san - Świdnik - wysokich lotów

piątek, 25 maj 2018 10:23

Ogłoszenie

Burmistrz Miasta Świdnik działając na podstawie art. 19 a ustawy z dnia 24 kwietnia 2003 r. o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie (Dz.U. z 2018 r. poz. 450) informuję o zamiarze zlecenia realizacji zadania publicznego organizacji pozarządowej z pominięciem otwartego konkursu ofert oraz zamieszcza ofertę organizacji pozarządowej lub podmiotu wymienionego w art. 3 ust. 3. ustawy.

Organizacja pozarządowa: Klub Tenisowy AVIA Świdnik

Zadanie: „Organizacja Młodzieżowych Mistrzostw Polski do lat 23 w tenisie ziemnym - Świdnik 2018”

środa, 23 maj 2018 15:53

Nagrodzą najzdolniejszych

Jak co roku, najzdolniejsi uczniowie otrzymają stypendia naukowe. Wnioski przyjmowane będą do 15 lipca.

- Stypendia są przeznaczone uczniom od klasy 4 szkoły podstawowej, którzy w mijającym roku szkolnym osiągnęli wysokie wyniki w nauce i mieszkają w Świdniku, bez względu na to, gdzie uczęszczają do szkoły - wyjaśnia burmistrz Waldemar Jakson. - To nagrody za wytrwałość, ciężką pracę i zaangażowanie we własny rozwój, który, jestem pewien, w przyszłości zaowocuje w postaci wymarzonej pracy i satysfakcji z jej wykonywania.

Wysokość stypendium jest uzależniona od jego stopnia i typu szkoły, do której uczeń uczęszczał w roku szkolnym 2017/2018. Minimalna wysokość stypendium to 40 zł, a maksymalna 190 zł miesięcznie. Regulamin oraz wniosek zgłoszenia do pobrania poniżej.

poniedziałek, 21 maj 2018 09:40

Premiera już w czwartek

24 maja odbędzie się premiera pierwszych odcinków serii pt. „Skrzydlaty Świdnik”, poświęconych naszym tradycjom lotniczym, pilotom oraz spadochroniarzom. Pomysłodawcą cyklu jest Miejski Ośrodek Kultury.

- To wyjątkowy rok, bogaty w jubileusze. Obchodzimy 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości, 100-lecie Polskiego Lotnictwa Wojskowego, 80-lecie uruchomienia Szkoły Pilotów L.O.P.P. Na ten rok przypada również setna rocznica urodzin gen. bryg. pil. Tadeusza Góry oraz 80-lecie jego rekordowego przelotu z Bezmiechowej do Solecznik Małych. Bardzo ważne jest wykorzystanie tych okazji, by zmierzyć się z lotniczą historią Świdnika i opowiedzieć o niej młodszym pokoleniom. Będzie to pierwszy obraz, poza animacją o Tadeuszu Górze i cyklem „Niezapomniane historie”, w którym szerzej przybliżymy nasze tradycje - wyjaśnia Adam Żurek, dyrektor MOK.

Za scenariusz, zdjęcia i montaż odpowiadali Paulina Niezbecka i Jakub Boczkowski, autorzy m.in. dokumentu „Fenomen Spacerów”, nominowanego do festiwalu Niepokorni Niezłomni Wyklęci w Gdyni. Seria „Skrzydlaty Świdnik”, składa się z kilku odcinków. Bohaterami każdego z nich są ludzie zasłużeni dla lotnictwa oraz miejsca z nimi związane.

Prace nad dokumentem trwały kilka miesięcy. Materiał nagrywany był w kilku miejscach: aeroklubie, PZL Świdnik, Porcie Lotniczym Lublin, Strefie Historii, Miejsko-Powiatowej Bibliotece Publicznej, Powiatowym Centrum Edukacji Zawodowej oraz Miejskim Ośrodku Kultury, w którym od ubiegłego roku można oglądać szybowiec Pirat. Ostatnie ujęcia tworzono pod koniec kwietnia.

Premiera serii odbędzie się 24 maja, o godz. 18.00, w sali kameralnej. Wstęp wolny.

poniedziałek, 21 maj 2018 08:24

Czworonogi nadal w potrzebie

Na przełomie marca i kwietnia Nadleśnictwo Świdnik przedłużyło umowę na dzierżawę terenu schroniska dla bezdomnych psów w Krzesimowie. Na mocy tego dokumentu placówka może działać do 30 czerwca przyszłego roku. Niestety, wraz z upublicznieniem tej dobrej wiadomości w mediach, liczba adopcji zwierząt zmalała niemal do zera. Skąpe wpływy trafiają również ze zbiórek pieniężnych organizowanych z myślą o leczeniu bezdomnych zwierząt.

- Gdy mieliśmy przysłowiowy nóż na gardle, adopcje były na porządku dziennym - narzeka Maria Gulanowska ze Świdnickiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, zarządzającego schroniskiem. - Już w marcu wyniki nie napawały optymizmem, ale zrzucaliśmy winę na silne mrozy i opady śniegu. Jednak w kwietniu sytuacja ani trochę się nie poprawiła. Nagle zainteresowanie losem psów zmalało.

