyki, a także pomaga w rozwiązywaniu życiowych problemów. Czytanie dziecku książki pogłębiamy z nim więzi rodzinne. Dobra fascynująca powieść pomaga zapomnieć o codziennych kłopotach. A jeśli z jej kart czerpiemy przyjemność z samego czytania, książka może stać się wiernym przyjacielem, który jest na wyciągnięcie ręki. Jak widzimy warto czytać i przekazywać swoją pasję dalszym pokoleniom.

Co czytać dzieciom?

Zdaniem psychologów już w okresie prenatalnym tj. w trzecim trymestrze ciąży możemy opowiadać dziecku bajki lub inne wymyślone historie z maleństwem w roli głównej. Podczas tej „rozmowy” dziecko przyzwyczaja się do języka i głosu rodziców.

Po urodzeniu dziecka możemy czytać mu już w wieku niemowlęcym. W tym celu wybieramy kołysanki, rymowanki i wiersze łatwe do zapamiętania. Dobrym nawykiem jest czytanie dziecku przed snem. Przytulając dziecko uspokajamy je łagodnym głosem. Zapoznając maluszka z książką na początek podarujmy mu egzemplarz z grubymi tekturowymi lub plastikowymi kartkami. Książka powinna być pełna kolorowych obrazków.

Starszemu dziecku wybieramy dziecku pozycje zgodne z jego zainteresowaniami. Chłopcy preferują książki o tematyce technicznej: opowiadania o pracy strażaków, policjantów, operatorów koparek itp. dziewczynki uwielbiając słuchać bajeczek o księżniczkach, sierotkach. Dzieci obojga płci interesują się zwierzętami i lubią słuchać opowiadań, których bohaterami są np. koty, psy i dinozaury. Warto kupować dziecku czasopisma stosowne do jego wieku rozwojowego. Po przeczytaniu rozdziału lub fragmentu książeczki zadajmy naszemu słuchaczowi pytania dotyczące przeczytanego tekstu. Ten sprawdzian pozwoli nam ocenić, czy dziecko prawidłowo rozumie treść książki.

Aby uatrakcyjnić dziecku czytanie książek możemy zaproponować narysowanie scenki przeczytanej książki lub odegranie jej w domowym teatrzyku. Do udziału w tej sztuce zaprośmy dzieci z sąsiedztwa. Będzie to dobra okazja do nauki organizowania przedsięwzięcia, a także do nawiązania przyjaźni i integracji. Dziecko w wieku szkolnym może założyć kartę w szkolnej i miejskiej bibliotece.

Książki „mówione”

Jeśli dziecko jest jeszcze zbyt małe, aby samodzielnie czytać, możemy zaopatrywać je w książki „mówione” tzn. nagrane na płytach CD lub DVD. Sklepy i biblioteki są w te pozycje dobrze zaopatrzone.

Zaprzyjaźniajmy dziecko z książką już od najmłodszych lat. Jeśli to nastąpi możemy być pewni, że ta przyjaźń zapełni pustkę szarych jesiennych dni i przetrwa już na zawsze. Może pasja czytania książek stanie się motywacją do pisania własnych wierszy lub opowiadań?


11 września 2013 r.

Co przygotowuje na jesienne wieczory biblioteka im. Anny Kamieńskiej w Świdniku?

Lato ma się już ku końcowi. Zbieramy plony przed jesiennymi chłodami. Popołudniami częściej będziemy przebywali w domowym zaciszu oglądając nowe ramówki w telewizorze lub czytając ciekawe książki. Nasza Miejsko-Powiatowa Biblioteka Publiczna im. Anny Kamieńskiej w Świdniku oprócz nowych pozycji książkowych przygotowała również wiele Wieczorów Autorskich, wernisaży i innych atrakcji kulturalnych dla każdej grupy wiekowej.

Wrześniowe spotkania w Bibliotece im. Anny Kamieńskiej

Już od wielu lat jesienna kapryśna aura wcale nie musi kojarzyć się z nudą. Wystarczy zapoznać się z programem, jaki przygotowali pracownicy Biblioteki im. Anny Kamieńskiej w Świdniku. Dyrektor tej placówki p. Jadwiga Ciołek wychodzi naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców miasta i dba o rozwój kultury w naszym regionie, zapraszając propagatorów naszej narodowej tradycji oraz twórców piszących prozę, poezję i tworzących inne dzieła rąk i umysłu.

Już 12 września odbędzie się spotkanie autorskie w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, godz. 18.00,, Filia nr 4 przy ul. Armii Krajowej 3. Również 12 września br. nastąpi otwarcie wystawy malarstwa Anny Witek pt.: “W labiryncie wyobraźni”. Wernisaż zostanie uroczyście otwarty o godz. 18.00 w Galerii Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej mieszczącej się przy ul. Niepodległości 13 w Świdniku.

Dla każdego coś miłego

Kolejną jesienną działalnością naszej Biblioteki lekcje biblioteczne dla najmłodszych czytelników. Mają one na celu edukację dzieci przedszkolnych i dzieci ze szkół klas niższych. Tego typu lekcje opieraj się na bezpośrednim kontakcie ucznia z książką i innymi dokumentami będącymi w posiadaniu biblioteki. W ramach tych spotkań organizowane są zajęcia dydaktyczne mające nauczyć małe dzieci korzystania z tradycyjnych źródeł informacji oraz wprowadzić je w świat bajek, które pobudzają i uwrażliwiają dziecięcą wyobraźnię. Oprócz wymienionych zajęć dla najmłodszych organizowane będą także tej jesieni pogadanki o książkach (booktalking) dla klas VI i gimnazjalistów pt.: “Czarodziejska góra książek”. Planowany jest też Konkurs Recytatorski dla dzieci i młodzieży, a tematem tego konkursu będzie przepiękna poezja Anny Kamieńskiej – Patronki świdnickiej Biblioteki. Biblioteka nie zapomina także o osobach dorosłych. Organizowane będą właśnie dla nich Spotkania z literaturą. Każdy tam odnajdzie swoją ulubioną książkę.

Konkurs z tradycją

W tradycję naszego miasta wpisały się konkursy organizowane przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury. W tym roku odbędą się już „XVIII Ogólnopolskie Prezentacje Twórczości Świdnik 2013”. Odbywają się one w 3 kategoriach: literackiej, plastycznej i fotograficznej. Dzięki temu konkursowi jury wyłania najlepszych poetów, pisarzy, malarzy i fotografów. Należy przypomnieć, że rozstrzygnięcie tego konkursu wraz z ogłoszeniem wyników i przyznaniem cennych nagród nastąpi 26 października. Natomiast wystawę prac fotograficznych będzie można obejrzeć parę dni wcześniej, bo już 3 października o godz. 18.00 w Centrum Kultury przy ul. Aleja Lotników Polskich 24 w Świdniku.

Otwarcie wystawy plastycznej nastąpi dzień później tj. 04 października 2013 roku o godz. 18.00 w Galerii Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej im. Anny Kamieńskiej w Świdniku przy ul. Niepodległości 13. Należy dodać, że po ogłoszeniu werdyktu następuje zawsze część artystyczna, na którą organizatorzy zapraszają ciekawych ludzi ze świata kultury. Wspominając rok ubiegły konkurs został ukoronowany występem Urszuli Gronowskiej i Jacka Zaima, którzy w swojej diaporamie przedstawili piękno Roztocza, Bieszczad i innych zakątków naszego kraju. Wyrazili to za pomocą zdjęć i czytanej poetyckiej prozy. Spektakl multimedialny odbywał się „na żywo”, co jeszcze bardziej współtworzyło odpowiedni nastrój i wzbudziło nostalgię np. za cerkiewną ciszą. Co wrażliwszym widzom łza spadła na dno serca, zbudziwszy ze snu wspomnienia za domem rodzinnym, za zapachem lasów z lat dzieciństwa. Tak było kiedyś… Zobaczymy, kto w tym roku będzie uświetniał XVIII Ogólnopolskie Prezentacje Twórczości Świdnik 2013?

W tym roku jesień jak widzimy będzie obfita w wydarzenia kulturalne, wystarczy tylko odrobina dobrych chęci i wybór programu artystycznego.


4 września 2013 r.

Zaproszenia i nagrody

Któż z nas nie chciałby zostać zaproszony na obiad, poczęstunek lub atrakcyjną wycieczkę i jeszcze na pamiątkę otrzymać ekskluzywny upominek? Wiele firm oferuje właśnie takie atrakcje byleby przyjść na spotkanie np. w restauracji. Zaproszenia otrzymujemy różnymi środkami przekazu, a najczęściej drogą telefoniczną bądź pocztową.

Radosny dźwięk telefonu

Sobotni lub niedzielny poranek. Dla wielu z nas nadzieja na dłuższy odpoczynek po całotygodniowej pracy. O godzinie 8.00 zazwyczaj jeszcze śpimy lub pijemy filiżankę porannej kawy otuleni ciepłą kołdrą. Nagle błogi nastrój przerywa dźwięk telefonu. Zrywamy się z ciepłego łóżka, mając nadzieję, że ktoś bliski chce z nami się skontaktować. Niestety, okazuje się, że głos w słuchawce nie należy do osoby z kręgu naszych bliskich, czy znajomych. Nieznajoma pani miłym lecz bardzo szybkim głosem zaprasza nas na pokaz zdrowego odżywiania, pokaz zdrowej wełnianej pościeli i prezentację garnków. Jeszcze inne firmy proponują masaże i pokazy sprzętu medycznego z możliwością zakupu – kuszą atrakcyjnymi cenami i promocjami. I tak oto telefon rozbudza nas skutecznie. Plan dłuższego odpoczynku krzyżuje nam sygnał telefonu i zaproszenie przekazane anielskim głosem nie zza światów lecz będącej po drugiej stronie linii. Czyżby firma zatrudniająca tą panią zapomniała o weekendzie i zupełnie straciła poczucie czasu? Najczęściej na takich spotkaniach zjawiają się przeważnie ludzie niepracujący: osoby starsze, emeryci, renciści, którzy przy swoich niskich dochodach ulegają zachęcającym obietnicom niskich cen produktu, promocjom i przede wszystkim „praktyczne” upominki, na które ich nie stać. Niestety rzeczywistość okazuje się inna od tej obiecywanej przez panią z telefonu. Oferowane produkty okazują się bardzo drogie, chociaż rzekomo są po „promocyjnych” cenach. Organizatorzy i na ten problem znajdują rozwiązanie. Na miejscu – obok prezentujących cudowne uzdrawiające medykamenty – zapraszane są osoby współpracujące z bankami, które w razie potrzeby udzielają szybkich kredytów. Ludzie chorzy i starsi w pierwszym momencie są zachwyceni skutecznością działań np. sprzętu medycznego, sprzętu AGD, zdrowotnej pościeli i innych akcesoriów. Jest to działanie wręcz żerowanie na ludzkich emocjach. Człowiek działający pod wpływem chwili podejmuje pochopne decyzje, których może żałować przez długie lata. Tak też jest w przypadku zakupu oferowanych niektórych towarów. Po przyniesieniu ich do domu okazuje się, że nie jest on taki cudowny, jak wmawiali nam prezenterzy na spotkaniu lub co gorsza jest to bubel nie spełniający swojego zastosowania, ponieważ jego działanie pozostawia wiele do życzenia, jest po prostu zepsuty. A zaciągnięty kredyt trzeba spłacać i to z należnymi odsetkami. W takim przypadku nie jest pocieszeniem nawet darmowy upominek, który także bardzo często nie spełnia naszych oczekiwań i nie jest taki przydatny, jak ten obiecywany przez mi panią ze słuchawki telefonu. W takich przypadkach można odwoływać się do rzecznika praw konsumenta w danym regionie, ale jest to dość skomplikowana procedura, z której najczęściej starsi ludzie rezygnują tłumiąc w domowym zaciszu swój żal i wstyd że zostali oszukani. Tak oto wzrasta statystyka ludzi biednych, chcących przecież (często nieświadomie) zmniejszyć swoje fizyczne cierpienie lub poprawić jakość życia, kupując drogie produkty. Z własnego doświadczenia wiem, że skuteczną formą „wymigania się” z telefonicznych zaproszeń, jest prośba do organizatora spotkań o niezbędny transport, ponieważ samodzielnie nie mam możliwości dojechać do lokalu, w którym to spotkanie jest planowane. Wówczas zapraszająca mnie pani informuje trochę zdezorientowanym głosem, że na chwilę obecną ta firma nie dysponuje transportem, życzy mi dużo zdrowia i odkłada słuchawkę nie czekając na moje konwencjonalne: „do widzenia”. A ja w myśli dziękuję za życzenia dobrego zdrowia i zaraz dodaję: „i daj mi jeszcze Boże cierpliwość do odbierania takich telefonów”.

Tajemnicza koperta w skrzynce pocztowej

Obok telefonicznej zachęty na wyżej wymienione spotkania uzdrawiające jest jeszcze droga poczty tradycyjnej. Bardzo często znajdujemy w naszych skrzynkach na listy przesyłki – zaproszenia. Są one drukowane na kredowym papierze z bogatą grafiką. W tychże zaproszeniach oferowane są także luksusowe produkty codziennego użytkowania, sprzęt medyczny, a także nawet… samochód. W kopertach przesyłane są także kluczyki do wygranych już wypasionych aut, ale… warunkiem jest wcześniejszy zakup produktu, który jest wyceniony na niebagatelną kwotę. Niektórzy się na ten zakup nabierają, a potem czekają na posłańca przynoszącego bukiet róż wraz z dokumentami do odbioru samochodu. Niestety, posłaniec się nie zjawia, a ci którzy są w to szczęście „zaangażowani” czują się oszukani i bezradni. Reasumując temat miejmy tę świadomość, że w dzisiejszych czasach niektóre firmy nie mają względów na osoby, liczy się klient i jego kasa. Zanim podejmiemy decyzję sprawdźmy wiarygodność firmy i jej statut prawny. Bądźmy czujni i rozważni, nie podejmujmy decyzji pod wpływem emocji, bo takie działanie może przynieść odwrotny skutek od zamierzonego.


 

28 sierpnia 2013 r.

Sierpień w świdnickiej kulturze

Upalny sierpień. Wakacje. Wymarzony czas na nadrobienie zaległości w wypoczynku na wczasach, łonie natury lub zobaczyć ciekawy film bądź sztukę teatralną. W naszym regionie wielbiciele Melpomeny i X muzy czyli kina mają w czym wybierać.

Festiwal filmowy „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym

Już od 7 lat w niedaleko oddalonym od Świdnika, Kazimierzu Dolnym na przełomie lipca i sierpnia organizowane są festiwale filmowe pod nazwą „Dwa Brzegi”. Są one już wpisane w krajobraz stylowych kazimierskich kamieniczek, urokliwych wąwozów i szum nieodległej Wisły. Dyrektorką festiwalu była – jak zawsze – Grażyna Loska, znana prezenterka telewizyjna i redaktorka cotygodniowego programu: Kocham Kino. Na festiwalu można zobaczyć m.in. premiery filmowe i teatralne, spotkania z aktorami i reżyserami, posłuchać koncertów, obejrzeć ciekawe wystawy. A wszystko to dzieje się na Rynku w namiotach lub pod gołym niebem. W tym roku zacnymi gośćmi festiwalu byli: Stanisława Celińska – aktorka, Waldemar Pokromski – charakteryzator filmowy oraz Andrzej Jakimowski – reżyser i Carlo di Carlo – krytyk filmowy. W tym roku przedstawiono filmy z ostatnich festiwali w Cannes, nominowane do nagrody Złotej Palmy: „Wielkie Piękno” – Paola Sorentino i „Borgman” – Alexa van Warmerdama. Duże uznanie widzów zyskał film pt.: „W kręgu miłości”- Felixa Van Groeningena. Na festiwalu obecny był także Bogdan Zdrojewski – Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Impreza łącząca „Dwa Brzegi” połączyła na kazimierskim Rynku wielbicieli kina nie tylko Lubelskiego regionu, ale także wczasowiczów z różnych części Polski i świata.

Teatry Uliczne w Świdniku

Nasze miasto ma także swoją kulturalną tradycję. Są to Teatry Uliczne odbywające się już po raz 8 na Placu Konstytucji 3-go Maja. W ubiegły weekend tj. 23-25 sierpnia Centrum Świdnika było jednym wielkim teatrem. Repertuar teatrów był dostosowany do kategorii wiekowych widzów: począwszy od widzów najmłodszych, poprzez sztuki familijne, a skończywszy na spektaklach dla widzów dorosłych. W programie zobaczyliśmy spektakle z Gdańska, Warszawy, Poznania oraz Krakowa. Bezdeszczowa pogoda była sprzymierzeńcem Spotkań Teatrów Ulicznych. Jedynym mankamentem tych plenerowych spotkań była zbyt późna pora rozpoczynania sztuk dla dorosłych. O tej porze roku jest już chłodno i dlatego wielu widzów wybierało się na spektakle z ciepłym ekwipunkiem. Podczas trwania teatru aktorzy pokazywali kunszt swojego talentu mnie tylko tego aktorskiego, ale również akrobatycznego. Na twarzach dzieci widać było uśmiech, zadowolenie, a przede wszystkim zainteresowanie spektaklem, a to świadczy o potrzebie dalszych organizacji spektakli „pod chmurką”. Celem takich imprez jest zachęcenie mieszkańców miast do odwiedzania placówek kin i teatrów. Miejmy nadzieję, że Spotkania Teatrów Ulicznych wpiszą się na stałe w kulturalny kalendarz corocznych imprez podobnie jak Festiwale Filmowe w Kazimierzu Dolnym.


19 sierpnia 2013 r.

„Już nie zapomnisz mnie…”

Niedzielne sierpniowe popołudnie w mieście wcale nie musi być nudne. O rozrywkę w środku upalnego lata dba nasz Miejski Ośrodek Kultury. Właśnie w minioną niedzielę 18 sierpnia mogliśmy się o tym przekonać. W sali kameralnej Centrum Kultury, wypełnionej osobami pragnącymi przenieść się choć na chwilę w epokę lat 20-30-stych ub. stulecia odbył się koncert pt.: „W starym kinie”. Melodie i piosenki w wykonaniu młodych artystów przypomniały filmy, które zapisały się do klasyki polskiej kinematografii.

Stare piosenki w nowym wykonaniu

Młodzi wokaliści śpiewając utwory znanych piosenkarzy okresu międzywojennego przenieśli słuchaczy w świat początków kina, kiedy to zaczęto tworzyć ścieżki dźwiękowe do filmów. Powstawanie fonii ożywiało niemy dotąd film i czyniło go ciekawszym, pełnym ekspresji. Jerzy Turowicz – zapowiadając kolejne utwory przedstawiał dokładną historię danego filmu: datę i miejsce emisji, znakomitych aktorów oraz piosenkarzy, którzy bardzo często odtwarzali w filmach główne role. Mowa tu m.in. o Toli Mankiewiczównie, Aleksandrze Żabczyńskim i o wielu innych niezapomnianych aktorach okresu międzywojennego. Przypomniano piosenki z filmów: „Ada, to nie wypada”, „Co mój mąż robi w domu” oraz wiele innych przebojów, które w tamtych czasach nuciła cała Polska. Przedstawiane piosenki miały w sobie nie tylko głęboką treść, ale także sporą dawkę humoru. Artyści dzisiejszego pokolenia także starali się przekazać te wartości słowem, gestami tworząc specyficzny klimat tamtej epoki. Widownia bawiła się wspaniale. Na zakończenie tego barwnego w słowa i kostiumy widowiska zaśpiewano piękną piosenkę pt.: „Już nie zapomnisz mnie…” Na pewno nie da się zapomnieć aktorów scen lubelskich, którzy swoim głosem i talentem muzycznym sprawili, że osoby uczestniczące w tym niedzielnym koncercie domagali się bisów oraz z uczuciem tęsknoty za tamtymi czasami wchodzili we współczesny zagoniony świat. Czar tamtej epoki przedstawili następujący artyści: Mariola Zagojska- sopran, Dorota Szostak- Gąska- sopran, Jakub Gąska – tenor. Akompaniował im kameralny zespół muzyczny w składzie : Agnieszka Schulz- Brzyska – fortepian, Natalia Nikitina – Kozub – skrzypce, Natalia Nikitina – Kozub – skrzypce.


14 sierpnia 2013 r.

Tradycja pieszego pielgrzymowania w Polsce

Sierpień to miesiąc pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. Mijając kilkutysięczną grupę pątników zastanawiamy się, co kieruje ludźmi, którzy poświęcając swój urlop wyruszają pieszo w daleką drogę? Przeważnie każdy taki pątnik niesie w swoim sercu intencję np. pokutną, dziękczynną, wstawienniczą za siebie, bliskich i znajomych oraz za zbawienie zmarłych. Swój trud ofiarowują Matce Bożej, która w cudownym obrazie króluje już od 1382 roku. W święto Matki Boskiej Zielnej, tj. 15 sierpnia do jej ziemskiego tronu na Jasnej Górze zmierzają wielotysięczne piesze pielgrzymki z różnych stron Polski.

Historia pieszych pielgrzymek

Pierwszą pieszą pielgrzymkę odnotowano w Kronikach Jasnogórskich w roku 1434 tuż po restauracji cudownego obrazu, kiedy to husyci zdewastowali wizerunek Czarnej Madonny. Krakowska pielgrzymka rozpoczęła tradycję pieszych pielgrzymek w polskim narodzie. Najpierw były to grupy kilkuosobowe, nie systematyczne. Do najstarszych pielgrzymek zalicza się Pielgrzymkę Warszawską, ponieważ od 1711 roku zaczęła corocznie przybywać do Częstochowy. Dawniej pielgrzymki nazywano kompaniami. Na jej czele szedł przewodnik świecki lub duchowny. To on wyznaczał trasę, miejsca postoju i godziny wymarszu. Bagaże wiozła wynajęta furmanka. U bram Sanktuarium grupę pątników witał zakonnik, kropiąc wszystkich przybyłych wodą święconą. Pobyt w świętym miejscu zwykle trwał 1-4 dni. Do XX w. pielgrzymi drogę powrotną również pokonywali pieszo. Nawet wojenna zawierucha nie przerwała kontynuacji pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. Ruch pielgrzymkowy wyraźnie się zwiększył w latach 70-tych ubiegłego stulecia i trwa nieprzerwanie do chwili obecnej.

