Bądź jak woda

Autor: |

fot. Krystian Szczęsny

Wśród mieszkańców Świdnika znajdziemy wielu, którzy mają za sobą występy w programach lub serialach telewizyjnych. Wystarczy wymienić Andrzeja Karpińskiego kilkakrotnie biorącego udział w „Jaka to melodia?”, Paulinę Kondrak grającą w drugiej części popularnej „Brzyduli”, Małgorzatę Mazurek z paradokumentalnego formatu „Szpital”. Teraz do tej grupy dołączył… wojownik. Damian Dajnowski zaprezentował swoje umiejętności w „Ninja Warrior Polska”. Na małym ekranie mogliśmy go oglądać 15 września.

Reality show emitowany jest na antenie telewizji Polsat od ubiegłego roku. Opiera się na japońskim formacie Ninja Warrior (w tamtejszej telewizji pod nazwą Sasuke). Zadaniem uczestników jest pokonanie toru przeszkód i zdobycie legendarnej Góry Midoriyama (stalowa konstrukcja, na którą trzeba się wspiąć po 23-metrowej linie).

– Zgłoszenie do programu wysłałem po obejrzeniu pierwszych odcinków poprzedniego sezonu. Myślałem, że jeszcze mam szansę się dostać. Odcinki były jednak nagrywane znacznie wcześniej, więc nie udało się. Odezwali się do mnie w kwietniu tego roku, z pytaniem czy nadal chcę wziąć udział. Pojechałem na casting pod Warszawę, z żoną i córką, które mocno mi kibicowały. Emocje były ogromne, bo to jednak wyróżnienie, że wybrali mnie z tysięcy zgłoszeń – opowiada Damian Dajnowski, na co dzień pracownik firmy Dywany Łuszczów, a także instruktor pływania.

Najpierw musiał zdać test wydolnościowo-sprawnościowy, który składał się z różnych ćwiczeń, na przykład podciągnięcia na drążku, wiszenia na linie, biegu po ścianie by dotknąć jak najwyższego jej punktu, sprintu 10×15 metrów. Świdniczanin przyznaje, że przed pandemią sporo ćwiczył, głównie crossfit, jednak po jej wybuchu i zamknięciu siłowni nie przygotowywał się już tak jak należy.

– Stwierdziłem, że jeśli przejdę, będzie super. Jeśli nie, mówi się trudno. Casting trwał dwa dni, brały w nim udział setki osób. Kiedy dostałem telefon, że zakwalifikowałem się do programu, byłem mega zaskoczony. Rodzina wpadła w euforię, znajomi gratulowali. Trochę się też dziwili, że ktoś z małej miejscowości jest w stanie dostać się do telewizyjnego show. Jak jednak widać, jest to możliwe. Wystarczy tylko chcieć – podkreśla Damian.

W programie

Nagranie programu odbyło się 25 lipca, w Arenie Gliwice. Damian stanął przed kamerami i publicznością. Rozpoczął bieg, bez problemów pokonał kilka pierwszych przeszkód. Niestety, kolejnej już mu się nie udało. Nieopatrznie dotknął jednej z platform i został zdyskwalifikowany.

– Byłem po prostu wściekły. Przez dwa tygodnie nie mogłem przeboleć, że odpadłem na takiej błahej sprawie. Błąd techniczny i koniec przygody. Mniej bym się denerwował na samego siebie, gdyby zabrakło mi siły – przyznaje świdniczanin, zdradzając również, że przed nagraniem najbardziej obawiał się, że potknie się właśnie na jakiejś drobnej rzeczy. Najpierw specjaliści prezentowali uczestnikom, w jaki sposób należy pokonać każdą z przeszkód. Niepokój Damiana wzbudził bieg parkourowca i trampolina. Przestraszył się, że straci równowagę lub za słabo się wybije i nie złapie drążka w tzw. „locie wiewióry”.

Nasz wojownik podkreśla jednak, że większość  uczestników traktuje udział w programie jak zabawę. Nie ma niezdrowej konkurencji. Wspierają się, kibicują sobie nawzajem. Pokazują również, że drzwi do programu są otwarte dla wszystkich.

– Wiek i płeć zupełnie nie mają znaczenia. Wśród uczestników są osoby starsze, występuje też wiele pań. Trzeba powiedzieć, że nie mają żadnej taryfy ulgowej. Było bardzo dużo zawodników, szczególnie w moim odcinku, którym w pierwszym sezonie powinęła się noga. Mam więc nadzieję, że i ja będę miał szansę spróbować drugi raz. Zgłoszenie wysłałem  jak tylko wyszedłem ze stadionu – mówi D. Dajnowski i dodaje: –  Co do samego nagrania, trzeba się nastawić na surrealistyczne wrażenie. Jak wszedłem na tor, mimo że była widownia, która skandowała i biła brawo, tak naprawdę niczego nie słyszałem. Znalazłem się w innej strefie, liczył się tylko tor i może to zabrzmi zabawnie, ale poczułem się jak w grze komputerowej. Widziałem tylko swoje dłonie, nogi i tor. Nie odbierałem bodźców z zewnątrz, co może było dobre, bo hałas mógłby dekoncentrować.

