Duet artystycznych dusz

Autor: |

Artystyczne dusze obu pań poznałam kilka lat temu, podczas miejskich potańcówek. Zwracały uwagę ich kolorowe stroje, dodatki w postaci wachlarza, chusty czy ciekawych kolczyków, ale też niezwykła energia, z jaką wychodziły na parkiet. Niedawno, zupełnie przypadkiem, dowiedziałam się również o innych zainteresowaniach Ewy Jóźwińskiej i Haliny Hylczuk. Zachwyciły mnie ich obrazy, które w lipcu można było oglądać na wystawie w Filii nr 1 Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej.

Na spotkanie umówiłyśmy się w placówce MPBP przy ul. Ratajczaka 7. W otoczeniu niezwykłych prac świdniczanek z wyboru serca, bo obie przyjechały do naszego miasta w 1952 roku, pani Ewa z Łodzi, a pani Halina ze Szczecina, czas płynął niezwykle szybko, przynosząc taki oto efekt:

– Jak odkryły Panie swój talent do malarstwa?

Ewa Jóźwińska: – Zawsze miałam duże problemy, żeby coś namalować. Pamiętam, że za czasów szkolnych, na lekcję biologii udało mi się narysować mikroskop, a na historię przerysować i pokolorować podobiznę Piotra Ściegiennego. To były moje największe wyczyny plastyczne. Nigdy nie uczęszczałam na żadne tego typu zajęcia. Kilka lat temu koleżanka z Uniwersytetu Trzeciego Wieku zaproponowała, żebym dołączyła do grupy plastycznej. Mówiła: – Pójdziesz, zobaczysz, będzie fajnie. Broniłam się, że nie potrafię rysować ani malować. Odpowiadała, że wszystkiego mnie nauczą. W końcu uległam. Na początku bardzo mnie te zajęcia stresowały, ale też się spodobały. Prowadzi je wspaniała instruktorka, Agata, która ma mnóstwo pomysłów i sposobów na to, jak zrobić coś fajnego na kartce czy płótnie. I pomalutku, pomalutku zaczęłam się uczyć. To było chyba 10 lat temu. Teraz już sama szukam tego, w czym najlepiej się odnajduję. Czy mam talent? To chyba zbyt górnolotne słowo. Nie potrafię, na przykład, odwzorować czegoś ze zdjęcia czy obrazka. Wolę sama coś pokombinować, stworzyć od zera.

Halina Hylczuk: – Kopiści są wszędzie. Owszem, to nie lada sztuka coś odwzorować, też potrzeba odrobiny talentu, ale stworzenie czegoś od podstaw wymaga jeszcze wyobraźni. W dzieciństwie uczęszczałam do domu kultury na zajęcia z rysunku, ale po trzech spotkaniach zrezygnowałam, bo jakoś mi się to nie widziało. Chyba musiałam dojrzeć do pewnych rzeczy. Zaczęłam chodzić na zajęcia plastyczne UTW trochę później niż Ewa, ale też za namową koleżanki. Na początku były to sztuki plastyczne, robiłyśmy witraże, aniołki, biżuterię. Malarstwem zajmujemy się od około 3-4 lat. Kiedy zaczynaliśmy, też nie wiedziałam, co do czego i co z czym, ale teraz już sama próbuję uchwycić na obrazie swoje przemyślenia, jakiś ważny moment. Nie zawsze może wychodzi, ale mamy przecież dużo wolnego, możemy poświęcić na naszą pasję tyle czasu, ile chcemy.

Ewa J.: – Kombinując i wymyślając coś, odpoczywamy, odstresowujemy się. Podczas zajęć, kiedy Agata zada temat, który wszystkim pasuje, jest cisza jak makiem zasiał. Każda się skupia, pracuje, tworzy… I tak przez dwie godziny. Potem już zaczynamy się wiercić, bo ciało drętwieje, ale to jest po prostu cudne. Kiedy moje dziecko studiowało iberystykę z elementami dziennikarstwa i jechało na ważny egzamin, potrafiłam namalować pięć obrazków. Taka byłam zestresowana, a tworzenie pozwalało zapomnieć. To naprawdę dobry sposób, by wyjść na prostą.

Halina H.: – Pomaga, kiedy ktoś szuka zapomnienia, potrzebuje relaksu. Myśli się wtedy o pozytywnych rzeczach, zostawiając za sobą negatywne uczucia. Zamiast siedzieć w domu, oglądać seriale czy tylko czytać książki, wychodzimy do ludzi, czegoś się uczymy, poznajemy nowe rzeczy. Ale malowanie jest też uzewnętrznieniem emocji, które w nas buzują.

