• Idzie sobie Grześ...
  • Repertuar
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Slajd Wirtualny Spacer
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • rodzinka
  • Zdrowy Świdnik
  • Wirtualny spacer po Strefie Historii
  • SH

Mirosław Król

Sobieski w Pilaszkowicach

Pilaszkowice położone są malowniczo w dolinie rzeki Giełczew oraz na okalających je wzgórzach. Czy urok tego miejsca przyciągnął Jana Sobieskiego, hetmana wielkiego, pogromcę Turków i króla? Zapewne … skoro mieszkał tu nieprzerwanie przez kilkanaście lat.

Ród Sobieskich herbu Janina wywodzi się z Sobieszyna koło Ryk. Sebastian Sobieski (1486 – 1557) poślubił w 1516 r. Barbarę Giełczewską i otrzymał w wianie, między innymi Pilaszkowice. Pierwszym przedstawicielem rodu, który wszedł do sfer magnackich był Marek Sobieski (1550 – 1605), dziad króla Jana III. Cieszył się wielkim zaufaniem Stefana Batorego. Był wybitnym żołnierzem, człowiekiem o dużej odwadze i wielkim szermierzem, czemu dawał wyraz w przedbitewnych harcach. Batory miał powiedzieć, że „gdyby los całej Rzeczpospolitej zależał od jednego pojedynku, to zaufałby tylko Markowi Sobieskiemu”. Potem wieś znalazła się w rękach Jakuba Sobieskiego (1591 – 1646), kasztelana krakowskiego i ojca króla Polski. Przyjmuje się, że Jan Sobieski przebywał w Pilaszkowicach nieprzerwanie w latach 1646 – 1658, potem bywał tu tylko okazyjnie. Z Pilaszkowic datowanych jest kilka listów Sobieskiego do ukochanej Marysieńki.

Po ślubie z Janem Sobieskim, w Pilaszkowicach bywała także Maria Kazimiera. Urokliwe miejsce musiało jej przypaść do gustu, ale narzekała na ciasnotę barokowego dworu, zaprojektowanego przez słynnego Tylmana z Gameren. Dwór czy też pałac dotrwał do powstania kościuszkowskiego, kiedy to uległ zniszczeniu w pożarze. Klementyna z Tańskich Hoffmanowa w pracy „Wyjątki z dziennika drugiej w kraju naszym przejażdżki” daje jedyny opis dworu w Pilaszkowicach, a właściwie już jego ruin. W charakterystyce pochodzącej z czerwca 1826 r., pałac jest wąski i długi, przypomina raczej klasztor, parter jest murowany, drewniane piętro spłonęło podczas powstania. W kaplicy pałacowej odprawiane są nabożeństwa. Znajduje się w niej słynny obraz Matki Boskiej, podobny do tych w Częstochowie i Sokalu, który według tradycji Sobieski zabierał na wojenne wyprawy, także pod Wiedeń (na zdj.). Autorka podziwiała Jałowy sad - fragment ogrodu z „przepysznymi” lipami, zasadzonymi własnoręcznie przez Sobieskiego w układzie litery M … jak Marysieńka. Tradycja przekazała, że w tym miejscu, przed wyprawą pod Wiedeń, odbywała się uczta Sobieskiego z jego żołnierzami i okoliczną szlachtą. Potem przez Wilanów ruszył ku stolicy cesarstwa Austriackiego, by gromić Turków. Miejscowi pokazywali Hoffmanowej miejsce naprzeciwko królewskiego pokoju, gdzie w cieniu lip usypywano z darni kanapę, na której codziennie po obiedzie, król pan drzemał.

Niektórzy twierdzą, że w Pilaszkowicach mogła przebywać z królem słynna wydra Jana Chryzostoma Paska o imieniu Robak, a zabił ją nie przypadkowy dragon, a osadzony tu turecki jeniec. Król Jan w porywie gniewu kazał przybić w łańcuchach do ściany pałacowego lochu, gdzie jęczał w mękach. Cóż … każde niezwykłe miejsce ma swoją legendę.

Po śmierci Jana III królowa Marysieńka przekazała Pilaszkowice królewiczowi Jakubowi Sobieskiemu, a ten sprzedał je śląskim magnatom Braunschweigom. Dziś na pałacowym wzgórzu wznosi się XIX-wieczny dworek ,w niczym nieprzypominający pałacu Sobieskich. Opodal można podziwiać urokliwy spichlerz z ręcznie ciosanymi drewnianymi belkami, a u stóp wzgórza rozciąga się malownicza dolina Giełczwi z licznymi stawami, starym młynem i ruinami gorzelni. W kościele parafialnym w Częstoborowicach można obejrzeć odrestaurowany XVII-wieczny obraz Matki Bożej Zwycięskiej, tak ceniony przez króla Jana Sobieskiego.


Anna Kamieńska w Świdniku

Anna Kamieńska (1920 – 1986) - poetka, pisarka i tłumaczka, autorka znanych i cenionych książek dla dzieci i młodzieży. Urodziła się w Krasnymstawie, ale dzieciństwo i młodość spędziła w Lublinie i Świdniku. Ukończyła Gimnazjum Unii Lubelskiej. Pierwsze próby poetyckie podjęła jako 14-latka, na łamach wydawanego przez Józefa Czechowicza Płomyczka. Maturę zdała na tajnych kompletach. Po wojnie studiowała polonistykę na KUL, którą porzuciła na rzecz filologii klasycznej.

Przy ul. Leśnej (os. Adampol), w pobliżu budynku starej stacji, stoi dom czy raczej dwór, który został tu przeniesiony z Tarnowa ok. 1920 r. Mieszkali w nim przed wojną dziadkowie Anny Kamieńskiej ze strony ojca. Dom i świdnickie nadleśnictwo, w którym pracowała w okresie okupacji, wryły się głęboko w pamięć pisarki. Ślady Świdnika odnajdujemy w dzienniku poetki: „w zapachu jaśminu, w prawdziwej zimie, w urokach świdnickiego lasu, czy w wyglądzie leśnych ptaków”. W późniejszej twórczości Kamieńska uważała dzieciństwo za jeden z najważniejszych etapów ludzkiego życia. Motywy tego szczególnego miejsca odnajdujemy w wierszach i opowiadaniach: „Droga przez Biskupie”, „Drogowskaz”, „Mełgiew”, „Sadzenie ziemniaków”, „Bielenie izby”, „Siostro moja, przy mnie stań…” oraz „Pożegnanie dzieciństwa”.