Obecnie w schronisku przebywa 138 czworonogów. To dużo i jednocześnie mało mówi personel schroniska. Biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno liczba rezydujących tu zwierząt sięgała blisko 700, jest się z czego cieszyć. Jednak zbliża się okres wakacyjny, zwykle martwy sezon jeśli chodzi o adopcje.

Nowe domy nawet za granicą

We wrześniu okaże się, że znowu czasu jest mało.

- Robimy wszystko, żeby mimo tej sytuacji znaleźć psiakom domy. Wkrótce kilka, dzięki fundacji „Hunde Hilfe” trafi do Niemiec i Holandii. Większość znajdzie miejsca w domach tymczasowych, gdzie będą wszechstronnie przygotowywane są do adopcji. Strona niemiecka, organizująca adopcje, pokrywa wszystkie koszty związane z transportem. Nie ma ryzyka, że czworonogi trafią do niewłaściwych osób. Współpracujemy od 10 lat. Regularnie otrzymujemy zdjęcia naszych psów z domów tymczasowych i stałych w Niemczech - uspokaja M. Gulanowska.

Trudna sytuacja, w której znalazł się psi przytułek, zmusił wolontariuszy szukania wsparcia wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Niedawno 16 psich seniorów przeszło badania krwi, rtg i okulistyczne na Uniwersytecie Przyrodniczym. Uczelnia zorganizowała je nieodpłatnie. W czerwcu do laboratorium pojedzie kolejna grupa czworonogów. Inicjatywa ta okazała się nad wyraz potrzebna. Dzięki niej u czterech psów stwierdzono siatkówczaka. To choroba źrenic, którą trudno zdiagnozować bez specjalistycznych badań. Jest więc szansa na skuteczne leczenie.

Ratują nas tylko darowizny

Najbardziej martwi sytuacja finansowa schroniska. Obecnie, na 138 psów tylko 50 ma utrzymanie. Oznacza to, że nie wszystkie gminy, które mają ze schroniskiem podpisane umowy, wywiązują się z obowiązku. Pozostałe prawie 90 psów, od 2016 roku żyje bez utrzymania.

- Z czterech gmin otrzymujemy ok. 8 tys. zł - dodaje M. Gulanowska. - Dla oszczędności zredukowaliśmy liczbę personelu. Utrzymaliśmy tylko dwa i pół etatu na umowy o pracę. Po odliczeniu kosztów zatrudnienia, czyli 6,5 tys., pozostaje nam zaledwie 1500 zł na pozostałą działalność: wyżywienie i leczenie psów, opłaty za paliwo, podatki, energię elektryczną. Ratują nas tylko darowizny. Koszty leczenia zwierząt pokrywane są z darowizn i zbiórek na internetowych platformach pomocowych. Tylko w ubiegłym roku koszty leczenia zamknęły się kwotą ok. 50 tys. zł. Na stronie schroniska publikowane są informacje o zbiórkach. Podany jest również numer schroniskowego konta. Można wesprzeć konkretną zbiórkę, na przykład zabieg operacyjny albo przekazać darowiznę na cele statutowe (nr konta: 32 1240 5497 1111 0000 5006 4065, w tytule darowizna na cel statutowy). Nadal potrzeba karm specjalistycznych, głównie dla psich seniorów, przeciwcukrzycowych, typu diabetic, mobility - wspomagających stawy, pracę wątroby, odchudzających.

Do sprzedania są jeszcze dwa nowe boksy pozostałe po likwidacji schroniskowych sektorów oraz materiały budowalne. Nieodpłatnie można zabrać ze schroniska płyty chodnikowe typu jomb oraz gresowe, często poszukiwane przez działkowców. Jest również do sprzedania blacha ocynkowana i trapezowa falista.

Od 2016 roku schronisko w Krzesimowie nie przyjmuje już czworonożnych pensjonariuszy. Mimo to nadal poszukiwani są chętni, którzy zechcą przygarnąć zwierzęce sieroty. Kontakt w sprawie wszelkiej pomocy pod numerem tel. 691 522 924.

słs

niedziela, 20 maj 2018 09:39

Pastelowe cuda

Julita Piskorek od najmłodszych lat lubiła wyrażać się poprzez sztukę. Wyszywała, robiła na drutach. Kilka lat temu zobaczyła u znajomych ozdobną kartkę wyszywaną haftem matematycznym. Bardzo jej się spodobała, więc spróbowała również taką wykonać. Jej zainteresowanie rękodziełem powoli rosło i w ubiegłym roku otworzyła pracownię Pastellowo.pl.

- Pierwsze rękodzieło, które wykonała Pani techniką scrapbookingu powstało dla kuzynki.

- Myślę, że początek mojej pasji sięga jeszcze wcześniej. Któregoś razu odwiedziliśmy z mężem znajomych, u których zobaczyłam piękną kartkę wykonaną haftem matematycznym. Spodobała mi się tak bardzo, że gdy wróciłam do domu, zaczęłam szukać wzorów i zrobiłam własną. Przeglądając internet w poszukiwaniu inspiracji trafiłam na forum poświęcone scrapbookingowi i powoli zaczęłam się w to wciągać. Przygotowywałam prace dla przyjaciół i rodziny, aż w ubiegłym roku założyłam własną działalność.

- To był impuls czy przemyślana decyzja?

