Menedżer z pasją - Świdnik - wysokich lotów

środa, 27 maj 2015 09:37

Menedżer z pasją

Napisała 

Kolejnym menedżerem z pasją, którego przedstawiamy w naszym cyklu jest Robert Kasprzak, współzałożyciel serwisu samochodowego Raider, działającego pod szyldem Bosch Service.

- Zawodowo jestem…

- Jestem inżynierem mechanikiem. Ukończyłem Politechnikę Warszawską, Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych. Współprowadzę serwis samochodowy AMS Raider. Prywatnie jestem rodowitym świdniczaninem i całe moje życie jest związane z tym miastem. Żona Renata także pochodzi ze Świdnika. Od 1984 roku leczy dzieci mieszkańców naszego miasta. Mam dwóch dorosłych synów, którzy ukończyli SGH w Warszawie. Tam też założyli rodziny i realizują się zawodowo. W lipcu zostanę dziadkiem, z czego ogromnie się cieszę. W listopadowych wyborach zostałem wybrany do Rady Powiatu V kadencji.

- Moja firma…

- Firmę, którą prowadzę z kolegą ze studiów, Maciejem Krupą, założyliśmy w 1997 roku, więc wkrótce będzie „pełnoletnia”. Jest to serwis samochodowy Raider, działający pod szyldem Bosch Service. Wcześniej mieliśmy autoryzację Iveco i zajmowaliśmy się naprawą ciężarówek. Obecnie specjalizujemy się w naprawach samochodów ciężarowych, tachografach, ale i obsłudze samochodów osobowych. Myślę, że jesteśmy jedną z lepszych firm, które zajmują się tachografami. Mamy bardzo duże doświadczenie i zgraną załogę. Zatrudniamy 21 osób.

- Najważniejsze wydarzenie w życiu zawodowym…

- W moim życiu było kilka przełomowych dla mnie zdarzeń. W 1986 roku znalazłem zatrudnienie w zagranicznym przedsiębiorstwie Hanseatic, które prowadził były dyrektor WSK Świdnik, Jan Czogała. Pracowałem tam ponad 3,5 roku i wiele się w tym czasie nauczyłem. Później przyszła pora na inne miejsca, między innymi Drabpol - punkt legalizacji tachografów, a w 1997 roku wraz ze wspólnikiem otworzyliśmy własny serwis samochodowy.

- Doświadczenie zawodowe…

- Szlify zawodowe zdobywałem na praktykach i w Spółdzielni Studenckiej. Zajmowałem się konstruowaniem, ale i prostymi pracami, na przykład myciem okien. W końcu jednak studencki okres musiał się skończyć i przyszła pora, by wracać do domu. To były dla mnie trudne czasy. Miałem już tytuł inżyniera, specjalisty od samochodów i marzyłem, by pracować w zawodzie. W Warszawie jednak nie mogłem zostać, bo potrzebne było zameldowanie albo praca. Można było pracować, jeśli miało się zameldowanie. A zameldowanie można było dostać tylko w jeden sposób… żeniąc się z warszawianką, a ja miałem co do tego zupełnie inne plany... Wróciłem więc do Świdnika i swojej rodziny. Początkowo pracowałem na stacji obsługi samochodów SKR Nowy Krępiec, jednak czułem, że nie mogę rozwinąć skrzydeł i wkrótce zrezygnowałem. Zacząłem pracować u pana Czogały i stałem się „słodkim chłopakiem”, bo produkowałem cukierki. Dr Pawłoski, u którego zrobiłem dyplom z nadwozi samochodowych, zwykł mówić, że umiejętność konstrukcji nadwozia zawsze się przyda, bo każda rzecz istniejąca wokół nas na tym świecie ma swoje nadwozie tak, jak i samochód. Kiedy więc dostałem propozycję robienia cukierków, stwierdziłem, że one też mają swoje nadwozie i trzeba przypilnować, by wyglądały dobrze. Dlatego też szybko odnalazłem się w nowej rzeczywistości. Kolejne doświadczenia zdobywałem w firmie Sunpol, prowadzonej przez Janusza Aleksandrowicza i słynnego wówczas Bogatina. Przez krótki okres sprawowałem funkcję urzędnika państwowego w Urzędzie Wojewódzkim, co było dla mnie interesującym epizodem zawodowym. Pracowałem też jako przedstawiciel handlowy firmy Canon. Te wszystkie doświadczenia zaprocentowały w kolejnych latach. Zarządzanie, handel, organizacja, instytucje państwowe, kontakty… wszystko to przydało się przy zakładaniu własnej działalności i jej początkowym okresie rozwoju. Musiałem przecież nie tylko rozruszać działalność, ale i dobrać odpowiednią załogę.

- Najważniejsze w byciu szefem to…

- Mieć kilka umiejętności. Przede wszystkim, być człowiekiem, znać ludzką psychikę, umieć odpowiednio dobierać zespół i kierować nim. Wyznaję zasadę, że w pracy nie można się nudzić, bo gdy człowiek zaczyna być znużony, patrzy na zegarek i odlicza, ile czasu zostało jeszcze do końca zmiany, to znaczy, że nie nadaje się na dane stanowisko. Ktoś, komu zmiana mija nie wiadomo kiedy, jest człowiekiem zadowolonym. A jeśli pracownik jest zadowolony, to z jego postępów i pracy cieszy się też pracodawca. I odwrotnie. Zyskuje na tym zarówno przedsiębiorstwo, jak i pracownik.

- Moje zainteresowania…

- Przez wiele lat moją pasją była firma. Teraz jednak, oprócz serwisu, moim oczkiem w głowie jest siedlisko na wsi, które od paru lat remontuję. Chcę, żeby było to miejsce, do którego będę mógł zabierać wnuki na wakacje.

Agata Flisiak

Czytany 1620 razy