Szczególnie ciekawe są wspomnienia Anny Kamieńskiej z okresu okupacji hitlerowskiej. Mieszkając w Świdniku, sama się kształciła, ale też udzielała konspiracyjnych lekcji. Współpracowała z drużyną świdnickich harcerzy, która powstała w maju 1940 r. i była kierowana przez Henryka Szcześniewskiego „Żurawia”. Wiemy, że organizowali tajne nauczanie wśród okolicznej młodzieży i wydawali konspiracyjną gazetkę „Jeszcze Polska nie zginęła”. Szczególnie cenną była działalność wywiadowcza grupy konspiratorów, zorganizowana wokół lotniska. Przekazywano meldunki z jego obserwacji do komórki ZWZ w Lublinie, informujące o ruchach wojsk niemieckich. Rolę łączniczki pełniła Anna Kamieńska.

Sama poetka wspominała, podczas spotkania w Lublinie w 1974 r., o pomocy udzielanej więźniom Majdanka. W grypsach zza drutów przesyłano niecodzienną prośbę: o przemycenie strof poezji. Szczególną umiejętnością odznaczała się babcia pisarki, która potrafiła zapiekać w bochenkach chleba książki tak by nie uległy zniszczeniu. Ten niezwykły chleb przesyłano potem więźniom i mimo kontroli nie udało się Niemcom odnaleźć tekstów. W ten sposób dostarczano za druty poezję Mickiewicza, Słowackiego czy Wyspiańskiego.

Anna Kamieńska wielokrotnie odwiedzała w Świdniku kuzynkę Marię Wołoszańską. Do miejsc dzieciństwa powracała także przez lata we wspomnieniach. Dlatego Miejsko-Powiatowa Biblioteka Publiczna przyjęła w 1995 r. imię Anny Kamieńskiej i z pieczołowitością gromadzi wszelkie pamiątki po poetce, której jej przyjaciel ks. Jan Twardowski zadedykował wiersz: Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Kamieńska, która nieraz prowadziła poetycki dialog z ks. Twardowskim, i tym razem odpowiedziała: „Nikogo nie zdążyłam kochać, choć się tak śpieszyłam”. Jednak ks. Twardowski zaświadcza, że Anna Kamieńska wiele miłości ofiarowała bliskim, a także nam, czytelnikom.


Co może łączyć Łańcuchów z Jasną Górą?

Jadąc w kierunku Puchaczowa, zatrzymujemy się czasami na moście w Łańcuchowie, aby podziwiać meandrujący Wieprz. Oblewa on wieś z trzech stron. Zapewne dawni właściciele dostrzegli walory obronne miejsca, bo w XIV w. osiedlił się tutaj możny ród Kuropatwów herbu Śreniawa, który przez dwa wieki należał do najbardziej wpływowych familii w regionie i w kraju. Protoplasta rodu Jaśko przybył do Łańcuchowa z ziemi świętokrzyskiej. Sprawował urząd starosty i sędziego lubelskiego. Kiedy umierał ok. 1421 r., zostawił majątek swojemu synowi Janowi.

Jan Kuropatwa, zanim został szanowanym rycerzem i obrońcą Korony Królestwa Polskiego, zdobył niechlubną sławę jako jeden z przywódców napadu rabunkowego na klasztor jasnogórski. Doszło do niego przed Wielkanocą 1430 r., a opisał go Jan Długosz. Wśród napastników znaleźli się: Wacław Fryderyk Ostrogski, Jan Kuropatwa z Łańcuchowa, Jakub Nadobny z Rogowa oraz Rogala z Kozolina, którzy zebrali zbójów niższego stanu i nocą napadli na klasztor. Wówczas to obraz Madonny został rzucony na ziemię i rozpadł się na trzy deski, na których został namalowany. Wtedy także powstały cięcia na twarzy Maryi, które widoczne są do dziś i posiadają głęboką symbolikę.

Jakie były motywy wspomnianego napadu? Trudno dziś z całą pewnością dociec. Długosz sugeruje, że był to wybryk młodych rycerzy, szukających szybkiego wzbogacenia. Mógł to być również napad inspirowany przez innowierców, zwolenników nauki Jana Husa z Czech. Wiemy, że husytą był Ostrogski. Sprawców napadu szybko schwytano. Ludzi nikczemnego stanu powieszono, a rycerzy zamknięto w baszcie wawelskiej. Nie więziono ich długo, bo za poręczeniem już w maju wyszli na wolność. Wydaje się, że Jan Kuropatwa podejmuje kroki, by zmyć z siebie hańbę. Bierze udział w walkach na Litwie przeciw Krzyżakom i sprzymierzonemu z nimi Świdrygielle. Walczy także na Wołyniu. Podczas oblężenia Łucka ginie jego niedawny wspólnik, Jakub Nadobny. W bitwie pod Wiłkomierzem, która złamała potęgę Krzyżaków inflanckich, Kuropatwa wziął do niewoli dwóch znacznych rycerzy zakonnych, którzy przebywali: „in Polen yndemhaveLatczoubho, 4 mylen van Lubelin". Przyjmuje się, że miejscem o zniekształconej przez Niemców nazwie mógł być położony 4 mile od Lublina Łańcuchów. Jan Kuropatwa walczył także w wojnie trzynastoletniej, w wyniku której Polska odzyskała dostęp do Bałtyku.