- Raczej spontaniczna. Postanowiłam zmienić coś w swoim życiu, przede wszystkim pracę. Jednak nie do końca wiedziałam, co tak naprawdę chcę robić. Nie sądziłam, że pasja stanie się dla mnie i źródłem utrzymania. Decyzja zbiegła się z informacją o dotacjach przyznawanych przez urząd pracy, więc złożyłam wniosek i dalej wszystko jakoś się potoczyło.

- Rękodzieło jest wspaniałym hobby, jednak jako biznes sprawia chyba wiele trudności.

- Na rynku jest spora konkurencja, ale myślę, że każdy twórca, który ma ciekawą propozycję, przebije się. Wiadomo, że trzeba nieustannie pozyskiwać nowych klientów, pokazywać się i docierać do szerszego grona, ale naprawdę, każdy znajdzie tu swoje miejsce.

- Scrapbooking to jedyna metoda, którą stosuje Pani w swoich pracach?

- Jest to technika ozdabiania i tworzenia albumów ze zdjęciami. Stanowi mniejszą część tego, co robię. Bardziej pochłaniają mnie kartki okolicznościowe i zaproszenia. Staram się też szukać innych form, nie ograniczać się tylko do tego, co już znam. Jeśli przeglądając fora internetowe czy portale trafię na coś fajnego, próbuję to wykonać. Tworzę też exploding boxy, czyli trochę inną formę kartek. Ciągle pojawia się coś nowego, więc ile pomysłów, tyle wykonań. Zresztą, nigdy nie robię dwóch jednakowych rzeczy.

- Czym są exploding boxy?

- To pudełeczko, zwykle o rozmiarach 10x10 cm. Mogą być po prostu oryginalną kartką, albo opakowaniem na prezent. Przygotowywałam już takie exploding boxy na zegarek, minisamochodzik, biżuterię, klucze do motocykla. Najłatwiej jednak przygotować pudełko na pieniądze, bo wtedy wystarczy dorobić na nie kieszonkę.

- Przygotowuje też Pani pamiątkowe albumy. Czy klient powinien wcześniej przynieść do nich zdjęcia?

- Tak byłoby łatwiej. Kiedy mam już fotografie, wiem, ile z nich będzie w poziomie, a ile w pionie, jakie ozdoby przygotować, w którym miejscu mogę je umieścić i na ile mogę sobie pozwolić. Elementy ozdobne pojawiają się nie tylko wewnątrz, ale i na okładce. Ostatnio przygotowywałam takie albumy jako prezent komunijny. Są bardzo pojemne. Zwykle robię je na 14 fotografii, ale jest możliwość zamówienia ich w większych formatach czy dodania schowków na różne drobiazgi.

- Skąd czerpie Pani pomysły?

- Często jest tak, że klienci przychodzą do mnie i mówią, jakie mają oczekiwania. Narzucają formę, kolorystykę, mówią, co im się podoba, a co nie. Są też osoby, które wolą się zdać na mój gust i pomysł. Wydaje mi się, że mam swoją stylistykę i ulubione kolory, które najczęściej pojawiają się w moich pracach. Jeśli natomiast chodzi o samą inspirację, szukam jej wszędzie. Czasem pojawia się od tak, innym razem zajrzę do sieci, na przykład na Pinterest, którego jestem aktywnym użytkownikiem i tam wyszukuję różne perełki.

- Które z dotychczasowych zleceń stanowiło największe wyzwanie?

- To, nad którym pracuję obecnie. Jest wyzwaniem nie ze względu na stopień trudności, ale dlatego, że wykonuję je dla koleżanki, która również zajmuje się rękodziełem. A ponieważ zbliża się komunia jej dziecka, chciała mieć z tej okazji coś innego. Czuję sporą presję, bo trudniej tworzy się dla bliskiej osoby niż dla kogoś, kogo się nie zna. To dla mnie bardzo emocjonujące. Zastanawiam się, czy spodoba jej się rezultat, jak go oceni. Bardzo przeżywam, że weźmie moją pracę „pod lupę”, chociaż ona twierdzi, że lubi mój styl.

- Zaczął się sezon komunii. Jakie obowiazują trendy, jeśli chodzi o zaproszenia?

- W tym roku przygotowuję jeden model. Jest prosty, w stonowanych kolorach z przewagą ecru. W ubiegłym roku zaproszenia na tę uroczystość były inne, ale teraz klienci stawiają na prostotę. Oczywiście, zdarzają się wyjątki i kiedy do komunii przystępuje dziewczynka, wybiera różowy kolor, a kiedy chłopiec- niebieski. Jednak zdecydowana większość decyduje się na beże i ecru. Tak to wygląda w mojej pracowni. W innych może być odwrotnie.

- Ile czasu zajmuje przygotowanie zaproszeń i ile może ich Pani zrobić?

- Myślę, że jestem w stanie wykonać każdą ilość, ale muszę mieć na to odpowiednio dużo czasu. Jeśli chodzi o zaproszenia na przyjęcie dla 20, 30 osób, zajmuje mi to dosłownie kilka dni. Takie zamówienie wykonuje się trochę taśmowo, bo praca idzie szybciej niż w przypadku pojedynczej kartki. Wtedy zaczynam zastanawiać się nad kolorem, kompozycją, dodaniem jakiegoś elementu. Natomiast gdy mam do przygotowania kilkanaście sztuk, opieram się na pewnym schemacie i pod niego przygotowuję potrzebne materiały - bazę serwetki i inne dodatki.