Radość pielgrzymowania

Lubelska Pielgrzymka do Czarnej Madonny też ma swoją tradycję. Są to 11-dniowe rekolekcje w drodze podczas których ludzie modlą się, śpiewają, słuchają konferencji, ślubują sobie miłość. Mają pokonać 320 km zanim ujrzą wieżę jasnogórskiego klasztoru. W tym roku pątnicy wyruszyli 3 sierpnia już po raz trzydziesty piąty. Mottem przewodnim pielgrzymki jest hasło: „Z wiarą przez życie” Z naszej diecezji idzie 2700 pątników. Tegoroczna pielgrzymka liczy 19 grup. W grupie 13-stej idzie 220 osób z naszego dekanatu tzn. z okolic Świdnika i Piask. Przewodnikiem tej licznej grupy jest ks. Emil Mazur oraz księża dojeżdżający co 2 dni z naszych parafii. Atmosfery panującej na pielgrzymkowym szlaku nie da się przekazać ani opisać – to trzeba przeżyć. Trzeba zobaczyć radość w oczach pątników mimo pryszczy na stopach, mimo zmęczenia i spalonej słońcem skóry na twarzy i ramionach. Trzeba zobaczyć łzy w ich oczach 14 sierpnia, gdy u bram Jasnej Góry kończy się pielgrzymi szlak. 11 dni modlitwy jednoczy ludzi i tworzy wspólnotę serc, która trwa pomimo odległości. Ta często także duchowa więź pomaga trwać pamięcią, by za rok znowu wyruszyć tam, gdzie czeka „Matka, która wszystko rozumie…”


6 sierpnia 2013 r.

Dokuczliwe komary

Każdy z nas wie, jak dokuczliwe potrafią być komary. Mały owad może zepsuć najbardziej miły, romantyczny letni wieczór. W Świdniku również te owady są utrapieniem mieszkańców. Po całodziennych upałach wieczorami wiele osób chciałoby odetchnąć chłodniejszym powietrzem lecz niestety te dokuczliwe owady potrafią skutecznie zakłócić wypoczynek. Bąble i zaczerwienienia na skórze są przykrym wspomnieniem letnich eskapad. Aby skutecznie bronić się przed komarami trzeba poznać ich środowisko oraz to, czego boją się najbardziej.

Gdzie żyją komary i czym się odżywiają?

Na świecie istnieje ponad 3000 gatunków komarów, w Polsce jest 47 gatunków. Zamieszkują one tereny wilgotne. Ich larwy żyją w wodzie. Dlatego dorosłe osobniki gromadzą się w skupiskach na podmokłych terenach: nad rzekami, jeziorami, stawami, bagnami. Komary są wszędzie tam, gdzie latem człowiek szuka cienia i ochłody tzn. w parkach i ogrodach.. Warto wiedzieć, że to tylko samice komara nas kąsają. Ma to jednak swoje uzasadnienie. Komarzyce wypijają ciepłą krew z ssaków stałocieplnych ponieważ jej składniki są niezbędne do rozwoju jaj. Bez domieszki krwi jaja komarów mają małe szanse na wylęg młodych osobników. Samice komara zwabia zwiększone stężenie dwutlenku węgla oraz kwas mlekowy wydzielany z potu ssaków np. kota, zająca, człowieka. Wczesną wiosną samica składa jaja w wodzie, a ich liczba waha się od 50 do 5000 sztuk. Samce natomiast odżywiają się pyłkiem nenufarów, grążeli i innych kwiatów rosnących nad wodami. Męskie osobniki po zapłodnieniu samic giną.

Dlaczego swędzi skóra?

Zbliżającego się do nas komara charakteryzuje ciche bzyczenie. Gdy owad siada na skórze człowieka zwykle robi to bardzo delikatnie. Czujemy tylko nieprzyjemne ukłucie, a potem pieczenie skóry. Po krótkim czasie w miejscu ukąszenia pojawia się swędzący bąbel. Dzieje się tak dlatego, gdyż samica komara podczas wbijania swojej kłujki w naszą skórę wpuszcza niewielką porcję swojej śliny, która ma zapobiegać krzepnięciu krwi. Ślina komara zawiera enzym podrażniający skórę, a niekiedy może wywołać reakcję alergiczną. Najedzony komar odlatuje, a nam pozostaje przykre odczucie swędzenia w zaatakowanym miejscu. Może w tym miejscu pojawić się też opuchlizna.

W jaki sposób walczyć z komarami?

Domowymi sposobami na walkę z tymi natrętnymi owadami mogą być szczelne moskitiery, a także olejki eteryczne – waniliowe lub cynamonowe. Można się nimi smarować co pół godziny, ponieważ szybko wyparowują. Również spożywanie czosnku, cebuli oraz witaminy B6 zmienia zapach potu człowieka i dlatego jest mało przyjemny dla komarów. Dobrym sposobem na odstraszenie komarów jest gąbka nasączona octem i położona na parapecie okna. Dużym powodzeniem cieszą się elektryczne wkłady z pojemnikami na ciecz, która w pomieszczeniach zamkniętych komary zabija. Jeśli domowe sposoby nie dają oczekiwanych rezultatów w walce z tymi owadami możemy bronić się przed nimi środkami farmaceutycznymi.

Na rynku mamy wiele skutecznych preparatów na odstraszenie tych uciążliwych owadów. Najbardziej popularne i najchętniej wybierane są żele i produkty w sprayu takich firm jak: Asio, Moskito-farm, Bros, OFF, Aptonia czy Orinoko. Większość preparatów przeznaczona jest do stosowania przez osoby dorosłe. Wychodząc naprzeciw potrzebom i wymaganiom klientów firmy farmaceutyczne zaczęły produkować spraye i żele dla najmłodszych. Najczęściej stosowanym preparatem jest żel Chicco – dla niemowląt już od 1 miesiąca życia. Natomiast OFF Junior Care – powyżej 2 roku życia. Firmy Anti- Mosquito oraz Mosbito i Orinoko Band rozpoczęły produkcję wygodnych plastrów i opasek zakładanych na rękę lub nogę dziecka.

Jeśli chcemy obronić się przed komarami posadźmy na balkonie lub działce kocimiętkę i bazylię. Wydzielany zapach tych roślin nie pozwoli zbliżyć się komarom.

Co robić, gdy jednak komar ugryzie?

Jeśli nie uda nam się obronić przed atakiem komarów i na skórze pojawi się bąbel wówczas należy zastosować środki zmniejszające uczucie swędzenia. Najbardziej skuteczne są maści robione na bazie ziół: propolisowa, nagietkowa i maść z arniki. Można stosować też żele: Fenistil, Entil, Dapis oraz w sprayu Dermophenazol. Wymieniony wybór preparatów dostępny jest w naszych aptekach. Jeśli pomimo stosowania wymienionych maści opuchlizna nadal się utrzymuje należy niezwłocznie zgłosić się do lekarza.


30 lipca 2013 r.

Upał daje się we znaki

Tegoroczne lato jest wyjątkowo gorące. Słupki rtęci na zaokiennych termometrach wskazują dość często ponad 35 st. C. W taką pogodę marzymy o wyjeździe nad wodę. Jednak nie każdy ma taką możliwość. Lato w mieście nie daje zbyt wielu perspektyw na odpoczynek. Powietrze jest zanieczyszczone spalinami i nagrzane słońcem. Szukamy cienia w parkach lub na skwerach. W Świdniku na szczęście jest parę takich miejsc, które dają schronienie przed upałem.

Strumienie wody na placu

Ulubionym miejscem spotkań w upalne dni jest Plac Konstytucji 3-go Maja. Zadbał o to nasz Urząd Miasta. Już od kilku lat działa tam wodotrysk, który gromadzi najmłodszych naszych mieszkańców wraz z ich opiekunami. Małe dzieci lubią chlapać się w wodzie więc jest tam zawsze gwarno i wesoło. Tryskająca woda orzeźwia maluchów i zachęca do wspaniałej zabawy.

Skwer przy fontannie

To miejsce znane jest kilku pokoleniom Świdniczan. Wielokrotnie modernizowane jest teraz wizytówką naszego miasta, jest miejscem spotkań i tłem do okolicznościowych zdjęć. To tutaj w upalne dni Świdniczanie chętnie spędzają swój wolny czas wśród klombów pachnących kwiatów i przy nowoczesnej fontannie. Strumienie wody wydobywające się z wielu wodotrysków, schładzają przyjemnie powietrze, a kropelki wody niesione z wiatrem opryskują twarze siedzących na ławeczkach ludzi. Jest to także ulubione miejsce zabaw dzieci w różnym wieku. Pod opieką rodziców, babć lub dziadków oblegają murek otaczający fontannę i z zachwytem łapią w ręce kropelki wody. To tu nawiązują się znajomości i przyjaźnie trwające długie lata nie tylko wśród najmłodszego pokolenia.

Drugim ulubionym skwerem Świdniczan jest skwer przy Miejskim Ośrodku Kultury. Tam też jest fontanna, klomby, drzewa, pod którymi stoją nowe ławki. Jest tam przyjemnie pomimo, że został usytuowany blisko głównej ulicy. Zacienione miejsca są najbardziej bezpiecznymi miejscami odpoczynku w upalne dni lata.

Odnowiony park za torami

W latach 90-tych ten park był skupiskiem osób z marginesu społecznego naszego miasta. Porozrzucane butelki po alkoholu należały niestety do codziennych widoków tego miejsca wypoczynku i rekreacji. Śmieci leżały obok zdewastowanych ławek, bo kosze na drobne odpadki były mocno pordzewiałe i leżały w różnych częściach parku. Wraz z rozwojem lotniska teren parku został oczyszczony: stare drzewa zostały wycięte, nowe ławeczki zachęcają teraz dorosłych, aby na nich odpocząć, a nowe place zabaw przyciągają dzieci do aktywnego spędzania wakacyjnego czasu.

Jak widzimy lato w Świdniku wcale nie musi być nudne, wystarczy tylko rozejrzeć się po jego terenie i wybrać odpowiednie miejsce, które pomoże nam się zrelaksować.


 

17 lipca 2013 r.

“Segregacja śmieci”

Od 1 lipca br. weszła w życie ustawa o segregacji odpadów w naszym mieście. Nie wszystkie śmietniki wyposażone są w odpowiednie pojemniki. Mimo to niektórzy mieszkańcy Świdnika starają się wynosić poszczególne odpady w oddzielnych workach i stawiać obok starych śmietników. Inni mieszkańcy się do tego dopiero przekonują. Mamy nadzieję, że z biegiem czasu przy dobrej organizacji segregacja nie będzie stanowiła problemu.

Domowe sposoby segregacji

Urząd Miasta w Świdniku do każdego mieszkańca wystosował podręczny informator (folder), w jaki sposób porządkować poszczególne odpady. Wystarczy się z nim zapoznać i zamieszanie mija. Wystarczy zaopatrzyć się w kilka foliowych siatek i systematycznie wkładać w nie to, co jest już niepotrzebne. Zauważymy, że objętość tych torebek będzie mniejsza i wygodniejsza do wyniesienia. Śmieci możemy wyrzucać przy okazji wyjścia np. na zakupy lub idąc na spacer z dzieckiem. Nic tak w dziecku nie wykształca nauki dobrych nawyków, jak przykład dawany przez rodziców. Mała siatka w ręce dziecka to nie to samo co wielki worek wypełniony różnymi odpadami. W latach naszego dzieciństwa wyrzucanie śmieci było obowiązkiem każdego dziecka, uczyło to nie tylko obowiązku, ale także systematyczności i dbania o czystość w domu. Teraz, gdy obowiązuje selekcja odpadów dzieciom będzie łatwiej pomagać rodzicom bez wielkiego wysiłku, a przy okazji nauczą się dbać o środowisko i szerzyć ekologiczny styl życia.

Kukułcze jaja

Niestety nie każdy mieszkaniec naszego miasta poważnie podchodzi do nowej ustawy. Posłużę się tutaj przykładem, którego byłam naocznym świadkiem. Pewnego pogodnego wieczoru siedząc na ławce przed blokiem zobaczyłam wolno jadący samochód osobowy. Obok naszego śmietnika auto zatrzymało się, a z niego wysiadł pasażer z dużym workiem śmieci. Odpady nie były posegregowane. Taki widok powtarzał się parę razy. Warto nadmienić, że samochód był spoza Świdnika, o czym świadczyły tablice rejestracyjne. Widział to także mój sąsiad, który mocno wzburzony tym faktem zwrócił uwagę panu podrzucającemu śmieci. Poskutkowało dopiero wtedy, gdy padło słowo: Straż Miejska. Ów pan bawiący się w kukułkę z niezadowoleniem zabrał powrotem to nieszczęsne śmieciowe jajo i odjechał w siną dal. Być może szukać następnego śmietnika? Zastanawia mnie ten proceder. Zadaję sobie pytanie: dlaczego nie potrafimy zadbać o dobro wspólne, jakim jest nasze środowisko? Czemu niektórzy z nas uczą się właściwie gospodarować i akceptować ustawy dopiero pod groźbą mandatu? Żyjemy w społeczeństwie, a wiele jest w nas egoizmu i patrzenia wyłącznie na czubek własnego nosa. Wszyscy chcemy być zdrowi i żyć w zdrowym kraju, jednak sami o siebie nie dbamy. Czas to zmienić, czas na zmiany w sobie.


10 lipca 2013 r.

“Wakacje w mieście”

Wakacje w pełni. Czas urlopowy w toku. Pogoda zachęca do wyjazdów nad wodę lub w góry. Nie każdy jednak ma możliwość wypoczynku w pięknych wakacyjnych kurortach. Z wielu powodów niektórzy zostają w domu. Jak wypełnić dzieciom ten wolny czas?

Na sportowo w szkołach

Szkoły w naszym mieście zakończyły lekcje, ale nie zakończyły swojej działalności nawet w wakacje. Nauczyciele organizują dzieciom pozostającym w mieście liczne atrakcje na terenie szkół. Są to m.in. Turnieje piłki nożnej i siatkowej w lipcu i sierpniu, a także zajęcia lekkoatletyczne. Do dyspozycji będzie również basen w Zespole Szkół nr 2. Dzieciom ze zdolnościami do nauki języków obcych proponuje się zajęcia z j. angielskiego, niemieckiego w szkole podstawowej nr 7. Pedagogom chodzi o to, aby oprócz rozwijania pasji sportowych i językowych dzieci nie pozostawały w domu bez opieki dorosłych.

Wakacje w Miejskim Ośrodku Kultury

Jak przystało na placówkę szerzącą kulturę w naszym mieście odbędą się tutaj zajęcia pod nazwą: „Lato w mieście”. A więc sierpień będzie tutaj gorący nie tylko ze względu na pełnię lata. Pani Beata Kubiak – organizatorka i instruktorka wielu przedsięwzięć kulturalno – oświatowych w Świdniku będzie miała pieczę nad zajęciami w Miejskim Ośrodku Kultury, które odbędą się w dniach 5-19 sierpnia. Program zajęć przewiduje wycieczki, zajęcia plastyczne i sportowe, a także projekcje ciekawych filmów.

Organizacja wolnego czasu

Dzieci pozostawione bez opieki narażone są na liczne niebezpieczeństwa ze strony szerzącej się wciąż patologii i wykorzystywania naiwności naszych pociech. Czasy w których biegające dzieci z kluczem na szyi nikogo nie dziwiły, jednak dawno już odeszły jako niechlubne (dla niektórych rodziców konieczne) wspomnienie. W tym właśnie okresie wiele rodzin zostało okradzionych przez szukających łatwego zysku ludzi z marginesu społecznego, a wykorzystujących łatwowierność małych dzieci. Każdy rodzic również wie, jak niezgłębione są ich dzieci w swoich (nie zawsze dobrych) pomysłach. Dlatego warto zatroszczyć się o dobrą organizację wolnego czasu. Powierzenie swojego dziecka opiece doświadczonym pedagogom wydaje się być najlepszym rozwiązaniem na czas, gdy rodzice nie mogą im zapewnić stałej opieki np. ze względu na brak urlopu w wakacyjnych miesiącach.


28 czerwca 2013 r.

“Malowane słowem i obiektywem”

Urszula Gronowska i Jacek Zaim to artyści, którzy są znani świdniczanom i tylko ze względów formalnych należy ich przedstawić. Pani Urszula z zawodu jest archeologiem i tłumaczką języka hiszpańskiego, a pan Jacek jest podróżnikiem i z pasją zajmuje się fotografią. Ten zgrany duet tworzy diaporamy czyli multimedialny spektakl pt.: “Malowane słowem i obiektywem”. spektakl składa się z 7-8 odrębnych opowiadań pokazywanych w formie wyświetlanych zdjęć i odpowiednio do nich dobranych opowiadań. W Świdniku gościliśmy ich wielokrotnie, jednak za każdym razem przyjeżdżali z nowymi wspaniałymi pomysłami.

Czas wspomnień

W czwartkowy wieczór 27 czerwca Kawiarenka Miejskiego Ośrodka Kultury w Świdniku wypełniona była fanami tych dwojga artystów. Artyści przyjechali ze swoimi spektaklami, do których dołączone były również nowe opowiadania. Na ekranie wyświetlono spektakl składający się z następujących diaporam/opowiadań: Powrót, Leśni Ludzie, Wodne emerytki, Cerkiewna Cisza, Curriculum Vitae, Świat pełen dymów oraz Wyliczanki. Treść niektórych opowiadań opisywałam we wcześniejszych felietonach. Obecnie postaram się przybliżyć nowe opowiadania, nie mniej piękne niż te, które były już wcześniej prezentowane w bibliotekach naszego miasta.

Nowe diaporamy

W nowych diaporamach obejrzeliśmy: Powrót, Leśni Ludzie, Wodne emerytki, Curriculum Vitae oraz Wyliczanki.

Powrót – to nostalgiczna podróż do miejsc dziecięcych lat. Przypomnienie szumu strumienia, piaszczystej ścieżki, po której biegały dziecięce stópki, powrót do domu pamiętającgo śmiech domowników. I wreszcie cmentarz, gdzie są rodzinne groby, zapomniane, przykryte warstwą liści. twórcy diaporamy przypominają widzom, że warto odbyć taką podróż chociaż raz w życiu.

Leśni Ludzie – to opowieść o miłości, łączącej dwoje ludzi. Opowieść o wierności człowiekowi i przyrodzie, która chroni i żywi, cieszy oczy zmiennością pór roku. Wodne emerytki – są to wysłużone łodzie, spróchniałe, dziurawe lecz wspominające połowy ryb oraz lata swojej świetności. Leżą teraz na brzegach rzek podobne do zmurszałych pni drzewa.

Curriculum Vitae – przedstawia życiorys 92 letniego człowieka, którego nie oszczędzało życie. Mimo wielokrotnie przebytych obozach koncentracyjnych w czasach okupacji do chwili obecnej zachował pogodę ducha i blask nieba w oczach.

Wyliczanki – przedstawiają wierszowane wstępy do dziecinnych zabaw. Słysząc znajomo brzmiące wyliczanki niejeden z uczestników spektaklu mógł przenieść się myślami w kraj swojego dzieciństwa. Zapomnieć o troskach dnia dorosłego życia.

Poetyckie teksty tworzone i czytane przez panią Urszulę Gronowską są komentarzami ciekawych zdjęć oraz odpowiednio dobranej muzyki przez pana Jacka Zaima. Wokół całości tego oryginalnego Spektaklu tworzy się niepowtarzalny klimat i przenosi widzów w odległe czasy za którymi nieraz tęsknimy. Takie chwile oderwania się od rzeczywistości są nam potrzebne, aby odżyły w nas wspomnienia, których nie wolno nam zatracić, bo kto traci wspomnienia zatraca historię i część siebie.

 


 

10 czerwca 2013 r.

Ogród marzeń

Twórczość w życiu osób z niepełnosprawnością odgrywa istotną rolę. W swoich utworach autorzy wyrażają własne emocje i przeżycia: radość, smutek, niepokój, opisują zdarzenia, które miały wpływ na dalsze ich życie. Bardzo często kartka papieru zastępuje im przyjaciela i powiernika. W wielu placówkach szkolno – wychowawczych organizowane są konkursy, przeglądy prac wychowanków, po to aby wyjść naprzeciw spełnieniu ich marzeń. Niekiedy proponuje się wychowankom pisanie wierszy w grupach. Takie programy prowadzone są również w naszym mieście.

Poranek 4 czerwca 2013 roku był mglisty, pochmurny i deszczowy. Jednak w ośrodku Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym Koło w Świdniku było ciepło, przytulnie i bardzo kolorowo. Nie mogło być inaczej, nie mogło zabraknąć kwiatów, ponieważ program, który zgromadził licznie przybyłych gości zatytułowany był „Ogród marzeń”. Była to impreza realizowana w ramach cyklicznych spotkań pt.: „Miasto poezji”.

Celem tego spotkania było recytowanie własnej twórczości przez uczestników Środowiskowego Domu Samopomocy i Warsztatów Terapii Zajęciowej.. Pani Katarzyna Szajewska – jak przystało na konferansjerkę – ciepłymi słowami witała i ośmielała do występów młodych twórców. Po przeczytaniu paru słów trema znikała, a następne strofy wierszy płynęły z ust tych nietuzinkowych poetów cichym kojącym potokiem zdań. Swoje wiersze prezentowali nie tylko od wielu lat piszący poeci, ale także debiutanci, którzy zdecydowali się właśnie w tym roku wyrecytować swoje utwory. Piękne wiersze mogliśmy usłyszeć z ust samych autorów: podopiecznych ŚDS – Jolanty Budki, Sabiny Bilik i Marcina Michalaka oraz uczestników WTZ – Eweliny Mrugała, Barbary Pietraś, Adama Komendy oraz Andrzeja Szymańskiego. Organizatorzy na to wydarzenie zaprosili również znanych poetów Świdnika: Teresę Sobiestjańczuk, Jadwigę Koperdę-Grześkowiak, Jana Siudę oraz Joannę Pąk.

Poniżej możemy wczytać się w wiersze osób niepełnosprawnych i zrozumieć ich ukryte marzenia:

Jakub Stefański

Ogród marzeń

W moi ogrodzie marzeń,

gości zdrowie i zadowolenie.

Mam wesołych przyjaciół bez liku

prowadzę ciekawe rozmowy

i śmieję się do rozpuku.

 

Piszę ciekawe wiersze

odnoszę sukcesy

i jestem z tego dumny.

Przemierzam kontynenty i oceany

latam po niebie jak magiczny ptak

bo jestem ciekawy świata.

Spotkałem miłość

siedzę przy kominku

spoglądam daleko w gwiazdy.

Mam własny kąt i samochód.

Odnalazłem krainę szczęścia…

 

Adam Komenda

Ogród moich marzeń

 

Wiele jest pięknych marzeń,

które jak piękny bukiet kwiatów

trzymam w sercu mym.

Nie wszystkie rozwinęły płatki swe.

Czekają na czas kwitnięcia,

a pragnienia w płaszczu spełnienia spóźniają się.

Lecz gdy niepokój w szachu trzyma Cię,

to nie daj się…

Sabina Bilik

„Mój ogród marzeń”

Idę wąziutką ścieżynką, która wije się w trawie,

Rozglądam się dokoła bardzo ciekawie.

