Jak coś robimy, róbmy dobrze

Autor: |

fot. z archiwum rozmówcy

Świdniczanka nie jest już Gminno-Ludowym Towarzystwem Sportowym. Jest spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, czyli przedsiębiorstwem. Jej udziałowcami są Giuseppe Nigro i Grzegorz Żuchnik. Piłkarsko skrzywieni przedsiębiorcy związani ze Świdnikiem. Omijając językowe zawiłości rozmawialiśmy w tej sprawie z Grzegorzem Żuchnikiem.

– Biznes bierze się za sport, zwłaszcza piłkę nożną. Na poziomie Bayernu czy Barcelony można na tym nawet zarobić. Wy wzięliście się za drużynę, na której, na poziomie polskiej czwartej ligi, zarobić się nie da, przynajmniej w tym reinkarnacyjnym wcieleniu…

– Piąty poziom rozgrywkowy nie może być źródłem zysków i doskonale o tym z Giuseppe wiemy. Nigro był w Świdniczance pierwszy, ja pojawiłem się w 2017 roku. Tak naprawdę znamy się z piłki – rozgrywek halowych, meczów na orlikach. Świdniczanka jest moim i Giuseppe, wspólnym projektem. Obaj mamy za sobą zawodniczą przeszłość. On na poziomie włoskiej ligi okręgowej, ja, przez debiut w Granicy Lubycza Królewska, dotarłem do poziomu Zagłębia Sosnowiec i wicemistrzostwa Polski ligi uniwersyteckiej z drużyną AZS UMCS. Wielkiej kariery zawodowej nie zrobiliśmy, ale sentyment pozostał i przygoda z piłką trwa.

– Utrzymywanie Świdniczanki nie jest tanim hobby…

– Nawet na poziomie czwartej ligi, trzeba to przyznać. Nie jestem rodowitym świdniczaninem, więc klub był dla mnie czymś z lekka abstrakcyjnym. Nie znałem chłopaków z Turystycznej, jak się o nich mówiło, a teraz z Kosynierów, ale zacząłem się wgryzać w historię Świdniczanki i przekonałem się, że po Avii to drugi zasłużony klub dla miasta. Za namową Giuseppe postanowiliśmy go reaktywować, bo naprawdę był na skraju niebytu, dogorywał. Bywało, że jechali na mecz w dziewięcioosobowym składzie, żeby nie dostać walkowera. W kryzysowym czasie bardzo pozytywnie zapisał się Paweł Walczak, który walczył o Świdniczankę. Początkowo traktowaliśmy misję ratowania klubu w kategorii zabawy. Nie wiedzieliśmy w którą stronę iść. Zrzutka na stroje, sędziów, transport, szukanie boiska do gry… trzeba było w końcu uporządkować tę partyzantkę.

– Na czym polegały porządki?

– Same pieniądze, nawet jeśli są, nic nie dają. Pamiętam nasze początki. Wyczyściliśmy zaległości finansowe i zaproponowałem rozpoczęcie wszystkiego od zera. Zmieniliśmy statut, zorganizowaliśmy księgowość i pomoc prawną. Poświęciłem na to pół roku. Formuła stowarzyszenia okazała się kulawa. Nie mogliśmy wystawiać faktur, finansowa strona działalności nie była, jak na moje poglądy, wystarczająco przejrzysta. W związku z tym postanowiliśmy przekształcić się w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością.

– Awans z okręgówki do czwartej ligi był zaplanowany, czy odbył się na spontanie?

– Nie ma mowy o spontanie. Projekt, który sobie opracowaliśmy, jest ambitny i jeszcze się nie skończył. Bardzo szybko zespół awansował z klasy B do A, potem do lubelskiej ligi okręgowej. Teraz gramy w IV lidze. Uważam, że jesteśmy w stanie udźwignąć organizacyjnie i finansowo jeszcze jedną klasę wyżej. Ale nie traktujemy tego w kategoriach, że już, natychmiast. Na razie pracujemy nad infrastrukturą i fundamentami klubu. Chcemy, żeby były jak najmocniejsze i zagwarantowały Świdniczance bezpieczną przyszłość.

– W tym kontekście boisko Neptuna w Świdniku Dużym spadło Wam trochę jak gwiazdka z nieba.

– Owszem, ale nie był to los wygrany na loterii. Wynajmujemy płytę boiska na zasadach komercyjnych, chociaż firma Neptun nie postawiła warunków zaporowych. Część kontenerów służących jako szatnie, należy do nas. Opłacamy pracownika dbającego o teren. Rodzina państwa Walczaków dba o płytę boiska i całe otoczenie obiektu, na ile może. Boisko rozwija się razem z nami. Włodarze obiektu myślą o powiększeniu liczby siedzisk, budowie szatni i instalacji oświetlenia.

– Świdniczanka to klub bardzo lokalnych patriotów?

– Jest wielu ludzi, o czym wielokrotnie miałem okazję się przekonać, którzy nie tylko wspierają ten klub emocjonalnie, ale też konkretnymi działaniami. Wielu z nich związanych jest ze Świdniczanką od dziesięcioleci. Przy tej okazji chciałbym im wszystkim bardzo, ale to bardzo podziękować. Mam nadzieję, że nadal będą z nami.

