jg - Świdnik - wysokich lotów

środa, 02 maj 2018 08:34

Nie spróbujesz? Nie wygrasz

Marcin Paśnikowski, świdniczanin od urodzenia, nauczyciel języka angielskiego z wyboru. Jeszcze w trakcie studiów na UMCS rozpoczął pracę w Gimnazjum nr 3. Po 19 latach aktywności zawodowej nie żałuje obranej drogi. Praktycznie od początku zaangażowany jest w organizację międzynarodowej wymiany młodzieży. Zwiedza świat, widuje wiele atrakcyjnych miejsc, poznaje ciekawych ludzi, ale nie ciągnie go do opuszczenia Świdnika na stałe.

- Myślę, że trzyma mnie tu sentyment i fakt że bardzo odpowiada mi charakter miasta. Jest niewielkie, ciche, spokojne, bez wielkich korków na ulicach i wielkomiejskiego szumu. Poza tym, kiedy chce się zobaczyć świat, wystarczy pojechać na ulicę Jana III Sobieskiego 1, wsiąść w samolot i zacząć realizować turystyczne marzenia.

- Czy za organizację wymiany młodzieży wziął się Pan dlatego, że zawód nauczyciela jest nudny?

- Nie jest nudny, ale dzięki wymianie i projektom, które realizuję, o wiele bardziej ciekawy. Przedmiot, którego uczę, jest na tyle specyficzny, że pozwala na przekazywanie wiedzy z innych dziedzin. W czasie lekcji poruszamy często zagadnienia z matematyki, fizyki, geografii, ekologii, zwłaszcza w klasach dwujęzycznych, gdzie mamy na to więcej czasu. Ta różnorodność bardzo mi odpowiada, ponieważ pozwala nie tylko na rozbudzenie pasji do angielskiego, ale również do bycia ciekawym świata. Szczególną przyjemność sprawia mi, kiedy uczniowie mówią: na języku angielskim nauczyliśmy się o tym więcej niż na lekcji przedmiotu. To zrozumiałe. Jeśli w planie lekcji na przedmiot poświęcona jest zaledwie jedna godzina w tygodniu to nauczyciel nie może za bardzo poszaleć.

- Pierwszy projekt i pierwszy wyjazd zorganizował Pan z własnej inicjatywy czy z polecenia dyrektora?

- Nie było żadnego odgórnego polecenia. Od razu zdałem sobie sprawę, że wymiana to coś, co wzbogaci naszą pracę i pozwoli wyjść poza ramy podręczników, a uczniom da szansę praktycznego sprawdzenia nabytej wiedzy, pobycia z rodziną o innej kulturze, spróbowania tamtejszych potraw, otwarcia się na świat. Jest również szkołą samodzielności i odpowiedzialności. W ubiegłym tygodniu grupa młodzieży przebywała w Padwie. Uczeń, który stamtąd wrócił, opowiadał, że rodzice koleżanki, u której przebywał, rozmawiali z nim o polityce i sytuacji w Polsce. Ponieważ mówi bardzo dobrze po angielsku, dawał sobie radę, ale okoliczności były dla niego dosyć zaskakujące i rozwijające zarazem. Nieczęsto bowiem trafia się 14-latkowi okazja do rozmowy o polityce z dorosłymi, za granicą, w dodatku po angielsku.

- Przygotowanie takiego wyjazdu i uczestnictwo w nim, chociaż wymaga sporo pracy, musi chyba także sprawiać frajdę.

- Oczywiście. Podobnie jak uczniowie, mieszkamy u rodzin, poznajemy inne kultury, zwiedzamy ciekawe miejsca. Sześć razy byłem na wymianie w USA, osiem na Malcie. Za każdym razem jadę tam z przeświadczeniem, że odkryję coś nowego i nigdy jeszcze się nie zawiodłem. Podobne odczucie mają chyba uczniowie. Mam kontakt z niektórymi z nich, kontynuującymi naukę w liceach lubelskich. Wręcz namawiają swoich nauczycieli do organizowania podobnej wymiany. Później, na studiach, uczestniczą w programie Erasmus, a po ich zakończeniu, zdarza się, że podejmują pracę za granicą, wiedząc już, że świat nie jest taki obcy i straszny.

- Zawarte znajomości pozostają na dłużej?

