Głos tych, co nie potrafią mówić

Autor: |

Kocha zwierzęta i poświęca im wolny czas. Od 2013 roku prowadzi na Facebooku profil „Koty do adopcji Świdnik”, ale na tej działalności nie kończy. Zapewnia czworonogom dom tymczasowy, jeździ na interwencje, organizuje zbiórki i stara się wspomagać gabinety weterynaryjne, które zajmują się bezdomnymi zwierzętami. Janina Parada jest głosem tych, co nie potrafią mówić.

Na rozmowę zaprosiła mnie do siebie. Nie ukrywam, że jako miłośniczka i swego czasu właścicielka czterech kotów, byłam bardzo ciekawa, jakie zwierzęta zastanę w mieszkaniu. W korytarzu przywitały mnie kocury Edek i Maniek. W dużym pokoju zastałam maleńką kulkę, o trzykolorowym umaszczeniu. Ktoś bez skrupułów wyrzucił ją na dwór. Tutaj znalazła dom tymczasowy. Pani Janina podała jej strzykawką antybiotyk i dopiero wtedy mogłyśmy zacząć rozmowę.

– Jak to się stało, że powstał koci profil na Facebooku?

– Była jesień, wracałyśmy z córką z cmentarza i na chodniku przy ul. Niepodległości dostrzegłyśmy kotka. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Zaniosłyśmy go do gabinetu Elza, dr Małgorzaty Mikołajczak, który mieścił się wtedy przy ul. Hotelowej. Miał koci katar i zapalenie płuc. Wzięłyśmy go pod opiekę, nazwałyśmy Filon i od niego się zaczęło. Sylwia, moja córka, namówiła mnie na założenie profilu na Facebooku.

– Skąd się biorą te wszystkie zwierzęta, które Pani ogłasza?

– Przeważnie są to koty znalezione, przygarnięte z ulicy. Dużo osób wie, że prowadzę taki profil, więc dzwonią do mnie, że widzieli bezdomne zwierzę czy dokarmiają jakiegoś kota. Zdarzają się też interwencje, trzeba zabrać zwierzęta, bo egzystują w okropnych warunkach albo ktoś chce się ich pozbyć. Wszystkie zabieramy i szukamy miejsca, w którym mogłoby poczekać na nowego właściciela. Najczęściej zawozimy do gabinetu Elza, bo trzeba je podleczyć, odpchlić, odrobaczyć. Potem umieszczamy je w domach tymczasowych.

– Kto Panią wspiera w tych działaniach?

– Pomagają mi dwie koleżanki. Ja jestem „łapaczem”. Jowita ma prawo jazdy i samochód, więc wozi nas gdzie trzeba. Chociaż ostatnio też łapie koty i chyba uczeń przerośnie mistrza. Natomiast Dorota robi zwierzętom zdjęcia, bo z zamiłowania i zawodu jest fotografem. Zamieszczamy je nie tylko na Facebookowym profilu, ale też na stronie OLX czy w różnych grupach, do których należę. Współpracuję z trzema domami tymczasowymi. Prowadzą je panie Sylwia, Halinka i Marysia. Jest ich jednak więcej, ale to i tak ciągle zbyt mało.

– Szukacie chętnych, którzy mogliby stworzyć takie domy?

– Tak i gdyby ktoś chciał się tym zająć, może się do mnie zgłosić. Bardzo chętnie pomogę, podpowiem, doradzę. Warunek jest jeden – trzeba kochać zwierzęta. No i mieć odrobinę wolnych chwil, bo karmienie, sprzątanie i doglądanie jednak wymaga trochę czasu.

– Trzeba też chyba brać pod uwagę innych zwierzęcych domowników?