- Można u Pani zamówić również zaproszenia ślubne?

- Owszem, choć póki co, nie posiadam jeszcze wzorów. Od niedawna działa moja strona www.pastellowo.pl oraz fanpage www.facebook.com/Pastellowo, więc od tej strony jeszcze się nie uaktywniłam, ale mam plany, by pójść w tym kierunku, bo widzę, że jest na to zapotrzebowanie. Ale oczywiście, jeśli ktoś zgłosi się teraz i da mi więcej czasu na przygotowanie, to nie ma problemu.

- Z jakimi materiałami lubi Pani pracować?

- Na pewno są to tekturki, ponieważ nadają pracom elegancji. Nie wyobrażam sobie również życia bez wykrojników, które pozwalają mi uzyskiwać różne kształty. No i oczywiście ręcznie robione kwiaty.

- Co wyróżnia Pani prace?

- Nie umiem odpowiedzieć. Trudno mówić o sobie samej. Może to, że bazuję na pastelowych kolorach. Lubię jasne, niezbyt intensywne barwy, ale oczywiście zdarzają mi się od tego odstępstwa. Wydaje mi się, że wyróżnia mnie też prosta kompozycja.

- W sklepach można dostać wiele gotowych kartek czy zaproszeń. Dlaczego więc lepiej postawić na rękodzieło?

- Zawsze, gdy wchodzę do jakiegoś sklepu, przyglądam się tym kartkom z bliska. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jakość i estetyka wykonania. Zazwyczaj takie prace tworzone są maszynowo i nie są spersonalizowane. Moje, robione na zamówienie konkretnego klienta, zawsze zawierają daty czy imiona osób, są pamiątką jakiegoś wydarzenia. Drukuję również życzenia nadesłane przez klienta. Dzięki temu są bardziej osobiste oraz dopasowane do okazji i danej osoby niż te standardowe, drukowane na kartkach ze sklepów. Wykorzystuję wysokiej jakości materiały oraz dokładam starań, aby praca była estetyczna. Poza tym, zawsze uwzględniam to, co sugeruje zamawiający, dzięki czemu osoba obdarowana będzie zadowolona.

Agata Flisiak

piątek, 18 maj 2018 15:53

Światła wrócą w czerwcu

Od kilku tygodni nie działa sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniu ulic Niepodległości i Wyszyńskiego. Czytelnicy pytają jak długo potrwa ten stan rzeczy?

Chociaż skrzyżowanie jest w prawidłowy sposób oznakowane i poruszanie się po nim nie powinno sprawiać kierowcom kłopotów, wielu z nich jest już przyzwyczajonych, że w tym miejscu ich poczynaniami kierują „światła”. Ich brak jest szczególnie uciążliwy w godzinach szczytu, kiedy w centrum porusza się wiele pojazdów i pieszych.

- Wyłączenie sygnalizacji nastąpiło z powodu przebudowy sieci przyłączeniowych wokół placu Konstytucji 3 maja. Jeszcze w tym miesiącu powinny się one zakończyć i zaraz po tym regulacja ruchu zostanie uruchomiona. Nastąpi to na przełomie maja i czerwca - tłumaczy Przemysław Kozień, kierownik referatu infrastruktury komunalnej UM.

jmr

niedziela, 20 maj 2018 09:00

Kos szczęściarz

Mały kos najprawdopodobniej wypadł z gniazda. Znalazła go mieszkanka Świdnika i zawiadomiła Straż Miejską. Okazało się jednak, że w sobotę nie jest łatwo o bezpieczne miejsce dla pisklęcia. Postanowiła się nim zająć aplikantka świdnickiej straży. Dzięki niej kos w dobrej kondycji dotrwał do poniedziałku i trafił do przytuliska dla ptaków.

Do zdarzenia doszło w minioną sobotę. - Zadzwoniła do nas mieszkanka Świdnika, która na ul. Leśnej znalazła małego kosa. Postanowiła się nim zaopiekować, ale pielęgnacja pisklęcia przerosła jej siły - mówi Janusz Wójtowicz, komendant Straży Miejskiej w Świdniku.

Mundurowi pojechali pod wskazany adres i zabrali małego kosa. Okazało się jednak, że trudno będzie dla niego znaleźć bezpieczne miejsce.

- W weekend nie mieliśmy go gdzie umieścić. Postanowiła się więc nim zająć aplikantka Straży Miejskiej, Sylwia Gościniak, która jest również instruktorką harcerstwa - tłumaczy J. Wójtowicz.

Do sprawy podeszła bardzo profesjonalnie. Zaopatrzyła się w specjalistyczne pożywienie dla piskląt i przez dwa dni dbała o małego kosa. - W poniedziałek ptak był w bardzo dobrej kondycji. Odwieźliśmy go do Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w Romanówce - dodaje szef SM.

Tym razem historia skończyła się dobrze, choć świdniccy strażnicy przestrzegają przed przygarnianiem dzikich zwierząt.