Dochodzę do płynącej rzeczki,

Patrząc wokoło szukam drewnianej kładeczki.

Kładka jest chwiejna, gdzieniegdzie pęka,

A ja, że z niej spadnę, tak bardzo się lękam.

Szczęśliwie przechodzę przez kładkę na drugą stronę,

Serce bije mi mocno, w piersi, jak szalone.

Gdy schodzę z kładki i do bramki dochodzę,

Chwytam za klamkę i otwieram ją szeroko.

Wchodzę przez nią do środka wspaniałego ogrodu,

Rozglądam się dokoła, robię wielkie, zdziwione oko.

W tym moim Rajskim ogrodzie marzeń

Rosną różnego rodzaju drzewa i krzewy owocowe,

Gdy to wszystko ujrzałam, aż chwyciłam się za głowę.

W pobliżu na łączce w niewysokiej trawie,

Rosną jeszcze owoce i kwitną kwiaty,

Wygląda to wszystko bardzo ciekawie.

Chodząc po moim marzeń ogrodzie,

Spoglądam wysoko do góry,

I widzę jak płynął białe chmury,

Przeglądając się w przejrzystej wodzie,

Uśmiechają się do Ciebie.

 

Grupa Poetycka Środowiskowego Domu Samopomocy PSOUU Koło w Świdniku:

„W moim ogrodzie”

Byłam dzisiaj w pięknym ogrodzie,

Przeglądałam się w czystej i bystrej wodzie.

W ręku trzymałam worek z nasionami,

Siałam je równo małymi rządkami.

Nie są to jednak zwykłe nasiona,

Z których wyrasta krzewów korona.

Rosną z nich bowiem liczne marzenia,

Małe czy duże – piękne bez wątpienia.

Ogrodu tego nie znajdziesz jednak w świecie,

Bo on jest w mojej głowie przecie!

Jak widzimy wyzwalanie emocji w wierszach ma działanie terapeutyczne – pomaga autorowi wyrazić swoją ekspresję oraz ukryte pragnienia, które przy współudziale innych osób mogą zostać zrealizowane.


 

22 maja 2013 r.

Zdań parę o XI Papieskim Dniu Rodziny i Godności Człowieka

XI Papieski Dzień Rodziny i Godności Człowieka mamy już za sobą. Uznałam jednak, że warto podzielić się refleksjami z tej dorocznej imprezy, która odbyła się 19 maja 2013 roku w Świdniku. Oprócz licznych występów osób należących do grup i zespołów wystąpili również artyści niepełnosprawni i na ich twórczość tutaj należy położyć szczególny nacisk, ponieważ nie każdy wie, ile pracy i wysiłku włożyli w swoje działania.

Sprawni niepełnosprawni

Majowe popołudnie rozpieściło Świdniczan piękną słoneczną aurą. Niewiele zdrowych ludzi zdaje sobie sprawę, jak ważne znaczenie dla osób niepełnosprawnych odgrywa właśnie pogoda zwłaszcza jeśli imprezy odbywają się na powietrzu. Niepełnosprawni z dysfunkcjami kończyn górnych nie są w stanie ochronić się parasolem przed opadami atmosferycznymi. Wracając do tematu artystycznych wystąpień trzeba podkreślić ogromny fizyczny wysiłek włożony podczas wielogodzinnych prób – mam tu na myśli grupę wokalną „Ach, To My” działającą pod kierunkiem instruktorki p. Doroty Kowalczuk-Wałęgi przy WTZ w Świdniku. Wszyscy oglądający występ tego zespołu byli pod wrażeniem dopracowania wokalno-choreograficznego. Warto wspomnieć, że ten zespół jest laureatem wielu nagród i wyróżnień zdobytych na wojewódzkich przeglądach i konkursach.

Drugim przykładem twórczych wystąpień na Papieskim Dniu Rodziny i Godności Człowieka jest publiczne odczytanie swoich wierszy przez niepełnosprawnych poetów. Trema, lęk przed niepowodzeniem i inne obawy towarzyszyły twórcom słowa. Swoimi utworami starali się pokazać swoją wrażliwość i swoją normalność, mimo fizycznej odmienności ciała i sposobu przekazywania własnej twórczości. Wiersze dedykowane były osobom im najbliższym: matkom, bo to one są z nimi całym sercem, bezinteresownie i z oddaniem, poświęcając czas nie patrząc na zegarek.

Jan Paweł II o godności osób niepełnosprawnych

W nauczaniu Jana Pawła II przewija się wątek: „że żadna postać niepełnosprawności nie umniejsza osobowej godności człowieka ani wartości jego życia. To sprawia, że wszelkie prawa człowieka nie mogą być przywilejem tylko osób zdrowych. Wręcz odwrotnie, ograniczone możliwości spowodowane brakiem pełnej sprawności, zobowiązują ludzi zdrowych do intensywnych wysiłków umożliwiających osobom niepełnosprawnym wykorzystanie całego ich potencjału fizycznego, psychicznego i duchowego oraz uczestniczenie w życiu społeczeństwa”.

Wcielając w życie powyższe słowa wielkiego Polaka możemy być spokojni o przyszłość tych osób, które czują się zagubione w dzisiejszym świecie. Wierzymy, że nauka Jana Pawła II nie zostanie widoczna wyłącznie na kartach Jego wspaniałych dzieł. Majowa świdnicka impreza udowodniła, że w naszym mieście cytowane słowa są zawsze żywe, że trafiły na żyzną ziemie serc organizatorów i teraz przynoszą obfite owoce zgodnie z życzeniem błogosławionego Jana Pawła II..


 

10 maja 2013 r.

Nasz Świdnicki Serwis Literacki

Knowacz – to świdnicki serwis literacki. Na jego stronach można przeczytać wiele interesujących publikacji: wierszy, opowiadań, powieści i aforyzmów oraz innych form twórczości własnej.

Piotr Chruśliński jest jednym z twórców tego serwisu. Rozmowa z nim przybliży Czytelnikom Portalu działalność ludzi z pasją do literatury i własnej twórczości.

Joanna Pąk: Knowacz? Co to znaczy? i dlaczego , skąd ta nazwa?

Piotr Chruśliński: Powiem szczerze, że nigdy nie przypuszczałem, że kogoś może to zainteresować, ale kilka osób już o to pytało więc z przyjemnością jeszcze raz o tym opowiem. Historia banalna, otóż potrzebna była (na potrzeby Internetu) krótka i jednowyrazowa nazwa domeny, a tematyka serwisu w swoim pierwowzorze miała dotyczyć ściągawek dla uczniów, więc wykorzystaliśmy pewien skrót myślowy, neologizm (chociaż nie wiem czy to do końca odpowiednie stwierdzenie) słowa „know” (wiedz) i tak już zostało. Spodobało się i tak zostało do dzisiaj. Sam pomysł strony www ze ściągawkami był po prostu dość głupi i szybko podążyliśmy w innym kierunku.

J. P.: kto jest adresatem Knowacza?

P. Ch.: Wszyscy, którzy chcą poświecić swój cenny czas królowej literatury czyli poezji. Wiersze to większość tekstów które trafiają do serwisu, ale nie jedyne. Zamieszczamy również prozę, artykuły, recenzje czy opowiadania. Można u nas odszukać fragmenty powieści, a nawet całe książki. Kilka pozycji miało swoją premierę właśnie u nas, a z czasem doczekało się reedycji i finalnie są dostępne na rynku jako tradycyjnie drukowane publikacje. To mnie cieszy najbardziej, bo nic i nigdy nie zastąpi tradycyjnej papierowej książki. Oczywiście często sięgam po nowoczesne technologie czytelnicze czyli ebooki i bardzo wspieram ten rodzaj publikacji. Pod serwisowym szyldem powstało kilkadziesiąt ebooków i powstają nowe, ale mimo wszystko robimy co możemy aby teksty finalnie ukazywały się w drukowanej formie.

J. P.: Kto publikuje , albo może publikować?

P. Ch.: Każdy kto ma coś ciekawego do powiedzenia i wykorzystuje w tym celu słowo pisane. Nie ma ograniczeń co do formy ani treści utworów. Najmłodszy poeta ma 11 lat, a najstarszy ponad 70. Wszyscy mamy jedną pasję i wspólnie wspieramy się w jej realizowaniu. Zapraszamy wszystkich piszących do współpracy i umieszczania u nas swoich tekstów.

J.P.: Jak dobiera się twórców? Czy publikuje jak leci? Kto się zgłosi?

P. Ch.: Autorzy, w zdecydowanej większości poeci, publikujący w serwisie swoje utwory to osoby z którymi miałem okazję poznać się przy wielu różnych okazjach. Nie ma znaczenia jak na siebie trafiamy, najważniejsze że nadajemy na tych samych twórczych falach, szanujemy się nawzajem, szanujemy swoją pracę i twórczość. Serwis działa na dość dziwnych zasadach, które doskonale się sprawdziły. Nic u nas nie jest anonimowe, rozmawiamy ze sobą, znamy się na tyle na ile pozwala komunikacja przez Internet. Jest w sieci wiele ciekawych portali o podobnej tematyce, ale nasz, chyba jako jedyny od samego początku czyli od roku 2005 przygotowywany i prowadzony jest ręcznie. W tradycyjnym html-u, bez „kopiuj/wklej”. Totalne wariactwo. Codziennie wklepuję te wszystkie literki, słowa i ubieram witrynę w treść. Może to nie jest zbyt nowoczesne, ale taki był zamiar i trzymam się tego konsekwentnie. Co zyskuję w zamian? Bardzo wiele, zyskuję prawdziwego człowieka po drugiej stronie np. skrzynki pocztowej. Żywego człowieka z problemami, kłopotami ale i radościami, dzięki którym poznajemy siebie nawzajem. To otwiera nam drogę do naszych dusz, do sedna sprawy czyli prawdziwych emocji, które tylko czekają aby uzewnętrznić się w postaci tej niewidzialnej nici porozumienia czyli wierszy. Idealna symbioza, pisarz i czytelnik… Każdy, kto napisze do mnie list i zechce umieścić w serwisie swoją twórczość jest mile widzianym gościem. Jeżeli to co tworzy jest ciekawe, nie narusza dobrych obyczajów i nie łamie ogólnie przyjętych zasad co do prawa autorskiego, będzie miał swoją szufladkę autorską w serwisie. Jesteśmy otwarci całą dobę na wszystkich autorów, którzy sami chcą sobie pomóc w promocji i zrobią ten pierwszy krok czyli po prostu odezwą się do mnie. Do czego bardzo zachęcam. Oczywiście i ja nie stoję z założonymi rękami i nie czekam na gwiazdkę z nieba aż sama do mnie przyjdzie. Sam również piszę dość dużo listów i dobijam się do autorów, których twórczość szczególnie mi się spodobała. Dodam jeszcze, że poza serwisem też wiele się dzieje, może nawet więcej niż można to zaobserwować wchodząc na naszą stronę internetową. Jest cała masa projektów i pomysłów które chcemy zrealizować i zrobimy to prędzej czy później. Wszystkie osoby zaangażowane w serwis są nie tylko jego elementem, są jego sercem i ciałem. Są współautorami wszystkich, małych i większych sukcesów jakie były, są i mam nadzieję jeszcze będą w przyszłości. Na przykład kilka dni temu była premiera serwisowej antologii #3 „Skrajnie emocjonalni”, przepięknie przygotowanej i opublikowanej przez zaprzyjaźnione wydawnictwo KryWaj z Koszalina. Na łamach tej ponad 200 stronicowej książki, znalazło się 24 poetów z serwisu. Wszyscy uczestnicy mieli od samego początku aż do końca wpływ na to jaki kształt obierze. Od wyboru tytułu, format, aż po jakość papieru czy rodzaj okładki. I to jest właśnie wolność twórcza którą sami sobie zorganizowaliśmy.

J. P.: Twórczość – czy to się opłaca?

P. Ch. : Czy twórczość się opłaca, to zależy od tego co nazywamy zyskiem. Jeżeli pytasz o pieniądze to… NIE! Od strony finansowej nie jest lekko, wszystko finansujemy w zasadzie sami. Tak na dobrą sprawę to dokładam do tego „interesu”. Wydawnictwo też zaryzykowało swoje pieniądze, ale uwierzyło w nas i my wierzymy w wydawcę. Mamy nowe pomysły, wydawca dał nam zielone światełko, więc zaczynamy realizować nasze kolejne marzenie. A marzy nam się literackie pismo, na początek nieregularnik, a docelowo może kwartalnik? I zrobimy to, bo wszyscy w to wierzą, a jak wiesz przewrotny los spełnia czasami nawet najbardziej kosmiczne marzenia.

J. P.: Czy tylko dla przyjemności?

P. Ch.: Oczywiście, że dla przyjemności ale sprawy finansowe są niezwykle ważne i istotne. Bez środków finansowych nie może na dłuższą metę istnieć żadne przedsięwzięcie. Serwis przetrwał osiem lat bez dotacji, ale nie wiadomo jak długo będzie się wszystkim chciało wiecznie dokładać do tego z własnej kieszeni. Myślę, że gdyby nie fakt, że wszystko robimy z prawdziwej pasji to już dawno wszystko rozleciałoby się na kawałeczki i przepadło gdzieś w niebycie. Innymi słowy, sami sobie staramy się pomóc, bo po prostu kochamy to co robimy i wierzymy że uda nam się zrealizować to co sobie na początku założyliśmy, czyli promocję współczesnej literatury polskiej z naciskiem na poezję.

J. P.: Współczesna poezja? O czym teraz się pisze? Czy to jest uniwersalne?

P. Ch.: Dobre pytanie, o czym jest współczesna poezja? Poezja od zawsze była wypadową zarówno trosk jak i radości jej twórców. Poezja jest zwierciadłem duszy czy jej odbiciem? A czy to coś zmieni jeżeli zaczniemy się nad tym zastanawiać. Ważne, że nadal cieszy tych co ją tworzą i tych co ją czytają. A jednych i drugich co raz więcej przybywa. Podobno zamieszczanie wierszy w sieci stało się modą. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam, ale jeżeli faktycznie poezja staje się modą to… trzymam mocno kciuki za taką modę.

J. P.: Czego można życzyć Knowaczowi? Jakie są marzenia jego twórców?

P. Ch.: O marzeniach już mówiłem, a czego można nam życzyć? Chyba wytrwałości, bo załamania pojawiają się od czasu do czasu. Życzyłbym też sobie aby znaleźli się poeci i pisarze ze Świdnika, którzy chcieliby zacząć z nami koleżeńską współpracę. To takie moje małe życzenie.

Nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić wszystkich zainteresowanych do odwiedzenia nas w sieci, a może też do współpracy?

http://www.knowacz.pl

https://www.facebook.com/SerwisLiteracki

https://www.facebook.com/SkrajnieEmocjonalni

Dziękuję za miłą rozmowę!

 


29 kwietnia 2013 r.

Wiosenne przemyślenia

Nareszcie przyszła wiosna. Nie tylko widać ją na kartkach kalendarza, ale także w przyrodzie. Pogoda i wolne dni są zachętą do odbywania dłuższych spacerów na świeżym powietrzu. Taki właśnie spacer odbyłam parę dni temu w słoneczne popołudnie.

Refleksyjnie wśród kwiatów

Siedząc na skwerku przy kinie miałam sporo czasu na osobiste przemyślenia. Plusk fontanny i zapach niedawno posadzonych bratków w gazonach stwarzał ku temu odpowiednie warunki. Nawet bliskość ulicy nie przeszkadzała, aby odciąć się od zewnętrznego świata.

Patrząc na uroki wiosny wracałam myślami do ubiegłych lat. Jeszcze w latach 90-tych ubiegłego stulecia był problem ze swobodnym dojściem do przychodni i kina. Barier stanowiły wysokie krawężniki, a także nierówne płyty chodnikowe. Ktoś, idąc ze mną na spacer musiał nieźle się napracować, idąc z wózkiem po takim trotuarze. Przychodnia, jak wiadomo ma służyć ludziom chorym – służyła tym, którzy mogli się sami poruszać po schodach. Kino także odstraszało szeregiem schodów. Poza tym nie do pomyślenia byłoby zostawić mnie samą na skwerku. Nawet zostawienie mnie przed drzwiami sklepu przyciągało wzrok przechodniów, a ja i mój wózek zawsze otoczony był wianuszkiem drwiących ze mnie dzieci. Osoby niepełnosprawne najbezpieczniej czuły się w domu.

Wiosna, czyli zmiany na lepsze

Tok moich myśli przybliżył moją pamięć w lata obecnego stulecia. Wiadomość o przyjęciu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku przyjęta została z dużym dystansem. Jeszcze wtedy nie wiedziano, jakie korzyści przyniosą dotacje np. na rzecz osób niepełnosprawnych. My Polacy zawsze mamy obiekcje, jeśli chodzi o zmiany w kraju. Wszelkie reformy mają u nas zwolenników i przeciwników. Tak było również 9 lat temu. Obawy mieszały się z nadzieją na lepsze. Ja miałam nadzieję na nową wiosnę, która pozwoli każdemu z nas rozkwitnąć, każdemu bez wyjątku.

W ciągu tych lat okazało się, że nasz lęk przed „nowym” okazał się bezpodstawny. Dzięki projektom i funduszom, które otrzymaliśmy z Unii Europejskiej na rzecz osób niepełnosprawnych dostosowano budynki i obiekty użyteczności publicznej do potrzeb osób tych mniej sprawnych i starszych. Likwidacja barier architektonicznych otworzyła oczy mieszkańcom naszego miasta, że osoby na wózkach są pełnoprawnymi obywatelami. Obecnie prawie wszystkie budynki (wyłączając bloki czteropiętrowe) są dostępne dla ludzi z dysfunkcjami ruchu tzn. posiadają podjazdy, windy i poręcze. Dzięki tym udogodnieniom te osoby mogą poczuć się pewnie w miejscach publicznych, a tym samym normalnie funkcjonować. Słowa podziękowania należą się także mediom, które nieustannie przypominają o integracji z osobami sprawnymi inaczej. Jest to edukowanie zdrowej części społeczeństwa, że wszyscy mamy jednakowe prawa.

Siedziałam na skwerku, myśląc o tych zmianach i doszłam do wniosku, że dzielące nas bariery ze zdrowym społeczeństwem tkwiły przez lata w naszych umysłach. 1 maja bieżącego roku obchodzimy 9 rocznicę przystąpienia do Unii Europejskiej. Wśród natłoku myśli do mojej głowy nasuwa się pytanie: czy np. przed 10 laty mogłabym tu na skwerku przy kinie samotnie myśleć o tym, co tak naprawdę od zawsze każdemu z nas się należy?


19 kwietnia 2013 r.

“Skąd nasz ród” – Spotkanie Literackie o Powstaniu Styczniowym

Autonomia Polski była i jest dla naszych obywateli priorytetową sprawą, rzeczą świętą, której nikt nie ma prawa naruszać. Polacy dali tego dowód podczas wielu zrywów i powstań w czasach wieloletniej niewoli. Mimo, że te próby odzyskania niepodległości nie zawsze kończyły się sukcesem do dnia dzisiejszego obchodzimy te ważne rocznice. W tym roku obchodzimy 150 rocznicę Powstania Styczniowego. Jest to okazja do przeżycia raz jeszcze tego, co zapisała historia.

Z kart historii…

Klęska caratu w wojnie krymskiej oraz korzystne reformy wprowadzone przez cara Aleksandra II wzmocniły nadzieję Polaków na kolejną próbę uwolnienia się spod zaboru rosyjskiego. 22 stycznia 1863 roku Tymczasowy Rząd Narodowy z dyktatorem Ludwikiem Mierosławskim na czele manifestem wezwał Polaków do walki z caratem. Drugim dyktatorem Powstania Styczniowego był Romuald Traugutt. Te dwie sylwetki odegrały znaczące role w powstańczym zrywie. Mimo młodzieńczego zapału nie udało się im doprowadzić narodu do zwycięstwa nad znienawidzonym wrogiem, jednak zaborcom nie udało się osłabić ducha oporu w bohaterskich czynach Polaków. Ostateczną niepodległość przyniosła dopiero I wojna światowa.

Współczesny patriotyzm

Propagatorem wielkich wydarzeń w naszym mieście był Uniwersytet Trzeciego Wieku, który przygotował Spotkanie Literackie pt.: „Skąd nasz ród”. Spotkanie to odbyło się 17-04-2013 roku w Miejsko-Powiatowej Bibliotece Publicznej im. Anny Kamieńskiej w Świdniku. Zespół literacki pod kierunkiem instruktorki p. Haliny Ciechomskiej, bardzo szczegółowo przybliżył przebieg oraz znaczenie Powstania Styczniowego na ziemiach polskich. W krótkich fragmentach utworów znanych poetów przedstawione zostało bohaterstwo naszego narodu, a także geneza zrywu powstańczego.

Piękna interpretacja wiersza Adama Asnyka pt.: „Pobudka” wprowadziła wszystkich uczestników Spotkania w stan zadumy, zamyślenia:

Pobudka

Precz ze zwątpieniem, co łamie

I męskich pozbawia sił!

Niech targa skrwawione ramię

Łańcuch, co w ciało się wpił.

Precz z małoduszną rozpaczą!

Nie wolno rozpaczać nam!

Niech myśli zuchwale skaczą

Do niebios zamkniętych bram!

 

Niech biegną jak hufce zbrojne

I sztandar rozwiną swój,

Niech spieszą na świętą wojnę,

Na wielki o prawdę bój.

Niechaj nas klęski nie straszą,

Niech hasło bojowe brzmi:

Za naszą wolność i waszą!

Za przyszłych braterstwa dni!

Choć jeden za drugim pada

Z czcicieli duchowych zórz,

Choć przemoc, odstępstwo, zdrada

W ich łonie zatapia nóż,

Choć twierdza w gruzy się wali,

Choć płonie nad głową dom

Nie dajcie, zakuci w stali,

Przystępu rozpaczy łzom!

/fragmenty/

Kolejną przedstawioną postacią z okresu Powstania Styczniowego był drugi jego dyktator – Romuald Traugutt. Jego sylwetka została pięknie scharakteryzowana przez jedną z członkiń sekcji literackiej. Dzięki dobrej dykcji i właściwej interpretacji czytanego tekstu, każdy z uczestników spotkania mógł poznać sylwetkę tego bohaterskiego żołnierza.

Fragmenty wierszy oraz utworów literackich czytane były na tle muzyki kompozytorów żyjących właśnie w tym okresie np. Feliksa Ignacego Dobrzyńskiego, a także Stanisława Moniuszki. Ponadto w Wieczorze Literackim wykorzystano poezje Adama Asnyka (uczestnika Powstania Styczniowego), wspomniano literaturę powstańczą Stefana Żeromskiego, Bolesława Prusa i Elizy Orzeszkowej.