- Oczywiście. Znam nauczycieli, którzy byli w Świdniku już osiem razy. Cztery z grupą, pozostałe prywatnie. Podoba im się nasze miasto i kraj. Doceniają też poczucie bezpieczeństwa, którego w Europie coraz bardziej brakuje.

- Wypełnienie zgłoszenia do uczestnictwa w programie nie sprawia już chyba Panu dużej trudności.

- Ale nie jest też rutynowe. Kryteria są coraz ostrzejsze, ocena też. Przygotowanie dokumentów zajmuje trzy tygodnie codziennej pracy. Z drugiej strony ci, którzy dopiero zaczynają przygodę z programami wymiany, mają, rzecz jasna, dużo trudniejsze zadanie. Zawsze im jednak powtarzam: jeśli nie spróbujesz, masz sto procent pewności, że się nie zakwalifikujesz.

- Pańscy uczniowie nie tylko wyjeżdżają za granicę, ale z powodzeniem uczestniczą w różnych olimpiadach i konkursach przedmiotowych.

- Zachęcam ich do udziału we wszelkiego rodzaju rywalizacji, nie tylko językowej. Jedna z moich uczennic zajęła drugie miejsce w konkursie plastycznym pod hasłem „Bezpieczny przejazd”. Staram się oswajać uczniów z nowoczesnymi metodami pracy, polegającymi, na przykład, na nagrywaniu filmików czy uczestnictwie w konkursie za pośrednictwem Skype, przez który trzeba wypowiedzieć się na zadany temat. W tym roku było nim pytanie: co oznacza bycie innym? Trzeba było nagrać 5-minutowe wideo, a to jest już dużym wyzwaniem.

- W dawnych czasach, w 5 klasie szkoły podstawowej angielskiego można się było uczyć tylko prywatnie. Było to w pewnym sensie luksusem, ale i sztuką dla sztuki. Przecież turystycznie można było wyjechać jedynie do NRD czy Bułgarii, gdzie mało kto posługiwał się tym językiem. Obecnie znajomość języka staje się podstawą normalnego funkcjonowania w świecie.

- Dzieci mają okazję uczyć się angielskiego od pierwszej klasy szkoły podstawowej. W związku z tym, jako przedmiot szkolny, nieco spowszedniał. Jednak właśnie poprzez wymiany staramy się, żeby pozostał czymś wyjątkowym, jako narzędzie pozwalające na odnalezienie się w świecie. Czasami uczniowie mówią mi, że chcieliby dobrze poznać angielski, żeby zostać nauczycielami. Tłumaczę wtedy, że angielski jest językiem ułatwiającym pracę w każdej profesji, prostującym drogi kariery, nie tylko nauczyciela, ale i lekarza. Widzę, że u większości nastolatków kiełkuje już świadomość, że uczą się angielskiego nie tylko po to, żeby dostać piątkę z kartkówki.

- Nie kusi Pana czasem, żeby zmienić zawód?

- Znam wyznawców tezy, że pracę powinno się zmieniać co 5-7 lat. Ja jednak jestem zwolennikiem stabilizacji. Któryś z uczniów zadał mi pytanie: a gdyby wygrał pan 170 milionów w Eurojackpot to co, jutro nie przychodzi Pan do szkoły? Odpowiedziałem, że nie pracuje się tylko dla pieniędzy, ale również po to, żeby się zrealizować. Siedzenie w domu, na kanapie i oglądanie seriali? Co to za życie?I

- Jak spędza Pan wolny czas?

- Uwielbiam czytać, pływać i jeździć na rowerze.

- Gdyby jednak kiedyś zapragnął Pan opuścić Polskę, gdzie chciałby Pan zamieszkać?

- Chyba na Malcie. Po pierwsze, jest krajem śródziemnomorskim, gwarantującym sprzyjający klimat. Nad morzem czuję się jak ryba w wodzie. Plaża, fale, odgłosy statków, bardzo mnie uspokajają. Pytają mnie czy nie chciałbym mieszkać w USA. Stany są piękne. Warto tam pobyć, pozwiedzać, zobaczyć te niesamowite krajobrazy …i tyle. Po dwóch tygodniach chcę już do domu. Tu ludzie inaczej myślą, nie żyją tylko z dnia na dzień, wiedzą więcej o świecie. Amerykanów nie interesuje wiele więcej niż własny stan. Trochę mi to przeszkadza. Kiedy przyjeżdżają do nas amerykańscy nastolatkowie, nasi uczniowie nie mają się czego wstydzić.