– I co Paniom w duszach gra? Za pomocą jakich technik najlepiej to Paniom uzewnętrznić?

Ewa J.: – Lubię rysować drapaki, czyli drzewa bez liści. Kojarzą mi się z przemijaniem. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko płynie, jest ulotne i jest mi smutno, że zaraz się skończy. Obserwuję różne drzewa i przenoszę na obrazy swoje wyobrażenia o nich. Czasami są krzywe, przewracają się, bo przecież w naturze takie też istnieją. Nie wszystkie są strzeliste i proste. Lubię kompozycje otwarte, które tworzą jeden obraz, ale można je traktować oddzielnie. Tworzę grafiki. Obie lubimy abstrakcję, ale ten rodzaj malarstwa nie wszystkim się podoba. Ludzie są raczej nastawieni na kwiatuszki, ptaszki, widoczki.

Halina H.: – I jelenie na rykowisku… Podziwiam Ewę za grafikę. Ona lubi prace wymagające cierpliwości. Ja jestem rozmachana, ona rozdłubana. Uzupełniamy się doskonale. Zdecydowanie najlepiej czuję się w abstrakcji, bo lubię ulotność. Nieraz coś namażę i obraz leży, a dopiero po jakimś czasie dopatrzę się na nim jakiegoś drzewka, prześwitu i zaczynam go poprawiać. Nie pasuje mi dosłowność. Do mnie natchnienie najczęściej przychodzi w nocy. Ale nie wstaję od razu i nie chwytam za pędzel. Robię to dopiero po śniadaniu, kiedy przewałkuję pomysł, przemyślę temat. I albo coś z tego wyjdzie, albo wyjdzie coś zupełnie innego.

Ewa J.: – Nie ma tak, że siadam, patrzę na podkład i już robię. To musi być odpowiedni moment. W trakcie pracy myślę, kombinuję, że ten kolor nie pasuje, tego nie czuję i nagle wychodzi zupełnie inny obrazek niż to, co zamierzałam. A propos kolorów… Obie z Haliną lubimy się nimi bawić. Na zajęciach z Agatą realizujemy temat „kosmos”. Pomyślałam, że zrobię go w czerwieni albo turkusie. Mając tylko czarną bazę, można jednym kolorem namalować obraz. Nie mówię, że jest to piękne i że każdemu się spodoba, ale najważniejsze, że ja będę zadowolona. Teraz mam moment na niebieskości. Pan Mariusz Kiryła powiedział, że na moich pracach jest 16 odcieni niebieskiego, a przecież w domu miałam tylko cztery farby w tym kolorze. I tak pomieszałam, że wyszło ich parę razy więcej. Kolory oddają nasze emocje, chociaż na przykład mój czarny nie jest nieszczęściem i rozpaczą. Używam go na zasadzie kontrastu.

Halina H.: – Podczas lockdownu akurat miałam klimat na kolory. Stąd też prace prezentowane na wystawie są takie różnobarwne. Muszę też powiedzieć, że u nas nic się nie marnuje. Wykorzystujemy kawałki tektury, a nawet plastikowe podkładki pod talerze. Szkoda wyrzucać, skoro można na tym zrobić coś fajnego.

– Prace, które prezentowały Panie na wystawie, powstały podczas pandemii.

Ewa J.: – To owoce lockdownu i pod takim tytułem je pokazałyśmy. W czasie pandemii kontakty międzyludzkie ograniczały się tylko do rozmów telefonicznych, miałyśmy więc dużo czasu na malowanie. Potem pomyślałyśmy, że może by te prace pokazać. Zapytałam w bibliotece głównej, ale mieli już zarezerwowaną galerię. Udałyśmy się więc do Filii nr 1.

Halina H.: – Każda malowała co innego, ale pewne podobieństwo prac jest. Pani Ola Majewska (kierownik Filii nr 1 – przyp. red.) bardzo nam pomogła przy zorganizowaniu wystawy, bo było to dla nas pewne wyzwanie. Ewa miała już wystawę indywidualną w Lublinie, miałyśmy też kilka grupowych z zajęć plastycznych.

– Myślicie już o kolejnej?

Ewa J.: – Halina wymyśliła już nawet tytuł „Ulotność”. Mamy pomysł, żeby skrzyknąć naszą grupę plastyczną, czyli 6 dziewczyn. Każda zaprezentowałaby po trzy czy cztery obrazki na podobraziach. Temat jest bardzo pojemny, każda z nas mogłaby wymyślić swoją wizję ulotności. Musimy zapytać panią Olę, czy znajdzie dla nas miejsce w swojej galerii.

– Jakie są Wasze malarskie marzenia?