Na zakończenie tego Spotkania wszyscy uczestnicy uroczyście uczcili poległych Powstańców śpiewając „Rotę” – Marii Konopnickiej.

Dzięki patriotycznej postawie Zespołu Literackiego działającego w Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Świdniku mogliśmy przenieść się pamięcią w odległe powstańcze czasy i poczuć na policzkach łzy wzruszenia za smak wolności.

Szczególne podziękowania za uświetnienie tego rocznicowego wieczoru należą się pani instruktorce Zespołu Literackiego UTW w Świdniku – Halinie Ciechomskiej oraz wszystkim paniom biorącym udział w tym pięknym wieczorze literackim: Irenie Dzido, Barbarze Guz, Irenie Szyszka, Jadwidze Wanickiej, Zofii Otrębskiej, Marii Puszka i Teodorze Pietrzyk.


8 kwietnia 2013 r.

Osoby niepełnosprawne a imprezy masowe

Zima powoli zaczyna już odchodzić z naszego kontynentu. Wraz z nadejściem wiosny każdy z nas czasami ma ochotę pójść na spacer lub koncert popularnego zespołu. Za parę dni zostanie oddany do użytku nowy budynek Miejskiego Ośrodka Kultury w Świdniku, a więc okazji do imprez będzie wiele. Jednak osoby niepełnosprawne nie zawsze mogą w takich imprezach uczestniczyć, mimo dostępnych dla nich obiektów. Przyjrzyjmy się bliżej problemom, jakie uniemożliwiają osobom niepełnosprawnym w pełni uczestniczyć w życiu kulturalnym. Być może dzięki tej wiedzy ktoś ze zdrowego otoczenia wyjdzie naprzeciw ich problemom i pomoże dotrzeć na wymarzony koncert?

Czynniki zewnętrzne

Do grupy czynników zewnętrznych utrudniających udział osoby niepełnosprawnej w imprezach publicznych jest: odległe miejsce zamieszkania, słaby dostęp do komunikacji, brak pomocy osoby drugiej, wysoka cena biletu oraz obojętny stosunek organizatorów do obecności osób niepełnosprawnych na imprezie zbiorowej.

A więc omówmy wyżej wymienione przykłady, będące przeszkodą do wyjścia z domu chorej osoby na wymarzony film lub koncert.

Miejsce zamieszkania ma w tym przypadku duże znaczenie, ponieważ mieszkając na wsi lub w małej miejscowości trudniej jest się dostać do miejsca, gdzie organizowana jest impreza, a jest to zazwyczaj większe miasto. Aby pokonać ten etap osoba niepełnosprawna musi zapewnić sobie dojazd do wyznaczonego celu. Często łączy się to z wysokimi kosztami za wynajęcie samochodu, co przy skromnych dochodach stanowi nie mały problem. W zdecydowanie lepszej sytuacji znajdują się ci, którzy mieszkają w większej metropolii lub dysponują własnym środkiem lokomocji.

Kolejną przyczyną do rezygnacji z imprez masowych przez osoby niepełnosprawne jest brak tzw. pomocnej dłoni. Nie każda osoba poruszająca się przy pomocy wózka może samodzielnie wyruszać z domu. Bliskość drugiego człowieka (znajomego lub kogoś z rodziny) daje osobie niepełnosprawnej poczucie bezpieczeństwa i psychiczny komfort. Nie każdy w swoim otoczeniu ma taką osobę, która byłaby obecna w czasie podróży i podczas trwania koncertu. Zwykle człowiek niepełnosprawny w życiu dorosłym nie otacza się już wianuszkiem przyjaciół, ponieważ oni założyli już swoje rodziny i mają teraz inne obowiązki. A więc samotność wśród osób niepełnosprawnych też może przyczyniać się do izolacji od społeczeństwa.

Cena biletu wstępu również odgrywa decydującą rolę w uczestnictwie na imprezach. Osoby niepełnosprawne zwykle utrzymują się ze skromnych rent, a koszty utrzymania ciągle wzrastają. Aby zdobyć bilet wstępu bardzo często niepełnosprawni oszczędzają na jedzeniu. Czy taka forma oszczędności jest humanitarna? Jednak czego nie robi się, aby zobaczyć swojego idola!

Ostatnim, ale jakże istotnym czynnikiem zewnętrznym, który decyduje o „być albo nie być” na masowej imprezie jest pozytywne ustosunkowanie się organizatorów do osób niepełnosprawnych. Inicjatorzy imprez powinni udostępnić wygodne miejsca dla tych osób. Wózek inwalidzki jest niższy niż miejsca na widowni dlatego osoba na nim siedząca zamiast oglądać twarz swojego idola zwykle może zobaczyć tylko plecy innych fanów.

Jak widać, czynniki zewnętrzne są bardzo decydujące o tym, czy osoba na wózku pojawi się na zbiorowej imprezie. Zakłócenie chociażby jednego z wymienionych tu czynników uniemożliwi osobie niepełnosprawnej uczestnictwo w życiu kulturalnym.

Czynniki wewnętrzne

Obok czynników zewnętrznych decydujący wpływ na wyjście z domu człowieka niepełnosprawnego mają także czynniki wewnętrzne. Są to bariery tkwiące w psychice człowieka. Jest to: lęk, wstyd, niska samoocena. Te czynniki osoba niepełnosprawna może wyeliminować ze swojego umysłu sama lub z pomocą specjalisty. Pielęgnowanie w sobie tych barier prowadzi do społecznej alienacji.

Jak rozwiązać problem?

Aby koncert był miłym wspomnieniem należy zacząć jego planowanie długo przed terminem. Osoba niepełnosprawna może wiele spraw załatwić telefonicznie lub za pośrednictwem Internetu np.: miejsce i termin wybranej imprezy, kontakt z organizatorem, zakup biletu wstępu oraz zamówienie odpowiedniego miejsca na widowni. Możliwe jest też zamówienie taksówki ze specjalną platformą, służącą do transportu osoby na wózku inwalidzkim. Jeśli osoba niepełnosprawna nie ma odwagi pójść sama na imprezę musi poszukać sobie osoby towarzyszącej. Należy to uzgodnić wcześniej z organizatorem imprezy. Takiej osoby warto zacząć szukać najpierw wśród rodziny, przyjaciół, a potem znajomych ze stowarzyszeń bądź wspólnot kościelnych. Przy tego typu instytucjach działa wolontariat, a ludzie w nim działający chętnie służą swoją pomocą ludziom będącym w potrzebie. Być może zaproszenie na koncert sprawi komuś radość i z przyjemnością będzie towarzyszyć zapraszającej osobie? Może będzie to początek nowej przyjaźni?


25 marca 2013 r.
Wielkanoc w zimowej szacie

Wszyscy jesteśmy zmęczeni zimą. W kalendarzu wiosna, ale tylko w teorii. Śniegowe zaspy nie chcą ustąpić miejsca przebiśniegom, krokusom, które w ubiegłych latach o tej porze roku cieszyły nasze oczy. Za parę dni nadejdą święta wielkanocne. Dla wielu z nas ten okres był kojarzony z wiosną, ciepłem i odrodzeniem przyrody. Teraz jest trochę inaczej, co nie znaczy gorzej…

Wielkanoc pod białą pierzynką?

Wszystkie prognozy pogody wskazują, że tegoroczne święta wielkanocne będą w zimowej scenerii. Ociągająca się zima nie zamierza pozwolić, aby na Wielką Niedzielę przystroić świąteczny stół baziami i żonkilami. Z tego powodu czujemy się zniechęceni, brak nam entuzjazmu. Niektórzy z nas z ironią w głosie powtarzają, że chyba choinkę ubiorą zamiast napiszą tradycyjną pisankę do koszyczka. Zastanawiam się, czy klimat ma istotny wpływ na dobre przeżywanie świąt? Przecież Boże Narodzenie nie zawsze jest pod śniegiem, a jednak nie ma to znaczenia, ponieważ i tak przygotowujemy wigilijną wieczerzę i nikt nie mówi, że wybierze się do kościoła ze święconką. Wszystko ma swoją porę świętowania niezależnie od otaczającej nas przyrody.

„Róbmy swoje”

„Róbmy swoje” –śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski. Słowa tej piosenki są nadal aktualne. Wystarczy robić to, co do nas należy, a wszystko inne będzie powoli się układało w jedną całość. Wielkanoc czuje się sercem, a więc bez znaczenia powinien być śnieg, minusowe temperatury, brak żywych kwiatów. Najważniejsza jest chęć przeżywania pamiątki Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, wiara w nadejście nowego życia, bez śniegu i mrozu. Wyraźmy to uczestnicząc w Triduum Paschalnym, w wysłanych kartkach do bliskich. Przygotowanie koszyczka pełnego smacznych pokarmów z pewnością nastroi nas odpowiednio do właściwego przeżywania świąt odkupienia. Dobre życzenia podczas dzielenia się jajkiem są miłym akcentem dla każdego z nas. Stworzenie świątecznej atmosfery i miłego klimatu są dla rodziny ważniejsze niż wszelkie pogodowe anomalie. Serdeczność uczuć rozgrzeje serca w najbardziej mroźny dzień. Aby tradycji stało się zadość w drugi dzień świąt – zamiast śmigusa dyngusa – możemy umówić się na bitwę na śnieżki. Ta nowa tradycja może wpisze się w nasz obyczaj jako plan awaryjny, gdy zamiast kwiatowego dywaniku śnieg będzie skrzył się pod stopami. Zabawa w śnieżki podczas świątecznego spaceru będzie miłym spędzeniem czasu i bez narażenia się na możliwość ukarania mandatem przez straż miejską. Jak widzimy wszystko zależy od naszej inwencji i pomysłowości. A wiosna i tak nadejdzie, wystarczy być cierpliwym i bez narzekania wyjść jej naprzeciw.


18 marca 2013 r.
Łam stereotypy – o sprawnych inaczej

Parę tygodni temu w swoich felietonach pisałam o mojej znajomości z Anną Dąbrowską dziennikarką TVP Lublin. Dzisiaj też o niej wspominam nie bez powodu. Postanowiłyśmy zrobić coś pożytecznego dla osób z niepełnosprawnością mieszkających w naszym regionie, ale nie tylko…

Pierwszy krok – facebook

Pisząc na czacie wpadłyśmy na pomysł utworzenia strony na komunikatorze społecznościowym facebook. Nazwa strony wpadła nam do głowy prawie jednocześnie: Łam stereotypy – o sprawnych inaczej. Obie stwierdziłyśmy, że jeżeli chcemy, aby przykre i krzywdzące stereotypy o osobach niepełnosprawnych poszły w zapomnienie musimy same o to walczyć. Ma to być praca u podstaw. Bardzo często osoby chore i niepełnosprawne postrzegane są jako ktoś mało zaradny, roszczeniowy, z miną wiecznie niezadowolonego człowieka pokrzywdzonego przez los. Z doświadczenia wiemy, że wcale tak nie jest i ten mit postanowiłyśmy obalić publikując na stronie facebook`a artykuły przedstawiające sylwetki aktywnych niepełnosprawnych np. studentów, sportowców, artystów, pracowników kultury
i innych zawodów. Pokazujemy tam ludzi, którzy przełamali lęk, by wejść w świat zdrowego społeczeństwa. Tymi publikacjami chciałyśmy dodać odwagi wahającym się, stale widzącym swój wózek i swoją niepełnosprawność, która tkwi uparcie w ich umysłach blokując tym samym drogę do w miarę normalnego funkcjonowania w życiu społecznym. Wzorce i przykłady są podstawą do działania, są motywacją do tego, aby odrzucić marazm i patrzenie w sufit. Wiemy, że te osoby stać na wiele pożytecznych działań i dokonanie zmian w swoim życiu. Warunkiem tej mobilizacji jest akceptacja swojej i cudzej niepełnoprawności. Publikacje tekstów służą pomocą innym, są małym światełkiem w tunelu dla osób mniej sprawnych. Aby nas znaleźć wystarczy na stronie facebook`a wpisać nazwę naszej strony: „Łam stereotypy – o sprawnych inaczej”. Podajemy tutaj także nasz link:

http://www.facebook.com/pages/Łam-stereotypy-o-sprawnych-inaczej/613452912014476

Ania Dąbrowska jest takim dobrym duchem, który idzie tam, gdzie ktoś potrzebuje pomocy, czasem takiej maleńkiej, jednak bez której nie sposób jest normalnie funkcjonować. Na stronie facebook`a odpowiadamy na pytania, listy, podpowiadamy rozwiązania trudnych spraw. Czytelników przybywa, podsuwają nowe pomysły, otrzymujemy słowa wdzięczności za naszą działalność, dlatego chcemy dotrzeć do jak największego grona czytelników. Dlatego postanowiłyśmy rozszerzyć naszą działalność.

Krok drugi – strona internetowa

Z uwagi na duże zainteresowanie naszą facebookową działalnością wpadłyśmy na pomysł poszerzenia zasięgu poza komunikator i utworzyłyśmy stronę internetową (wortal). Strona ma za zadanie promowanie rodzimych aktywnych niepełnosprawnych, pokazywanie akcji z udziałem tych, którzy w nieco inny sposób uczą się, pracują, tworzą. Pierwszą naszą akcją były warsztaty wizażu pod hasłem: „Wiosna – Budzi Mnie”. Odbyły się one 17 marca 2013 w Pracowni Stylu Moniki Butryn w Lublinie. Pod okiem znanej wizażystki 5 niepełnosprawnych dziewcząt zamieniało się w gwiazdy filmowe. Pełen makijaż, modna fryzura i inne zabiegi upiększające pozwoliły pewniej przejść do sesji zdjęciowej. Pierwsze zetknięcie się tego typu działaniami pomogły dziewczynom poczuć się kobieco, a to dodało im pewności siebie.

Uważamy, że takie akcje w naszym regionie są bardzo potrzebne, ponieważ bardzo rzadko zwraca się uwagę na ludzi, którzy chcą wyrwać się z czterech ścian lecz nikt nie stwarza im takich warunków i możliwości. Obecnie lansuje się piękno pod każdą postacią, piękno które jest piękne samo w sobie. Sztuką jest to piękno wydobyć tak, jak zrobiła to pani Monika.

Krok trzeci – dalsze działania

Obie z Anną jesteśmy kreatywne w swoich działaniach. Mamy pomysły i chcemy je realizować. Swoje projekty będziemy publikować stronie:

o nas

Zapraszamy do śledzenia naszej strony, czekamy na pomysły osób niepełnosprawnych ze Świdnika i całego lubelskiego regionu.


12 marca 2013 r.
Tęsknota za wiosną

Chwilowe ocieplenie na przełomie lutego i marca przyniosło nadzieję na powrót wiosny. Niestety zima wróciła do nas w Dzień Kobiet ze zdwojoną siłą i zamiast kwiatów na trawnikach pojawiły się śniegowe zaspy. I znów wiele osób musi pokonywać utrudnienia zanim dojedzie do pracy. Natomiast ludzie starsi i niepełnosprawni zostali uwięzieni przez aurę w swoich domach.

Zimowe refleksje pod koniec sezonu

Mimo ocieplenia klimatu zdarzają się zimowe miesiące obfitujące w opady śniegu i niskie temperatury. Takie warunki pogodowe są bardzo uciążliwe zwłaszcza dla tych, którzy muszą codziennie wstawać rano do pracy, pokonując szereg utrudnień. Zamarznięte silniki, oszronione szyby samochodów, śniegowe zaspy i śliskie nawierzchnie dróg i chodników to tylko nieliczne „uroki” zimowych miesięcy. Większość społeczeństwa twierdzi, że w taką pogodę nie wychodziłaby z domu. Narzekając na zimową porę roku marzy, aby w tym czasie znaleźć się gdzieś na gorących wyspach Pacyfiku.

Tymczasem starsza część społeczeństwa oraz osoby z niepełnosprawnością marzą o tym, aby wyjść z domu. Spacer po białym puchu przypomina dziecięce lata, przywołuje w pamięci czasy młodości, gdy cieszył na twarzy każdy płatek śniegu. Teraz, kiedy siły odmawiają posłuszeństwa, by bez obaw w taką pogodę wyjść z domu, celem załatwienia codziennych spraw mieszkanie staje się więzieniem, a godzina ciągnie się jak wieczność. Nierzadko tym osobom z konieczności przychodzi rezygnować także z wydarzeń kulturalnych, które właśnie w zimie są częściej organizowane, aby uprzyjemnić długie zimowe wieczory. Strach przed przeziębieniem, złamaniem kończyn na śliskiej nawierzchni są powodem izolacji od tego, co kiedyś sprawiało radość i przysłowiowy błysk w oku. W oczach tych uwięzionych w domach ludzi nie odbija się złość na zimową porę stycznia, czy lutego. Ta pora roku była zawsze, ale mniej dotkliwa, bo zdrowie było lepsze.

Być może dlatego w ich oknach piękniej, niż gdziekolwiek kwitną kwiaty? Może częściej do ich drzwi zapuka ktoś znajomy z propozycją zrobienia zakupów lub wypożyczenia kolejnej książki z biblioteki? Uśmiech wdzięczności to tyle, co mogą ofiarować, tyle i aż tyle. Czasami idąc ulicą można zauważyć w niektórych oknach delikatny ruch firanki, a za nią twarz ujawniającą nostalgię za tym, co było dawniej. Być może ta twarz widzi oczami wyobraźni siebie za tym kruchym kawałkiem szyby dzielącej ją teraz od przestrzeni świata? Słyszy swoje narzekanie na mróz, śnieg i śliskie chodniki? Wie, że teraz jest inaczej. Nie trzeba iść do pracy, przebijać się przez zaspy lub „tańczyć” na lodzie. W domu jest ciepło, przytulnie.

A jednak żal minionych dni, tych dni pełnych białego puchu w butach i za kołnierzem. Zza szyb dochodzą głosy zniecierpliwienia na zimę, na jej skutki. A twarz zza firanki uśmiecha się lekko i kiwa głową ze zrozumieniem. Wiosna wszystkich uszczęśliwi.


8 marca 2013 r.
Twarz kobiety

Twarz młodej kobiety jest jak pączek róży. Oblana rumieńcem zawstydzenia od patrzenia w przyszłość. Otulona płatkami macierzyńskiej opieki powoli rozkwita w domowym ognisku beztroski. Poddaje się matczynym pieszczotom, bo kwiat najpiękniej w dłoniach matki rozkwita.

Twarz zakochanej kobiety, emanuje światłem miłosnego uniesienia. Oddycha zapachem wszystkich kwiatów świata, wchłania go w siebie, by potem oddać ten „bukiet” ukochanemu. Z błękitu nieba czerpie rosę, upaja nią swojego mężczyznę, by on mógł to szczęście z nieba jej dane odwzajemnić. A potem ukradkiem przykrywa twarz makijażem, by dłużej trwała nieziemska uroda.

Twarz dojrzałej kobiety uzewnętrznia mądrość. Zatopiona w myślach uśmiecha się czasami do marzeń tych już kiedyś spełnionych, odeszłych do krainy wspomnień. Śle też uśmiech do tych marzeń, które są jeszcze pragnieniem jej serca. Uśmiecha się do dzieci. Chociaż dzieli je odległość ona widzi sylwetki bliskich, bo ma je tuż pod powiekami, spod których czasami wypływa strumień słonej tęsknoty.

Twarz starszej kobiety tchnie życiowym doświadczeniem. Zmarszczki na czole to objawy troski o tych, których kocha. Tak wiele razy zamyśla się, biorąc w spracowane dłonie pooraną twarz bruzdami czasu. O czym myśli, gdy patrzy przed siebie niewidomym wzrokiem? Może wspomina płatki róż, z których kiedyś czerpała urodę. Może układa je teraz w albumie wspomnień śniąc na jawie o minionych latach?


25 lutego 2013 r.
Gdy śnieg odsłoni skwery i trawniki

Zima jeszcze w pełni. Śniegowa pierzynka otuliła ziemię oraz wszystko to, co jesienią było na niej nagromadzone. Chodzi tu nie tylko o zanieczyszczenie środowiska typu: rozrzucone puszki i butelki po napojach, papierowe torebki po chipsach, ale także odchody czworonożnych pupili. Mimo ustawy o ochronie zwierząt z dnia 21 sierpnia 1997 roku niektórzy właściciele zwierząt domowych nie stosują się do jej przestrzegania.

Spacerkiem po mieście

Idąc jesienią po ulicach naszego miasta bardzo często zauważałam, jak psy prowadzone na smyczy przez swoich właścicieli załatwiały się w miejscach publicznych tj. na placykach, skwerach i trawnikach. Nie zauważyłam, aby ktoś przejmował się obowiązującą ustawą oraz tym, że Urząd Miasta zadbał o to, aby było gdzie tą psią kupę wyrzucić. Nikogo chyba nie muszę przekonywać, że odchody naszych pupili nie wyglądają estetycznie i są siedliskiem zarazków roznoszonych przez owady – zwłaszcza latem.

Wspólna odpowiedzialność

Zimą, gdy wszystkie (mówiąc żartobliwie) psie „bomby” są pod śniegiem stwarzają mniejsze zagrożenie wdepnięcia butem i nie są przyczyną roznoszenia zanieczyszczeń i chorób. Jednak z chwilą nadejścia wiosny promienie słońca odkryją na naszych chodnikach, skwerach i na ulicach widok, który do przyjemnych nie należy. Zaczną być widoczne i stanowić przyczynę zdrowotnego ryzyka. W naszym mieście jest wiele osób poruszających się na wózkach inwalidzkich. Proszę, aby każdy właściciel psa wszedł w ich położenie. Co ma zrobić niepełnosprawny człowiek, gdy wjedzie kołem na psią kupę? Większość społeczeństwa orientuje się, w jaki sposób polega kierowanie wózkiem przez mniej sprawną osobę. Brudne koło to także brudna ręka. Co robić w takiej sytuacji? Jak widzimy położenie nie do pozazdroszczenia. Weźmy także pod uwagę małe dzieci nieświadome zagrożenia.

Może więc właściciele psów przypomną sobie co mówi ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminie? I tu przypomnieć należy, że ustawa z dnia 21 sierpnia 1997 roku głosi: „właściciele zwierząt domowych są zobowiązani do bezzwłocznego usuwania odchodów tych zwierząt z terenów przeznaczonych do wspólnego użytku. Odchody należy umieszczać w oznakowanych pojemnikach, koszach ulicznych lub pojemnikach na niesegregowane odpady komunalne. Obowiązek ten nie dotyczy osób niewidomych, korzystających z psów – przewodników oraz osób niepełnosprawnych, korzystających z psów-opiekunów”.