Wydaje się, że późniejsze zasługi Jana Kuropatwy przyćmiły jego wcześniejsze wybryki, gdyż w latach 40. XV w. rozwinęła się jego dworska kariera, którą zawdzięczał protekcji królowej Zofii Holszańskiej. W 1439 r. został nominowany na urząd podkomorzego lubelskiego, następnie starosty sanockiego i chełmskiego. Przez kilka lat pełnił też urząd marszałka nadwornego. W 1453 r. wziął udział w imieniu króla w wyprawie odwetowej na księstwo oświęcimskie. Został za to nagrodzony przez Kazimierza Jagiellończyka urzędem starosty i burgrabiego oświęcimskiego. W tych ostatnich wyprawach na Śląsk towarzyszył mu syn Stanisław, który po śmierci ojca, w 1462 r., objął rządy w Łańcuchowie. Jako kasztelan i starosta chełmski bronił miasta przed najazdami tatarskimi. Uzyskał od króla Zygmunta Starego zgodę na lokację miasta Łańcuchowa na prawie magdeburskim, co dokonało się w 1519 r. W tym samym roku miał miejsce niszczycielski napad Tatarów, którzy zdobyli i złupili Chełm. To wydarzenie stało się przyczyną ciężkiej choroby i śmierci Stanisława Kuropatwy w 1520 r. Wtedy prawdopodobnie załamały się plany rozwoju Łańcuchowa jako miasta.


Szkoła pilotów w Świdniku
 
„Zza lasku powoli wypływa jasne słonko, które zaczyna coraz więcej oświetlać piękny kilkupiętrowy dom. Z trzech stron tego gmachu, otulają go młode świerki. Przed oknami rosną śliczne kwiatki, a w środku nich duży basen do pływania. Bije godz. 5 rano. Z otwartych drzwi wybiega 40-stu młodych chłopców, ubranych w lotnicze ubrania, z okularami na głowach. W minutę później 16 maszyn wzlatuje w powietrze unosząc młode życia. To ja... koledzy i ... szkoła skrzydlatych." Tak opisał poranek w Szkole Pilotów w Świdniku jeden z jej pierwszych uczniów, pochodzący z Lublina Eugeniusz Kasprzak, który w czasie II wojny światowej służył w PSZ, na Zachodzie i zginął zestrzelony nad Danią. 
 
Międzynarodowy sukces polskiej załogi lotniczej: Stanisława Wigury i Franciszka Żwirki w międzynarodowych zawodach Challenge 1932 r. przyczynił się do wielkiego spopularyzowania sportów lotniczych. Istniejąca od 1928 r. Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej uzyskała status organizacji wyższej użyteczności publicznej, a jej szefem został, urodzony w podlubelskiej Kalinowszczyźnie gen. Leon Berbecki. W drugiej połowie lat trzydziestych podjęto decyzję o utworzeniu nowych szkół lotniczych. Powstały one w Bielsku, Masłowie, Stanisławowie oraz w Świdniku. Do sfinansowania zakupu terenu, budowy lotniska, szkoły pilotów jak również hangarów, warsztatów i innych budynków towarzyszących, zobowiązali się pracownicy Komunalnych Kas Oszczędności (KKO). To zobowiązanie obejmowało także zakup kilkunastu samolotów z przeznaczeniem dla świdnickiej szkoły pilotów. W 1937 r. odkupiono od sióstr szarytek 146 ha gruntów, na których w pobliżu dużego kompleksu leśnego zlokalizowano teren pod przyszłą szkołę pilotów. Do realizacji inwestycji przystąpiono niezwłocznie i już jesienią rozpoczęto budowę szkoły. Lotnisko, w 1939 r. miało wymiary 800x750 m. Projekt architektoniczny wykonał znany, m.in. z zaprojektowanego cokołu warszawskiej Syrenki inż. Stanisław Pomian–Połujan. Przygotowaniem i zniwelowaniem terenu zajęła się wyspecjalizowana grupa, przybyła z Wołynia. W powstanie i wyposażenie szkoły zaangażowana była cała Lubelszczyzna. Wiosną 1938 r. wykończono, zmontowane wcześniej hangary i przystąpiono do budowy budynku administracyjnego. W tym czasie w Doświadczalnych Zakładach Lotniczych w Warszawie rozpoczęto budowę pierwszej serii najnowszych samolotów szkolno-akrobacyjnych RWD 17, z czego pięć z przeznaczeniem dla Świdnika. W szkole znajdowało się jeszcze 8 samolotów RWD 8. Zostały one zakupione ze składek różnorakich związków i organizacji społecznych, a ofiarność ludzi była w tym względzie bardzo duża. W kwietniu 1938 r. odbył się w Lublinie ogólnopolski zjazd delegatów Komunalnych Kas Oszczędnościowych, który uchwalił dalszy plan wsparcia finansowego dla powstającej szkoły lotniczej w Świdniku. Po zakończeniu obrad wszyscy udali się autobusem do Świdnika, by obejrzeć postępy prac budowlanych. Oficjalne otwarcie pierwszego kursu szkolnego nastąpiło 29 czerwca 1938 r., mimo, że nie wybudowano jeszcze internatu, budynku administracyjnego i schronu przeciwlotniczego. Jednak na długo pozostała w pamięci mieszkańców Świdnika i okolic, uroczystość otwarcia i poświecenia szkoły pilotów, na którą 4 czerwca 1939 r. przybył marszałek Edward Rydz-Śmigły. Zainteresowanych szerszym przedstawieniem historii świdnickiej szkoły lotniczej odsyłam do pracy „Świdnik na kartach historii”.
Jan Olszewski (1913-2000)

Urodził się w Lublinie, ale dzieciństwo i młodość spędził na Wołyniu. Był jednym z jedenaściorga dzieci urzędnika kolejowego. Edukację zakończył na poziomie sześcioklasowej szkoły, gdyż rodziców nie stać było na dalsze kształcenie potomstwa. Już jako trzynastolatek Jan podejmował się pracy zarobkowej. Był obdarzony dużą siłą fizyczną, którą rozwijał jeszcze poprzez ćwiczenia.