– To bardzo ważne, ponieważ nie wszystkie koty lubią towarzystwo innych czworonogów. Przez jakiś czas nie miałam żadnych „obcych” kotów, bo Edek źle na nie reagował. Był apatyczny, nie chciał jeść, załatwiał się poza kuwetę. Małą kicię wzięłam na próbę, ale chyba powoli ją akceptuje. Koty mają bardzo wrażliwą psychikę, niektóre po prostu muszą być jedynakami. Drugi kocur, Maniek, jest już zupełnie inny. Niejednokrotnie leżał przy kociętach, pomagał kotce je wylizywać. Można powiedzieć, że matkował niejednemu miotowi. Edek miał być u nas w domu tymczasowym. Była sobota, spieszyłam się do pracy, a tu dzwoni koleżanka, że jej mama znalazła kotka. Przyniosła go do nas. Wróciłam z pracy po godz. 14.00, pytam córkę, gdzie kot. A ona: „To nie jest kot. To Edek”. Wiedziałam, że jak ma imię, to już zostanie.

– Chyba nie jest łatwo być „łapaczem”?

– Ostatnio z Brzezin zgarniałyśmy kocią rodzinę. Miot można wziąć do ręki, natomiast kocica, nawet jeśli nie jest dzika, bywa zazwyczaj wystraszona, boi się o swoje małe, więc próbuje drapać czy gryźć. Nieraz czatujemy po kilka dni, w gumowcach i płaszczach przeciwdeszczowych, żeby złapać takiego kociaka do specjalnej klatki. Ostatnio musiałam przeskoczyć przez płot, zahaczyłam o wystający element i dżinsy puściły na szwie. Takie śmieszne historie również się zdarzają. Ale często słyszymy też, że jesteśmy wariatki. Ostatnio Jowicie ktoś powiedział, że pewnie za to stanie i łapanie kotów niezłą kasę dostajemy.

– Tymczasem prawda jest taka, że robicie to nie tylko w swoim wolnym czasie, ale również własnymi środkami finansowymi…

– Karmę na dokarmianie bezdomnych kotów czasami daje Urząd Miasta. Dostałam też środki na leczenie maleństwa, które teraz u mnie przebywa. Jednak zdecydowaną większość spraw załatwiamy za własne pieniądze. Prosimy o wsparcie rodzinę i znajomych. Staramy się też pomagać zaprzyjaźnionym lecznicom, do których zawozimy koty. Zbieramy dla nich stare ręczniki, koce.

– Zakłada też Pani internetowe zbiórki.

– Na początku nie bardzo wierzyłam, że coś z tego będzie. Ale podczas pierwszej udało się zebrać ponad 300 zł. Trochę dołożymy i wysterylizujemy trzy kocice. Teraz trwa zbiórka na maleństwa z kocim katarem. Są w fatalnym stanie, bardzo cierpią. Jednemu trzeba usunąć oko. Trafiły do fundacji, która podjęła się opieki nad nimi, ale obiecałyśmy, że pomożemy. Datki można wpłacać na stronie www.pomagam.pl, pod hasłem Ratujmy kocie oczy. Będziemy wdzięczne za każdy grosz.

– Na profilu „Koty do adopcji Świdnik” widać nie tylko koty.

– Staramy się pomóc wszystkim zwierzętom. Często ogłaszamy też psy. Kilka miałam w domu tymczasowym. Nie zapomnę pewnego sylwestrowego poranka. Poszłam do kuchni, odsłoniłam rolety, patrzę – przed oknem stoją trzy …wilki. Oczywiście okazało się, że nie były to dzikie zwierzęta, tylko psy rasy husky. Córka zaprowadziła je do Elzy. Po zbadaniu, jeden został przez kilka dni u nas. Pozostałe też trafiły do domów tymczasowych. Potem odnaleźli się właściciele, aż z Zemborzyc. Sonię znaleziono na cmentarzu. Przyjechało po nią małżeństwo z Cieszyna. Była podobna do ich suczki, którą musieli uśpić. Nie chcieli mówić tego dzieciom. Zobaczyli nasze ogłoszenie i stwierdzili, że uda się przekonać pociechy, że to ich psiak, tylko trochę urósł w szpitalu. Przysyłali mi potem zdjęcia Soni. Takie historie są bardzo budujące, dodają chęci do działania. Nawet jeśli zmieni się los tylko jednego zwierzęcia, to już jest dużo.