Warto także uczulić straż miejską, aby baczniej obserwowała właścicieli czworonogów nie przestrzegających ww. ustawy. Wymaganie konsekwencji posiadania psa lub kota chyba w niczym nie uwłacza człowiekowi cywilizowanego kraju. Ulice miast są dla wszystkich, a więc każdy powinien czuć się na nich bezpiecznie i być za nie odpowiedzialny.


15 lutego 2013 r.

Literackie Ostatki

Koniec karnawału każdy z nas spędza według własnych upodobań i zainteresowań. W tym roku mieliśmy do wyboru wiele kulturalnych atrakcji. Jedną z nich była Wieczornica poświęcona pamięci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego przygotowana przez Miejsko-Powiatową Bibliotekę Publiczną im. Anny Kamieńskiej w Świdniku oraz przez Warsztaty Literackie Uniwersytetu Trzeciego Wieku działającego również w naszym mieście.

Twórczość Poety i profesjonalizm recytatorek

Zimowy wieczór. Sala wystawowa biblioteki emanuje blaskiem świec oraz ciepłem utworów znanego i na nowo odkrywanego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. A wszystko to za sprawą miłośników jego twórczości. Inicjatorkami tego spotkania była Miejsko-Powiatowa Bibioteka Publiczna im. Anny Kamieńskiej w Świdniku oraz panie uczęszczające na Warsztaty Literacką w Uniwersytecie III Wieku. Scenariusz Wieczornicy pt. „Ocalić od zapomnienia” przybliżał osobę poety poprzez czytanie fragmentów jego biografii przeplatanej muzyką i lirycznymi utworami. To one przeniosły licznie zgromadzonych słuchaczy w świat krakowskiej „Zaczarowanej dorożki” oraz w świat humoru i groteski, którą przedstawia „Teatrzyk Zielona Gęś”. Recytowane fragmenty utworów wprowadzały nastrój zadumy i rozbawienia.Dzięki profesjonalnemu przekazowi recytatorek słuchacze mogli ponownie smakować poezję Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Utwory tego poety wydają się być uniwersalne dla wielu pokoleń. Wiersze poświęcone żonie Natalii są nadal ulubionymi wierszami miłosnymi chętnie dedykowanymi swoim ukochanym z okazji ślubu, rocznic lub Święta Walentynek. Do takich utworów można zaliczyć wiersze: „Rozmowa liryczna” i „Pyłem księżycowym…”

Pyłem księżycowym

Pyłem księżycowym być na twoich stopach

wiatrem przy twej wstążce,

mlekiem w twoim kubku,

papierosem u ustach,

ścieżką pośród chabrów,

ławką, gdzie spoczywasz,

książką którą czytasz.

Przeszyć cię jak nitką,

otoczyć jest przestwór

być porami roku

dla twych drogich oczy

i ogniem w kominku

i dachem, co chroni

przed deszczem.

Spotkanie pt. „Ocalić od zapomnienia” udowodniło licznie przybyłym gościom, że dzieło trwa wiecznie.


4 lutego 2013 r.

Dlaczego piszemy bloga?

Bardzo często zastanawiamy się, dlaczego dzieci (i nie tylko dzieci) piszą bloga i logują się na portalach społecznościowych? Warto poznać odpowiedzi.

Blogi – „pamiętniki” sieciowe, wyparły te tradycyjne, pisane na papierze i skrzętnie ukrywane przed wzrokiem niepowołanych osób. Obecne czasy zmieniły formę opisywania swoich wewnętrznych przemyśleń, zdarzeń. Piszemy jawnie w sieci, oczekując porad, podnoszących na duchu komentarzy. Niektórzy autorzy blogów oprócz wylewania swoich przeżyć do sieci nie uświadamiają sobie, że ich relacje mają działanie terapeutyczne nie tylko dla nich samych, ale także dla czytelników.

Blog „przyjacielem?”

Mimo różnorodności rozrywek, możliwości poznawania ludzi niektóre jednostki odczuwają osamotnienie i brak odpowiednich osób, które mogłyby je wysłuchać i udzielić porad w rozwiązywaniu trudnych spraw. Są to przeważnie introwertycy, którzy nie potrafią się uzewnętrznić przed przyjaciółmi lub znajomymi. Założenie bloga zastępuje im osobę, do której mogą w formie pisanej mówić o swoich problemach. Komentarze napisane przez inne osoby mogą być cennymi radami, które autorowi bloga będą w życiu bardzo pomocne. Oprócz tego tą drogą nawiązują się wirtualne znajomości. Nieznajomym łatwiej zwierzać się i wymieniać poglądy. Blog daje poczucie, że wiadomości na nim umieszczane są dla kogoś ważne, czytane, o czym świadczą szczere wpisy od nieznajomych osób. Z czasem może dojść do spotkania w świecie realnym, a wtedy łatwiej będzie o zawarcie przyjaźni i pogłębiania relacji międzyludzkich.

Blog „rozgrzeszeniem?”

Zdarzają się sytuacje (np. w latach młodości), które po latach powodują wyrzuty sumienia u osób, które w nich uczestniczyły. Z perspektywy lat inaczej patrzą na zdarzenia w jakie wplątało je życie. To oni potrzebują „rozgrzeszenia”, powiedzenia o tym, co uważają za niedobre i niezgodne z obecnymi poglądami. Opisane na blogu wydarzenie jest swoistą „spowiedzią”, a oczekiwane komentarze spełniają rolę „rozgrzeszenia”. Autorzy tych blogów czekają na usprawiedliwienie. Tylko taki rodzaj komentarzy przynosi oczekiwany skutek. Robimy wszystko, aby uciszyć sumienie i uzyskać wewnętrzny spokój.

Blog „ostrzeżeniem?”

Niektóre blogi pisane są ku przestrodze dla innych osób. Opisywane są w nich wydarzenia, w których ich uczestnicy cudem uniknęli więzienia, choroby lub byli o krok od śmierci. Można tu wymienić byłych lub niedoszłych kryminalistów, a także osoby bagatelizujące leczenie poważnych chorób. Ich autorzy czują potrzebę przestrzegania ludzi młodszego pokolenia, aby w porę reagowali, unikali bądź wycofali się z sytuacji, które mogą mieć szkodliwy wpływ na dalsze życie. Internet jest dobrą drogą medialną, by ta informacja trafiła do szerokiego grona młodych odbiorców. Autorzy tych blogów czują, że spełnili swój obowiązek względem młodego pokolenia.

Blog „oczyszczeniem”

Wychowując się w rodzinie patologicznej psychika dzieci napełniona jest przykrymi zdarzeniami. Nieraz są one wypierane, jednak po latach powracają i stają się koszmarem dla dorosłych już dzieci alkoholików. Nie zawsze te osoby mogą o tym opowiedzieć nawet swoim partnerom. Piszą więc blogi, aby oczyścić się z przykrych i bolesnych emocji. Wyrzucenie z siebie negatywnych przeżyć daje autorom uczucie spokoju.

Warto nadmienić, że blogi są metodą terapeutyczną nie tylko dla ich autorów, ale także dla tych, którzy je czytają. Czytający blogi mogą wyciągać pozytywne wnioski, w jaki sposób można radzić sobie w sytuacjach po ludzku rzecz biorąc bez wyjścia, a jednak ich autorzy wyszli z nich i teraz cieszą się życiem.


 

28 stycznia 2013 r.
Wózek – to moje nogi

Mijając na ulicy osobę na wózku inwalidzkim większość zdrowych ludzi postrzega ją, jako kogoś komu los spłatał figla, przykuwając do fotela na czterech kółkach. Co odważniejsi mają śmiałość zapytać, w jaki sposób można zaakceptować swoje egzystowanie na wózku. Mało kto wie, że wózek można… pokochać!

Wózek przyjaciel

Dla mnie, osoby która od urodzenia korzysta ze sprzętu rehabilitacyjnego wózek traktowałam i traktuję, jako coś, co jest ode mnie nieodłączne, a wręcz jest moim metalowym „ciałem” we mnie wrośniętym. To ta część mnie pozwala wydostać się poza obręb własnego mieszkania – daje mi wolność. Dzięki temu mogę cieszyć się widokami pięknych miejsc i podziwiać zmieniające się pory roku. To właśnie wózek jest jedyną rzeczą, która jest tylko moja…

Można sobie więc wyobrazić moje zdumienie i rozpacz, gdy parę dni temu dowiedziałam się, że mój wierny przyjaciel wózek zniknął z klatki schodowej. Stał tam przeszło 30 lat i do tej pory nikomu nie przeszkadzał. Mieszkam na 3 piętrze więc wciąganie wózka do mieszkania byłoby dla mamy uciążliwe. W pierwszej chwili poczułam pustkę w głowie, a potem gonitwę myśli: kto mógł zabrać mi moją rzecz, moje „nogi”, które przez tyle lat mi służyły? Po zawiadomieniu policji napisałam ogłoszenie na facebook`a. pierwszy komentarz przeczytałam od nie mniej zdziwionej Anny Dąbrowskiej – dziennikarki TVP Lublin. To właśnie ona rozkręciła medialną akcję poszukiwawczą, która miała zasięg ogólnopolski. Policja także priorytetowo zajęła się poszukiwaniem mojej cennej zguby. Szanse znalezienia były bardzo małe wręcz zerowe. Przeżyłam kilka dni smutku i niepewności, zastanawiając się m. in. czy uda mi się dostać inny wózek, który znów pozwoli mi wyjść poza obręb mojego pokoju. A jednak nie trzeba było długo czekać, gdy rozdzwoniły się telefony od wspaniałych ofiarodawców. Nowy podarowany mi wózek był wygodny i za parę godzin po jego dostarczeniu wyszłam na pierwszy zimowy spacer. Kiedy tak patrzyłam na skrzącą biel śniegu moje myśli krążyły przy tym moim starym wiernym czterokołowym przyjacielu, którego wszędzie zabierałam, a on zabierał mnie tam, gdzie na swoich nogach dojść nie mogłam. Nie było sposobu, abym mogła pogodzić się z jego stratą.

Wózek bumerang

Początek tygodnia przyniósł dobre wieści: mój wózek został znaleziony na śmietniku. W pierwszym momencie poczułam ogromną radość i ulgę, że wrócił do mnie, że znów jest ze mną, jak na przyjaciela przystało. W miarę upływu dni przychodziły do mojej głowy różne refleksje. Dlaczego miejscem znalezienia był właśnie śmietnik? Czy tak bardzo potrzebna mi rzecz zasłużyła na miejsce przeznaczone dla bezużytecznych przedmiotów, dla śmieci? Moje „nogi” ktoś wyrzucił, jak niepotrzebną rzecz! Dlaczego zniszczono z boczków wózka nalepki przedstawiające symbole religijne, które również miały dla mnie duże znaczenie? Radość miesza się z żalem, a pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi. Jednak nadzieją i wiarą w dobroć człowieka napawa mnie fakt, że jeden czyn złego człowieka pokazał, jak wiele jest serc ofiarnych i wrażliwych na ludzkie nieszczęście.


21 stycznia 2013 r.
XIV Przegląd Kolęd i Pastorałek w Świdniku

Kolędy i pastorałki to radosne pieśni opiewające narodziny Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Są one na stałe wpisane w nabożeństwa kościelne oraz naszą polską tradycję okresu świąt Bożego Narodzenia. Wyrażają chwałę Bogu za dar przyjścia na świat jedynego Odkupiciela Człowieka. Kolędy są chętnie śpiewane nie tylko w świątyniach, ale także w domach podczas długich zimowych wieczorów. Również przedszkola i szkoły co roku organizują przeglądy tych pieśni bożonarodzeniowych, wspaniale wyrażających radość i uwielbienie Słowa, które Ciałem się stało.

Rozśpiewana młodzież

20 stycznia 2013 już po raz XIV mieliśmy okazję uczestniczyć w świdnickim Przeglądzie Kolęd i Pastorałek. To muzyczne wydarzenie zorganizował Miejski Ośrodek Kultury, Władze Miasta Świdnika oraz WSK PZL SA. Kościół p.w. NMP Matki Kościoła przyjął w swoje gościnne progi bardzo serdecznie wszystkich zgromadzonych. Ksiądz kanonik Tadeusz Nowak wraz z przedstawicielem władz miasta Tomaszem Szydło ciepłymi słowami powitali młodych wykonawców ich nauczycieli i opiekunów.

Blask rozświetlonych choinek stwarzał miłą atmosferę ciepła i przypominał radosne chwile związane z Bożym Narodzeniem. Młodsze dzieci poprzebierane w zwiewne stroje aniołków i ubogich pastuszków dodawały uroku przedłużały klimat bożonarodzeniowej scenerii. Wśród uczestników była duża rozpiętość wiekowa: dzieci z grup przedszkolnych i klas szkół podstawowych, a także młodzież klas gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych powiatu świdnickiego. Młodzi wokaliści prezentowali kolędy tradycyjne, te dobrze wszystkim znane, jak również zupełnie nowe napisane i skomponowane przez współczesnych autorów, jednak nie mniej piękne od tych śpiewanych z rodzinnych kantyczek. Wielu uczestników odznaczało się dużym talentem wokalnym i muzycznym wyczuciem rytmu. Młodzi wykonawcy z wielkim przejęciem śpiewali przygotowane utwory, na przekór tremie i innym nieprzewidzianym technicznym usterkom. Występ każdego uczestnika podobał się licznie zgromadzonej publiczności i nagradzany był gromkimi brawami.

Na zakończenie XIV Przeglądu Kolęd i Pastorałek każdy uczestnik otrzymał dyplom i słodki upominek z rąk pana Adama Żurka – dyrektora Miejskiego Ośrodka Kultury w Świdniku. Nagrody ufundowała Fabryka Cukierków „Pszczółka” z Lublina.


14 stycznia 2013 r.
Dlaczego grają

Ucichły już rytmy koncertów, aukcji, wolontariusze oddali do Sztabów zebrane pieniądze… Społeczeństwo polskie komentuje działalność Jurka Owsiaka i innych propagatorów tego typu akcji. Opinie są różne, jak różne są poglądy i mentalność Polaków. Jedni są zachwyceni ekspansją Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a inni pytają: „Po co to wszystko, po co ten szum, dlaczego oni grają?” Aby otrzymać odpowiedź wystarczy zagłębić się w regulaminy przyznawania sprzętu medycznego, ortopedycznego i rehabilitacyjnego dzieciom oraz osobom w podeszłym wieku.

Sprzęt rehabilitacyjny jest, ale czy dla każdego?

Powszechnie wiadomo, że osoby niepełnosprawne w naszym państwie utrzymują się przeważnie ze skromnych rent socjalnych, chorobowych też niewiele wyższych, a także z niezbyt wysokich emerytur. Tym schorowanym osobom zabrano np. przywileje darmowego korzystania z lekarstw, pampersów i środków opatrunkowych. Nawet placówki medyczne lecząc chorych na swoich oddziałach stawiają wymagania pacjentom, aby przynosili ze sobą te lekarstwa, które codziennie przyjmują. Idąc dalej w tym kierunku dochodzimy do kolejnych warunków stawianych tym razem przy zakupie sprzętu ortopedycznego np. wózka inwalidzkiego, chodzika, łóżka specjalistycznego lub innego urządzenia niezbędnego podczas pielęgnacji dziecka lub starszej osoby. W obecnym czasie tylko wózki ortopedyczne można pobrać gratis, jednak do kwoty nie wyższej niż ok. 800 złotych. Przekroczenie tego limitu chory musi pokryć ze środków własnych. Gwarancja tego typu pojazdu wynosi 5 lat. A co będzie, jeśli wózek nie wytrzyma tej umownej pięciolatki? Na naprawy również jest przewidziana konkretna kwota z NFZ. Niestety, renowacje wózka wcale nie gwarantują dalszego jego bezawaryjnego użytkowania. Co robić w takich przypadkach? Koszty zakupu kolejnego sprzętu oczywiście będą leżały w gestii samego zainteresowanego lub jego opiekunów oczywiście już za pełną odpłatnością.

Likwidacja barier architektonicznych szansą na wyjście z domu?

W ostatnich latach bardzo dużo mówi się o likwidacji barier architektonicznych na ulicach, w obiektach użyteczności publicznej i zakładach pracy. My, niepełnosprawni cieszymy się, że nareszcie o nas ktoś pomyślał. Jednak, aby wyjść na ulice musimy najpierw wydostać się z domów, często z wielopiętrowych blokowisk, gdzie brakuje wind, a klatki schodowe są zbyt wąskie na montaż przyschodowych platform dźwigowych. Ci szczęściarze, którzy mają szerokie korytarze i mogą starać się o zamontowanie windy lub platformy, muszą oczywiście liczyć się z wysokimi kosztami finansowymi, mimo 80% refundacji ze środków PFRON. Pozostałe 20% chory pokryje ze środków własnych – jeśli będzie go na tę inwestycję stać. Jeśli nie… pozostaje nam alienacja od społeczeństwa, pozostaje ekran telewizora lub monitor komputera, jeśli przed chorobą lub w trakcie jej remisji zdążyliśmy ukończyć kurs obsługi komputera. Wymienione potrzeby, a zarazem przykłady, które tutaj starałam się przybliżyć są tylko kroplą w morzu potrzeb osób niepełnosprawnych lub zaawansowanych wiekowo.

Uważam, że gdyby nasze Państwo było państwem opiekuńczym w całym tego słowa znaczeniu, nie potrzebne byłyby fundacje, akcje, itp. i nikt nie musiałby pytać: „po co „gra” Jurek Owsiak?”

 


 

11 stycznia 2013 r.
Noworoczne postanowienia

Powitaliśmy 2013 rok hukiem petard i błyskami kolorowych fajerwerków. Publicznie wyrażaliśmy swoją radość i nadzieję w gronie rodziny, znajomych, w domowym zaciszu lub na placach miast. Zwykle początek nowego roku stwarza w nas samych okazję do wewnętrznych przemian. Czy wszystkie noworoczne zamierzenia uda nam się zrealizować?

Przykłady postanowień

Postanowienia zależne są od płci, wieku oraz chęci wprowadzenia istotnych zmian w nasze życie. Panie najczęściej stawiają sobie za cel np. codzienne uprawianie sportu, ćwiczenia gimnastyczne, rozpoczęcie kursu, systematyczne uczęszczanie na rozrywki kulturalne, wycieczki krajoznawcze itp. Panowie natomiast marzą o kupnie nowego auta, remoncie domu i o podjęciu walki z nałogami np. rzucenie palenia. Są to najczęstsze przykłady zmian, jakie chcemy wprowadzić w życie już na początku nowego roku. Jednak droga do tego celu jest długa i wyboista. Wymaga wielu wyrzeczeń i wytrwałości.

Realizacja postanowień

Wszelkie decyzje należy podejmować rozsądnie i nie pod wpływem emocji. Trzeba wziąć pod uwagę możliwości, jakimi dysponujemy tzn. mieć świadomość swoich cech charakteru. Od naszej cierpliwości zależy to, czy wytrwamy w swoich postanowieniach. Najlepszym i skutecznym sposobem jest dążenie do celu małymi kroczkami. Należy mierzyć siły na zamiary i nie zniechęcać się, jeśli jednego dnia brak nam kondycji lub motywacji do dalszych działań związanych z uprawianiem sportu. Ważne jest, by trwać przy swoich postanowieniach i uporczywie je realizować..Jeśli zamierzamy pogłębić swoją wiedzę z zakresu dziedziny sztuki, rozrywki, kultury skuteczny może okazać się grafik sporządzony przez nas samych. Zaznaczmy w nim dni tygodnia, w które zamierzamy iść do kina, teatru lub na inne kulturalne wydarzenia. Pogłębianie wiedzy należy rozpocząć od wybrania interesującego nas kursu. Motywacja daje nam gwarancję, że ukończymy go z wyróżnieniem. Oprócz motywacji ważne jest także wypracowanie w sobie samodyscypliny i umiejętności samokształcenia Walka z nałogami jest trudna i dlatego tutaj niezbędne może okazać się wsparcie lekarza prowadzącego lub specjalisty. To samo dotyczy np. walki z nadwagą lub stosowania innego rodzaju leczenia, o którym decydować może wyłącznie lekarz. Nie zrażać się porażkami, zwłaszcza tymi, które nie zawsze są od nas zależne. Ważne jest to, aby każdego dnia dążyć do swoich małych celów, które wyznaczyliśmy sobie na początku roku przy huku petard i wystrzałach korków od szampana. Rok czasu to wystarczająco długi okres, aby walczyć ze swoimi słabościami i zmieniać życie na lepsze. I chociaż może nie wszystko uda nam się zrealizować to jednak będziemy mieli świadomość, że podjęliśmy chęć zmiany. A następny rok postawi przed nami kolejne szanse i nowe możliwości do działania.

 


 
24 grudnia 2012 r.
Boże Narodzenie

Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami. I znów po raz kolejny usiądziemy przy wigilijnym stole. Piękny to czas. W takich momentach myślami powracamy do dzieciństwa. Chociaż przez chwilę dajemy się porwać przeszłości. Raz w roku, w ten szczególny dzień pozwólmy sobie wspomnieć…

Przeszłość

Biały stół nakryty białym obrusem, przy stole rodzice i krewni. W kącie pokoju żywa choinka igliwiem pachnąca przyozdobiona ręcznie robionymi zabawkami, rozświetlona tysiącem woskowych świeczek. Pod choinką szopka przypominająca o cudzie narodzin naszego Zbawiciela. Jak echo powraca fragment Ewangelii czytanej przez dziadka lub ojca, a potem wyciągnięte dłonie podające biały opłatek i życzenia, które miały się spełniać. Śpiew kolęd na długo utrwalił się w naszej pamięci. Po pośniku myśli nasze zawsze myszkowały pod zielone gałązki strojnego drzewka, gdzie leżały zapakowane prezenty. Oczy naszej wyobraźni zawsze widziały to, o czym marzyliśmy. Nawet jeśli nie spełniały naszych oczekiwań to bez szemrania godziliśmy się z decyzją Gwiazdki, Aniołka lub Świętego Mikołaja, bo przecież oni wiedzieli lepiej, czego nam potrzeba. Po wieczerzy szło się na Pasterkę. Po ośnieżonych drogach, ulicach brnęliśmy do oddalonych kościołów, w których witał nas mały Jezus na sianku złożony.