Pierwsze przeszkolenie wojskowe zdobywał w szeregach organizacji „Strzelec”, a w 1931 r. wstąpił ochotniczo do Marynarki Wojennej, gdzie zdobył umiejętności radiotelegrafisty i stersygnalisty. Po zakończeniu służby wojskowej, zamieszkał w Gdyni. Pracował na lotnisku w Rumii – Zagórzu. W wolnych chwilach uzupełniał swoje wykształcenie. W tym czasie jego rodzina przeprowadziła się do Świdnika. Jan Olszewski na kilka tygodni przed wybuchem II wojny światowej został zmobilizowany i rozpoczął służbę w Marynarce Wojennej. Kampanię wrześniową odbył na Helu, gdzie 1 września jako radiotelegrafista odebrał meldunek z polskiej placówki na Westerplatte: „Zostaliśmy zaatakowani przez Niemców, pilnie prosimy o wsparcie”. Przeżył 30 dni obrony Helu i codzienne bombardowania. Trafił do niewoli niemieckiej. W Gdyni, wraz z grupą ok. 100 marynarzy, został niezgodnie z Konwencją Genewską aresztowany przez gestapo, za rzekome „znęcanie się nad ludnością cywilną”. Jako więzień był m.in. zatrudniony do porządkowania terenu placówki na Westerplatte, gdzie był świadkiem znęcania się nad polskimi jeńcami, a także ich mordowania przez Niemców. W styczniu 1940 r. został osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Więźniów zatrudniano przy wyrębie lasu. W obozie panował straszliwy głód, a osadzonych bito i poniżano. Wilgotny, malaryczny klimat i mroźna zima dziesiątkowały więźniów. Jan Olszewski do końca pobytu w niewoli nie zdejmował marynarskiego munduru, który zawsze nosił z dumą. Po prawie rocznym pobycie w obozie został włączony do grupy robotników remontowych pracujących w Gdańsku. W połowie 1941 r. udało mu się wraz z kolegą zbiec z niewoli i szczęśliwie, choć po wielu perypetiach, przekroczyć granicę z Generalną Gubernią. Udał się do rodziny w Świdniku. Ukrywał się w Adampolu i Franciszkowie. Prawdopodobnie już w 1942 r. wstąpił w szeregi konspiracyjnej Armii Krajowej, przyjmując pseudonim „Orkan”. Pracował w komórce legalizacyjnej AK, która wystawiała fałszywe dokumenty m.in. więźniom uciekającym z Majdanka, a także gromadziła dane wywiadowcze na temat świdnickiego lotniska. Olszewski kolportował również podziemne wydawnictwa. Broń, którą kupił na warszawskim bazarze, ukrywał w specjalnie wydrążonej książce „Mein Kampf”. W 1944 r. został mianowany dowódcą komórki wywiadu Armii Krajowej. Po wkroczeniu Rosjan wstąpił na krótko do Ludowego Wojska Polskiego. Nie trafił jednak na front ze względów zdrowotnych. Przebywał w Bydgoszczy, pracując w komórce poszukującej esesmanów, a także w prasie. W 1947 r. został na krótko aresztowany za nielegalne posiadanie broni. Potem przez kilka lat pracował, m.in. w Polskich Liniach Lotniczych „Lot”. Uzupełniał także wykształcenie. Na emeryturę odszedł w wieku 64 lat, poświęcając się rodzinie i swojej prawdziwej pasji – historii. Kilkakrotnie był finalistą teleturnieju „Wielka Gra”. Jan Olszewski, patriota o niespożytej energii, szczycił się życiorysem, którym mógłby obdarować kilku ludzi. Ze względu na charakter artykułu, wymieniłem tylko kilka ważniejszych punktów. Zainteresowanych odsyłam do publikacji „Świdnik na kartach historii”, gdzie znajduje się obszerny życiorys Jana Olszewskiego, opracowany na podstawie tekstu jego syna, Mariana Olszewskiego.


Niemiecki obóz w Trawnikach (1941 – 1943)

Został zorganizowany po ataku Hitlera na Związek Radziecki, czyli po 22 czerwca 1941 r. O wyborze miejsca zdecydowały: istnienie budynków po byłej cukrowni oraz dobre połączenie kolejowe wraz z istniejącą bocznicą, a także możliwości rozbudowy obozu. Trawnicki łagier nie miał jednolitego charakteru. Był obozem przejściowym, specjalnym oraz obozem pracy. Początkowo kierowano tam jeńców radzieckich i komunistów. W 1942 r. umieszczano w Trawnikach osoby schwytane podczas akcji antypartyzanckiej Sonderzug Heinrich. W 1943 r. osadzono tu zakładników oraz kobiety z dziećmi, których mężowie uczestniczyli w ruchu oporu.

Już w 1941 r. obóz w Trawnikach spełniał funkcję obozu pracy, gdzie wykorzystywano siłę roboczą Żydów przywożonych z terenu Polski, a także z innych krajów europejskich. Istniały tu zakłady wyrobu futer, szczotkarskie oraz wyrobu szczeciny. Filię obozu zlokalizowano w Dorohuczy, gdzie eksploatowano złoża torfu. W Trawnikach istniał też obóz szkoleniowy SS, w którym szkolono dla potrzeb formacji pomocniczych SS głównie Rosjan i Ukraińców. W pierwszej połowie 1943 r. przeniesiono tu niemieckie zakłady firmy Fritz Schultz ze zlikwidowanego getta warszawskiego. W obozie raczej nie dokonywano masowych egzekucji, choć zdarzało się topienie więźniów na torfowiskach w Dorochuczy czy egzekucje nad brzegiem Wieprza. Więźniów niezdolnych do pracy odsyłano do obozów zagłady w Bełżcu i Sobiborze. Dzienna racja  żywieniowa dla zakładnika wynosiła w 1943 r. 10 dkg chleba, 1/2 litra zupy z brukwi, 1/2 litra gorzkiej kawy. W tym samym okresie dla Żydów w obozie pracy racja wynosiła: 20 dkg chleba, kawy czarnej rano i wieczór, w południe niepełny litr zupy.