Halina H.: – Wycieczka na Północ, zobaczenie, namalowanie i sfotografowanie zorzy polarnej. To moje największe marzenie. To zjawisko jest tak piękne i nieuchwytne, że nie wyobrażam sobie, jak można je oddać za pomocą pędzla lub uwiecznić na fotografii, ale bardzo chciałabym spróbować.

Ewa J.: – Chciałam polecieć do Tate Gallery w Londynie i córka mnie tam zabrała. W National Gallery stanęłam przed obrazem „Trawa i motyle” mojego ulubionego Vincenta van Gogha. Kocham jego obraz „Buty”, bo chociaż wydają się szarobure, są kolorowe, z tańczącymi sznurówkami. „Słoneczniki” też są piękne. A „Trawa” to zielona plama… Zerwanie z tradycjami, coś bardzo odważnego jak na czasy, w których żył. Czy jest coś, co chciałabym namalować? Jest wiele rzeczy dookoła, które chciałoby się przenieść na obraz. Kiedyś miałam ochotę namalować kroplę wody. Długo się tego uczyłam, udało się. Moim marzeniem było zrobienie zdjęcia sosen nad Kanałem Bydgoskim. Mają tak różne kształty i są tak bajeczne, że fotografia tego nie oddaje, a rysunek wychodzi groteskowo. Moim drugim ulubionym malarzem, już od czasów liceum, jest Amadeo Modigliani.

– Pani Ewa wspomniała o swoich ulubionych malarzach, a czy Pani, Pani Halino, ma swoich mistrzów?

Halina H.: – Kocham wszystkich malarzy, bo z każdego można coś uszczknąć, czymś się zachwycić, odkryć jakiś temat, plamkę, kolor, pociągnięcie pędzla. Mistrzów nie mam, ale lubię kubistów. Jest też coś w klimacie dziewczęcych buziek Olgi Boznańskiej.

Co bliscy mówią o malarskiej pasji Pań?

Ewa J.: – Syn wysłał mi kiedyś zdjęcia obrazka namalowanego przez moją 6-letnią wnuczkę, a ona wyjaśniła: Babciu, to jest słoneczko. Ja mam talent po tobie. Młodsza córka mówi, że mam dobrze, bo mam swoje obrazki. Odpowiadam jej, żeby też znalazła pasję, która wypełni jej czas.

Halina H. : – Ona jest młoda, więc jeszcze sobie znajdzie swój cel w życiu. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, odważyć się je robić. Moja wnuczka kończy w Glasgow szkołę fotografii i też mówi, że talent i zamiłowania artystyczne to chyba odziedziczyła po mnie.

– Sztuka Pań krytyk się nie boi?

Ewa J.: – Nie myślimy o sobie jak o wielkich artystkach, jak czasami ktoś może śmieje się za naszymi plecami.

Halina H.: – Co niektórym się wydaje, że wystarczy pstryknąć palcem i już jest obraz. Tak się nie dzieje. Trzeba poświęcić trochę czasu, nieraz więcej, nieraz mniej, zależy od tego, co w głowie się układa. Czasami tworzy się coś w bólach, innym razem z radością czy wściekłością. A tacy złośliwi krytycy to często ludzie, którzy nic nie robią, bo im się po prostu nie chce. Wolą skrytykować innych.

Ewa J.: – Krytyka jest fajna, jeśli jest konstruktywna i ktoś naprawdę chce przez nią coś doradzić, podpowiedzieć. Jeśli zaś są to złośliwe komentarze, to oczywiście jest to niemiłe. Na szczęście mamy kilka fajnych dziewczyn, z którymi można się dogadać, pośmiać, pożartować. Uważam, że trzeba mówić ludziom miłe rzeczy, dostrzegać w nich dobro.

– Macie Panie czas na inne przyjemności?

Halina H.: – Czytanie. No i oczywiście taniec. Chodzimy na zajęcia i uczymy się pewnych rzeczy, ale na potańcówkach ruszamy się po swojemu. Niedawno zawołały mnie jakieś starsze panie i powiedziały, że bardzo im się podoba mój taniec. Ale są i takie, co patrzą wilkiem.

Ewa J.: – Są ludzie i ludziska. A już kobieta kobiecie potrafi taką szpilę wbić… Ale przecież nie będziemy rezygnowały ze swoich pasji, bo komuś się nie podoba. Oprócz tańca, lubię gotować, a przez całe lato robię przetwory. Uwielbiam też wędrówki po górach.

Halina H. : – Ale to wszystko, w większym lub mniejszym stopniu, też ma podłoże artystyczne.

Agnieszka Wójcik-Skiba

Last modified: 13 sierpnia 2021