Teraźniejszość

Teraz niby jest tak samo jeśli chodzi o tradycję, a jednak do stołu często siadamy zmęczeni. Po przedświątecznej bieganinie nie mamy siły, aby śpiewać kolędy i ratujemy sytuację włączając płytę lub telewizję, w której zespoły wokalne podtrzymują staropolskie obyczaje. Na Pasterkę też chodzi już coraz mniej ludzi. Niektórzy oglądają transmisje z Watykanu, a inni po prostu idą spać. Jesteśmy przemęczeni. Już od listopada nakręcają nas reklamy, promocje w supermarketach, a kiedy nadchodzi ten właściwy świąteczny czas czujemy się osłabieni bieganiną i zapominamy o obyczajach, tradycji. Warto zastanowić się, co możemy zmienić, aby te święta przebiegały zgodnie ze staropolską tradycją i były niepowtarzalne dla dzieci i przyjaciół. Pomocą może tu być lektura oraz wiadomości zaczerpnięte z Internetu. Trochę chęci i pracy przyniesie wspaniałe efekty w postaci podtrzymania tradycji. Podtrzymywanie tradycji świątecznych we współczesnym zabieganym świecie będzie miłym wspomnieniem dla naszych dzieci, a w przyszłości kultywowanie polskiego obyczaju przez młodsze pokolenia.

Korzystając z okazji pragnę złożyć wszystkim Czytelnikom Portalu bożonarodzeniowe życzenia: niech miłość i pokój zagoszczą w sercach naszych, a blask gwiazdy betlejemskiej niech zawsze wskazuje nam drogę do Wiecznej Miłości złożonej przed wiekami w ubogim żłobie.


 

17 grudnia 2012 r.
Choinka – sztuczna czy prawdziwa?

Żywe drzewko

Choinka bożonarodzeniowa pojawiła się w XVI wieku. Do czasów współczesnych jest symbolem życia, odradzania się, trwania i płodności. Drzewko to prawdopodobnie występowało już wcześniej, jako symbol drzewa „dobra i zła” mające swój początek w rajskim ogrodzie. Tradycja ozdabiania choinek miała swój początek w Alzacji, a potem powędrowały do protestanckich Niemiec i trafiły do kościołów katolickich w Europie Północnej i Środkowej. Strojono więc żywe drzewka iglaste w papierowe ozdoby i jabłka, które symbolizowały rajskie owoce. W miarę upływu lat zmieniały się tradycje ozdabiania choinek. Na gałązkach wieszano małe pierniczki w kształcie serduszek i malowane orzechy. Podczas adwentu robiono ozdoby z bibułki, piórek i wydmuszek a potem te ręcznie wykonane wyroby stanowiły dekorację bożonarodzeniowego drzewka. W wieczór wigilijny na drzewku zapalano świeczki i zimne ognie, a cała rodzina zachwycała się blaskiem i zapachem choinki.

Komercja wypiera tradycję

Z biegiem lat powstające fabryki tworzyw sztucznych, huty szkła zaczęły wypierać tradycję samodzielnego wykonywania ozdób choinkowych. Zabiegane społeczeństwo szybko chwyciło to udogodnienie zapominając przy tym o wielowiekowych obrzędach wpisanych w naszą kulturę. Często wolimy zapłacić za substytuty niż własnoręcznie wykonać piękny łańcuch lub inne ozdoby choinkowe. woskowe świeczki zastąpiły elektryczne światełka. Dużo się teraz mówi na temat sztucznych drzewek: dłużej zachowują „świeżość”, cechują się dobrą eksploatacją i szerokim wyborem. Jednak atrapa nie wydaje zapachu, który wielu z nas kojarzy z latami dzieciństwa. Często przed Bożym Narodzeniem zabierają głos ekolodzy, protestując przeciwko wycinaniu świerków. Na szczęście nie jest tajemnicą, że zakładane są poletka i szkółki leśne, gdzie hodowane są świerki przeznaczone do wyrębu na tradycyjne choinki. A więc może należy wrócić do podtrzymywania tradycji, która jest przecież dziedzictwem narodu.


10 grudnia 2012 r.
Tradycja wysyłania kartek świątecznych

Adwent – czas oczekiwania na radosne Święta Bożego Narodzenia. Właśnie w tym okresie zatrzymajmy się na chwilę, z wiru przedświątecznych przygotowań zejdzmy na oazę spokoju i tam pomyślmy o tych, których los rzucił w odległe strony. Wyraźmy im swoją pamię wysyłając świąteczną kartkę z życzeniami. Niewiele osób wie, że te papierowe znaki pamięci pojawiły się w Polsce przed stu laty. Przybliżając historię kartek bożonarodzeniowych mam nadzieję, że w dobie e-kartek te tradycyjne papierowe nabiorą nowego wyrazu.

Tak było dawniej…

Pierwsza kartka pocztowa powstała w XIX wieku w Anglii. Bardzo rzadko widniały na nich zimowe krajobrazy lub tematy religijne. Na kartkach zazwyczaj drukowano kwiaty, postaci z bajek i obrazki dla dzieci. Pocztówki z motywami bożonarodzeniowymi zaczęto rozpowszechniać w 1875 roku w Ameryce. Projekty kartek zmieniały swój kształt, szatę w zależności od technik drukarskich i czasów, w jakich powstawały. Rozpowszechnienie ich na cały świat stało się dochodowym biznesem. Poszczególne kraje zaczęły potem projektować kartki świąteczne według własnych koncepcji i wzorów zaczerpniętych z własnych tradycji, kultury oraz wyznawanej religii. W naszym kraju powszechne były i są nadal kartki z motywem szopki betlejemskiej oraz postaci, jakie przedstawiają Ewangelie opisujące narodzenie Jezusa Chrystusa, a więc: św. Rodzinę, pastuszków oraz pokłon Trzech Króli. Oprócz pocztówek z motywami religijnymi mamy również tak zwane kartki świeckie. Ich projektanci umieszczają bajkowe sceny: zaśnieżone chatki, rozświetlone choinki oraz Mikołaja w stroju krasnoludka z workiem pełnym gwiazdkowych prezentów. Szeroki wybór świątecznych pocztówek daje możliwość ich dopasowania do gustu nadawcy i odbiorcy.

Tak jest teraz…

Obecne czasy oferują wiele możliwości okazywania pamięci swoim bliskim mieszkającym w różnych zakątkach świata. Najczęstszą i najbardziej popularnym środkiem przekazu jest internet. Po 2000 roku internet stał się ogólnodostępną siecią, która oferuje wiele możliwości. Mamy tu do wyboru darmowe e-kartki, gotowe życzenia uzupełnione bogatą szatą graficzną oraz dźwiękowe kartki głosowe. Następnymi środkami konkurencyjnymi dla tradycyjnych kartek świątecznych są e-maile i sms-y. Wygodne i szybkie w nadawaniu i odbiorze mają wielu zwolenników. Znaczącym czynnikiem popularności jest fakt, że takie życzenia są tańsze od tych tradycyjnych. Są one także łatwiejsze w obsłudze i nadawaniu dla młodych pokoleń wychowywanych w obecności nowych technologii. Mimo wielu ułatwień stosowanych w środkach masowego przekazu warto wrócić do tradycji przesyłania kartek pocztowych. Potraktujmy je jako eksluzywny prezent dla bliskiej osoby. Podczas długich jesiennych wieczorów warto poświęcić chwilę czasu na zrobienie oryginalnej kartki świątecznej lub napisanie osobistych życzeń. Zdajmy się na własną inwencję twórczą, własną pomysłowość. Będzie to miły wyraz pamięci o bliskiej sercu osobie oraz ciepły namacalny akcent w świąteczne dni.


3 grudnia 2012 r.
„Dom Marzeń” – fantazja, czy rzeczywistość?

Anna Dąbrowska – znana dziennikarka z TVP Lublin. Jej reportaże wzruszają do łez, pokazują ludzi, którym życie nie szczędzi trosk, ale także ukazują chwile szczęścia mimo przeciwności losu. Właśnie w takich okolicznościach poznałam Anię, kobietę pełną energii i o złotym sercu.

Początek przyjaźni

Był rok 1996 – pamiętny rok, w którym wydałam pierwszy tomik wierszy pt.: „Kwiaty z Getsemani”. Dla mnie i moich przyjaciół było to radosne wydarzenie. To właśnie oni, moi znajomi ze studiów powiadomili Telewizję Lublin, aby pokazać moją poezję szerszej publiczności. Po paru dniach od zgłoszenia przyjechała pani Ania z ekipą zajmującą się nagraniem i montażem filmu. Sama realizacja reportażu przebiegała w miłej atmosferze. Dzięki Ani nie czułam tremy. Jej profesjonalność przejawiała się w każdym pytaniu i recytowanych strofach wierszy. Jej aksamitna barwa głosu pozwoliła mi na nowo odkryć głębię własnych utworów. Potem śledziłam karierę Ani przed ekranem telewizora, oglądając programy realizowane pod jej kierownictwem. Czasami w zimowe wieczory wracałam do wspomnień z dawnych lat. Włączałam kasetę video i podziwiałam piękną interpretację swoich wierszy oraz plenery starannie dobrane, stanowiące idealne tło pod strofy utworów. Tak było przez wiele lat.

Siła pamięci i moc techniki umacnia nadzieję

Po kilkunastu latach (od realizacji reportażu) znów się spotkałyśmy. Najpierw za pośrednictwem internetowych łączy, a potem Ania do mnie przyjechała. Podczas rozmowy przy filiżance kawy okazało się, że mamy podobne cele i marzenia. Anna chce zrealizować kolejny reportaż. Tym razem miał by on przedstawiać rodziny wychowujące niepełnosprawne dzieci. Temat bardzo delikatny, ponieważ nie każdy z nas zna obawy, z jakimi zmagają się rodzice chorych dorosłych już dzieci. W swoich sercach stale noszą niepokój i niepewność o przyszłość swoich niepełnosprawnych pociech. Myślą o tym, co stanie się z nimi, gdy już odejdą ich najwierniejsi opiekunowie? Pomysł Ani bardzo mnie zaskoczył. Nie każdy zdrowy człowiek zastanawia się nad problemami rodzin wychowujących dzieci, które stale wymagają pomocy, które nigdy nie będą samodzielne… Ania poprosiła mnie o pomoc w tym przedsięwzięciu. Moja rola polega na tym, abym wskazała jej konkretnych adresatów. Zgodziłam się, ponieważ mnie też ten problem dotyka i potrafię wczuć się w podobną sytuację. Ania puściła wodze fantazji mówiąc mi dalej, że chodzi jej po głowie budowa „Domu Marzeń”. Ten Dom miałby być dla osób niepełnosprawnych, jednak w swojej strukturze odbiegający od standardowych Domów Pomocy Społecznej. Ta inwestycja na razie leży w naszej wyobraźni. Czy powstanie „Dom Marzeń” to zależy od wielu czynników. Obecnie skupiamy się na reportażu. Poszukujemy i zachęcamy zatroskanych rodziców, którym nie obojętny jest los ich chorych dzieci do wzięcia udziału w realizacji filmu. Może nasi świdniccy Czytelnicy odpowiedzą na Apel pani Anny? Zapraszamy.

Poniżej zamieszczam Ogłoszenie samej pomysłodawczyni

 

Anna Dąbrowska

anna.dabrowska@tvp.pl

tel. 785-985-116

Szanowni Państwo, Nazywam się Anna Dąbrowska. Jestem dziennikarką TVP Lublin. Od 20-lat zajmuję się sprawami społecznymi realizując reportaże na ten temat, a od kilku lat kieruję redakcją interwencji „Zdarzenia”. Jestem w trakcie przygotowywania się do reportażu –dla mnie bardzo ważnego- myślę, że dla wielu z Państwa także. Otóż chcę pokazać, że rodzice dorosłych już osób niepełnosprawnych ( nie tylko ruchowo) mają ogromny problem. Dlaczego? Sami już są starsi i chorzy-zatem trudno im się dziećmi zajmować, a ponadto martwią się co stanie się z pociechami , kiedy ich już nie będzie. Wiem to temat delikatny, ale temat prawdziwy. Spotkałam się już z takimi głosami. Nie wszyscy rodzice mają własnościowe mieszkania i rodziny, które mogłyby się zaopiekować osobami zależnymi. Nie każdy godzi się na oddanie dziecka do zwykłego DPS. Reportaż byłby przyczynkiem do szerszej dyskusji na ten temat, a może kiedyś udałoby się nam w Lublinie taki dom zbudować. Dom-„Nasz Dom”. To na razie marzenia, ale chcę zacząć od reportażu.

Liczę na to, że zechcecie Państwo w tym reportażu wystąpić i podzielić się swoją historią, a w konsekwencji przysłużyć się dobrej sprawie. Liczę także na to, że poznacie mnie Państwo z takimi rodzinami.

Z wyrazami szacunku

Anna Dąbrowska


27 listopada 2012 r.
Jak spędzać długie jesienne wieczory

Jesienią szybciej zapada zmierzch, kapryśna deszczowa aura nie zachęca do spacerów przy blasku księżyca. Warto pomyśleć, w jaki sposób racjonalnie zagospodarować wolny czas. Jest do wyboru wiele przyjemnych i pożytecznych form relaksu.

Co wybrać?

Wieczór w gronie przyjaciół zawsze upływa miło niezależnie czy jest spędzany w domu, czy w przytulnej kawiarence z tą jednak różnicą, że do przyjęcia znajomych w domu trzeba się odpowiednio przygotować. Myślę tu nie tylko o zapleczu kulinarnym, ale także o rozrywkach, aby wieczór nie wydał się nudny i nie upływał na nudnych rozmowach. Wszystko więc zależy od inwencji twórczej i zainteresowań przyjaciół oraz inicjatorów spotkań.

Jeśli decydujemy się spędzić wieczór w szerszym gronie możemy wybrać się do kina, teatru lub na koncert. W okresie jesienno-zimowym ośrodki kultury mają bogatą ofertę imprez. Wystarczy zapoznać się z repertuarem poszczególnych placówek. Możemy to zrobić dzięki mediom lub bezpośrednio uzyskać informacje w godzinach pracy instytucji zajmujących się propagowaniem kultury.

W domowym zaciszu

Jesienne chłody, zmęczenie po ciężkim dniu pracy mogą być przeszkodą w spędzaniu wolnego czasu poza domem. Nie oznacza to jednak, że wieczór w zaciszu domowym może być nudny. Jeśli spędzimy go z rodziną musimy zaplanować, co będziemy robili. Dzieci na pewno zainteresuje wspólne robienie zabawek ze skarbów jesieni. Dzień wcześniej zebrane liście, kasztany i żołędzie mogą stać się okazją do wspaniałej zabawy i skutecznej integracji rodziny. Konkurs na wybór jesiennego ludzika stanie się motywacją do zaangażowania wszystkich nawet wielopokoleniowej rodziny. W okresie adwentu można wspólnie z dziećmi zająć się robieniem ozdób choinkowych.

Kolejną formą spędzenia przyjemnego wieczoru jest nadrobienie książkowych zaległości. Po wybraniu odpowiednich lektur ważnym elementem relaksu jest stworzenie nastrojowego klimatu. Zapalenie zapachowych świec pomoże przenieść się w opisywane zakątki ludzkiej wyobraźni.
Panie mogą wykorzystać jesienne wieczory na robienie prostych zabiegów kosmetycznych w domowych warunkach. Można tu polecić np. kąpiele w ciepłej wodzie z dodatkiem olejków eterycznych. Mają one dobroczynny wpływ na nasz układ krążenia, a tym samym na nasze samopoczucie.

Jak widzimy jest wiele pożytecznych form spędzania wolnego czasu, jednak to od nas samych zależy, co wybierzemy.


19 listopada 2012 r.
Co mi dała niepodległość Polski?

Parę dni temu uroczyście obchodziliśmy kolejną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Obok wymiaru historycznego każdy z nas, żyjących w obecnych czasach otrzymał coś, co dała mu suwerenność kraju. Jak często się nad tym zastanawiamy? Warto się tym podzielić.

Moja wolność?

Młode pokolenie skutki okupacji hitlerowskiej oraz komunistycznej zna z kart historii i opowiadań tych, którzy to przeżyli. Mnie osobiście wolność dała prawo do życia i swobodnej nauki. Czemu prawo do życia? Już wyjaśniam. Gdybym urodziła się w czasach okupacji hitlerowskiej nie miałabym prawa bytu. Dzieci niepełnosprawne wówczas były rozstrzeliwane. W taki sposób likwidowano szpitale i zakłady dla osób przewlekle chorych. A teraz słów parę o prawie do nauki. Nie pamiętam co prawda tajnych kompletów, bo na szczęście urodziłam się znacznie później, ale za to dobrze zapamiętałam starania mojej mamy o to, abym mogła uczyć się w normalnej szkole. Ustawy z lat PRL nie przewidywały kształcenia dzieci niepełnosprawnych. Nie mieściliśmy się w systemie komunistycznym. Sanatoria dla takich dzieci budowano w lasach, aby nikt spoza kręgu rodziny i personelu medycznego nie zobaczył powykręcanych przez chorobę nóżek i rączek. Jednak moi rodzice byli wprawieni w przemycaniu mnie do pobliskiego miasteczka np. na lody lub na dłuższe spacery poza obręb placu sanatoryjnego.

Dobrze pamiętam wejścia do sklepów i budynków użyteczności publicznej. Były ciasne, a zanim się tam doszło trzeba było pokonać niezliczoną ilość schodów. Dla upartych rodziców nie był to problem, jednak teraz okazuje się, że ten upór został przepłacony zdrowiem. Często w takich momentach zastanawiałam się, dlaczego państwo polskie nie pomaga takim rodzinom? Moje pytania pozostawały bez odpowiedzi, aż do 1989 roku.

Skutki wolności

Wszystko wokół zaczęło zmieniać się po upadku systemu komunistycznego w Polsce. Nowe korzystne Ustawy dały możliwość edukowania dzieci bez względu na stopień ich niepełnosprawności. Powstawały klasy integracyjne, które sprzyjały rozwojowi dzieci, dając im sposobność do kontaktu ze zdrowymi rówieśnikami.

Likwidacja Barier architektonicznych jest również skutkiem wolności w naszym kraju. Wszelkie prace budowlane są wykonywane z myślą o osobach niepełnosprawnych. Starsze obiekty są także adoptowane dla potrzeb ludzi poruszających się przy pomocy wózka inwalidzkiego. Mam tu na myśli platformy i windy służące do przewozu osób mających problemy z poruszaniem się. Wiem, że wszelkie tego typu inwestycje są przysłowiową kroplą w morzu potrzeb, jednak ważne, że są widoczne i funkcjonalne. Wiem także, że te zmiany nie byłyby możliwe, gdyby nasz kraj nie był suwerenny. Wolność to dar. Czy potrafimy ją dostrzegać i cenić?

 


12 listopada 2012 r.
Uroczyste obchody święta odzyskania Niepodległości Polski w Świdniku

Uroczyste obchody święta odzyskania Niepodległości Polski w Świdniku Po zaduszkowym zadumaniu przyszedł czas na kolejne zamyślenie. Dzień 11 listopada dla większości Polaków od wielu lat jest dniem wolnym od pracy. W tym roku 94 rocznica odzyskania niepodległości wypadła w niedzielę, a więc była podwójna okazja do modlitewnego i patriotycznego przeżywania tego święta kościelno – narodowego. Na pewno każdy z nas zadaje sobie pytanie: co daje mi wolność Polski? Czy suwerenność kraju ma wpływ na nasze osobiste życie?

Wolność narodowa

Po 123 letniej niewoli Państwa Polskiego w 1918 roku Rada Regencyjna przekazała władzę nad wojskiem w ręce Józefa Piłsudskiego. Trzy dni później uzyskał on pełną władzę zostając Naczelnikiem Państwa. Za jego przyczyną powstała Druga Rzeczpospolita. Na pamiątkę tego wydarzenia 1937 roku ustanowiono dzień 11 listopada świętem narodowym, a tym samym wolnym od pracy. Niestety, okupacja hitlerowska oraz rządy komunistyczne zakazały Polakom obchodzenia tego ważnego dla narodu święta. Dopiero w 1989 roku Ustawa sejmu przywróciła obchody powstania Drugiej Rzeczpospolitej, a dzień 11 listopada ogłoszono Świętem Niepodległości i do chwili obecnej jest dniem wolnym od pracy. Od tamtego momentu Polacy co roku bardzo uroczyście obchodzą to święto narodowe w każdym zakątku Polski.

Świdnickie świętowanie Dnia Niepodległości

W naszym mieście również zorganizowano wiele modlitewnych i patriotycznych spotkań, które miały miejsce już w wigilię święta odzyskania Niepodległości. 10 listopada wieczorem w kościele p.w. Chrystusa Odkupiciela wysłuchaliśmy koncertu patriotycznego „Viva Polonia” w wykonaniu Helicopters Brass Orchestra i dwóch chórów: Uniwersytetu Medycznego oraz Politechniki Lubelskiej. Podczas koncertu zaprezentowano m.in. patriotyczne utwory skomponowane przez polskich kompozytorów począwszy od żyjących w okresie zaborów Polski, poprzez okres międzywojenny aż do czasów współczesnych. Myślę tu o muzyce F. Chopina, M. Karłowicza i W. Kilara. Ta muzyczna uczta pomogła nam rozsmakować się w pięknie miłości do ojczyzny przetykanej nutami nostalgii za wolnym krajem.

11 listopada rozpoczęły się już główne uroczystości na Placu Konstytucji 3-go Maja. Po złożeniu wieńców przy pomniku nastąpił przemarsz do kościoła N.M.P. Matki Kościoła na Mszę św. przy udziale pocztów sztandarowych oraz władz miasta. Mieliśmy okazję w skupieniu dziękować Bogu za dar wolności polskiego narodu oraz prosić o dalszy jego rozwój.

W tym dniu nie zabrakło również imprez kulturalnych. Tuż po godzinie 1200 wystartował Uliczny Bieg Niepodległości. Po południu w dolnej części kościoła N.M.P. Matki Kościoła wysłuchaliśmy pieśni i piosenek patriotycznych prezentowanych przez przedszkolaków i uczniów świdnickich szkół podstawowych i gimnazjalnych. Organizatorami tej wspaniałej imprezy oraz tych wyżej wymienionych był Urząd Miasta i Miejski Ośrodek Kultury w Świdniku. Młodzi patrioci z wielkim przejęciem śpiewali wszystkim znane utwory, które w latach wojennych zmagań z okupantami dodawały sił i wiarę w zwycięstwo. Dzisiaj, patrząc na młode pokolenie często zastanawiamy się, czy potrafiłoby stawić czoła w obronie Ojczyzny? Wokaliści uczestniczący w XIII Przeglądzie Piosenki Patriotycznej zdali pierwszy egzamin z miłości do swojego Kraju ucząc się i interpretując pieśni z minionej epoki. Jest to także dowód żywej pamięci o tych, którzy swoją krwią zdobyli wolność dla nas żyjących w obecnych czasach. Oni nadal żyją w pieśniach i poezji, oni żyją w nas.

 


5 listopada 2012 r.
Listopad – miesiącem zadumy?

Jesienna pora roku uświadamia nam ulotność piękna, szybkość przemijania tego, co jeszcze tak niedawno cieszyło oczy kolorami, blaskiem i życiową energią. Listopad w naszym narodzie i kulturze jest miesiącem, w którym częściej niż kiedykolwiek wspominamy tych, co odeszli. Ma to swój wyraz w porządkowaniu grobów i tzw. modlitwie wspominkowej odmawianej w kościołach w listopadowe wieczory.