Warto spełniać marzenia

Damian Dajnowski zachęca do udziału w programie wszystkich, którzy chcieliby przeżyć fajną przygodę, sprawdzić wytrzymałość i pokonać swoje słabości. Wystarczy wejść na stronę Polsatu, wypełnić zgłoszenie i czekać na odzew. Przygotować można się w domu, wykonując proste ćwiczenia typu pompki, podciąganie, przysiady na wzmocnienie nóg, praca z hantlami. W Internecie znajdzie się wiele poradników, w jaki sposób stworzyć odpowiedni dla siebie trening. Można też skorzystać z parku street workaut i kalisteniki, który znajduje się przy ul. 3 Maja.

– Fajnie by było, gdyby w Świdniku pojawiło się więcej takich miejsc, z wyposażeniem, które pomogłoby przyszłym wojownikom w ćwiczeniach. To na pewno zwiększyłoby nasze szanse w programie – śmieje się D. Dajnowski. – Udział w „Ninja Warrior” był spełnieniem mojego marzenia. Oglądałem edycje amerykańskie i obiecywałem sobie, że jak tylko program pojawi się w Polsce, spróbuję się do niego dostać.  Jak widać, wszystko jest możliwe. Mam nadzieję, że mój przykład zachęci i zmotywuje innych. Muszę jeszcze dodać, że z „ninja” miałem do czynienia już wcześniej. Kilka lat temu w Lublinie organizowane były biegi przełajowe Ninja Race. Jeden na dystansie 8 km z 30 przeszkodami, kolejny 4 km z 25 przeszkodami. Świetnie się wtedy bawiłem, dostałem duży zastrzyk endorfin. Chciałem też spróbować czegoś na większą skalę. Występ w telewizji to było właśnie to.

Sport, filozofia i podróże

Świdniczanin ze sportem związany jest od lat. Trenował judo i krav magę, ale jak sam mówi, sztuki walki do niego nie przemawiały. Nie przeszkadzało mu to jednak fascynować się filmem „Wejście smoka”, w którym główną rolę grał Bruce Lee, a także filozofią aktora: „Bądź jak woda, która znajdzie drogę w każdej szczelinie… Dostosowuj się do obiektu i wtedy znajdziesz swoją drogę, aby przejść przez niego lub go obejść wokół.” Stara się stosować ją na co dzień, dodając jeszcze do tego optymistyczne podejście do życia. Nie zawsze jest łatwo, ale nie wolno się poddawać.

Damian należał również do klubu pływackiego Avia. Zdobył mistrzostwo województwa na 100 m delfinem. W tej samej kategorii zajął 3 miejsce na międzynarodowych zawodach w Zamościu. Brał udział w mistrzostwach Polski na 400 m kraulem, zdobywając 21 lokatę. Dziś szkoli innych, w prywatnej szkole prowadzonej przez żonę. Współpracuje też ze Świdnicką Szkołą Pływania. Dla własnej przyjemności i sprawdzenia się gra w koszykówkę, a Michael Jordan to jego drugi idol. Chętnie też podróżuje.

– Pasją nie można tego nazwać, raczej spełnianiem, bardzo małymi kroczkami, swoich marzeń – tłumaczy Damian. – Kiedyś wybrałem się na Ibizę, bo zawsze chciałem popływać w przezroczystej, lazurowej wodzie. Później poleciałem z mamą do Chin. Zobaczyliśmy największe atrakcje: Wielki Mur Chiński, Terakotową Armię, Zakazane Miasto, Wielkiego Buddę z Leshan. Najbardziej zależało mi oczywiście na zwiedzeniu Świątyni Shaolin, legendarnego miejsca dla chińskich sztuk walki, muszę jednak przyznać, że trochę mnie rozczarowała. Wyobrażałem sobie, że znajduje się w górach, jest trudno dostępna, tajemnicza, a wokół unosi się zapach kadzideł. Było wręcz przeciwnie. Łatwy dostęp, wyasfaltowane drogi, komercja. Najbardziej załamujący obrazek to mnisi grający na telefonach komórkowych. Na szczęście poszliśmy też do jednego budynku, który jeszcze nie został poddany renowacji i czuć w nim było ducha dawnych lat. Na posadzce widać było spore wgłębienia. Legenda głosi, że zrobili je mnisi, którzy ćwicząc mocno tupali w ziemię. Udało mi się też zejść  ze szlaku wycieczki i odkryłem starą siłownię: jeden drążek, batonowe hantle, liny do wieszania. Kiedyś mnisi wykorzystywali to, co mieli pod ręką.

Pytany o miejsce, które chciałby odwiedzić, odpowiada, że Stany Zjednoczone. Nie tylko po to, by pospacerować po Nowym Jorku czy Waszyngtonie i zobaczyć, na przykład, Górę Rushmore, Wielki Kanion i Statuę Wolności, ale też sprawdzić jak naprawdę wygląda „American dream”.

Jakie ma jeszcze marzenia?

– Powrót na tor ninja i pokonanie go. I drugie, znacznie ważniejsze. Niedługo nasza rodzina się powiększy. Chciałbym, żeby dzidziuś urodził się zdrowy i był w życiu szczęśliwy. Jeśli to się ziści, będę człowiekiem spełnionym – kończy Damian Dajnowski.

Agnieszka Wójcik-Skiba

Last modified: 26 października 2020