Z pomocą więzionym pospieszyła ludność Trawnik i Biskupic, jak również Polski Komitet Opiekuńczy, działający legalnie i podległy Radzie Głównej Opiekuńczej. Na legalną pomoc Niemcy zezwalali tylko wobec Polaków. Nie zgadzali się na udzielanie pomocy Żydom i jeńcom radzieckim. Wobec nich wsparcie mogło być tylko nielegalne i  obarczone było ryzykiem. Takiej pomocy udzielali głównie robotnicy pracujący przy rozbudowie obozu bądź handlarze po przekupieniu strażników obozowych. Jedną z form pomocy, jaką podjęła Organizacja Wojskowa „Wilki” z Biskupic, było utworzenie komórki „legalizacyjnej”, która wystawiała „lewe” dokumenty uciekinierom z obozu. Masowe mordy Żydów rozpoczęły się z chwilą rozpoczęcia na Lubelszczyźnie „Akcji Reinhardt”, czyli „ostatecznego rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Odbywała się etapami i  zmierzała do całkowitej zagłady biologicznej Żydów, a także przejęcia mienia likwidowanej ludności. Finał tej akcji nastąpił w Trawnikach 3 listopada 1943 r., podobnie jak w obozie na Majdanku i w Poniatowej. W tym dniu przybyły do Trawnik silne oddziały SS i żandarmerii, otoczyły obóz szczelnym kordonem. Więźniów wezwano do  opuszczenia baraków. Jednak pozostała w nich grupa straceńców, która na wezwanie odpowiedziała strzałami. Nierówna walka trwała krótko. Nad wcześniej przygotowanymi rowami przeciwlotniczymi rozstrzelano ok. 12 tys. Żydów z obozu pracy w Trawnikach i Dorohuczy. Pozostawiono przy życiu od 60 do 80 Żydów, z zadaniem spalenia zwłok i dokonania segregacji mienia pozostawionego przez skazańców. Później ich także zabito.

Szacuje się, iż przez obóz w Trawnikach przeszło ok. 23 tys. ludzi. Ok. 17 tys. stanowili Żydzi z Polski, Austrii, Czech, Niemiec, Słowacji, Holandii, Białorusi, Belgii i Francji. W 1960 r. w pobliżu miejsca zbrodni postawiono skromny pomnik upamiętniający ofiary różnych narodowości.


Henryk Jerzy Szcześniewski „Żuraw” (1910–2002)

Harcerz, żołnierz września, uczestnik konspiracji Szarych Szeregów, ZWZ – AK. Urodził się w Terebińcu koło Hrubieszowa. Od wczesnych lat zafascynowany był harcerstwem, z którym związał się na całe życie. Z dumą nosił krzyż harcerski, a w okresie wojny ryngraf z Matką Boską, której opiece przypisywał dwukrotne uratowanie życia: na Pawiaku i w Gross - Rosen.

Pracował jako nauczyciel na Zamojszczyźnie oraz instruktor harcerski. Ukończył szkołę podchorążych w Śremie. Staż odbywał w 8.Pułku Piechoty Legionów w Lublinie. Podczas manewrów, jako sierżant podchorąży, dowodził kompanią. Jego zdolności dowódcze wzbudziły zainteresowanie gen. Brunona Olbrychta. Ukończył kurs topograficzny, kierował także dywizyjnym archiwum i biblioteką. Od 1937r. hufcowy zamojskiego hufca ZHP. Zasłynął w 1938 r. jako założyciel szkoły rzemieślniczej dla najuboższych. Zmobilizowany w sierpniu 1939, został dowódcą kompanii podchorążych 9. Pułku Piechoty Legionów. Walczył nad Wisłą i na Zamojszczyźnie. Nie potrafił zrozumieć, że słowo „kapitulacja” dotyczy także jego i jego oddziałów. Już w październiku 1939 r. poznał pułkownika Adama Remigiusza Grocholskiego „Brochwicza”, który w połowie września utworzył konspiracyjną organizację Brochwicz, wykonującą działania wywiadowcze na Lubelszczyźnie. Została ona włączona do ZWZ. W marcu i kwietniu 1941 r. Grocholski przedłożył Komendzie Głównej ZWZ raport, w którym przewiduje atak Niemiec na Związek Sowiecki i postuluje utworzenie organizacji dywersyjnej. Tak rodzi się słynny Wachlarz, na którego czele stanie płk. Jan Włodarkiewicz, a potem płk. Grocholski. Jednym z najbliższych współpracowników „Brochwicza” jest Henryk Szcześniewski „Żuraw”. Wykorzystując harcerskie kontakty, zakłada organizację „Chorągiew Lechitów”, która skupia i przygotowuje młodzież do walki o wolność.
W maju 1940 roku powstaje świdnicka komórka organizacji Szcześniewskiego. Jej zadania wiążą się z działalnością lotniska w Świdniku. Gromadzi i przekazuje do ZWZ informacje o charakterze ogólnowojskowym, dotyczące rodzajów samolotów, transportów sprzętu wojskowego przed rozpoczęciem operacji „Barbarossa”. Zastępowym jest Saturnin Zawadzki „Bąk”, syn świdnickiego leśnika. W grupie działa też „Ksawery” - Lesław Eustachiewicz, a łączniczką jest pisarka i poetka Anna Kamieńska. H. Szcześniewski i S. Zawadzki weszli w skład redakcyjny harcerskiej gazetki: „Jeszcze Polska nie zginęła”, której pierwszy numer ukazał się 1 października 1940 r. Świdniccy harcerze organizowali również tajne nauczanie dla okolicznej młodzieży. W 1942 r. świdnicka organizacja harcerska została włączona do Szarych Szeregów i podporządkowana Kwaterze Głównej -„Pasiece”.