Trochę historii

Od niepamiętnych czasów pamięć o zmarłych jest głęboko zakorzeniona w naszej polskiej kulturze i obyczajach. Ma on swój wyraz w również w rodzimej literaturze. Do tego zwyczaju nawiązuje Adam Mickiewicz w „Dziadach”. Dziady – był to zwyczaj ludowy wywodzący się z przedchrześcijańskich zwyczajów w krajach słowiańskich. Tym obyczajom towarzyszyły ludowe obrzędy. Celem rytualnych obrządków był kontakt z duszami zmarłych, które potem należało ugościć smacznymi potrawami i pomóc im w wędrówce w zaświaty. Palenie ognisk na mogiłach zmarłych miało odstraszać złe moce. Ten pogański zwyczaj przyjął się również na polskim gruncie i był kultywowany nawet w czasach chrześcijaństwa. Jednak w miarę rozszerzania się religijności Kościół zakazywał praktyk pogańskich zwyczajów i obrzędów. W zamian ustanowił święto: Zaduszki. Jednak do chwili obecnej w niektórych rejonach wschodniej Polski, na Ukrainie i Białorusi kultywuje się nadal symboliczne wynoszenie jadła w tzw. „dwójniakach” na groby. W pozostałej części naszego kraju pamięć o bliskich zmarłych wyrażana jest strojeniem grobów i paleniem zniczy – symbolu naszej pamięci. To tyle o genezie święta zmarłych.

Współczesne „Zaduszki”

Na początku listopada idąc cmentarnymi alejami zastanawiałam się ile, w nas jest pamięci tej w sercu, a ile pokazywania jej na zewnątrz? Ile w nas jest pogaństwa, a ile żywej wiary? Pytania się mnożą. Widzimy groby ozdobione sztucznymi wiązankami, bukietami plastikowych kwiatów… Spod tych kwiecistych stroików, gdzie niegdzie widoczny jest tylko skrawek marmurowych lub granitowych pomników. Niejednokrotnie słyszałam rozmowy przy grobach, ile kosztowała wiązanka, stroik, znicz. Czy o to chodzi współczesnym chrześcijanom, aby między jedną modlitwą, a drugą nad grobem bliskiej osoby prowadzić licytację, kto więcej wydał pieniędzy na „okazanie pamięci” o zmarłych? Mocno bulwersuje mnie ten fakt. Wiemy, że jest to podejście do sprawy zakupu czysto ekonomiczne. Zarabiają kwiaciarnie, a my mamy spokój z podlewaniem żywej rośliny. Mamy też czyste sumienie, że ten sztuczny symbol naszej pamięci dłużej postoi i nacieszy oczy przechodniów. A przecież religia chrześcijańska uczy nas, że jest świętych obcowanie, a więc zmarli żyją, są obok nas. Życie… to coś, co żyje, rozkwita, owocuje. Dlaczego więc wyrażamy pamięć o bliskich dając im sztuczne kwiaty? Nawet ocieplenie klimatu staje się sprzymierzeńcem zwyczaju strojenia grobów żywymi kwiatami. Widząc piękne chryzantemy dziwię się, że nie są doceniane, jako adekwatne ozdoby na groby tych, którzy osiągnęli wieczny żywot. Tylko nieliczni stawiają na mogiłach kopuły drobnych, złotych kwiatów. Mam nadzieję, że w następnych latach zwyczaj stawiania żywych kwiatów na grobach bliskich będzie kolejną naszą piękną tradycją.

 


29 października 2012 r.

Uniwersytet Trzeciego Wieku – propagatorem polskiej kultury

Od 2005 roku do chwili obecnej w naszym mieście działa Uniwersytet Trzeciego Wieku. Skupia on seniorów, którzy będąc na emeryturze chcą nadal pogłębiać swoją wiedzę z różnych dziedzin nauki. Pragną żyć aktywnie i dzięki swoim działaniom dawać przykład, w jaki sposób można krzewić kulturę w każdym okresie swojego życia. Poniżej przedstawiam aktywne przedstawicielki świdnickiego Uniwersytetu – panie: Krystynę Pogorzelską i Barbarę Guz. Przeczytajmy, co mają nam do przekazania.

Joanna Pąk: W jaki sposób Pani dowiedziała się o istnieniu U.T.W. w naszym mieście?

Krystyna Pogorzelska: W maju 2007 r. przeprowadziłam się z Lublina do Świdnika. Byłam trochę obca w tym mieście. W Lublinie zostawiłam znajomych i przyjaciółki. Postanowiłam coś z tym zrobić. Przeczytałam ogłoszenie zamieszczone (wtedy jeszcze w szkole nr 2) o U.T.W. Decyzję podjęłam szybko. Na Uniwersytet Trzeciego Wieku zapisałam się jeszcze tego roku tzn. od października 2007.

J. P. Co skłoniło Panią do podjęcia decyzji o zapisaniu się na zajęcia?

K. P. Sama w nowym miejscu, w nowych warunkach, sytuacja nienajlepsza, a więc Uniwersytet okazał się dla mnie lekiem na samotność, na żal do całego świata. Zostając słuchaczem U.T.W. mogę stwierdzić z całą stanowczością, że podjęłam doskonałą decyzję i z tego się bardzo cieszę. Zapisałam się na turystykę, integrację i literaturę.

J. P. Uczestniczy Pani w zajęciach sekcji literackiej, co o tym zadecydowało?

K. P. Literatura! Zawsze mnie interesowała (chociaż z wykształcenia jestem ekonomistką). Bardzo szybko okazało się, że nie wyobrażam sobie życia bez poniedziałków i bez tych spotkań. Czekam na te spotkania, na miłą i ciepłą atmosferę, na spotkania z paniami. Podobały mi się ich bezpośrednie zachowania, normalny sposób bycia, a często chciałam je po prostu widzieć. Czy to nie za dużo na raz, polubić zajęcia i drugiego człowieka? A już nigdy nie pomyślałam, że polubię Różewicza i zrozumiem jego poezję. Zaczęłam sama pisać wspomnienia, wiersze, opowiadania. Dzielę się z innymi swoimi odczuciami, o których wcześniej nikomu nie mówiłam.

J. P. Jak często odbywają się zajęcia?

K. P. Zajęcia (zgodnie z programem) – warsztaty literackie odbywają się raz w tygodniu w poniedziałki po 2 godziny.

J. P. Proszę opowiedzieć, jak wyglądają wykłady?

K. P. Jak już wspomniałam zajęcia są bardzo ciekawe i bogate w wiedzę o literaturze, omawia się na nich okresy literackie, powieściopisarstwo, poezję oraz bieżące wiadomości kulturalne. Podczas tych spotkań opowiadamy o życiu, tradycji. Chcemy wszyscy widzieć życie z pełnymi kolorami obrazów i akwarele z łagodną mgiełką delikatnych barw. Z tymi kolorami jest nam łatwiej żyć.

J. P. Czy jest to tylko teoretyczna wiedza przekazywana przez wykładowców?

K. P. Od początku zajęcia prowadzi i koordynuje polonistka pani Halina Ciechomska. Pod jej kierownictwem piszemy, czytamy i omawiamy różne utwory literackie.

J. P. Czy poza U.T.W. uczestniczy Pani np. w konkursach, występach (także poza Świdnikiem?

K. P. W konkursach do tej pory nie uczestniczyłyśmy. Naszymi osiągnięciami są wieczory literackie, które odbywają się w Bibliotece im. A. Kamieńskiej w Świdniku. Do tej pory odbyło się ich 14. Zapraszamy na te spotkania nie tylko słuchaczy U. T. W. ale także mieszkańców naszego miasta. Dla przykładu podam kilka tematów prezentowanych na tych wieczorach:

„Ale książki będą na półkach…”

„Melancholijna pora, oczu oczarowanie – wieczór o jesieni”

„Człowiek w podróży – odkrywanie samego siebie”

Juliusz Słowacki – czytany na nowo

„Dopóki ta kobieta…” – spotkanie z okazji Święta Kobiet.

J. P. Jakie osobiste korzyści wynosi Pani z uczestnictwa w zajęciach literackich?

K. P. Jakie korzyści? Wielkie, ogromne, niewymierne! Bardzo podoba mi się to, co się dzieje i w jaki sposób toczy się życie na Uniwersytecie. Mocno hołduje się tu tradycji i podkreśla z należną oprawą różne święta i uroczystości okolicznościowe. Podobają mi się nasze postawy i zachowania. Patrzymy na wszystko z tej dobrej strony, bez zawiści, zawiści i pazerności. Prosto zwyczajnie, jak w poezji.

J. P. Czy ma Pani swoich ulubionych pisarzy, poetów, utwory?

K. P. Każda z nas ma swoich ulubionych pisarzy, poetów i ich utwory. Najchętniej czytam powieści obyczajowe, ambitne i te proste, zwyczajne, które są odskocznią od ciężaru życia i samotności. Moją ulubioną książką była i jest „Ania z Zielonego Wzgórza”, a potem dalsze jej losy opisywane w następnych tomach. Z poezji lubię czytać utwory Adama Asnyka, a najbardziej kocham jego wiersz pt. „Astry”. Uwielbiam również wiersze Haliny Poświatowskiej, która w swoich utworach opisuje każdy przeżyty cudownie dzień. Może właśnie dlatego pisała wiersze, w których wyrażała swój zachwyt pięknem świata i radością z odczuwanej chwili. Jej utwory są niespokojne, piękne tak jak portret dziewanny…

J. P. Czy zajęcia w U.T.W. mają pozytywny wpływ na osobiste życie?

K. P. Obcowanie z poezją i literaturą to wszystko co najlepsze mogło mi się przytrafić. Każdy człowiek jeśli otacza się pięknem, staje się lepszy, a ta dobroć udziela się innym.

Drugą moją rozmówczynią jest pani Barbara Guz – także kilkuletnia słuchaczka świdnickiego U.T.W. Przeczytajmy, co nam powiedziała:

Na zajęcia w Uniwersytecie Trzeciego Wieku zaczęłam uczęszczać od drugiego roku jego powstania w naszym mieście. Do tego, aby się tam zapisać namówiła mnie moja sąsiadka, Irena. Wybór zajęć padł na literaturę, warsztaty plastyczne, zespół wiedza o zdrowiu i psychologia na co dzień, basen, gimnastykę i turystykę.

Wybierając zajęcia z literatury kierowałam się zainteresowaniami z tej dziedziny nauki. Już jako młoda dziewczyna podjęłam pracę w bibliotece i zawsze pasjonowałam się czytaniem książek. Teraz będąc studentką U.T.W. chcę nadal pogłębiać swoją wiedzę, a także przypomnieć sobie dawno przeczytane książki. Zajęcia z zakresu literatury odbywają się raz w tygodniu i trwają 2 godziny. Nasz zespół organizuje wieczory literackie, podczas których prezentujemy twórczość znanych poetów oraz swoją własną, pisaną przez dłuższy czas do szuflady. To właśnie tego typu zajęcia dają nam odwagę, inspirują do pokazania swojego twórczego dorobku. Oprócz wymienionych zajęć uczęszczam jeszcze na warsztaty plastyczne prowadzone przez p. Barbarę Kasprzak. Ta kobieta o wielkim sercu uczy naszą grupę robótek ręcznych, wprowadza nas także w piękny świat malarstwa. Zajęcia z zakresu wiedza o zdrowiu i psychologia na co dzień prowadzi pani psycholog Renata Puchala. Są one dla nas bardzo pouczające, zwłaszcza teraz, gdy obecne środowisko jest tak bardzo zanieczyszczone i ulega degradacji. W tym właśnie czasie musimy dbać o zdrowie psychofizyczne własne i swoich najbliższych. Chcemy się zdrowo odżywiać i prowadzić zdrowy tryb życia. Wykładowcy ze świdnickich szkół oraz lubelskich uczelni wychodzą naprzeciw naszym oczekiwaniom i podczas zajęć przekazują nam, w jaki sposób dobierać odpowiednie ćwiczenia, żywność oraz dbać o zdrowie psychiczne, by jak najdłużej zachować psychoruchową sprawność. Uczęszczanie na wymienione wyżej zajęcia mają ogromny wpływ na mój osobisty rozwój, są przydatne w życiu codziennym, ponieważ teoretyczną wiedzę mogę wykorzystać również w praktyce. Wykłady na U.T.W. są dla mnie również odskocznią od szarości dnia codziennego. Podczas zajęć nawiązujemy znajomości, które przeradzają się w szczere przyjaźnie owocując spotkaniami w domu uczestników i wymianą cennych doświadczeń.

Moim Szanownym Rozmówczyniom serdecznie dziękuję za udzielenie wywiadu i życzę dalszych sukcesów w propagowaniu działań na rzecz kultury w naszym mieście.

 


24 października 2012 r.

XVII Ogólnopolskie Prezentacje Twórczości Świdnik 2012

W ubiegłą sobotę wybrałam się na Ogólnopolskie Prezentacje Twórczości organizowane przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury w Świdniku. W Konkursie mogą brać udział amatorzy tworzący w trzech kategoriach: literatury, plastyki i fotografii. W ubiegłych latach ja również uczestniczyłam w tychże Konkursach prezentując swoją twórczość. Obecnie chodzę tam z sympatii oraz po to, aby posłuchać i swoim okiem ocenić dorobek młodszych wiekiem i stażem twórców.

Konsternacja

W ubiegłych latach Prezentacje Twórczości odbywały się w Miejsko – Powiatowej Bibliotece im. Anny Kamieńskiej. Budynek jest o tyle wygodny, że nie ma schodów, a więc jest przyjazny osobom poruszającym się na wózkach inwalidzkich. W tym roku stało się inaczej. Rozstrzygnięcie Konkursu odbyło się w Spółdzielczym Domu Kultury w Świdniku.

Stojąc przed dużym budynkiem z szeregiem krętych schodów czułam bezsilność, bezradność swoją i mojej mamy. W takich sytuacjach mój wózek staje się ciężarem, a nie przyjacielem, dzięki któremu jest mi łatwiej dotrzeć do odległych miejsc. Schody są nie do pokonania bez pomocy osoby drugiej. Nie pamiętam już, ile wyrzeczeń muszę ponosić właśnie dzięki takim utrudnieniom.

„Może w czymś pomóc?” – zza pleców usłyszałam męski głos. Za mną stał uśmiechnięty pan w średnim wieku. Nie mogłam odmówić. Wziął mój wózek w ręce, a ja z pomocą mamy weszłam po schodach do sali. Niepokój prysł, bo po raz kolejny doświadczyłam ludzkiego odruchu serca, serca wrażliwego na niemoc drugiego człowieka.

Wielcy sercem i duszą

Już od drzwi wpadła mi w oko dekoracja sali specjalnie zrobionej na okoliczność rozstrzygnięcia konkursu. Zachwyciłam się kolorami liści zaczepionymi na delikatnych jak mgła niteczkach. Kompozycja podświetlona lampą imitującą uliczną latarnię cieszyła oczy pomysłowością i stwarzała niesamowity efekt.

Rozpoczęcie XVII Ogólnopolskich Prezentacji Twórczości rozpoczęło się z niewielkim opóźnieniem. W tym czasie mogłam obejrzeć wiszące na ścianach obrazy i fotografie wyróżnione w Konkursie. Zachwycały kunsztem, paletą barw, a przede wszystkim profesjonalizmem autorów.

Wreszcie nadszedł wyczekiwany moment otwarcia Prezentacji. Otwarcia uroczystości dokonał Prezes Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury – p. Kazimierz Kalińczuk. Powitano przedstawicieli Władz Miasta, Współorganizatorów oraz Sponsorów tego szczytnego przedsięwzięcia, a także wszystkich uczestników.

Druga część Konkursu wyłoniła laureatów. Komisja składająca się z osób zajmujących się profesjonalnymi dziedzinami sztuki ogłaszała nazwiska tych, którzy być może przez wiele lat pisali, malowali obrazy i robili zdjęcia tylko do szuflady ot tak, z potrzeby serca. Wyjście z ukrycia daje możliwość i nadzieję na ukazanie piękna swojej potrzeby tworzenia, a także ujawnienia tego, czym żyje autor i co jest „pokarmem” jego wnętrza. Teraz zobaczyli to wszyscy uczestniczący w tej imprezie i mogli do woli się tym zachwycać. Według Komisji poziom Ocenianych prac był bardzo wysoki.

Poniżej prezentuję Laureatów i ich wiersze. Pozostałe dzieła z kategorii malarstwa i fotografii można obejrzeć w Spółdzielczym Domu Kultury oraz w Bibliotece im. A. Kamieńskiej w Świdniku.

Laureaci i ich dzieła

W konkursie literackim Jury nagrodziło tym razem twórców spoza Świdnika:

I miejsce zajął Piotr Fałczyński za opowiadanie pt: „Meander”, z miejscowości Ołobok

II miejsce przyznano Irenie Molenda za wiersze: „Nie domykajmy”, „Letni mrok”, „Gdy los wytrąci ster” – Dąbrowa Górnicza

III miejscem uhonorowano Marię Gibała za wiersz pt.: „Rozmowy z ojcem” – Przemyśl

Wyróżnienie otrzymał Mieczysław Szabaga za wiersze pt.: „Zawieszeni”, „Życiorys”, „…***… obraz życia” – Przemyśl.

Oto nagrodzone wiersze:

Letni mrok

Mrok wycisza
emocje dnia,
usypia niepokoje,
na randez sous
Zaprasza maciejki,
zamyka nasturcje
i powoje.
Cichutko stąpa na palcach
po przydrożach,

przychaciach
i łąkach wonnych od siana.
Zmęczony, rozmarzony
zapadnie przy malwach
i łopianach.
Zapatrzy się
w twarz księżyca,
zasłucha w kwilenie ptaków
śniących ptasie koszmary.
Cisza letnia uśpi
pachnący letni mrok,
otuli w rzecznych mgieł opary.

/Irena Molenda/

 

Rozmowy z ojcem

-napiłbym się piwa

-przyniosłam, wypijesz przez rurkę…?

-jak w domu…kupiłaś węgiel?

-tak,nie martw się

-kochamy Cię

Nie pamiętałam czy kiedykolwiek

Powiedziałam mu to…

-ja tez was kocham

…kiedy do nas przyjdziesz?…

-przyjde jutro…

każdego dnia jest jutro…

/Maria Gibała/

 

***

obraz życia po życiu posklejał z pamięci

swoich pacjentów niejaki Moody

przebija z niego inny świat, nie pogodzony

ze starym światem, ciekawość jest jednak

silniejsza, wchodzimy w ta wizje bez obaw

przed nieznanym, skutki mogą zakląć

nas w projekt uczonego doktora…

/Mieczysław Szabaga/

 

Laureaci Konkursu Plastycznego:

I miejsce zajął Józef Stachnik za obraz pt.: „Martwa natura z kwiatami”, Kraków

II miejsce przyznano Małgorzacie Bochenko za obraz pt.: „Nad potokiem”, Świdnik

III miejscem uhonorowano Tomasza Winiarskiego za obraz pt.: „Nokturn na Złotej”, Bełżyce.

Wyróżnienia:

Anna Witek – „Lot ptaka w chaosie”, Świdnik
Halina Grzywaczewska – „Nadmorskie wydmy”, Świdnik
Adam Mielnik – „Krajobraz we mgle”, Kraków.

Laureaci Konkursu Fotograficznego:

I miejsca nie przyznano

II miejsce ex aequo otrzymały:
Wiesława Stawarz za zestaw zdjęć pt.: „Kropelkowo”, Sosnowiec
Katarzyna Rydz – zestaw „Czar młodości”, Świdnik

III miejsce otrzymała Maria Gibała za zdjęcia pt.: „Deszczowa symfonia”, „Powiew wiosny”, „Dumne”, Przemyśl

Wyróżniono:
Zygmunt Szponar – zestaw pt.: „Okno na świat”, Świdnik.

Po dawce poezji i wręczeniu nagród wszyscy uczestnicy skupili się na oglądaniu pięknego spektaklu pt.: ”Malowane słowem i obiektywem”. Twórcami tej poetyckiej diaporamy byli: Urszula Gronowska i Jacek Zaim.

Kończące się spotkanie pełne wzruszeń dało mi pewność, że są ludzie, dla których liczy się piękno słowa i przekazywanie tego wszystkiego, co być może dla zabieganych ludzi jest niewidoczne.

 


15 października 2012 r.
Warsztaty Literackie i Konkurs Jednego Wiersza

Wczesnym popołudniem 12 października 2012 roku Sala Wystawowa Biblioteki Miejskiej im. Anny Kamieńskiej w Świdniku, skupiła niewielką grupę osób, która pasjonuje się pisaniem wierszy. Za małym stolikiem zapełnionym tomikami poezji oraz pomocniczymi materiałami zasiadło dwoje znakomitych poetów: Maria Szczęsna-Jeleniewska i Janusz Adamczyk. Oboje Państwo są członkami Związku Literatów Polskich, a więc w dziedzinie poezji są koneserami.

Jak powstaje poezja?

Decyzją jurorów Warsztaty Literackie podzielono na dwie części. W pierwszej części spotkania można było dowiedzieć się, jak i gdzie rodzi się poezja, czym jest w wierszu metafora oraz jakie kryteria powinien spełniać dobrze napisany utwór? Wszystkie pytania poparte były przykładami wierszy obrazującymi omawiane zagadnienia. Każdy uczestnik Warsztatów Literackich mógł głośno wyrazić swoje odczucia, interpretować wcześniej usłyszaną twórczość poetów współpracujących z kwartalnikiem „Akcent”, a także wsłuchać się w strofy lirycznych utworów napisanych przez Szanowne Jury.

Konkurs Jednego Wiersza

Druga część Spotkania była bardzo emocjonująca. Uczestnicy, a zwłaszcza młodzi poeci mogli pochwalić się własnym dorobkiem twórczym. Dla niektórych autorów był to debiut, a wszyscy słuchający stanowili ich pierwsze audytorium. Słychać było drżące, nieśmiałe głosy, jednak miłość do poezji zwyciężyła zawstydzenie. Jury bardzo szczegółowo i wnikliwie oceniało poszczególne wiersze. Autorzy przyjmowali słowa krytyki z pokorą i wdzięcznością, ponieważ wiedzieli, że eliminując podstawowe błędy w utworach mają szansę na doskonalenie swojej twórczości. Cenne wskazówki nie pójdą w zapomnienie lecz zaowocują w nowych, lepszych wierszach.