- W takim przypadku musimy sobie zadać pytanie czy istnieje dla niego realne zagrożenie. Jeśli znajduje się na ulicy lub jest ranne, wówczas możemy zastanowić się jak mu pomóc. W pozostałych przypadkach, zabieranie go ze sobą niekoniecznie będzie dla niego dobrym rozwiązaniem.Musimy pamiętać, że największe szanse na przeżycie mają pisklaki w warunkach naturalnych - mówią strażnicy miejscy.

czwartek, 17 maj 2018 12:18

Chłopiec z drewnianą zabawką

„Majdanek. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Bosi, czerwony pył miesza się z krwią poranionych stóp, w oczach widać przerażenie i ból. Zmordowane kobiety rogami chustek, zawiązanych pod brodą, ocierają łzy, wstrzymując głośniejszy szloch. Nawet dzieci przestraszone, nie płaczą. Nurzają bose nożyny w pyle drogi, wznosząc ceglaste tumany. Brudnymi piąstkami ocierają oczy, podnoszą umazane całodziennym kurzem buzie, szukając twarzy matki. Jedno wlecze na sznurku odbijającego się o cudze stopy drewnianego konika…”

(Danuta Brzosko-Mędryk, „Niebo bez ptaków”)

Tym dzieckiem, kurczowo trzymającym drewnianą zabawkę, był 5-letni Józio Psiuk, który do obozu na Majdanku trafił w kwietniu 1943 roku, razem z rodzicami i dwiema siostrami. Chociaż od tamtych tragicznych wydarzeń minęło 75 lat, pamięć o nich wciąż jest świeża i nadal sprawia ból.

- Do 17. roku życia bardzo bałem się mowy niemieckiej. Przez długi czas uciekałem też do domu, kiedy tylko na niebie pojawił się jakiś samolot. Przypominał mi nalot na naszą wieś. Mama kazała nam położyć się w grządkach na polu. Nadal pamiętam dźwięk jaki wydawała nać siekana pociskami z samolotowego karabinu. Córkom opowiedziałem o swoich przeżyciach, jak miały po kilkanaście lat. Namawiały mnie na wizytę na Majdanku, ale długo nie mogłem się na to zdobyć. Pojechałem dopiero w latach 60., jak zacząłem pracować w WSK. Jeszcze dziś ciężko tam wracać. Nie oglądam też żadnych filmów o tej tematyce - wyjaśnia Józef Psiuk, członek świdnickiego Klubu Seniorów Lotnictwa, z którym spotykam się w Strefie Historii, by posłuchać opowieści o jego losach.

W obozie na Majdanku

Przyszedł na świat 29 maja 1938 roku, w Aleksandrowie koło Biłgoraja. Miał bliźniaczkę Krystynę oraz starszą o cztery lata siostrę Stanisławę. W okresie okupacji ich mama często jeździła do Łodzi, aby kupione tam rzeczy wymienić w rodzinnych okolicach na żywność. Podczas jednej z takich wypraw, została złapana i osadzone w więzieniu, a następnie odesłana do pracy u berlińskiego ogrodnika. Trójką dzieci opiekował się ojciec. W tym czasie wioska była kilka razy pacyfikowana, za pomoc udzielaną partyzantom. Po półtora roku pani Psiuk udało się uciec z Niemiec, ale tuż po jej powrocie do Aleksandrowa, hitlerowcy po raz kolejny spacyfikowali miejscowość.

- Zabrali nas na łąkę. Staliśmy całymi rodzinami. Na końcu Żydzi. Razem ok. 1900 osób. Niemcy najpierw mówili, że przesiedlą nas do innej miejscowości. Ludzie odetchnęli. Nagle jednak zobaczyliśmy, że zaczynają się palić domy, te od strony Biłgoraja. Przyjechały samochody, zapakowali nas na nie. A większość Żydów rozstrzelali… Później jeszcze chodzili po domach i szukali uciekinierów - opowiada mój rozmówca.

Do Zamościa jechali w szczelnie zamkniętych, bydlęcych wagonach. Najmłodsi tkwili z głowami przy podłodze, by przez szpary złapać trochę świeżego powietrza. W zamojskiej rotundzie spędzili kilkanaście dni. Potem wyruszyli w kolejną podróż. Tym razem zakończyła się na Majdanku.

- Wygonili nas z wagonów na peronie, obstawionym przez Niemców z automatami i rozjuszonymi psami. Wynieśli z nich też trupy zmarłych w drodze. I tak zaczął się nasz pobyt w obozie koncentracyjnym - mówi pan Józef i wzruszony wspomina: - Dla 5-letniego dziecka to było straszne przeżycie. Kobiety, mężczyźni i dzieci stali nago, z podniesionymi do góry rękami. Hitlerowcy sprawdzali jeszcze, czy ktoś czegoś nie ukrywa. Potem strzyżenie do zera. W łaźni na przemian leciała bardzo gorąca i lodowata woda. Nie było gdzie uciec, bo na całym sufi cie rozmieszczono prysznice. Przy wyjściu dostaliśmy tylko pasiaki. Wszystkie rzeczy osobiste zostały po tamtej stronie. Również mój drewniany konik, który towarzyszył mi w Aleksandrowie, potem w zamojskiej rotundzie i w drodze do obozu. Powiem jeszcze, że podczas jakiejś uroczystości na Majdanku spotkałem się z Danutą Brzosko-Mędryk i przyznałem, że to o mnie pisała. Mamy nawet wspólne zdjęcie. Córka sąsiada, od której kiedyś dostałem tego konika, nie przeżyła. Widziałem, jak zabierają ją, słaniającą się… prosto do krematorium.