Henryk Szcześniewski został aresztowany 1 grudnia 1942 r. w Warszawie. Trafił na Pawiak. Cudem uniknął śmierci, ale znalazł się na Majdanku. Jako harcerz nigdy nie przeklinał, co niewątpliwie wyróżniało go w obozowej społeczności. Nawet za drutami nie przestawał pracować dla wywiadu AK. W 1943 r. został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Po ewakuacji Majdanka trafił do Gross – Rosen. Potem były obozy: Nordhausen, Dora, Osterrode, a w drodze do Meinersen, w kwietniu 1945r., kolumnę więźniów oswobodziły oddziały amerykańskie. Po wojnie pozostał na Zachodzie. Nadzorował polskie szkoły w Niemczech i we Francji. W Urbes, w Alzacji, założył prywatny ośrodek szkolenia kadry harcerskiej „Żeremie Żurawiowe” i wciąż tęsknił za Polską. Ten niezwykły człowiek o niezwykłym życiu zmarł 4 września 2002 r., w wieku 92 lat.


Historia bliska Florentyn Kotliński (1893 – 1941)

23 września mija 75 rocznica śmierci Florentyna Kotlińskiego. Był pierwszoplanową postacią życia kulturalnego Piask okresu dwudziestolecia międzywojennego.

Urodził się w Piaskach, gdzie rodzice posiadali niewielkie gospodarstwo rolne, które stopniowo sprzedawali, by móc kształcić swoje dzieci. Ojciec Florentyna zajmował się także murarstwem. Z czasem i młody Kotliński, jako pomocnik murarski, towarzyszył ojcu w podróżach po ziemiach polskich i litewskich. Gdzieś na Wileńszczyźnie zdobył pierwsze wykształcenie w szkole klasztornej. Umożliwiło mu ono podjęcie systematycznej nauki na Warszawskich Kursach Pedagogicznych, choć uprawnienia do nauczania zdobył dopiero w wolnej Polsce. Korzystając z ożywienia kulturalnego w zaborze rosyjskim, włączył się w prace Polskiej Macierzy Szkolnej. Pisał artykuły, zwłaszcza pobudzające do działania na rzecz społeczności lokalnej. Brał udział w I wojnie światowej, służąc w wojsku rosyjskim jako telegrafista. Po powrocie rozpoczął pracę nauczycielską w Kozicach. 8 sierpnia 1920 roku poślubił nauczycielkę Janinę Marczewską, a nazajutrz wyruszył na wojnę z bolszewikami, z której szczęśliwie powrócił w 1921 r.

Ogromną zasługą Florentyna Kotlińskiego, jego żony było zorganizowanie w Piaskach, w pierwszych latach niepodległości, siedmioklasowej szkoły powszechnej. Był nieprzerwanie jej dyrektorem w latach 1924 – 1941. Zasłużył się także jako organizator Ochotniczej Straży Pożarnej oraz utworzonej przy niej orkiestry dętej. Był również inspiratorem powołania, a potem zasiadał w zarządzie Kasy Stefczyka. Działalność społecznikowską łączył umiejętnie z pracą pedagogiczną. Inspirował powstanie pism uczniowskich, a także założył koło Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, którego uczestnicy mogli poszczycić się ciekawymi odkryciami archeologicznymi. Uczył języków obcych: niemieckiego, rosyjskiego, a także esperanto. Korespondował ze znanym pedagogiem Januszem Korczakiem. Pomagał zdolnym, ubogim uczniom w kontynuowaniu nauki. W 1931 r. wspólnie z gronem nauczycieli, powołał do życia bibliotekę publiczną w Piaskach.

W latach trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy znacząco rosła liczba uczniów, z inicjatywy F. Kotlińskiego i przy poparciu społeczności lokalnej wybudowano w latach 1932 – 1935 nowy budynek szkoły w Piaskach (obecnie Zespół Szkół).

Pod koniec lat trzydziestych aktywnie włączył się w organizowanie zbiórek na Fundusz Obrony Narodowej. W chwili wybuchu II wojny światowej współorganizował oddziały samoobrony, udzielając pomocy rannym i wygłodzonym żołnierzom polskim, a także uchodźcom przewalającym się masowo przez Piaski. Już w październiku 1939 r. włączył się w tworzenie konspiracyjnej organizacji niepodległościowej „Baony Zemsty”, która skupiała ok. 1000 członków. Na przełomie 1940 i 1941 r. organizacja została rozpracowana przez gestapo. 12 lutego1941 r. Kotlińskiego aresztowano i osadzono na zamku lubelskim. Przez wiele tygodni był torturowany w słynnej katowni Pod Zegarem, gdzie mieściła się siedziba gestapo. 6 kwietnia 1941 r. wraz z 63 towarzyszami z Baonów Zemsty został wywieziony do niemieckiego obozu w Oświęcimiu. Tam 23 września 1941r. odebrano mu życie zastrzykiem fenolu. Symboliczny napis, upamiętniający Florentyna Kotlińskiego, znajduje się na grobie Janiny Kotlińskiej, na cmentarzu w Piaskach.


Armia Czerwona na ulicach Piask

W trzecim tygodniu wojny niespodziewanie wojska niemieckie wycofały się z Piask do Kazimierzówki. Ktoś rozpowszechniał informacje o wkraczającej Armii Czerwonej. 23 września 1939 r., w okolicach budynku dawnego kościoła narodowego w Piaskach, miało miejsce spotkanie oficerów łącznikowych wojsk niemieckich i radzieckich. Zawarto porozumienie, w myśl którego aż do ostatecznego ustalenia linii demarkacyjnej, obie armie nie przekroczą odcinka dróg: Parczew – Łęczna, 8 km na zachód od Piask Luterskich, Wysokie – Goraj.

