Chcę uchwycić uśmiech

Autor: |

fot. z archiwum M. Grądeckiej
Pierwsze próby jako fotograf podejmowała starym, analogowym aparatem taty. Jej uwagę przykuwały wówczas kwiaty i wszystko, co ją otaczało. Choć nieraz powtarzała, że uwiecznianie ludzi nie jest dla niej, wreszcie przyszedł czas, że zmieniła zdanie. Dziś fotograf Magdalena Grądecka towarzyszy świdniczanom, i nie tylko, w najważniejszych momentach życia, zatrzymując w kadrach ich uśmiechy i miłość. W rozmowie opowiedziała nam o drodze, którą przeszła do założenia Fantasmagorii.

– Jaka historia kryje się pod nazwę firmy?

– Zainspirowała mnie do niej piosenka „Fantasmagorie” zespołu Akurat, który bardzo lubiłam jako uczennica. Pamiętam, że gdy jej słuchałam, myślałam o tym, że fajnie pasuje do zdjęć. Kiedy zdecydowałam się założyć własną działalność, stwierdziłam, że to będzie dla niej dobra nazwa. Słowo fantasmagoria oznacza iluzję, fantastyczność, mieszanie się jawy ze snem. Fotografia to w pewnym sensie fantasmagoria, fantastyczna wizja, którą chcemy uzyskać. Łączy prawdziwy świat z wyobrażeniem o nim.

– Studiowałaś animację kultury ze specjalizacją fotografia i film. To właśnie wtedy narodziła się ta pasja?

– Robienie zdjęć fascynowało mnie od lat. Jakieś 20 lat temu znalazłam w szufladzie stary aparat Zenit, który należał do mojego taty. Wytłumaczył mi jak go używać i tak ruszyłam uwiecznić pierwsze kadry. Trochę to trwało, zanim coś zaczęło mi z tego wychodzić. Początkowo wykorzystywałam stary, analogowy sprzęt. Dopiero po kilku latach zebrałam pieniądze na aparat cyfrowy, który pozwolił mi działać z większą swobodą. Jeśli chodzi o fotografowanie zawodowe, działam od jakichś 5, 6 lat. To moja pasja sprawiła, że wybrałam Lubelską Szkołę Reklamy na kierunku fotografia, a następnie studia. Zdecydowałam się na animację kultury na UMCS, żeby zobaczyć jak działają różne instytucje kultury i nauczyć się pracować z ludźmi.

– Co fotografowałaś na początku?

– Na pierwszym zdjęciu, które wykonałam, znajdowały się bratki. To właśnie przyroda była moim pierwszym obiektem. Zaczynając, nie wyobrażałam sobie, że będę fotografować ludzi. Powoli jednak zaczęłam zmieniać zdanie. Podpatrywałam ich na ulicach i robiłam zdjęcia. Duży wpływ miała też na mnie szkoła. Poznałam więcej teorii, a potem zaczęłam wykonywać zdjęcia tego rodzaju i okazało się, że jest to całkiem fajne. Teraz już nie mam czasu na kwiatki.

– Co lubisz w robieniu zdjęć?

– Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Chyba przede wszystkim to, że mogę zatrzymać piękne chwile, uśmiechy, miłość. Uczestniczę w ważnych wydarzeniach z życia moich klientów, którymi kiedyś będą mogli się pochwalić. Miałam jednak moment, w którym fotografowanie przestało być na pierwszym miejscu. Schowałam wtedy aparat do szuflady i przez kilka lat pracowałam jako krupier w kasynie. Nie spodziewałam się, że wrócę do swojej pasji, a jednak.

– Specjalizujesz się w fotografiach ślubnych, ale to nie jedyne zdjęcia, które wykonujesz.

– Rzeczywiście moim głównym nurtem są sesje ślubne, ale też rodzinne i ciążowe. Ludzie coraz chętniej je robią, szczególnie dzieciom, które szybko dorastają. Mam wiele par, które co roku do mnie wracają, żeby zrobić rodzinne fotografie. Chcą mieć pamiątkę. Dla mnie to wielka radość, móc znów spotkać się z tymi osobami. Czuję się jak członek ich rodziny, bo dzieci często mówią do mnie „ciociu”.

– Choć przyroda nie jest już na pierwszym planie, wciąż towarzyszy Ci w pracy.

– Wybierając plener, kieruję się upodobaniami młodej pary, którą mam sfotografować. Jeśli widzą siebie wśród kwiatów i sielskich krajobrazów, szukam dokładnie takich miejsc. Staram się dopasować do ich potrzeb.

– Zdarza się, że proponują nietypowy plener? Starą zabudowę, fabryki?

– Tak, chociaż dość rzadko. Są to osoby z niezwykłymi zainteresowaniami, które nie boją się ich wykorzystać. Pamiętam parę, która trenowała strzelanie. Ich sesja odbyła się więc na strzelnicy. Większość klientów kieruje się jednak myślą, że zdjęcia będą pamiątką ze ślubu, więc powinny być zrobione w ładnym otoczeniu. Często decydują się na ruiny zamków, pozostałości po dworkach albo pałacykach. Bardzo lubię sesje odzwierciedlające zainteresowania moich klientów, wykonywane w miejscach dla nich ważnych. Jestem zwolenniczką wybierania takich lokalizacji. Kiedy za 50 lat będą oglądać zdjęcia, wspomną nie tylko dzień ślubu, ale również wszystko, co im się kojarzy z tym konkretnym miejscem. W tym roku miałam okazję fotografować parę, która zna się od dziecka. Pochodzą z dwóch różnych zakątków Polski, ale każde wakacje spędzali na tej samej wsi, u swoich dziadków. Dla nich każda łąka, rzeka, a nawet las były pełne wspomnień o wspólnych przygodach z dzieciństwa. To niesamowite.