Siostry i ja zostaliśmy razem z mamą na II polu obozu. Ojciec poszedł na IV pole. Spaliśmy na trzecim piętrze drewnianej pryczy. Czasami ciężko było wyjść z baraku, bo na podłodze leżały trupy albo umierający. Wszędzie rozlewały się też nieczystości. W nocy nie można było opuścić budynku, załatwialiśmy się więc do beczki, z której po kilku godzinach już wszystko się wylewało. Rano budzili nas na apele, które trwały nieraz kilka godzin. Pamiętam, że raz mama nie chciała mnie zabrać na apel, bo akurat padał deszcz i zostawiła mnie na pryczy, przykrytego kocem. Niestety, kapo uderzeniem pałki sprawdzał każde łóżko. Dostałem po nogach, zacząłem piszczeć i wyniósł mnie za pasiak przed barak. Mama za niedopilnowanie dostała pałką w plecy. Potem na apelach, kiedy padało, przykrywała mnie i Krysię swoim pasiakiem. Najbardziej bałem się esesmańskich psów i głodu. Zjadało się wszystko, bo głód jest czymś strasznym. Czasami dawali zupę z perzem. Czasami trafił się kubek czarnej kawy. Były też ziemniaki parowane w ogromnej beczce, najczęściej z łupinami. Łapałem w rączkę, ile tylko zdołałem. Często, bawiąc się na trawniku, zrywaliśmy trawę i ją jedliśmy. Wszędzie towarzyszyły nam wszy. To była plaga, której nie mogliśmy się pozbyć. Z tego czasu pamiętam komendę: „Mützen ab, Mützen auf”. Czapki zdejmij, czapki włóż. Tak ćwiczyli Żydów. Nie zapomnę też łapanki na placu. Niemcy wyciągali Żydów z baraków i rozstrzeliwali, kiedy ci rozbiegali się we wszystkie strony. Pamiętam krzyki mężczyzn, którym esesmani urządzili bicie. W głowie mam też słowa „przyjdą z nosiłkami i zabiorą ich do pieca”. Nawet dzieci rozumiały, co to znaczy. Zresztą, cały czas towarzyszył nam smród z krematoryjnego komina.

W drodze na… śmierć

W lipcu 1943 roku rodzina Psiuków, razem z innymi więźniami, miała zostać wywieziona na roboty do Niemiec. Najpierw jednak hitlerowcy zrobili selekcję. Najsłabsi trafiali do krematorium. Ciężko chorego Józia mama wzięła na ręce i powiedziała Niemcowi, że zasnął. W ten sposób uratowała go od natychmiastowej śmierci. Za bramą obozu esesmani zabrali go jednak na ciężarówkę, tłumacząc, że zawiozą osłabione dzieci na stację, gdzie miały czekać na transport do Rzeszy. Pan Józef doskonale pamięta, że samochód jechał pod górę, po głębokim piachu, mijając kolumnę więźniów. Malec klęczał na ławce. Zauważył mamę i zaczął piszczeć. Kobieta wyciągnęła go z ciężarówki i wzięła razem z ciocią Kwiatkowską pod ręce. W ten sposób doszli do filii Majdanka, przy ul. Krochmalnej. Samochód nie dojechał na stację, a Józio, po raz kolejny, uciekł z łap śmierci. Po ponownej selekcji chłopiec z Krysią i mamą dostali się do szpitala dziecięcego. Tata został ze starszą siostrą w filii. Resztę rodziny, czyli ciocie i wujków, wywieziono w głąb Rzeszy.

- Po paru tygodniach wyszliśmy ze szpitala - wspomina pan Józef. - Tata i siostra dostali przepustkę i mogli do nas dołączyć. Przez pewien czas tułaliśmy się po podlubelskich wsiach. Mieszkaliśmy w Choinach u państwa Wiśniewskich i Małków. Do Aleksandrowa wróciliśmy późną jesienią 1943 roku. Nasz dom, na szczęście, stał pusty i mogliśmy w nim zamieszkać. Niemcy, aby skutecznie walczyć z partyzantami, przesiedlili do wioski batalion Kałmuków, słynnego dr Ottona Dolla, czyli sonderführera Ottona Wierby. Wioskowi mężczyźni ukrywali się w lesie, a ja z mamą i siostrami znów cierpieliśmy straszny głód. W lipcu 1944 roku Kałmucy wreszcie opuścili Aleksandrów, a my dołączyliśmy do mężczyzn w lesie. Ukrywaliśmy się tam, aż przyszła wiadomość, że do wioski wjechały radzieckie czołgi, na których widziano polskich żołnierzy…

W Świdniku

Z powojennych losów Józefa Psiuka można napisać kolejną historię, w której nie brak dramatyzmu. Był chłopcem uzdolnionym plastycznie, ale nieco niespokojnym. W 1945 roku zaczął uczęszczać do Szkoły Powszechnej w Aleksandrowie.

- Dziś powiedzieliby, że mam ADHD - śmieje się pan Józef. - Dwa razy mało nie wylądowałem w poprawczaku. Raz za narysowanie portretu Stalina i małpy. Kolega powiesił te rysunki, dla żartu, na ściennej gazetce. Zrobiła się z tego wielka afera. Dyrektor zawiadomił UB w Biłgoraju. Przyjechali, ale na szczęście uratowała mnie starsza siostra, która pracowała w gminie. Drugi raz, napisałem 16-stronicowy list do Bolesława Bieruta i do Sejmu PRL. Dobrze, że siostra doradziła mi, bym się pod nim nie podpisywał. Przyjechali ważni panowie z Zamościa i Warszawy. Chcieli zbadać, kto wysłał anonim, ale nie udało im się tego ustalić.