Jan Mazur

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 15:17

Podniebny kunszt

W tym roku świętują drugą dekadę w powietrzu. Przez ten czas zachwycali na wielu pokazach lotniczych w kraju i za granicą. Kolejną gwiazdą Świdnik Air Festival będzie Zespół Akrobacyjny „Orlik”. Piloci z Radomia zaprezentują swoje umiejętności podczas pierwszego dnia imprezy.

Lista lotniczych gwiazd Świdnik Air Festival stale się powiększa. Tym razem dołącza do niej zespół wojskowy, którego historia sięga 1998 roku. Właśnie wówczas, w Radomiu zrodził się pomysł stworzenia teamu akrobacyjnego. Piloci, rekrutujący się spośród instruktorów z 42 Bazy Lotnictwa Szkolnego, mieli latać na samolotach PZL-130 „ ORLIK. Są to maszyny polskiej konstrukcji, jednosilnikowe, dwumiejscowe, wyposażone w silnik turbośmigłowy. Konstrukcja jest całkowicie metalowa z chowanym podwoziem. Samolot został zaprojektowany do szkolenia pilotów wojskowych.

 „Przygotowania w powietrzu do pokazów rozpoczęły się w marcu. Pierwsze loty były wielką zagadką, czy w ogóle uda się wykonać akrobację grupową na Orliku, samolocie przecież w ogóle nie stworzonym do tego typu zadań. Czas naglił, szkolenie posuwało się w szybkim tempie. W połowie kwietnia było już wiadomo, że Zespół Akrobacyjny „ORLIK” wzbije się w powietrze! Piloci mieli za sobą około 100 treningów w powietrzu” – można przeczytać w historii latającego teamu.

W pierwszym roku piloci wzięli udział w czterech pokazach, w tym również w angielskim Fairford. W kolejnych latach przybywało pozycji na liście występów. Pojawiły się również plany rozbudowy zespołu. W 2001 roku składał się już z 7 samolotów, w kolejnych latach nawet z 9. Dwa lata później Zespół Akrobacyjny „ORLIK” stał się odrębną Eskadrę w strukturze 2OSzL Radom. Od tej pory zadaniem pilotów przestało być szkolenie podchorążych, ale przygotowanie się do pokazów lotniczych.

Już wiadomo, że piloci wojskowi z Radomia przylecą do Świdnika 9 czerwca. Zaprezentują pokaz dedykowany dla formacji składającej się z trzech samolotów. W ich wykonaniu będzie można zobaczyć latanie w szyku, efektowne mijanki i wiele skomplikowanych figur akrobacyjnych.

W tej chwili na liście festiwalowych gwiazd są już soliści: Łukasz Czepiela, Marek Choim i Artur Kielak, który zaprezentuje się także w duecie z Marią Muś. Zaprezentują się również zespoły: 3 AT3, Celfast Flying Team, Wojciech Gawroński i Janusz Gąsienica, a także formacja 57 – my. Do lotniczych gwiazd dołączyły również Biało – Czerwone Iskry, które wystąpią podczas obu dni pokazów. Świdnik Air Festival odbędzie się na trawiastym lotnisku już 9 i 10 czerwca. Jego organizatorami są Urząd Miasta Świdnik i Miejski Ośrodek Kultury.

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 14:22

Kłęby dymu w południe

Sześć zastępów straży pożarnej gasiło pożar, do którego doszło na terenie składu budowlanego przy ul. Kusocińskiego. Na szczęście, w zdarzeniu nikt nie ucierpiał.

Tuż przed godziną 12.00, świdniccy strażacy otrzymali mnóstwo sygnałów o kłębach gęstego dymu w okolicy supermarketu Kaufland. Na miejsce wysłano 20 mundurowych.

- Płonęły materiały budowlane, folie oraz styropian. Trudno w tej chwili mówić o przyczynach pożaru. Jedna z hipotez zakłada przypadkowe zaprószenie ognia - mówi Paweł Dańko z KP PSP w Świdniku.