– Jakieś inne historie, które zapadły Pani w pamięć?

– Jedna z kocic miała bardzo ciężki poród, musiałam przebijać błony, żeby małe się nie zadusiły. Po 2 dniach ktoś przyniósł do Elzy kilkudniowe kociątko. Wyglądało jak biała myszka. Podłożyłyśmy je kociej mamie. Zaakceptowała je, wykarmiła. Trafiło potem do adopcji do Łęcznej. Rudiks, 6-letni kocur, siedział u mnie pół roku i straciliśmy nadzieję, że ktoś się nim zainteresuje. A jednak znalazł dom. Wzięła go pani z ul. Kosynierów. Niunio, jak tylko u nas zamieszkał, schował się w sypialni za łóżkiem. Postawiłam tam kuwetę, miseczkę z jedzeniem. Każdego dnia wysuwałam je po centymetrze w kierunku przedpokoju. Po 2 tygodniach kot wyszedł z sypialni i stał się przytulaskiem. Ktoś go adoptował, ale oddał po kilku dniach. To był jedyny kot, który do mnie wrócił. Ponowna adopcja była już udana. Pamiętajmy, że koty mają różne charaktery i osobowości. Nie każdy lubi siedzieć u człowieka na kolanach czy być głaskany.

– Prowadzi Pani statystyki?

– Mam wszystkie karty adopcyjne. Myślę, że jest ich kilkadziesiąt, może nawet 100. Niekiedy kociaki, po wyleczeniu czy kwarantannie, są adoptowane od razu z gabinetu weterynaryjnego. Staramy się weryfikować osoby, które chcą przygarnąć zwierzę. Nie oddaję kota komuś, kto przychodzi nieprzygotowany, bez transportera czy choćby kocyka. Chociaż raz zdarzyła się sytuacja, że dziewczyna nie miała kociej wyprawki. Wyjaśniła, że jest przed wypłatą, ale jak tylko dostanie pieniądze, wszystko kupi. Zaufałam jej, dałam co trzeba. Potem adoptowała jeszcze kota z Elzy. Wiem, że zwierzęta mają u niej bardzo dobre warunki.

– Nie myślała Pani o założeniu stowarzyszenia lub fundacji?

– Jowita mnie do tego namawia. Trzeba by było nad tym usiąść, sprawdzić jak to wszystko wygląda od strony prawnej. Jeśli nie byłoby zbyt skomplikowane, to czemu nie. Może łatwiej by było pomagać zwierzętom, ale też edukować ludzi. Ręce nam opadają, kiedy słyszymy, że nie wolno kastrować czy sterylizować małych kociąt, bo będą dziecinne, cokolwiek by to miało znaczyć. Nie mogę zrozumieć, jak ludzie mogą zostawić zwierzę w lesie czy wyrzucić na śmietnik. Kiedyś wracałam z koleżanką z Jackowa. Usłyszałam pisk dobiegający z rowu melioracyjnego. Dwa czy trzy psiaki już nie żyły. Maleńka suczka, jeszcze z pępowiną, ledwo oddychała. Popędziłyśmy z nią do Elzy. Dostała wlewki pod skórę, by podwyższyć temperaturę. Koleżanka wzięła sunię do domu. Dziś ma 5 lat i jest chyba najbardziej rozpieszczonym psem jakiego znam.

– Pracuje Pani, ma rodzinę, inne zajęcia i zainteresowania. Jak Pani godzi to wszystko z opieką nad zwierzętami?

– Jestem kierownikiem sklepu MaxElektro i praktycznie cały dzień nie ma mnie w domu. Lubię malować obrazy, piszę wiersze i opowiadania. Te zajęcia mnie odprężają. Jeśli są chęci, można się tak zorganizować, by wszystko pogodzić. Dzieci są już dorosłe. Córka od 5 lat mieszka w Londynie, syn lada chwila się wyprowadzi. Śmieję się, że teraz już nic mnie nie będzie ograniczało i mieszkanie zamienię w kociniec.

Agnieszka Wójcik-Skiba

Last modified: 2 listopada 2020