Pan Józef, chociaż bardzo chciał uczęszczać do technikum przemysłu drzewnego lub liceum plastycznego, został uczniem Zasadniczej Szkoły Mechanizacji Rolnictwa w Hrubieszowie. Zatrudnił się jako mechanik i traktorzysta w POM-ie w Chmielku. W 1958 roku poszedł do Technicznej Szkoły Wojsk Lotniczych w Zamościu. Później, ze stopniem starszego szeregowego, dostał się do Ośrodek Szkolenia Wojsk Lotniczych w Dęblinie. Jako mechanik obsługiwał Junaki 2 i 3, Jaki 18 i TS-8 Biesy. To właśnie Junakiem odbył swój pierwszy lot. W maju 1961 roku dowiedział się, że poszukiwani są pracownicy do WSK Świdnik. Zatrudnił się w wydziale prób w locie śmigłowca, początkowo w rozdzielni, po paru miesiącach jako mechanik lotniczy. 5 lat przepracował w laboratorium prób i badań statystycznych i dynamicznych, kolejnych 5 w wydziale remontów śmigłowca. Później był też serwis gwarancyjny w Libii, naprawa maszyn numerycznych w TA i opieka nad kserografią zakładową. Na swoim koncie miał też kilkanaście wniosków racjonalizatorskich i wynalazków, na przykład patent na zastosowanie ozonu w silnikach samochodowych, powodujące zmniejszenie zużycia paliwa, ferromagnetyczną opaskę na głowę zmniejszającą ból głowy czy jonizująco-ozonujące urządzenie do aseptyki.

- I tak, po wielu latach strachu przed samolotami, związałem swoje zawodowe życie właśnie z nimi. W WSK przepracowałem 27 lat. Byłem też mechanikiem w świdnickim aeroklubie. Później pracowałem jeszcze w Lubelskich Zakładach Graficznych. W końcu założyłem własną firmę, zajmującą się sprzętem elektronicznym, a w 2015 roku przeszedłem na emeryturę. Uwielbiam podróżować. Często odwiedzam córki, które mieszkają w Anglii. Zwiedziłem tam już wszystkie największe muzea - kończy opowieść mój rozmówca, który wolne chwile poświęca również na malowanie obrazów.

Agnieszka Wójcik

czwartek, 17 maj 2018 09:46

Świdnik chce być zdrowy

W środę, w Miejskim Ośrodku Kultury zainaugurowano trzydniową 27. Konferencję Zdrowych Miast Polskich, podczas której miasta członkowskie Stowarzyszenia Związek Zdrowych Miast Polskich obchodziły 25-lecie jego istnienia.

Stowarzyszenie skupia miasta dbające o dobry stan zdrowia swoich mieszkańców i środowisko, w którym żyją. Należą do niego większe aglomeracje jak: Łódź, Poznań czy Warszawa, ale też młode, dynamicznie rozwijające się marki jak Świdnik. Właśnie w naszym mieście stowarzyszenie obchodzi 25 rocznicę istnienia.

Czy zdrowe miasto to tylko idea, czy również konkretne działania? Pytaliśmy o to Mirosława Tarkowskiego, członka zarządu SZMP i koordynatora jego prac w Gminie Miejskiej Świdnik, zapoczątkowanych 18 lat temu przez Bożennę Sadowską - Krawczyk:

- Ideę zdrowych miast zainicjowała Światowa Organizacja Zdrowia w 1988 roku. Na to wyzwanie odpowiedzieliśmy powstaniem Sieci Zdrowych Miast Polskich, która przekształciła się w stowarzyszenie zrzeszające obecnie 39 samorządów zamieszkanych przez około 7 mln Polaków. Świdnik wstąpił do niego w 2000 roku.

- Z jaką nadzieją?

- Z taką, że skorzystamy z doświadczeń innych samorządów, ich pomysłów i działań na rzecz środowiska i zdrowia mieszkańców.

- Jakie to działania?

- Przede wszystkim profilaktyka, nauczanie nawyków prozdrowotnych, zapobieganie konieczności leczenia. Medycyna interweniuje w sytuacji, kiedy coś już stało się z naszym zdrowiem. Celem naszej pracy jest to, żeby zapobiegać ekstremalnym sytuacjom zdrowotnym.

- Wygląda na to, że możemy nie tylko czerpać z doświadczeń innych, ale mamy też już własne osiągnięcie, którymi możemy się podzielić. Świadczy o tym program konferencji, zawierający kilka świdnickich prezentacji.

- Mówiliśmy o nich w panelu na temat ekologii, w którym wystąpili Janusz Wójtowicz, komendant Straży Miejskiej i Maciej Michałowski z Urzędu Miasta, prezentując, między innymi, efekty pracy ekopatrolu. Trzeci dzień jest poświęcony grantom realizowanym w ubiegłym roku w miastach członkowskich. Wśród nich była również prezentacja ze Świdnika.