Na szczęście ogień nie przeniósł się na pobliskie zabudowania. Straty oszacowano na kilkanaście tysięcy złotych.

wtorek, 01 maj 2018 10:21

Gołębie kością niezgody

Ptaki stały się przyczyna sąsiedzkiego sporu. Jeden z mężczyzn, chcąc rozwiązać „problem”, zaczął do nich strzelać. Teraz grożą mu nawet 3 lata więzienia.

Na policję zgłosił się mieszkaniec Świdnika, który złożył zawiadomienie o przestępstwie. Mężczyzna na swojej działce hoduje ponad 50 gołębi, co nie podoba się sąsiadowi. Gdy ptaki przylatują na teren jego posesji i siadają na dachu stodoły - strzela do nich z wiatrówki. Według zgłaszającego, ucierpiało kilkanaście ptaków.

- Mężczyzna tłumaczy, że prowadzi warsztat samochodowy, a zwierzęta zanieczyszczają mu samochody klientów oraz teren całej posesji - informuje Elwira Domaradzka z KPP w Świdniku.

Policjanci zabezpieczyli wiatrówkę. Teraz prowadzone będzie dochodzenie w kierunku art. 35 ustawy o ochronie zwierząt, które za takie zachowanie przewiduje nawet do 3 lat pozbawienia wolności.

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 10:48

Dąb Tadeusz zasadzony

„100 dębów na 100-lecie Niepodległości” to akcja zainicjowana przez Lubelski Urząd Wojewódzki, w którą włączyła się Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Lublinie. Jedno z drzewek, będące symbolem obchodzonego w tym roku jubileuszu, ale również leśnej siły, potęgi i trwałości, posadzono w poniedziałek przed Szkołą Podstawową nr 3 w Świdniku.

Zanim jednak to się stało, Marek Kwieciński, dyrektor SP nr 3, odczytał list od Jerzego Sądla, dyrektora Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie, skierowany do społeczności szkolnej: - „Udział w tak cennej inicjatywnie ma dla nas, leśników, szczególny wymiar, zarówno patriotyczny, jak i przyrodniczy. W 100. rocznicę odrodzenia się państwa polskiego zasadzimy drzewa szczególne, bowiem na nas, leśnikach, spoczywa odpowiedzialność za lasy, wielkie dziedzictwo naturalne Polski. Liczymy, że wy, młodzi ludzie, będziecie wspierać nasze starania o jak najlepszą kondycję polskich lasów. Wierzymy, że dzisiejszy dzień zapisze się w waszej pamięci jako niezwykłe patriotyczne wydarzenie, zaś zasadzony dąb będzie stanowił pamiątkę nie tylko bohaterskiej przeszłości narodu polskiego, ale także symbol działań łączących pokolenia”.

Wspólnie z dyrektorem drzewko zasadzili przedstawiciele uczniów. Dąb otrzymał również imię - Tadeusz.

- Cieszę się bardzo, że właśnie to imię zostało wybrane, bo przecież patronem szkoły jest Tadeusz Kościuszko, który walczył o niepodległość naszej ojczyzny. Akcję sadzenia drzewek prowadzimy co roku, ale ta ma wymiar szczególny. Jest nie tylko lekcją przyrody, ale przede wszystkim patriotyzmu, przeprowadzoną w 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości - mówi Marek Kwieciński.

aw

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 07:22

Uwaga mieszkańcy

Uprzejmie informujemy, że w środę, 2 maja Urząd Miasta Świdnik będzie nieczynny.

niedziela, 29 kwiecień 2018 10:29

Hallera i inne

Urząd Miasta ogłosił przetarg na remont bądź modernizację trzech ulic: Hallera, Akacjowej i Brzegowej. Chętni na wykonanie robót mogą zgłaszać się do 7 maja. W związku z tym, iż postępowanie udzielane jest w częściach, wykonawca może złożyć oferty częściowe na wszystkie zadania, bądź na dowolną liczbę, przez siebie wybranych, spośród trzech.

W przypadku ulicy Brzegowej chodzi o 454-metrowy odcinek od ul. Vetterów w kierunku południowymi. Na ulicy Hallera modernizacja będzie dotyczyła 270 metrów, a w przypadku ul. Akacjowej 412 metrów drogi.