W Piaskach na skrzyżowaniu ul. Chełmskiej i Zamojskiej, w pobliżu kościoła parafialnego, komuniści wybudowali bramę triumfalną. Tam 29 września witali entuzjastycznie wkraczających Sowietów. Sztab tej grupy rozlokował się w majątku rodziny Scipio del Campo, w Brzezicach. Od marca 1919 r. partia komunistyczna w Polsce działała nielegalnie, nie uznawała niepodległego Państwa Polskiego i postulowała włączenie ziem polskich do ZSRR. Tym większe było zdziwienie mieszkańców Piask, gdy pod triumfalną bramą wjazdową pojawili się nie tylko piaseccy komuniści, ale i działacze przybyli z okolic. Mieszkańcom pozostał w pamięci obraz wkraczających oddziałów sowieckich. Na czele kolumny znajdowały się czołgi i samochody pancerne, a także pojazdy z platformami, na których umieszczono po kilka sprzężonych ze sobą karabinów maszynowych. Dowódcami wielu z tych wozów bojowych były ubrane w skórzane kurtki i kufajki kobiety, co niewątpliwie stanowiło nowość w naszym obrazie wojska.

Czerwonoarmiści usilnie zachęcali mieszkańców do oglądania filmów propagandowych w polowym kinie, znajdującym się na placu obok cmentarza. Można było obejrzeć obrazy ze zwycięskiej wojny z Japończykami, toczonej w Mandżurii lub inne także opowiadające o niezwyciężonej Armii Czerwonej. Jednak przede wszystkim Sowieci zajmowali się plądrowaniem okolicznych majątków ziemskich, wywożąc z nich: zboże, narzędzia i maszyny rolnicze, meble i wartościowe przedmioty. Z traktów zniknęły kolumny uciekinierów, a pojawiły się pędzone na wschód trofiejne stada bydła i owiec.

Powołano również nową władzę. Składała się ona z uzbrojonych przez NKWD polskich komunistów i działaczy żydowskiego Bundu. Kilku żydowskich komunistów, w asyście funkcjonariuszy NKWD, złożyło wizytę proboszczowi piaseckiemu ks. Piotrowi Stodulskiemu. Grożono mu aresztowaniem i ubliżano. Jednak prawdziwym celem wizyty było zabranie piaseckiemu kanonikowi złotego krzyża z łańcuchem. Wydarzenie to oburzyło mieszkańców Piask i spowodowało interwencję u rabina Icchaka Mosze Lichta. Była na tyle skuteczna, że krzyż, symbol godności kanonika, zwrócono ks. Stodulskiemu. W czasie tej krótkiej okupacji nie było aresztowań z inicjatywy wojsk sowieckich, jednak żydowscy komuniści bardzo gorliwie wyszukiwali żołnierzy września, powracających do domu i oddawali ich w ręce NKWD. Maksymilian Jarosz był świadkiem zdarzenia na ul. Pocztowej w Piaskach. Miejscowy Żyd i komunista, uzbrojony w karabin, dokonał zatrzymania polskiego oficera. Uderzył go w twarz i poprowadził w kierunku posterunku żołnierzy sowieckich. Na ten incydent bardzo odważnie zareagował mieszkaniec Piask p. Szpakowski, który krzyknął i odepchnął zdrajcę, uwalniając tym samym żołnierza, który pospiesznie oddalił się w kierunku lasu.

Po kilku dniach Rosjanie opuścili Piaski udając się za Bug. Wraz z nimi wyjechali polscy i żydowscy komuniści. Chyba jednak nie najlepiej czuli się w Kraju Rad, skoro wkrótce rozczarowani powrócili do swych rodzinnych domów


Wrzesień 1939 na lotnisku w Świdniku

Co działo się w pierwszych dniach po wybuchu II wojny światowej na lotnisku w Świdniku? Czy funkcjonowało ono jako bojowe? Czy startowały z niego polskie samoloty, aby atakować wrogie wojska?

Już pod koniec lipca sztab lotniczy wydał ogólne wytyczne użycia lotnictwa na wypadek wojny. Istniał także plan mobilizacji. W świetle tych dokumentów na świdnickie lotnisko, w dniach 25 i 26 sierpnia, miały zostać przetransportowane drogą kolejową samoloty bombowe PZL 37 Łoś. Niestety, płyta okazała się zbyt grząska i trzeba było zmienić dyslokację na lotniska Ułęż i Podlodów, na wschód od Dęblina.

2 września, o godzinie 8.30, niemiecka Luftwaffe zbombardowała lotnisko. Zginęło 6 osób, a 9 zostało rannych. Ofiary to głównie rezerwiści Bazy Lotniczej nr 3 z Poznania. Uszkodzono hangar i nowo budowany obiekt, należący do szkoły pilotów. Zniszczono także samolot RWD 8. Na kolonię Franciszków spadło ok. 50 bomb, a na las w okolicy lotniska dwukrotnie więcej. Wiemy, że celem tego nalotu była Lubelska Wytwórnia Samolotów.

Kolejne naloty miały miejsce 7 i 9 września. Szczególnie ten drugi okazał się dotkliwy. Kilkanaście niemieckich samolotów dokonało bombardowania pola wzlotów, hangaru, budynku szkoły pilotów, a także otoczenia lotniska. Po zrzuceniu bomb samoloty dokonały ostrzału z broni pokładowej, znajdujących się na płycie maszyn, przez co uległy zniszczeniu 2 samoloty PZL 23 Karaś, 1 samolot bombowy LWS 6 Żubr, 7 rozpoznawczych RWD 8 i prawdopodobnie 1 samolot Łoś – duma polskiego lotnictwa. Kilka maszyn zostało uszkodzonych. Były też ofiary w ludziach - 8 zabitych i kilkunastu rannych.

Szczątki poległych podczas bombardowania znajdują się na świdnickim cmentarzu parafialnym. W 7 alejce jest mogiła opatrzona napisem: Trzech nieznanych poległych na lotnisku Świdnik 2 – IX – 1939 r. Cześć ich pamięci. Tuż obok inna mogiła z tego okresu, z napisem: Siedmiu żołnierzy poległych za ojczyznę. Cześć ich pamięci. Adampol 8. 09. 1939 r.

