Jak żołnierze w marszu

Autor: |

Dokładanie 55 lat temu powstał w Świdniku męski chór Arion. Jego historia jest jak dzieje powojennej Polski. Zaczął od koncertów w robotniczych kombinezonach, teraz zdarza mu się wystąpić w smokingach. Nie ma lekko w życiu, ale determinacja i miłość do muzyki pozwalała mu pokonać fale zmieniającej się koniunktury.

O chórzystach mówią: nie potrafię śpiewać, więc śpiewam w chórze. Nie do końca zgadza się z tym powiedzeniem Roman Szaniawski, od trzydziestu lat członek Ariona. – Jednak trzeba trochę umieć śpiewać – śmieje się. – Fałsz w chórze słychać bardzo. Dyrygent potrafi wychwycić nawet pojedynczy nieczysty głos w zespole. Wie, kto zafałszował, choćby siedział tyłem do nas. Tak było za dyrygentury Henryka Maruszaka, tak jest i za Magdy Celińskiej.

Lotnicza kołyska

Był rok 1965. Arion, jak wiele innych przedsięwzięć artystycznych tamtej epoki rozpoczął pracę pod opiekuńczym skrzydłem świdnickiej wytwórni śmigłowców i motocykli. Był to okres finansowego komfortu i repertuarowych wymagań zgodnych z duchem budowy socjalizmu. Mówi o tych czasach Zygfryd Juszczyński, były prezes Stowarzyszenia Śpiewaczego Arion, od 21 lat członek chóru: – Zespół występował na przeglądach piosenki zaangażowanej w roboczych kombinezonach. Dzisiaj wydaje się to śmieszne, ale takie były realia lat 60. i 70.

Podobne zdanie ma Eugeniusz Hyz, obecny prezes Stowarzyszenia: – Przez pierwszych kilkanaście lat charakter jego działalności odzwierciedla pozycję reprezentanta wielkiego zakładu przemysłowego. Chórzyści byli pracownikami WSK – od tokarza, po szkoleniowca, zaopatrzeniowca czy inżyniera. Ten rozdział, dosyć długi, oznaczał podporządkowanie się wymogom władzy, również, a może przede wszystkim, ponadzakładowej. Z drugiej strony zespół liczył wtedy ponad 50 członków. Wielka w tym zasługa ówczesnego dyrygenta, profesora Tadeusza Chyły, dyrektora artystycznego Teatru Muzycznego w Lublinie, fachowca najwyższej klasy. Przygotowany przez niego repertuar reprezentował wysoki poziom, a modelowy czterogłos męski był bardzo dobrze opracowany. Nawet wówczas starano się nawiązywać do polskich tradycji muzycznych, chociaż niektóre linijki tekstów trzeba było zmieniać lub wycinać. Przekaz jednak pozostawał.

Na barkach Maruszaka

Kryzys przełomu lat 80. i 90. pomógł przetrwać nowy dyrygent, Henryk Maruszak, który kierował zespołem najdłużej.

– W tym czasie zaczęliśmy uczestniczyć na większą skalę w występach porównawczych, przywoziliśmy nagrody i puchary. Po zakończeniu ery Henryka Maruszaka stowarzyszeniem kierowali Zygfryd Juszczyński, Ryszard Kot i Andrzej Wiśnioch. Razem z nimi zaczęła się epoka wyjazdów do Polaków mieszkających za wschodnią granicą Rzeczpospolitej – opowiada R. Szaniawski.

Roman Szaniawski jest drugim pod względem stażu aktywnym członkiem chóru. Dłużej od niego występuje jedynie Wiesław Zając. Korzenie jego chóralnej kariery wiążą się z nauką gry na akordeonie w Ognisku Muzycznym, gdzie uczył Henryk Maruszak:

– Może przyszedłbyś do mnie, do chóru? Odpowiedziałem, czemu nie. W końcu, jakoś w okresie świąt Bożego Narodzenia, trafiłem na jedną z prób odbywających się w kościele p.w. NMP Matki Kościoła. Czasy były ciężkie, chór borykał się z problemami finansowymi i lokalowymi. Przygarnął go w końcu ks. proboszcz Jan Hryniewicz. Od 1986 r. byłem członkiem chóru parafialnego, więc decyzja przyszła mi łatwiej, bo śpiewanie było już moja pasją. Ludzi cementuje nie tylko wspólne śpiewanie. Próby, wyjazdy, prywatne spotkania towarzyskie, wszystko to tworzy specjalną atmosferę. Spotykamy się 2-3 razy w tygodniu na próbach, obsługujemy wszystkie uroczystości. Jak tu nie czuć się rodziną? Mimo różnych trudności, obowiązków służbowych, nie opuściłem przez te 30 lat ani jednego występu. Brało się urlop, albo godziny do odpracowania. Kierownictwo też podchodziło do nas życzliwie wiedząc, że jesteśmy reprezentacją zakładu i Świdnika.

Arion reprezentuje na zagranicznych przeglądach i festiwalach nie tylko nasze miasto, ale i całą Polskę. Działo się tak na przykład na festiwalach w Pradze, gdzie występowały grupy z całej Europy. Z kolei wyjazdy za wschodnią granicę, na koncerty dla mieszkających tam Polaków, miały szczególny charakter.

– Przyjęcie na Wschodzie jest niesamowite. Polacy na Białorusi żyją pieśniami kościelnymi i patriotycznymi tak bardzo, że jeśli my znaliśmy cztery zwrotki jakiejś pieśni, oni potrafili odśpiewać ich dwadzieścia cztery. Kiedy ich opuszczaliśmy, biegli za autokarem ze śpiewem – wspomina R. Szaniawski.