- Remont i modernizacje będą polegały na wymianie nawierzchni jezdni. W przypadku ul. Brzegowej będzie to dywanik asfaltowy, na Hallera i Akacjowej położymy kostkę - tłumaczy Maciej Olechnowicz z wydziału inwestycji i zamówień publicznych UM.
W budżecie miasta, na wszystkie te przedsięwzięcia, przeznaczono 1,6 mln zł.

niedziela, 29 kwiecień 2018 10:35

Przed życiową szansą

Młoda, pracowita, utalentowana. Nina Furmaniak - 20-letnia nadzieja „białego sportu”, od roku znów reprezentująca lotnicze miasto. Jest na etapie, że musi wypłynąć na głębsze wody. W Polsce osiągnęła niemal wszystko - tak mówi o niej trener. Teraz stanęła przed życiową szansą. Czy wyjazd za ocean stanie się jej przepustką do dalszej kariery?

- Twoja przygoda ze sportem rozpoczęła się bardzo wcześnie..

- Rzeczywiście pierwsze kroki na korcie stawiałam jako mała dziewczynka. Mój tata był trenerem sekcji sportów walki. Kiedy prowadził zajęcia, zauważyłam na korcie obok trenujące dzieci. Tak mi się spodobało, że stwierdziłam, że muszę w to grać (śmiech). Namówiłam rodziców na zakup rakiety i tak, w wieku 6 lat, zaczęła się moja przygoda ze sportem. Na początku uczyłam się podstaw. Musiałam dowiedzieć się jak trzymać rakietę, poruszać po korcie. Moją trenerką była Beata Kołodyńska. Z czasem pojawiły się wyjazdy na turnieje, małe sukcesy. Pierwszym, który pamiętam, to mistrzostwa województwa skrzatów, w którym startowałam mając 11 lat. Dwa lata później trafiłam do lubelskiej UKS Akademii Tenisa Pol-Sart. Na początku trenowałam z Markiem Oratowskim oraz Marcinem Kwiatkowskim. W tym czasie poznałam także Radka Siczka, z którym pracuję obecnie. Zaczęły się starty w turniejach ogólnopolskich, turniejach klasyfikacyjnych. Stwierdziłam, że mogę rywalizować z dziewczynami na wyższym poziomie.

- Sukcesem zakończył się Twój udział w mistrzostw Polski juniorek.

- W turnieju startowałam, kiedy miałam 17 lat. W drodze po medal, w 1. rundzie pokonałam Maję Pindelską, następnie wygrałam z Zuzanną Wilk. W ćwierćfinale poradziłam sobie z Weroniką Foryś. W półfinale rywalką była Julia Oczachowska, która okazała się lepsza. Nie ukrywam, że liczyłam na medal i po to jechałam do Warszawy. Szczególnie, że podczas letnich mistrzostw Polski dotarłam tylko do ćwierćfinału.

- Podczas ostatniego turnieju wywalczyłaś tytuł mistrzyni Polski w deblu do lat 23.

- W zawodach reprezentowałam już Avię, do której wróciłam w ubiegłym roku. Do Gliwic jechałam z wielkimi nadziejami, bo wiem, że solidnie przepracowałam okres przygotowawczy. Ciężkie treningi zaowocowały. Wspólnie z Pauliną Mattik, reprezentującą KT GAT Gdańsk, udało nam się stanąć na najwyższym stopniu podium. Mam teraz rok przerwy między liceum, a rozpoczęciem studiów, dlatego chcę spróbować startów w turniejach zagranicznych i ogólnopolskich.

- Wspomniałaś, że ciężko pracujesz. Za Twoimi sukcesami stoi talent, mocny charakter czy ciężkie treningi?

- Myślę, że to wypadkowa tych składników. Na pewno dochodzi także kwestia moich rodziców. Tata, jako sportowiec, zaszczepił we mnie miłość do ciężkiej pracy. Już od najmłodszych lat trenowałam 5 razy w tygodniu. Dodatkowo, chodziłam do klasy sportowej, uczyłam się grać na fortepianie. Nie były to lata, które wspominam jako beztroski okres, jednak to zaprocentowało. Dziś jestem bardzo dobrze przygotowaną fizycznie zawodniczką.
W profesjonalnym sporcie nie można opierać się tylko na talencie czy cechach charakteru. Oczywiście, pomaga to odnieść sukces, jednak nie jest do niego kluczem.

- Które cechy charakteru uważasz za najważniejsze?