- To znaczy, że Związek Zdrowych Miast Polskich dysponuje nie tylko siłą przekonywania, ale również możliwościami finansowymi?

- Biorą się one ze składek członkowskich. Dysponując budżetem na dany rok, wśród wielu zadań realizowanych przez SZMP, część przeznaczona jest na granty. Związek ogłasza konkurs i jego obszary tematyczne. Tak się złożyło, że w ubiegłym roku grant uzyskało Miejskie Centrum Usług Sochalnych, które właśnie w trakcie konferencji złożyło sprawozdanie z jego wykonania.

- Czy moglibyśmy przytoczyć przykłady rozwiązań, z których skorzystaliśmy w Świdniku?

- Ponieważ każdy z samorządów funkcjonuje w specyficznym środowisku o niepowtarzalnych potrzebach, trudno wzorce przenosić w sposób bezpośredni. Ale, na przykład, ideę toruńskiego projektu „Tydzień dla zdrowia” polegającego na włączeniu firm działających w obszarze około zdrowotnym - masaże, fitness i tym podobne, w bezpłatne świadczenie usług na rzecz mieszkańców, wykorzystaliśmy jako inspirację przy tworzeniu „Miesiąca dla zdrowia”, prowadzonego przez Miejskie Centrum Profilaktyki. Również w Toruniu poznaliśmy sędzię  Annę Marię Wesołowską, opowiadającą młodzieży o różnych niebezpieczeństwach wynikających z niestosownych zachowań. Zaowocowało to jej wizytą w Świdniku. W Białymstoku z kolei zapoznano nas z akcją popularyzującą spożywanie przez najmłodszych mleka po różnymi postaciami. Włączaliśmy się w realizowane przez samorządy programy szczepień przeciwko wirusowi HPV, powodującemu raka szyjki macicy oraz trwający niespełna 10 lat projekt badań mammograficznych dla kobiet w wieku od 28 do 49 lat. Uzupełniał on działania prowadzone przez Narodowy Fundusz Zdrowia, adresowane do kobiet powyżej 50 roku życia. Jednak nie jesteśmy  w stowarzyszeniu tylko po to, żeby się uczyć. Dla wielu ośrodków stanowimy wzór, na przykład, jeśli chodzi o pomoc społeczną. Możemy pochwalić się działaniami na rzecz osób starszych prowadzonymi przez Miejskie Centrum Usług Społecznych, jak również pracą Miejskiego Centrum Profilaktyki. Obie te instytucje wprowadziły wiele cennych, innowacyjnych rozwiązań .

- Uczestnicy konferencji, chociaż rozsiani po całej Polsce, sprawiają wrażenie dobrych znajomych.

- Zarząd składa się z reprezentantów Łodzi, Poznania, Białegostoku, Rabki i Świdnika. Trudno spotykać się często, ale jesteśmy w stałym kontakcie mailowym. Tą drogą promujemy różne akcje wśród członków stowarzyszenia i zachęcamy samorządy do angażowania się w nie. Tworzy to również, mimo braku realnego kontaktu, silne więzi interpersonalne.

- Co w ciągu minionych trzech dni było dla naszych gości najciekawsze?

- Może wydać się to zabawne, ale dla wielu, sam pobyt, pierwszy raz w życiu, w tej części Polski, która, proszę mi uwierzyć, jest dla nich trochę jak terra incognita. Wszyscy podkreślali, że pojęcie Polski „B” jest już tylko mitem. Zwiedziliśmy Lublin i PZL-Świdnik. Świdnickie susełki od Pelagii Buchajskiej, naturalne soki Szczepanówki z Kolonii Świdnik i egzotyczne dla wielu cebularze, również zrobiły swoje. Najważniejsza była jednak wymiana doświadczeń i wprowadzone po raz pierwszy, wykłady pracowników naukowych Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, którego rektor objął patronatem honorowym nasza konferencję.

- Organizacja zebrania była dużym przedsięwzięciem logistycznym, nie do ogarnięcia przez jedną osobę.

- Oczywiście. Szczególne podziękowania kieruję do pań: Bożeny Zapalskiej i Małgorzaty Krzowskiej z wydziału oświaty i spraw społecznych UM, Ewy Kossowskiej, kierownika Miejskiego Centrum Profilaktyki, Beaty Portki, szefowej Miejskiego Centrum Pomocy Społecznej oraz różnych instytucji, bez których nasze spotkanie nie mogłoby dojść do skutku.

Jan Mazur

środa, 16 maj 2018 12:01

Odpowie za kradzieże

Policjanci zatrzymali 15-latka, który dopuścił się kilku kradzieży na terenie Świdnika. Jego łupem padły niezabezpieczone jednoślady.

- W ostatnim czasie otrzymaliśmy wiele zawiadomień dotyczących kradzieży rowerów górskich, pozostawianych głównie w pobliżu szkół. Sprawca wykorzystał fakt, że pojazdy nie posiadały żadnego zabezpieczenia. Okazał się nim mieszkaniec Lublina. Nieletni przyznał się do zarzucanych mu czynów. Ustalamy też czy nie jest powiązany z innymi kradzieżami - mówi Elwira Domaradzka, oficer prasowy świdnickiej policji.

O dalszym losie nieuczciwego lublinianina zdecyduje sąd rodzinny.

poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10nast.
Strona 1 z 311