Z dziećmi na przerwie - Świdnik - wysokich lotów

sobota, 29 październik 2016 09:20

Z dziećmi na przerwie

Napisała 

Wychodzące do szkoły dziecko wymaga nie tylko podręczników i przyborów szkolnych, ale także „małego co nieco” do jedzenia, pozwalającego przetrwać długie godziny zajęć. Jest to wyzwanie dla rodziców, ale także nie lada problem dla właścicieli sklepików szkolnych. O tym, jak prowadzić taki punkt, opowiada Sylwia Figlarska.

- Skąd pomysł na otwarcie sklepu w szkole?

- To zupełny przypadek, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Zaczęło się od punktu w Szkole Podstawowej nr 7, który zwolnił inny właściciel, a następnie okazało się, że mogę także otworzyć podobny w Szkole Podstawowej nr 5. I tak już piąty rok. I choć nie było łatwo, dziś nie zamieniłabym się na inny rodzaj działalności.

- Co jest takiego wyjątkowego w tym biznesie?

- Przede wszystkim wyjątkowe są dzieci. To bardzo wymagający klienci, uczący cierpliwości, ale także życzliwi i ciepli, którzy przychodzą tu z uśmiechem. I nie tylko po to, by kupić ekologiczną drożdżówkę czy sok. Inną kwestią jest oferowany asortyment. Nie jest łatwo znaleźć produkty, spełniające wyśrubowane normy i jednocześnie atrakcyjne dla dzieci. Produkty przyjeżdżają do mnie z całej Polski. Ich wyszukanie zajmuje wiele czasu i energii, ale z roku na rok jest coraz lepiej. Poza tym wymieniamy się adresami producentów i sklepów z innymi prowadzącymi tego typu działalność. I jest trochę łatwiej.

- Nowe rozporządzenie dotyczące jakości produktów oferowanych w szkolnych sklepikach jest bardzo wymagające. Co Pani o nim sądzi?

- Dla mnie te przepisy nie są nowością. Rozumiem także intencje urzędników, dbających o to, by dzieci jadły zdrowo, nie tyły i nie nabierały złych nawyków żywieniowych. Pracowałam w zespole parlamentarnych ekspertów, tworzącym nowe normy dla żywności sprzedawanej w sklepikach. Byli rodzice, rzemieślnicy, lekarze, dietetycy. Jako sprzedawcy chcieliśmy stworzyć warunki, dzięki którym nie tylko możemy oferować zdrową żywość, ale także móc realnie ją znaleźć i umieścić w naszej ofercie. Udało nam się wprawdzie wprowadzić tylko dwie zmiany, dotyczące ilości cukru w produktach mlecznych i zbożowych, ale uważamy to za sukces.

- Co można zrobić, by przekonać dzieci do dobrych, zdrowych przekąsek?

- Na szczęście coraz częściej uczniowie decydują się na zakup znalezionych przeze mnie produktów. Owocowe chipsy, galaretki, ciasteczka z mąki z pełnego przemiału czy hit tego roku - drożdżówki z niską zawartością cukru i tłuszczu, pieczone z ciemniej mąki, przekonują wielu. By zmienić zdanie młodych ludzi o ekologicznych produktach, zaczęłam od częstowania ich nimi. Po degustacjach okazało się, że zdrowa żywność jest smaczna. Dziś już nie pytają o tradycyjne słodycze, tylko wybierają moje. To także zasługa szkoły i nauczycieli, którzy włączyli się w budowanie świadomości zdrowego życia. Teraz wspólnie zbieramy tego efekty.

- Czy zatem szkolny sklepik to dobry pomysł na biznes?

- I tak, i nie. Z jednej strony pojawia się satysfakcja, jeśli przekona się dzieci do produktów, które dotąd uznawały za nieatrakcyjne. Wiele też zależy od relacji ze szkołą, nastawienia dyrekcji, nauczycieli i rodziców do akcji promowania zdrowego trybu życia i kształtowania postaw proekologicznych. Ja dobrze trafiłam pod tym względem. Minusem prowadzenia tej działalności są wysokie ceny produktów dla dzieci i, nadal, konieczność poszukiwania w całej Polsce producentów sprawdzonego asortymentu. Pochłania to wiele czasu, a cenom, niestety, nie pozwala opaść. Mam nadzieję, że zmieni się to, kiedy właściciele sklepików szkolnych zorganizują się i zaczną skuteczniej lobbować w tym zakresie. Chcemy założyć stowarzyszenie i skutecznie walczyć nie tylko o ceny, ale przede wszystkim o zdrowy jadłospis dla dzieci.

- Widziałam dziewczynkę, która nie przyszła po smakołyki. O co jeszcze proszą uczniowie?

- Staram się zawsze służyć pomocą. Mam w swoim asortymencie przybory szkolne, więc kiedy zabraknie kartki, długopisu czy woreczka, mogą na mnie liczyć. Przychodzą z różnymi prośbami, najczęściej z takimi, z którymi nie mogą zwrócić się do nauczycieli, co oznacza, że zapracowałam na ich zaufanie. To miłe. I może okaże się dobrą wróżbą na przyszłość.

Justyna Kowalczyk

Czytany 603 razy