- Uwielbiam rywalizację. Już od najmłodszych lat, wchodząc na kort, starałam się dawać z siebie wszystko. Ważna jest też determinacja. Codziennie mam dwa, dwugodzinne treningi, plus ćwiczenia ogólnorozwojowe. Bywają dni, szczególnie w zimie, kiedy nie chce się zwlec z łóżka (śmiech). W sporcie liczy się też konsekwencja, szczególnie, gdy trzeba powtarzać setki razy dane ćwiczenie, czy uderzenie. W moim przypadku ważny jest też optymizm. Zauważyłam, że gdy wchodzę na kort pozytywnie nastawiona, gra mi się lepiej.

- Jakie masz plany na dalszą karierę?

- Już od jakiegoś czasu zaczęły pojawiać się propozycje wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Nasiliły się, kiedy umieściłam w sieci film prezentujący moje umiejętności. Po długich rozważaniach zdecydowałam się, żeby skorzystać z jednej z nich. Nie ma co ukrywać, że w tym sporcie ważne są pieniądze i sponsorzy. Większą szansę na ich pozyskanie będę miała za oceanem. Jedna ze szkół sfinansuje mój pobyt, naukę i treningi. Będę miała szansę ćwiczyć z zawodniczkami notowanymi w światowych rankingach. Żal będzie opuszczać Świdnik, ale grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji…

sobota, 28 kwiecień 2018 09:53

Co mi w duszy gra

Muzyka zawsze ją pociągała. Bardzo lubiła jej słuchać. W przedszkolu, do którego uczęszczała, w jednej z sal stało pianino. Choć nie umiała jeszcze grać, próbowała odnajdować na nim różne melodie i dźwięki. Później, gdy trochę podrosła, rodzice zapisali ją do Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Świdniku. Tam uczyła się gry na gitarze, a dziś sama dzieli się swoją wiedzą. W rozmowie, Kamila Krzeszowiec opowiada o swojej muzycznej drodze.

- Kto zaszczepił w Pani miłość do dźwięków?

- Pochodzę z rodziny, która nie jest zawodowo związana z muzyką. Moi bliscy są inżynierami, architektami, plastykami. Jednak z tego co wiem, mój dziadek był uzdolniony muzycznie. Ponoć grał ze słuchu na różnych instrumentach, łącznie ze skrzypcami i grzebieniem. Nie miałam okazji go poznać, ale być może przekazał mi tę pasję.

- Naukę zaczęła Pani od gry na gitarze.

- To było chyba w drugiej klasie szkoły podstawowej. Nie wiem, dlaczego wybrałam właśnie ten instrument. Moja siostra miała gitarę i pamiętam, że grała na niej ogniskowe piosenki. Natomiast czy to ona była inspiracją? Nie potrafię odpowiedzieć. Lubiłam uczyć się grać. Nie czułam, że to obowiązek, który nade mną wisiał i zawładnął całym moim czasem. Traktowałam to raczej jak przyjemność i formę relaksu, chociaż nie zawsze grałam to, co miałam przećwiczyć. Szukałam też swojej drogi, swoich utworów.

- I chyba udało się ją znaleźć, bo dziś występuje Pani przed publicznością. Jak wygląda proces tworzenia utworów?

- Jest dźwiękiem, brzmieniem, motywem, który pojawił mi się w głowie i w jakiś sposób mnie absorbuje. Wokół niego prowadzę obszar poszukiwań i do niego wracam. Zdarza się, że improwizuję. Nie skupiam się na teorii, tylko na tym, co mam ochotę zagrać, co mi się podoba, co chcę wyrazić i co jest przyjemne dla mojego ucha. Czasami miewam jakieś odczucie, w wyobraźni widzę obraz i staram się znaleźć dla niego odpowiednik w muzyce. Jakiś przebieg dźwięków, który oddałby charakter tego wrażenia czy stanu. To chyba rodzaj muzyki ilustracyjnej, bo nawet tytuły moich utworów mają związek z obrazami.

- Pani droga związała się z muzyką, choć chyba nie do końca była Pani co do tego przekonana.