Zgodnie z ówczesnymi zarządzeniami, w chwili wybuchu wojny, pułki lotnicze były przemianowane na Bazy Lotnicze. 3 września na naszym lotnisku powstała jednostka utworzona przez pilotów ewakuowanej Bazy nr 3 z Poznania. Zadaniem oddziału było szkolenie pilotów i kierowanie ich do dywizjonów myśliwskich oraz w miarę możliwości prowadzenie akcji bojowych.

W Świdniku kpt. pil. Tadeusz Czołowski i kpt. piI. Jerzy Orzechowski podjęli się zorganizowania klucza rozpoznawczego, w oparciu o samoloty PZL.23b Karaś, PWS-26 i R-XIII oraz klucza myśliwskiego, mając do dyspozycji nieuzbrojone samoloty PZL-11c. Klucz pod dowództwem kpt. Czołowskiego wykonywał loty rozpoznawcze, głównie na potrzeby organizującej się Armii „Lublin” i obrony rejonu środkowej Wisły. 10 września Baza Lotnicza została ewakuowana do Łucka. Mimo zmasowanego bombardowania lotniska w dniu 11 września, samoloty ocalały, gdyż zostały rozproszone i dobrze zamaskowane. Odleciała nimi słynna Brygada Pościgowa, dowodzona przez legendarnego płk. Stefana Pawlikowskiego, której piloci także postawili stopę na naszym lotnisku.

Zniszczone podczas kampanii wrześniowej polskie lotniska zostały w znacznej mierze odbudowane i zaczęły być wykorzystywane przez Luftwaffe. Podobnie stało się z lotniskiem w Świdniku.


Wrzesień ’39 w regionie

Już w ostatnich dniach sierpnia 1939 r. na drodze wiodącej do Chełma i Zamościa, pojawiły się kolumny ludności wysiedlonej znad granicy polsko – niemieckiej. W kolejnych dniach drogi wiodące na wschód, zaczęły się zapełniać uciekinierami. Niestety, nie panował na nich spokój. Co jakiś czas na błękitnym i słonecznym niebie pojawiały się niemieckie samoloty, które siały śmierć i zniszczenie. Ostrzeliwano i bombardowano zarówno kolumny uciekinierów, jak i rolników pracujących w polu.
Również na lotnisku w Świdniku, w ostatnich dniach pokoju zarządzono wykopanie rowów przeciwlotniczych. Jednak dalej funkcjonowało i było miejscem stacjonowania eskadry zapasowej. 2, 7, 8 i 9 września miało miejsce jego bombardowanie oraz ostrzelanie z broni pokładowej.

Pojawiły się pierwsze ofiary zarówno wśród żołnierzy, obsługi lotniska jak i ludności cywilnej. Sołtys Świdnika zajął się pochówkiem poległych, zaś rannych odwieziono do szpitala w Kazimierzówce, prowadzonego przez siostry szarytki.4 września w kolonii Franciszków został zatrzymany mężczyzna podejrzany o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Znaleziono przy nim mapy Lublina oraz szkic lotniska w Świdniku.
Bombardowania nie ominęły także Piask. Naloty miały miejsce 7, 9, 14 i 17 września. Stały się one przyczyną pożarów budynków na ulicach: Zamojskiej i Lubelskiej. Kilka domów spłonęło. Jednak stałe dyżury strażaków, w dzień i w nocy oraz drużyn obrony cywilnej i przeciwlotniczej uchroniły Piaski przed poważniejszymi zniszczeniami. Pierwsze ofiary śmiertelne, powstałe w wyniku bombardowań i ostrzału, uświadomiły mieszkańcom czym będzie ta wojna i jaką grozę niesie ze sobą.
Przemieszczanie dużych mas ludzkich i zakupy żywności - przez uciekinierów pochłonęły cały zapas podstawowych towarów spożywczych. W sklepach zaczęły występować poważne braki. W oczy zaglądał strach, a w szeregi wkradała się panika. Bardzo ważną rolę odegrała wówczas inteligencja, zwłaszcza nauczyciele i lekarze. Ci pierwsi organizowali stałe dyżury przeciwpożarowe. Zwożono rannych, grzebano zabitych, organizowano kwatery dla uciekinierów. Lekarze i pielęgniarki zajmowali się szkoleniem wyspecjalizowanych drużyn sanitarnych. Wypełnienie wolnego czasu pozwalało choć na chwilę zapomnieć ludziom o grozie wojny.
Lubelszczyzna stała się także miejscem ewakuacji niektórych organów rządowych. Ministerstwo Spraw Zagranicznych ewakuowano do Kazimierza i Nałęczowa, zaś w Piaskach ulokowano Ministerstwo Spraw Wojskowych. 13 i 14 września uformowano w Piaskach I Batalion Obrony Lublina pod dowództwem mjr. Józefa Bocianowskiego. 14 września dotarł do Piask 11 Dywizjon Pancerny z Mazowieckiej Brygady Kawalerii, dowodzony przez mjr. Stefana Majewskiego. Tego samego dnia nocą, żołnierze wysadzili most na rzece Giełczew w Piaskach. Spłonął również młyn Wajzerów wraz przyległym magazynem zboża. Ziarno paliło się prawie cały tydzień.
Wacław Czyżewski wspomina, jak 17 września przechodził przez płonące Piaski. Droga usłana była trupami, a w dopalających się budynkach czerniały szczątki ludzkie. Słychać było jęki rannych, którymi nie miał się kto zająć. Wszędzie czuć było woń spalenizny i gryzący dym. Niemieckie lotnictwo wisiało nad głowami. Ogromne wyrwy w szosie, leje po bombach, w które co chwila wpadały spłoszone konie i woły z dobytkiem. Nie działała żadna łączność i komunikacja. Wszystko to dopełniało straszliwy obraz września 1939 r.

 

 

 

 

 

 

  • DSC_0599
  • DSC_0621
  • mural-5
  • mural-3
  • DSC_0600
  • DSC_0603
  • DSC_0586
  • DSC_0560
  • mural-6
  • DSC_0587
  • DSC_0611