Na zakończenie Spotkania nastąpił najmilszy moment, a mianowicie wyłonienie najlepszego wiersza czytanego przez uczestników Warsztatów Literackich. Komisja wraz z publicznością, jednogłośnie przyznała I Nagrodę p. Marcinowi Szostkowi za utwór pt.: „Zderzenia myśli”. Drugim Wyróżnionym został p Jakub Stefański za wiersz pt.: „Moje myśli”. Oto wiersze, które zachwyciły Komisję i podbiły serca publiczności:

 

Zderzenia myśli

Napełnić brzegiem pucharu chwilę,

która wiecznie trwa

płynąć przez wielki ocean

jak maleńka tratwa

 

Stojąc na Ziemi

dotykając ręką chmur

jak pył na wietrze

być trwałym jak marmur

 

Zatrzymać w dłoni czas

jak piasek pomiędzy palcami

smutek wypełnić radością

milczenie słowami

/Marcin Szostek/

 

Moje myśli

Moje myśli krążą w mojej głowie

jak obrazy z przeszłości…

zamieniam je na wiersze.

Kolorowe obrazy przekształcone…

złapane w biegu.

Białe kartki to najpiękniejsze listy

etapów smutnych i wesołych zdarzeń.

Dawne dni odchodzą jak mgła o poranku…

tak jak twarze dawno niewidziane

Liście spadają na ziemię kołysane przez wiatr

Szukałem dobroci i szczerości.

W zaułkach myśli kryje się mój dobry duszek.

Dzisiejsze zdarzenia idą do przodu…

za mną zamknięty rozdział.

/ Jakub Stefański/

 

Oba utwory spełniły podstawowe kryteria poezji ukazujące m.in. prawidłowość metafor, lekkie „pióro” i dobrze rokującą twórczą przyszłość. Laureatom serdecznie gratuluję i życzę kolejnych sukcesów, które w przyszłości zaowocują samodzielnymi tomikami poezji.

Organizatorem Warsztatów Literackich było Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury oraz Miejsko-Powiatowa Biblioteka im. Anny Kamieńskiej w Świdniku. Mam nadzieję, że Warsztaty Literackie staną się cyklicznymi spotkaniami w naszym mieście. Są one bardzo potrzebne młodym pisarzom, poetom i twórcom którzy dzięki wsparciu dojrzałych artystów zdecydują się wyjąć swoje „dzieła” z głębokich szuflad i ubogacą nimi nie tylko naszą lokalną społeczność.

 


8 października 2012 r.
Wspomnienie manifestacji w Warszawie widziane oczami świdniczanina

Jest wczesny jesienny wieczór. Oczekuję odwiedzin znajomego, który niedawno uczestniczył w manifestacji w Warszawie. Czasami lubię posłuchać najświeższych informacji zwłaszcza tych, w których biorą czynny udział mieszkańcy Świdnika.

Mój znajomy przychodzi punktualnie. Po wymianie kilku zdań dotyczących kapryśnej pogody zaczyna swoją relację z przebiegu manifestacji:

„Rankiem, 29.09.2012 roku ze Świdnika do Warszawy wyjechało 300 osób (5 autokarów). Jechaliśmy w dwóch grupach. Pierwsza grupa wyjechała wczesnym rankiem o godzinie 7.30, a druga grupa godzinę później. Oprócz grup zorganizowanych z naszego miasta wyjechało znacznie więcej osób. Dojechali oni własnymi lub miejskimi środkami komunikacji. Głównym organizatorem manifestacji był: PiS, Gazeta Polska oraz wiele innych organizacji związanych lub sympatyzujących z TV Trwam.

W czasie protestu domagaliśmy się zniesienia tzw. umów „śmieciowych”, wolności słowa i przyznania miejsca na multipleksie TV Trwam, a także obniżenia wieku emerytalnego tj. do 65 roku życia.

Po przyjeździe do Stolicy wszystkie grupy protestujących zebrały się na Placu Trzech Krzyży. Tam została odprawiona Msza św. Następnie uczestnicy marszu wyruszyli trasą: Nowy Świat – Krakowskie Przedmieście – Plac Zamkowy. Podczas trwania protestu wznoszono okrzyki dotyczące wyżej wymienionych żądań oraz śpiewano pieśni kościelne i patriotyczne: „Boże coś Polskę przez tak liczne wieki…”, „Ojczyzno ma tyle razy we krwi skąpana…”, „Żeby Polska była Polską…” oraz inne pieśni także o tematyce maryjnej. Na transparentach niesionych przez protestujących widniały hasła: „Nie oddamy wam TV TRWAM”. W okolicy Pałacu Prezydenckiego odmówiliśmy Różaniec w intencjach ofiar katastrofy smoleńskiej. Policja zabezpieczała całą trasę przez którą szła manifestacja i dzięki temu nie doszło do żadnych przykrych incydentów.

W godzinach wieczornych uczestnicy marszu zaczęli opuszczać Warszawę. Powrót do Świdnika poszczególnych autokarów nastąpił w godzinach 22.00 – 1.00 w nocy. Byliśmy zmęczeni jednak mieliśmy świadomość dobrze wypełnionego obowiązku. Łączył nas jeden cel: chcieliśmy pokazać swoje niezadowolenie władzy państwowej z niekorzystnych ustaw, uchwalanych na niekorzyść młodego pokolenia oraz starszych pracowników. Nauczeni doświadczeniem poprzedniej epoki wiemy, że tylko tego typu akcje protestacyjne mogą przynieść pozytywny skutek. Nie można siedzieć cicho i udawać, że wszystko jest w porządku”.

– A więc czy ten protest odniósł jakiś skutek? – pytam zaciekawiona opowiadaniem.

Mój znajomy zamyśla się… Widzę niepewność zamiast odpowiedzi. W końcu słyszę cichą odpowiedź: „Zobaczymy, to wszystko pokaże czas. Walczymy już nie tylko dla siebie, chcemy aby wam młodym żyło się lepiej”. Po wyjściu mojego gościa jestem spokojniejsza o swoją przyszłość. Jestem dumna, że żyję w mieście, które wychowało tak odpowiedzialnych mieszkańców, którym nie jest obojętna przyszłość młodych pokoleń.

 

 

 

 

 

 

Dzielmy się sercem, mnóżmy nadzieję”

 

Cierpienie wpisane jest w życie człowieka już od chwili jego narodzin. Nie znamy recepty na zdrowe, beztroskie życie. Choroba może nas dopaść w każdej chwili. Niekiedy zaskakuje nas lub naszych bliskich ogromem bólu i bezradności. Chory, cierpiący człowiek nie może pozostać sam, podczas gdy jego bliscy muszą zarabiać na swoje utrzymanie. Z pomocą ludziom chorym terminalnie wychodzi naprzeciw hospicjum przy ul. Bernardyńskiej w Lublinie.

 

Dobry Samarytanin

Na kartach Ewangelii Św. Łukasz, czerpiąc słowa z przypowieści Jezusa wyjaśnia nam, jak pełnić posługę wobec ludzi potrzebujących pomocy mimo różnic i podziałów religijnych, etnicznych i kulturowych. Liczy się człowiek i jego cierpienie. Tą zasadą kieruje się pani Maria Drygałowa – założycielka Hospicjum im. Dobrego Samarytanina oraz jej współpracownicy i wolontariusze. W roku 1990 zaczynali budowę obiektu praktycznie od zera. Widzieli potrzebę niesienia ulgi w cierpieniu ludziom cierpiącym na chorobę nowotworową.

Na chwilę obecną w budynku jest 30 miejsc dla osób, u których już zakończono leczenie przyczynowe. Potrzeby ciągle rosną. Pod opiekę hospicjum przyjmowani są chorzy z całego województwa lubelskiego. Zapewnia się im całodobową opiekę medyczną. Bardzo często chorzy potrzebują przy sobie obecności drugiego człowieka, potrzymania za rękę, wspólnej modlitwy, podania kubka ciepłej herbaty. Oprócz wymienionych potrzeb należy uwzględnić też potrzeby dotyczące zakupu lekarstw, środków opatrunkowych, pampersów itp. Naprzeciw tym problemom wyszli uczniowie Gimnazjum nr 15 w Lublinie przy współpracy Ack Chatka Żaka, TVP Lublin oraz samego Hospicjum. 6 maja 2015 roku wymienione instytucje zorganizowały aukcję, z której dochód przeznaczony był na rzecz lubelskiego hospicjum. „Dzielmy się sercem, mnóżmy nadzieję” – to hasło przyświecało tej szczytnej inicjatywie.

Kto da więcej?

Impreza charytatywna rozpoczęła się w Chatce Żaka o godzinie 17.30. Aukcję ofiarowanych na ten cel przedmiotów poprowadził dr Jacek Sobczak. Wśród licznych cennych precjozów licytowane były np. kosze słodyczy, nalewki, sukienki znanych projektantek mody, obrazy, książki, płyty lubelskich zespołów muzycznych oraz ekskluzywne artykuły służące do wyposażenia domu. Ofiarodawcy byli naprawdę hojni, a licytujący podbijali coraz wyższe ceny, mając na względzie cel całej aukcji. Każdy licytowany produkt i przedmiot znalazł swojego nabywcę. W części artystycznej tego niezwykłego wieczoru widzowie mogli podziwiać występy grupy tanecznej oraz koncerty zespołów: LOLO FEERARI i Miss Papima.

Tego wieczoru wszyscy siedzący na widowni poczuliśmy się jak wracający z drogi Samarytanin, opatrujący rany cierpiącego człowieka. Poczuliśmy radość, że są jeszcze ludzie nie obojętni na los cierpiących i potrzebujących pomocy.

Uczulenie na mleko krowie tzw. skaza białkowa

Już za parę tygodni wyjedziemy na urlopy. Niektórzy będą wypoczywali w nadmorskich kurortach lub w tak często reklamowanych gospodarstwach agroturystycznych. Kuszą one częstym przebywaniem na łonie natury i zdrową żywnością. Zanim tam pojedziemy, upewnijmy się, czy nasze pociechy tolerują białko, za warte w produktach mlecznych i mięsnych, a wtedy unikniemy przykrych niespodzianek np. skazy białkowej.

 

Jakie są przyczyny skazy białkowej?

Niestety, do chwili obecnej naukowcy nie wykryli przyczyn pojawiania się skazy białkowej. Przypuszczają, że to zaburzenie skórne ma podłoże genetyczne. W grupie ryzyka mogą być te dzieci, których przynajmniej jedno z rodziców cierpiało na tę dolegliwość, jak również na różnego typu alergie. Uważna obserwacja dziecka pozwoli na wcześniejsze wykrycie
i leczenie alergii na białko.

 

Objawy

Zmiany skórne na ciele dziecka, które zdiagnozowano, jako skazę białkową nie są trudne do wyleczenia jeśli zastosujemy się do wskazań lekarza. Aby skutecznie likwidować to zaburzenie warto znać jego przyczyny i objawy.

Skaza białkowa pojawia się najczęściej u dzieci przed ukończeniem 1 roku życia. Wówczas podstawowym pokarmem dziecka jest mleko. Organizm niektórych dzieci nie toleruje białka, które – jak wiadomo – jest podstawowym budulcem kości. Białko ma również wpływ na prawidłowy przyrost wagi dziecka, a także odpowiada za jego wzrost. Najwięcej białka jest
0w mleku krowim. Jeżeli mamy dziecko, które jest uczulone na ten składnik objawy pojawią się po wypiciu mleka lub zjedzeniu nabiału.

Pierwsze objawy skazy białkowej przypominają symptomy atopowego zapalenia skóry.
U niemowląt pojawiają się błyszczące zaczerwienienia na policzkach. Są one dla dziecka bolesne. Objawy nasilają się, gdy dziecko zje produkt powodujący uczulenie lub podrażni skórę niewłaściwie dobraną odzieżą. Stres również może być przyczyną nasilenia objawów nietolerancji organizmu na białko.

Innymi nietypowymi objawami jest krew w stolcu, mniejszy przyrost wagi, najbardziej niebezpieczny, bo stanowiący zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia dziecka może być tzw. wstrząs anafilaktyczny. Pierwszym objawem tego wstrząsu jest biegunka, wymioty, przyśpieszony oddech, obniżone ciśnienie krwi, a nawet utratę przytomności. Leczenie wstrząsu jest możliwe jest szybko zdiagnozowany.

Problem dzieci z tym schorzeniem polega na tym, że w ich układzie pokarmowym nie następuje dokładne rozbicie białka na aminokwasy. Z tego powodu organizm nie może go wykorzystać, a w rezultacie białko staje się produktem ubocznym przemiany materii i nie jest wykorzystane do rozwoju dziecka. Nieprawidłowości w trawieniu białka mogą uszkadzać przewód pokarmowy dziecka oraz do poważnego nadwyrężenia układu odpornościowego. Podstawowym warunkiem skutecznego leczenia jest dieta, którą zaleci lekarz.

 

Leczenie skazy białkowej

Podstawą leczenia skazy białkowej jest wczesna diagnoza oraz dieta zalecona przez lekarza. Priorytetem w leczeniu jest eliminacja z dziecięcego menu pokarmów zawierających białko oraz tych produktów, które wywołują reakcję alergiczną. Kolejnym etapem leczenia jest pielęgnacja skóry. Nawilżamy i natłuszczamy ją maścią w celu złagodzenia przykrych dolegliwości tego zaburzenia. Te preparaty są dostępne w aptekach jednak stosowanie ich należy skonsultować z lekarzem dermatologiem.

Naturalnym sposobem złagodzenia skutków skazy białkowej może być podawanie dziecku miąższu aloesowego, którego zadaniem jest pozbycie się szkodliwych produktów przemiany materii. Ten preparat wspomagający leczenie można nabyć w aptekach oraz w sklepach internetowych.

Niektórzy rodzice preferują leczenie swoich dzieci środkami homeopatycznymi.
W przypadku skazy białkowej początkowa faza takiej kuracji może wywołać intensyfikację objawów alergicznych. Dlatego rodzicom zaleca się wnikliwą obserwację dziecka, aby
w razie niepokojących objawów w porę wezwać lekarza.

Pocieszającym jest fakt, że w 90% skaza białkowa ustępuje po 2 roku życia dziecka, jeżeli oczywiście stosujemy u swoich pociech dietę eliminacyjną zleconą im przez lekarza.

 

Skaza białkowa, a karmienie piersią

Mamy karmiące dzieci piersią, u których stwierdzono alergię na mleko krowie powinny zrezygnować z tego produkty, jak również z produktów pochodnych czyli z nabiału. W zamian mogą uzupełniać swoją dietę np. mięsem drobiowym, ryżem, kaszą, brokułami, ziemniakami.

Jeśli młoda mama zdecyduje się odstawienie malucha od piersi może karmić dziecko specjalnym mlekiem bogatym w tłuszcze roślinne, które są tolerowane przez maluszki cierpiące na skazę białkową. W sprzedaży dostępne są różne produkty dla dzieci z alergią pokarmową np. mleko zastępcze Bebilon Pepti. Oprócz białka roślinnego zawierają one odpowiednie proporcje węglowodanów oraz kreatyniny, które ułatwiają gospodarkę energetyczną w komórkach dzieci nietolerujących białka. Po 5-tym miesiącu życia produkty do diety dziecka powinny być stopniowo wprowadzane. Będzie to naturalny test pozwalający zobaczyć, które produkty są przez dziecko tolerowane. Pamiętajmy, że reakcja alergiczna może pojawić się nawet za parę dni po podaniu produktu zawierającego alergen. Należy więc wnikliwie obserwować dziecko, aby w odpowiednim momencie odpowiednio zareagować.

Jak już wcześniej było powiedziane skaza białkowa ustępuje, jeśli podejmiemy wczesne i systematyczne leczenie.

 

 

 

 

 

 

Urządzamy pokój dla pierwszoklasisty

 

Już od najmłodszych lat każde dziecko potrzebuje swojego łóżeczka, krzesełka
i wydzielonego kącika do zabawy. Jeśli mamy możliwości urządzamy mu pokój,
w którym będzie się czuło swobodnie, pozwoli mu zachować intymność i spokojne miejsce do nauki, zabawy, a także do odpoczynku. Dziecko wkraczające w wiek szkolny będzie wymagało więcej sprzętów, które pomogą mu skupić się na nauce.

 

Jaki powinien być pokój dziecka?

Wydzielenie dziecku odpowiedniego pokoju zależy od mieszkania, jakim dysponujemy. Najlepiej gdyby to był pokoik słoneczny i średniej wielkości. Nasłonecznione pomieszczenie odgrywa znaczącą rolę u uczących się dzieci. Poczucie ciepła, jasności, korzystnie wpływa na funkcjonowanie mózgu naszego ucznia.

Ściany mogą być pomalowane w pastelowym kolorze ulubionym przez małego lokatora lub pokryte kolorową tapetą. Tapeta może zawierać delikatne motywy kwiatowe, czy postaci z bajek, które dziecko uwielbia. Umeblowanie tzn. biurko, lampka (usytuowana z lewej strony, jeśli dziecko jest praworęczne), krzesełko na kółkach, regał lub inne półki, aby spełniały swoją funkcję muszą być dostosowane do wzrostu pierwszoklasisty. Dzieci lubią tam same ustawiać zabawki, książki i inne „skarby” przyniesione ze spaceru. Pokój ma być także wyposażony w lampkę nocną lub obniżony kontakt do włączania żyrandola tak, aby dziecko w każdej chwili mogło zapalić światło. Należy dokładnie zabezpieczyć przewody elektryczne np. przy komputerze oraz innych sprzętach RTV. Mały dywanik na podłodze będzie dla bawiącego się dziecka dobrą izolacją od chłodnej podłogi i da poczucie przytulnego wnętrza. Łóżko i inne sprzęty w pokoju powinny być dostępne oraz dostosowane do wieku dziecka.

Na ścianie (w zasięgu wzroku ucznia) można zaczepić maty, na których przykleja się trudno przyswajalne wzory np. zasady pisowni lub matematyczne równania. Ten sposób nauki jest bardzo skuteczny, jeśli chodzi o zapamiętywanie tego rodzaju działań. Można tam przyczepić również plan lekcji oraz inne notatki, w których zapiszemy ważne dla dziecka terminy.

W oknie najlepiej założyć krótkie kolorowe firanki, zasłony lub rolety w zależności od upodobania właściciela pokoju. Na parapecie można postawić kwitnące kwiaty doniczkowe, nie tylko ze względów estetycznych, ale także po to, aby dziecko nauczyło się samodzielnego podlewania roślin, pielęgnacji i ich hodowli.

Pamiętajmy, że jeżeli dysponujemy jednym pokojem dla dziecka ma on spełniać rolę pokoju dziennego, ale także pokoju rekreacyjnego oraz sypialni i to od rodziców zależy, czy ich pociecha będzie się w nim dobrze czuła. Od samopoczucia w domu zależy efektywność ucznia i jego dalsza edukacja.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zabawa sylwestrowa z Fundacją Oswoić Los

Mija tydzień od powitania Nowego Roku 2016. Niejeden z nas ma jeszcze w uszach huk petard, kolorowych rac i stłumionych strzałów korków od szampana. We wspomnieniach dźwięczy muzyka rozpoczynającego się karnawału. W moim przypadku nie jest inaczej. Dużo wcześniej zaplanowałam zabawę sylwestrową w Fundacji Oswoić Los, na którą zostałam zaproszona przez Kasię i Karola Łukasiewiczów – założycieli Fundacji.

Wyjazd do Kazimierza Dolnego

Zabawa sylwestrowa odbywała się w jednym z kazimierskich pensjonatów na obrzeżach miasteczka. Hotel bardzo wygodny, nowy, a jednak dobrze przygotowany na przyjęcie gości. A byli to goście szczególni. Przyjechali z różnych stron Polski, na co dzień opiekujący się swoimi niepełnosprawnymi pociechami, podobnie jak państwo Łukasiewiczowie. To oni znający trudy dnia codziennego od tzw. „podszewki” chcieli powitać nowy rok w gronie przyjaciół i znajomych. Wszyscy tworzyliśmy jedną wielką rodzinę. Zabawa sylwestrowa rozpoczęła się o godzinie 1900 . Tańce odbywały się przy dyskotekowych rytmach. Mój wózek wprost fruwał w rękach tancerzy, wirował…

O północy padały szczere życzenia, a w tle słychać było strzały petard oraz korków od szampana. Prawie wszyscy bawili się do białego rana. Piszę „prawie”, ponieważ ja wymiękłam już po godzinie 100.  Pokoje gościnne usytuowane były na pierwszym piętrze pensjonatu, jednak dla mnie nie stanowiły żadnej bariery jeśli chodzi o kontakty interpersonalne. Panowie z naszej grupy znosili mnie wraz z wózkiem na swoich silnych barkach.

Nowy rok był dniem odpoczynku. Można było w tym czasie korzystać ze SPA,  znajdującego się na parterze budynku lub odsypiać w pokoju zarwaną przetańczoną noc. Mieliśmy do dyspozycji jacuzzi oraz sauny: suchą i wilgotną. Wieczorem znów było spotkanie przy wspólnym stole, wymiana doświadczeń, a w przerywnikach wesoły śmiech zgromadzonych biesiadników długo w nocy rozlegał się w salonie.

 Bryczki u stóp wzgórza

Kasia i Karol zadbali o to, aby każdego dnia uatrakcyjnić nasz pobyt w Kazimierzu. I właśnie 2 stycznia wieczorem pod nasz pensjonat podjechało pięć bryczek zaprzęgniętych w piękne, rącze konie. Przejazd przez całe miasteczko był dla nas niesamowitym przeżyciem. Świąteczny wystrój kurortu dodatkowo uwydatnił piękno historycznych kamieniczek. Celem tego przejazdu było ognisko, które czekało na pierwszą iskrę, aby zapłonąć. I zapłonęło! Ogień lizał nabite na kijki kiełbaski. Biesiada pod gołym niebem trwała długo mimo mrozu i chłodnego wiatru. Warunki atmosferyczne nikomu nie przeszkadzały. Gorące serca tańczyły wokół ogniska, a nasze oczy wznosiły się ku niebu i podziwiały tysiące gwiazd.

 

 

Niedziela pożegnań

Ostatni dzień ;pobytu w gościnnym kazimierskim pensjonacie upłynął szybko, ale z nadzieją na następne spotkanie. Wszyscy zapewniali, że był to odpoczynek jeden z niewielu w roku, gdzie nikt się nie śpieszył do codziennych obowiązków związanych z wychowaniem niepełnosprawnego dziecka. Jednak niejeden rodzić nawet tam podczas tańców i strzelających w ognisku szczap miał w swoim sercu troskę o dziecko, które zostało pod opieką kogoś z najbliższej rodziny. Jednak ten czas relaksu był bardzo potrzebny, aby z nowymi doświadczeniami, energią i nadzieją wrócić do swoich domów.     

 

 

 

Pomieszanie pór roku

Last modified: 29 czerwca 2020