Pan Roman – skarbnica wspomnień

– Zdarzyło nam się trafić na Święty Krzyż, jeszcze za prezesury świętej pamięci Czesława Pałki. Był powszedni dzień. Wykonaliśmy muzyczną oprawę mszy, ksiądz proboszcz podziękował. Za miesiąc, albo dwa przyszedł list z Łodzi. Pani profesor, nazwiska nie pamiętam, dziękowała nam za występ, podkreślając jego klasę. Mieliśmy ogromną satysfakcję. Z kolei po mszy św. w katedrze w Grodnie gratulował nam grający tam słynny organista i kompozytor. Kolejną przygodę przeżyliśmy w Łagiewnikach. Prezes załatwił, że zaśpiewamy, ale nie chcieli nas wpuścić, bo informacja nie dotarła na czas. W końcu wystąpiliśmy podczas mszy, a siostra, która była organistką i miała do nas początkowo wielki dystans, poprosiła o koncert poza mszą zachwycona, że jesteśmy chórem męskim, bo taki chór to rzadkość i rarytas.

Eugeniusz Hyz wspomina wydarzenia, które najbardziej utkwiły mu w pamięci:

– Jednym z nich był nim mój pierwszy występ w Świdniku. Dawaliśmy koncert z okazji Święta Niepodległości. Dla licznej publiczności musieliśmy zbierać z całego Miejskiego Ośrodka Kultury krzesła na dostawki. Nie spodziewałem się bardzo pozytywnej reakcji na zachętę do aktywnego udziału w koncercie. Ważnymi wydarzeniami był również udział chóru w uroczystościach rocznicowych największej bitwy partyzanckiej, stoczonej w 1944 roku w Puszczy Solskiej, organizowanych w Osuchach na południu Ziemi Zamojskiej. Ktoś tam kiedyś znalazł na strychu oryginalny śpiewnik z 1944 roku. 34, albo 35 pieśni. Na pierwszy występ opracowaliśmy trzy z nich, teraz w repertuarze mamy dwanaście, chociaż zapisu nutowego w śpiewniku nie było i musieliśmy szukać innych źródeł.

W pamięć wryły się również dwukrotne występy w lubelskim Klubie Garnizonowym z okazji Święta Wojska Polskiego i współpraca z orkiestrą garnizonową. Zawsze mieliśmy ambicję zaistnienia w największym mieście po tej stronie Wisły, więc dużą satysfakcję dał nam organizowany przez Wojewodę Lubelskiego koncert na scenie operowej Centrum Spotkania Kultur, gdzie śpiewaliśmy z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Odebraliśmy to jako docenienie poziomu artystycznego chóru.

Niestety, skład chórzystów jest coraz starszy. Większość z nich tradycyjnie ma profesjonalne korzenie w PZL-Świdnik. Młodzi przybywają sporadycznie i na ogół na krótko. Jak mówi Roman Szaniawski: wydaje im się, że za działanie w chórze będą im płacić, a tu trzeba jeszcze dopłacać.

Co trzyma ludzi przy zespole?

– Oprócz wspólnej pracy i występów, również spotkania o charakterze integracyjno-towarzyskim. A to opłatek, a to jajeczko czy grill, przy którym nie może zabraknąć wspólnego śpiewania. Odbywa się on najczęściej w moim ogródku, a potem całe osiedle przez dwa tygodnie wspomina koncert, bo nawet przy grillu, na trawie, głosy są po chóralnemu ustawione – mówi E. Hyz.

Według Zygfryda Juszczyńskiego najcenniejszymi wartościami zespołu są dyrygenci i koleżeńska atmosfera: Henryk Maruszak miał w sobie unikalną umiejętność łączenia ludzi. Magda Celińska jest po kobiecemu delikatna, zna śpiew z obu stron dyrygenckiej batuty. Myślę również, że ogromnym atutem jest skład – stuprocentowo męski. Jego brzmienie porównałbym do śpiewu maszerującego wojska, który nikogo nie pozostawia obojętnym.

Arion utrzymuje się z dotacji Urzędu Miasta, działa pod skrzydłami Miejskiego Ośrodka Kultury. Stara się też o innych sponsorów. Pieniądze na działalność dokładali Urząd Marszałkowski, starostwo powiatowe i KWK Bogdanka. Prezes stowarzyszenia szczególnie ciepło wspomina kontakt z Beatą Stelmach, byłą prezes zarządu PZL-Świdnik: – Wysłaliśmy pismo. Po jakimś czasie skontaktowała się ze mną asystentka pani prezes z pytaniem – to ile chcecie? 4 -5 tysięcy? Nie damy wam tyle, damy więcej, bo bardzo spodobała nam się treść waszego pisma. Ale musicie wydać pieniądze na coś, co posłuży na lata. W ten sposób wzbogaciliśmy się o wart 9 tys. zł komplet nowiutkich smokingów, w których wystąpiliśmy po raz pierwszy na prestiżowym przeglądzie w Pradze.

Chórzyści Ariona marzą o występie przed świdniczanami z okazji 55. rocznicy powstania zespołu. Chcą we właściwy sobie sposób podkreślić znaczenie ponad półwiecza pracy dla grupy mężczyzn, którzy poświęcili zespołowi znaczną część życia. Na razie powstrzymuje ich COVID-19, ale kiedy tylko zagrożenie ustanie, zapowiadają niezapomniane wydarzenie artystyczne.

Jan Mazur

Last modified: 12 listopada 2020