– Wolisz zdjęcia w plenerze czy studyjne?

– Jestem fanką plenerów, ponieważ dają większe pole do popisu i pozwalają wykorzystać wszystko, co nas otacza. Raczej nie wykonuję fotografii w studiu. Te, które mogą je trochę przypominać, są zdjęciami powstałymi w domach moich klientów. Lubię robić je w takim otoczeniu. Dzięki temu klienci czują się swobodnie.

– Plener potrafi być jednak kapryśny. Wszystko zależy od pogody.

– Zgadza się. Zawsze jednak udaje nam się znaleźć jakieś rozwiązanie. Jeśli jest zimno bądź deszczowo, uciekamy w miejsca zadaszone, na przykład w ładna sceneria restauracji czy do zamku albo po prostu czekamy na lepszą pogodę. Nie wykonuję zdjęć typowo studyjnych, ze sztucznym światłem i tłem.

– Co sądzisz o ingerowaniu w wygląd zdjęć?

– Nie lubię mocnych przeróbek, co widać po moim portfolio. Żyjemy w czasach, w których każdy chce wyglądać pięknie. Zdarza się, że klienci proszą, aby coś wyretuszować. Nie jestem jednak fanką zmieniania czyjegoś wyglądu. Kiedy klienci będą przeglądać potem swoje zdjęcia, mają się na nich rozpoznać, a nie zobaczyć kogoś innego, jak z żurnala. Wiadomo, że czasem trzeba coś upiększyć, ale z tym właśnie łączą się te tytułowe fantasmagorie.

– Wbrew pozorom, Twoja praca nie kończy się tylko na zrobieniu zdjęć.

– Mówi się, że aby jedni mogli się bawić, drudzy muszą pracować. Taki już urok tego zawodu. Tego nie widać, ale praca fotografa to nie tylko wykonanie zdjęć w pewnym miejscu, o określonej porze. Wiele godzin poświęcam na obrobienie kadrów, by można było przekazać je później klientom.

– Podobno marzysz o tym, by… zostać barberem i jeździć koparką.

– Faktycznie, miałam kiedyś taki pomysł. Śmiałam się, że gdybym nie została fotografem, jeździłabym tirem. Ciągnęło mnie do dużych maszyn. Sądziłam, że gdybym zrobiła uprawnienia na koparkę czy tira, zawsze miałabym fach w ręku. Tak samo, jeśli chodzi o bycie barberem… To takie pomysły na zaś, w razie, gdyby miała mi się powinąć noga. Ale w sumie mogę powiedzieć, że życie trochę zbliżyło mnie do tych marzeń. Mój narzeczony ma długą brodę, o którą pomagam mu dbać, więc w jakiś sposób spełniam się jako barber. Zdarza mi się też fotografować koparki. Nie jeżdżę na nich, bo boję się zrobić na nie uprawnienia.

– Nie jeździsz na koparkach, ale świetnie radzisz sobie z motocyklami.

– Jakieś 3 lata temu zrobiłam prawo jazdy. Wtedy też utwierdziłam się w przekonaniu, że kolejne kursy nie są dla mnie, bo to za bardzo stresujące. Prawo jazdy na motocykl było spełnieniem mojego największego marzenia. To moja druga wielka pasja. Kiedy chcę się oderwać od pracy, jeżdżę motocyklami, majsterkuję przy nich, myję, poleruję. Chyba każdy motocyklista tak ma, że nieważne co robi, ważne, że przy ukochanej maszynie.

– Pewnie wiele też podróżujesz.

– Chętnie spędzam urlop na motocyklu. Jak na razie zwiedzam Polskę, która ma wiele pięknych miejsc do zobaczenia. Mam też motocykl do jazdy terenowej. Kiedy chcę się oderwać od komputera, jeżdżę po polach i łąkach.

– Czy na śluby również jeździsz motocyklem?

– Nie, chociaż wiele osób pyta mnie dlaczego. Kieruje mną wygoda. Chętnie wybrałabym motocykl, jednak przy takiej uroczystości podróżuję z torbą pełną sprzętu. Nie chciałabym go uszkodzić. Żeby zdążyć przed młodą parą, muszę być szybko na miejscu. Pakowanie aparatów, przebieranie się w odpowiedni strój do jazdy motocyklem, zajmowałoby za dużo czasu. Motocykl wybieram więc po godzinach.

– Jak będzie wyglądał dla Ciebie ten rok?

– Koronawirus trochę namieszał, dlatego poprzedni sezon był nieco krótszy. Zamiast sześciu, trwał cztery miesiące, więc wszystko się skumulowało. 2021 rok zapowiada się podobnie. Klienci przenieśli część uroczystości z ubiegłego roku na ten. Do tego dochodzą jeszcze te umówione po prostu na ten rok. Tak, że będzie to czas pełen wyzwań. Mam nadzieję, że wszystko uda się wykonać i nie przeszkodzą nam żadne zakazy. Oczywiście, jeśli chodzi o śluby, klienci umawiają się na kolejne terminy, ale już na 2022 rok. Mniejsze sesje, rodzinne czy ciążowe, cały czas się odbywają. Zainteresowanych zapraszam do kontaktu na stronie www.ffantasmagorie.pl oraz za pośrednictwem Facebooka: www.facebook.com/Fantasmagoriefotografia.

Agata Flisiak / fot. M. Grądecka

Last modified: 20 lutego 2021