- Po Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia w Świdniku, zaczęłam naukę w Szkole Muzycznej II stopnia im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, a później także na Akademii Muzycznej w Gdańsku. Natomiast w związku z tym, że gry na gitarze zaczęłam uczyć się trochę później niż poszłam do szkoły publicznej, między tymi cyklami była różnica dwóch lat. Jeszcze nie skończyłam szkoły muzycznej, a już miałam maturę. Żeby nie tracić czasu, zaczęłam studiować edukację artystyczną na UMCS. Podobały mi się zajęcia, rozwijały mnie na wielu obszarach. Choć wydaje się, że od początku planowałam zajmować się muzyką, wcale tak nie było. Jeszcze w liceum nie miałam pewności, czy moje życie zawodowe będzie tak wyglądało. Miałam na siebie różne pomysły. Przez chwilę chciałam studiować filologię klasyczną. Ostatecznie jednak kierowałam się sercem i wewnętrznym instynktem, który podpowiadał mi, że muzyka jest tym, co chcę robić w życiu.

- Została Pani pedagogiem.

- Na uczelni było dużo przedmiotów związanych z pedagogiką i psychologią, które bardzo mnie interesowały. Nawet zastanawiałam się, czy iść w kierunku gitary, czy jednak psychologii muzyki. Uważam, że to, że mogę rozwijać się na różnych poziomach i kierunkach, tworząc w ten sposób spójną całość, jest ubogacające.

- Dzięki temu, że ma Pani tak bogate doświadczenie łatwiej jest pracować z uczniami?

- Na pewno staram się sobie przypomnieć, jakie uczucia towarzyszyły mi, kiedy sama się uczyłam. Wiadomo, że nie będziemy czuć tego samego, bo każdy jest inny, ma inne cechy. Ale to bardzo pomaga spojrzeć na ucznia bardziej empatycznie.

- Świdniccy uczniowie mają talent?

- Jest bardzo dużo osób, które są uzdolnione. Natomiast w praktyce zawsze wygrywają ci, którzy są pracowici i rzetelnie realizują program nauczania. Nawet osoby, które nie są obdarzone dużym talentem potrafią pięknie grać, jeśli tylko nad tym pracują. Ale jednocześnie osoby utalentowane potrafią wiele zaprzepaścić albo nie zrobić nic sensownego ze swoim darem.

- Zajmowała się też Pani muzykoterapią.

- Zaraz po nauce na Akademii Muzycznej, zaczęłam studia podyplomowe z muzykoterapii. Uważałam, że dźwięk ma różne cechy i wpływa na ludzi, na ich stan psychiczny, emocjonalność, kontakt z drugim człowiekiem. Tak naprawdę w tamtym czasie zajmowałam się bajkoterapią i z niej też pisałam pracę dyplomową. W zajęcia, które wtedy prowadziłam w przedszkolu integracyjnym, wplatałam muzykę. To była opowieść słowna z różnymi elementami pozawerbalnymi. Bajki dotyczyły głównie tolerancji dla innych osób, akceptacji tego, że ktoś może mieć inne cechy, ale dotykały też takich problemów, jak złość, agresja, wycofanie. Te spotkania miały przygotować pełnosprawne dzieci do kontaktu z niepełnosprawnymi rówieśnikami i odwrotnie. Moja bajka zawsze była ilustrowana muzyką, graną przeze mnie na gitarze. Dzieci żywo reagowały na ćwiczenia z instrumentami. Aktywnie z nimi pracowały, ilustrując w ten sposób stan strachu czy zadowolenia. Za pomocą dźwięku mogły też nawiązać dialog pozawerbalny, co było bardzo cenne.

- Czego nauczyło Panią to doświadczenie?

- Muzykoterapia i kontakt z dziećmi nauczyły mnie, by cieszyć się małymi rzeczami. Zrozumiałam, że nawet niewielki sukces może być dla kogoś kamieniem milowym. Czasami przecież wydaje się, że to drobiazg, a później okazuje się, że buduje on most do kolejnego osiągnięcia. Warto zwracać uwagę na takie małe sukcesy, bo czasami się je deprecjonuje.

- Czym jest dla Pani muzyka?

