Wydrukuj tę stronę
poniedziałek, 12 styczeń 2015 08:56

Smak domowego jedzenia

Napisała 

Restauracja Smakosz żywi świdniczan już od ponad 10 lat. Goście chwalą sobie znakomity smak potraw oraz dbałość o dekoracje. O historii miejsca słynącego z pysznego, domowego jedzenia, opowiada Grażyna Węgorowska, właścicielka Smakosza (na zdjęciu druga z prawej strony).

- Dawniej pracowałam w gastronomii, ale nie w kuchni. Byłam kelnerką, bufetową, blokierką, kierownikiem. Gdy nastał okres transformacji, zaczęto zamykać zakłady, inne prywatyzować. Zostałam bez pracy. Przypadek sprawił, że w kuźni, na WSK otwarto bar Smaczek, gdzie potrzebowano szefa kuchni. Nigdy nie pracowałam na takim stanowisku, ale pomyślałam, że dam sobie radę. Umiałam kalkulować, miałam doświadczenie jako kierownik i potrafiłam gotować. Nie przyznałam się, że nie mam doświadczenia. Dostałam tę pracę i tak wszystko się zaczęło - rozpoczyna swoją historię Grażyna Węgorowska.

W przyzakładowym barze

- Smaczek otworzył młody przedsiębiorca. Miejsce cieszyło się popularnością wśród robotników pracujących w WSK. Kiedy kuźnię oddzielono od reszty zakładu, pracownicy zrobili dziurę w siatce, dzięki czemu nadal przychodzili do nas po jedzenie. Wszystko układało się bardzo dobrze, ale potem pojawiły się problemy finansowe i lokal zamknięto - wspomina Grażyna Węgorowska. - Później pojawiły się plany, by bar otworzyć na innym wydziale. Zebrano w tej sprawie 120 podpisów, ale inicjatywa upadła. Znów straciłam pracę. Ludzie utożsamiali ten przyzakładowy bar ze mną, więc kiedy spotykałam ich na ulicy mówili, że powinnam coś otworzyć. W Świdniku brakowało miejsca, w którym można było zjeść smacznie i po domowemu. Ale nie miałam ani pieniędzy, ani sprzętu. W końcu właściciel Smaczka, za niewielkie pieniądze, odsprzedał mi urządzenia. Zaczęłam szukać lokalu, w którym mogłabym otworzyć restaurację. Znalazłam pomieszczenie przy ulicy Mickiewicza, które natychmiast wynajęłam. Miałam już projekt wnętrza, jednak wspólnota mieszkaniowa wycofała swoją zgodę na restaurację. Zostałam bez lokalu i z długami. Zrządzeniem losu dowiedziałam się, że tutaj, na Kruczkowskiego, był lokal do wynajęcia. Kiedy po raz pierwszy przyszliśmy tu z synem, trochę się przestraszyliśmy, bo pomieszczenie było w złym stanie. Wcześniej była tu dyskoteka. Okna były pozasłaniane, w lokalu nie było żadnego wyposażenia. Dostałam kredyt, a w remoncie pomogła mi rodzina i przyjaciele, i jakoś się udało. W miarę możliwości, wszystko odświeżyliśmy i urządziliśmy.

Na swoim

- Bałam się strasznie, bo miałam długi – mówi pani Grażyna. – Na początku mało osób o nas wiedziało. Nie mieliśmy żadnej reklamy. Jednak pomału ludzie zaczęli się u nas stołować. Na początku pracowaliśmy we czworo, ja, córka oraz dwóch pracowników. Żeby zdążyć z przyrządzaniem dań, nieraz zostawaliśmy do późna w pracy i przygotowywaliśmy składniki na kolejny dzień. Zdarzało się, że nocowałam w lokalu, bo miałam tyle do zrobienia. Na początku nie mieliśmy dostawców, ani kierowcy, który mógłby jeździć po towar, więc razem z córką same wszystko kupowałyśmy. To był dla nas ciężki okres, ale wkrótce działo się już lepiej. Nie spodziewałam się, że świdniczanie okażą nam takie zainteresowanie. Oddałam długi, zatrudniłam nowych pracowników, kupiłam samochód, żeby rozwozić zamówienia. Lokal zaczął się robić trochę za mały, więc go przebudowaliśmy.

Smak prawdziwego jedzenia

- To, co przyciąga tu ludzi, to prawdziwa, domowa kuchnia. Gotujemy z sercem, według przepisów mojej mamy i babci. Oczywiście, wprowadzamy również nowoczesne potrawy, ale ich bazą jest domowe jedzenie i smak, który już wypracowaliśmy. Nie używamy mrożonek, a warzywa oraz dania, które gotujemy, są zawsze świeże. Mamy stałych dostawców, którzy dostarczają nam warzywa z ekologicznych upraw. Bardzo trudno byłoby mi wskazać jedno ulubione danie naszych gości. Każda z potraw cieszy się dużym zainteresowaniem, chociaż muszę przyznać, że klienci najchętniej kupują tradycyjne, proste potrawy, takie jak pierogi ruskie, flaki czy bigos. Nagrodą za naszą pracę są klienci, którzy do nas wracają i pytają o przepisy. Zdarzają się sytuacje, gdy od rodziców czy babć słyszymy, że dzieci nie chcą jeść domowych pierogów, bo nie smakują tak, jak nasze. To jest dla nas najpiękniejsze podziękowanie - wyznaje pani Grażyna.

rozmawiała Agata Flisiak

Czytany 2583 razy