• Schronisko w Krzesimowie
  • rodzinka
  • Schronisko w Krzesimowie
  • SH
  • Idzie sobie Grześ...
  • Zdrowy Świdnik
  • Repertuar
  • Slajd Wirtualny Spacer
  • Wirtualny spacer po Strefie Historii
  • Załatw sprawę w Urzędzie
sobota, 03 grudzień 2016 10:26

Kwiatek od Ewy

Napisał 

- Jeżeli jest się pracoholikiem i chce się pracować w nienormowanym czasie, po godzinach, z nietrwałą i bardzo wymagająca materią, a przy tym realizować własne pomysły po to, by dawać ludziom radość i tworzyć piękno, można zostać tak jak ja – florystką – mówi Ewa Łukasik, właścicielka Kwiaciarni Ewa, przy ul. Niepodległości 17a.

- Jak wyglądała Pani droga do zawodu florysty?

- Pasję do kwiatów odziedziczyłam po mamie. Przy domu zawsze był ogród, dbała o niego i robiła to tak skutecznie, że zdobywała pierwsze miejsca w gminnych konkursach we Franciszkowie. W wieku 15 lat wyruszyłam z domu do szkoły rolniczej w Kijanach. Tam skończyłam technikum. Do dziś pozostał mi sentyment do tego miejsca. Później wyjechałam w świat, piękny i kolorowy, czego nie można było powiedzieć o ówczesnej Polsce. To tam poznałam nowoczesne techniki bukieciarskie. Kiedy wróciłam mój mąż Szczepan wpadł na pomysł, by kupić mi kwiaciarnię. Na początku było bardzo trudno. Troje dzieci, po kwiaty jeździliśmy do Warszawy, a w kwiaciarni były kolejki. Musiałam stale dbać o swój warsztat. Skończyłam kurs florystyczny na SGGW w Warszawie, a następnie zdobyłam uprawnienia pedagogiczne, by móc szkolić uczniów w tej dziedzinie.

- Kim są ci młodzi ludzie?

- To zwykle uczniowie szkół ogrodniczych, studenci architektury krajobrazu Uniwersytetu Przyrodniczego i KUL, którzy odbywają u mnie praktyki i sprawdzają, jak teoria łączy się z praktyką. Mają świetne pomysły, widać w nich rozwijającą się pasję – co dobrze wróży na przyszłość. Przyjmując ich pod swoje skrzydła, muszę się jednak ciągle uczyć dla nich i z nimi. To dobre rozwiązanie, nie pozwala stać w miejscu. I trochę mniej czuje się upływ czasu.

- Nauczanie nie jest główną częścią Pani działalności zawodowej. Co jest na pierwszym miejscu?

- Zawsze na pierwszym miejscu były kwiaty, tworzenie z nich bukietów, kompozycji okolicznościowych, dekoracji na różne okazje, wystrojów imprez, a także wnętrz i ogrodów. Tak zrodził się pomysł na rozszerzenie działalności. Od kilku lat, przy pomocy moich uczennic, obecnie architektów krajobrazu, tworzymy ogrody. Zajmujemy się także pielęgnacją, profilaktyką, doradzamy i pomagamy klientom, których jest coraz więcej.

- Jak udało się Pani utrzymać w niełatwej branży już 20 lat?

- Trzeba być na bieżąco, ciągle się uczyć i praktykować. Dużo daje Internet, ale bez wcześniejszych szkoleń, konkursów, pokazów, na niewiele by się to zdało. Moda i techniki florystyczne zmieniają się w szalonym tempie. Stąd, by trafić w gust klientów, trzeba włożyć dużo wysiłku, cierpliwości, działania i natchnienia. Poza tym, zawsze pamiętam o tym, że florysta odpowiedzialny jest za kształtowanie poczucia estetyki, piękna i artyzmu w każdym człowieku, który patrzy na jego dzieło. Zbyt wiele jeszcze mamy kiczu i bezguścia, widocznego choćby na naszych grobach 1 listopada.

- Kto trafia do Pani najczęściej? I o co prosi?

- Zwykle to „stały klient”, który wie, że znajdzie u mnie coś dla siebie. Ponad 20 lat działania w jednym miejscu spowodowało, że ci ludzie stali się dobrymi znajomymi, którzy polecają nas innym. O co proszą? Różnie. Przed chwilą, jak pani widziała, był młody ojciec, kupujący kwiaty dla żony, wychodzącej ze szpitala z nowo narodzonym synem. Przychodzą po kwiaty na zaręczyny, po bukiety ślubne, a w końcu bukiecik na chrzest. Robimy wieńce pogrzebowe, stroiki świąteczne, kompozycje nagrobne. Obsługujemy uroczystości państwowe i okolicznościowe, pracujemy dla urzędów i stowarzyszeń.

- Czyli nie boi się Pani żadnego zamówienia?

- Im trudniejsze - tym jest ciekawiej. Przy dużych, kompleksowych projektach, np. dekoracjach ślubnych, eventach czy targach, jest trochę czasu na przygotowanie i przedyskutowanie koncepcji, zastanowienie się nad doborem roślin, kolorystyki, ich ustawieniem i wyeksponowaniem czy też sprowadzeniem odpowiednich roślin z Holandii, z giełdy. Ale… najczęściej tworzymy przy kliencie, bez przygotowania. Wielką sztuką jest zachwycić dziełem zrobionym w 10 minut. Dla tego jednego „ach!” warto to robić.

- Jakie zlecenie było dla Pani największym wyzwaniem?

- Chyba przygotowanie dekoracji na ślub córki. Chciałam spełnić jej marzenia, ale także swoje. Efekt powalił nie tylko mnie. To zasługa przede wszystkim moich przyjaciółek florystek: Ani, Basi, Magdy, Karoliny, na które zawsze mogę liczyć. Miałam kwiaty w ręku tylko przy zakupie, później nie przyłożyłam ręki do wykonania, bo nie było na to czasu w nawale przedślubnych obowiązków. Dziewczyny mnie nie zawiodły, świetnie odczytały moje myśli. Córka i zięć mieli łzy w oczach, kiedy zobaczyli dekoracje. To chyba najlepsze podziękowanie.

- Czy ma Pani poczucie spełnienia po tylu latach pracy w zawodzie?

- Mam olbrzymie szczęście pracować przy czymś, co lubię i jeszcze mieć z tego dochód. To pasja, emocje, poświęcenie, dar i spełnienie. Żal mi jednak młodych dziewczyn, posiadających niesamowite zdolności, które nie mogą się rozwijać tak jak ja. Brakuje dla nich miejsc pracy, bo nas, właścicielek kwiaciarni, nie stać obecnie na zatrudnianie pracowników.

- Jakieś plany na przyszłość?

- Tak, ciągle mam plany, jestem typem kobiety pracującej. Za tydzień kończę pięćdziesiąt lat, więc może pora na coś nowego? Ale o tym zadecyduje mój doradca, menadżer i mąż w jednym - od trzydziestu lat.

rozmawiała Justyna Kowalczyk

Czytany 514 razy

Najczęściej czytane

  • DSC_0617
  • DSC_0603
  • mural-2
  • mural-5
  • DSC_0603
  • DSC_0561
  • mural-6
  • dsc_0036
  • mural-1
  • dsc_0043
  • DSC_0586