– Zmiana stowarzyszenia w spółkę „zoologiczną” to skok na głęboką wodę, czy tylko strach ma wielkie oczy? Stowarzyszenie upada, no i trudno. Spółka jest przedsiębiorstwem…

– Zaczynamy funkcjonować na profesjonalnych zasadach. Kontrakty dla zawodników, pełna księgowość, pomoc prawna, medyczna, transparentne rozliczanie finansów. Zdecydowaliśmy się na ten krok po zorientowaniu się, że na poziomie stowarzyszenia działamy już w sposób uporządkowany, więc żeby pozbyć się pewnych ograniczeń, zwłaszcza, jeśli myśli się o krok dalej, z pewnością należało tę zmianę wprowadzić.

– Załóżmy, że Świdniczanka zdobywa trzecią ligę i myśli dalej. To trochę jak trafić na ścianę nośną, rozpędzić się z sześciu metrów i walnąć w nią głową…

– Warto być ambitnym, ale trzeba patrzeć realistycznie. Nie szukamy na siłę przypadkowych wspólników. Nie chcemy też gwałtownie trzeciej ligi od zaraz. Jeśli do niej wejść, to tylko z solidnymi podstawami i nie po to, żeby po jednym sezonie spaść.

– Przegraliście sparing z Avią 2:7. Co to znaczy?

– To znaczy, że chłopaki z obu drużyn mieli szansę pobiegać po zimowym boisku, pocieszyć się piłką i sprawdzić kandydatów do zespołów.

– Avia, Świdniczanka, razem w trzeciej lidze…

– Ten plan może nam się udać albo nie. Moim zdaniem w Świdniku jest miejsce dla dwóch zespołów piłkarskich. Mam jak najlepsze doświadczenia związane z kontaktami z władzami Avii. Często rozmawiamy z prezesem Radosławem Szczerbą, wynajmujemy boisko boczne ze sztuczną nawierzchnią na treningi dla drużyny seniorów. Avia i Świdniczanka zawsze przenikały się personalnie. Paweł Pranagal, trener naszej pierwszej drużyny, czy Sebastian Orzędowski grali gdzie? No wiadomo. Moim zdaniem Avia i Świdniczanka są przyjaciółmi, nie konkurentami. Działamy przecież dla wspólnego dobra ogólnie pojętej społeczności Świdnika. A to, że ktoś kibicuje jednemu z klubów bardziej, a drugiemu mniej lub wcale, jest rzeczą naturalną.

– KS Świdniczanka Świdnik brzmi lepiej niż GLTS Świdniczanka Świdnik Duży?

– W ogóle na to nie patrzymy. Wprawdzie nazwa klubu to rzecz bardzo ważna, ale dla nas istotna jest zmiana formy prawnej, co pozwoli nam się dalej rozwijać. Mam nadzieję, że nasi partnerzy ze Świdnika Dużego to rozumieją. Powstanie bazy klubu w Świdniku nie oznacza, że nie będziemy rozgrywać meczów w Świdniku Dużym. Utworzenie zaplecza klubu w Świdniku oznacza „zabetonowanie” pewnego status quo. Dzierżawimy i modernizujemy boisko przy ulicy Turystycznej. Przygotowujemy zaplecze biurowe i bazę z prawdziwego zdarzenia dla zawodników I drużyny, jak i dla grup młodzieżowych. Docelowo chcemy mieć oświetlony stadion, na początek z trzystoma miejscami siedzącymi i z krytą trybuną w dalszej perspektywie. To nie jest projekt na jedną wiosnę, ale postaramy się zrealizować go jak najszybciej się da, zresztą pewne zmiany są już widoczne, a będzie ich coraz więcej. Kameralny stadion wkomponowany w architekturę osiedla, z przechodniami, którzy zatrzymają się spacerując z dziećmi, widząc, że rozgrywany jest mecz, sparing lub trenują grupy młodzieżowe. Dokładnie tak, jak za „chłopaków z Turystycznej” było. Trudno będzie to ot tak później zmarnować.

– W Świdniku Dużym też mogliście się usadowić, może nawet taniej.

 – Giuseppe jest świdniczaninem, ja też, chociaż biznes prowadzę w Lublinie. Drużynę budujemy na ludziach stąd, wychowankach Avii, Świdniczanki lub innych klubów z sąsiedztwa. Ale podstawą dla nas są grupy młodzieżowe. To argument, który przeważył o decyzji tworzenia bazy klubu w Świdniku. Oczywiście można ”kupić” trzech, czterech zawodników, którzy wprowadzą nas do wyższej klasy rozgrywkowej, a potem wyjadą, bo dostaną lepsze pieniądze. Ale przecież nie o to chodzi. Chcemy, żeby to byli jednak ludzie stąd, którzy będą się utożsamiać z klubem, a najlepiej jakby to w większości byli jego wychowankowie. Kiedy przychodziłem do klubu mieliśmy 20, może 30 trenujących dzieci. Powinno być ich co najmniej 150-200. Cały czas mówię o fundamentach, bo czasem łatwo wejść na szczyt, z którego jeszcze szybciej się spada. Jest też inny aspekt, stuprocentowo wychowawczy. Każdy trener grupy dziecięcej ma asystenta zajmującego się grupą mniej zdolnych, młodych piłkarzy. Ważne, żeby oderwali się od komórki i komputerowych gierek. Powiedziałem kiedyś na klubowym spotkaniu: wyniki to rzecz drugorzędna. Ważne, żeby dzieciaki przychodziły i robiły coś pożytecznego. Bo wiem po sobie, że sport kształtuje charakter i dobre nawyki. Trzeba pamiętać, żeby spakować się, przyjść na czas, żeby nie zapomnieć czegoś, rozstać się z komórką. Dlatego każde dziecko, które do nas przychodzi, jest na wagę złota, a może też i reprezentanta Polski.

Jan Mazur

Last modified: 28 stycznia 2021