- Dla mnie dźwięk wiąże się z obrazem, kolorem, światłem, światłocieniem. Kiedy do mnie dociera, powoduje dodatkowe wrażenia wizualne, ale nie tylko. Czasami przynosi ciarki, rozdrażnienie. Innym razem niesie ze sobą ukojenie. Moim zdaniem muzyka jest rodzajem języka. Mam takie odczucie, że muzyk może być akrobatą, aktorem, kiedy gra, ale dopiero wtedy, gdy zaczyna muzykę przepuszczać przez własną osobistą prawdę i subiektywny sposób odczuwania - nabiera ona zupełnie innej niepowtarzalnej jakości. W takich momentach nawet gdy pojawią się niedociągnięcia, to one nie przeszkadzają, nie mają znaczenia dla odbioru i wartości całości wykonania. W przypadku gry w zespole, zaczynają grać rolę jeszcze inne czynniki - porozumienie, współodpowiedzialność i ogólnie wiele różnych "współ-". To bardzo ciekawe.

- Jakie ma Pani plany na przyszłość?

- Cały czas uczę się grać na gitarze, bo mam świadomość, że jeszcze wielu rzeczy nie potrafię. Czasami trochę mnie to przeraża. Tak naprawdę chciałabym teraz zainwestować
w siebie, w swoją grę solową.

Agata Flisiak

sobota, 28 kwiecień 2018 12:30

Każda zasługuje na opiekę

Agnieszka Kais i Ewelina Wosiak-Chojecka od lat są położnymi. Poznały się w świdnickim szpitalu, gdzie razem pracowały. Wreszcie wpadły na pomysł, by założyć własną działalność i przekazywać wiedzę okołoporodową kobietom w ciąży. Dziś wspólnie prowadzą „Ixchel - Twoja położna.”

- Kiedy rozpoczęły Panie praktykę?

Ewelina Wosiak-Chojecka: Działalność założyłyśmy 2 listopada 2016 roku. Od tego czasu, ku naszej radości, usługi są coraz lepiej odbierane przez społeczeństwo. A o to właśnie chodziło, żeby panie mogły dzwonić, pytać i prosić o poradę. Myślę, że udało nam się to osiągnąć. Mamy bardzo fajne pacjentki, które zamiast zajrzeć do internetu w poszukiwaniu informacji, wolą zadzwonić do nas. To bardzo budujące. Widzimy, że istnieje zapotrzebowanie na to, co robimy.

- Zbudowały sobie Panie autorytet wśród przyszłych mam.

Agnieszka Kais: Po części na pewno tak. Wybierając nas na swoje położne, już po 21 tygodniu ciąży ciężarne mogą spotykać się z nami na zajęciach edukacyjnych, podczas których rozmawiamy o ich stanie, porodzie, połogu, pielęgnacji niemowlęcia, jego toalecie i karmieniu. W ramach edukacji oferujemy warsztaty z chustonoszenia. Kobiety spotykają się też z rehabilitantem, dietetykiem, psychologiem oraz ratownikiem medycznym, który opowiada, jak udzielić pierwszej pomocy. Oprócz tego, mogą wybrać się na ćwiczenia dla pań w ciąży w Studio43. Ponieważ Ewelina nadal pracuje w szpitalu, ma z nimi kontakt także tam. Później odwiedzamy je w domu. Czasami pacjentki dzwonią do nas nawet po roku od porodu, bo mają jakieś pytanie. To dla nas duża satysfakcja. Dzięki temu, że mamy kontrakt z NFZ, nasza oferta jest bezpłatna.

- Współpracujecie z wieloma osobami.

A. K.: Mamy to szczęście, że na naszej drodze pojawiają się fajni ludzie. Współpraca z nimi owocuje świetnymi zajęciami. Same staramy się być otwarte i empatyczne i chyba dlatego przyciągamy takie osoby.

E. Ch.-W.: To przede wszystkim specjaliści w swoich dziedzinach. Wiedzą, jak pomóc pacjentkom. Są na nie otwarci i bardzo oddani. Łatwo nawiązują kontakt, a w razie potrzeby, służą radą także poza naszym gabinetem.

- To niezwykłe, móc uczestniczyć w czyimś życiu niemal od początku.

E. W.-Ch.: Tak naprawdę chęć bycia częścią życia kobiety, to główny bodziec do pracy w charakterze położnej. Jest ona bardzo specyficzna. To właściwie powołanie. Bez niego nie można być dobrą położną. Każda z nas chce dać drugiemu człowiekowi trochę siebie.

A. K.: Położna nie powinna być osobą anonimową. Zamysłem naszej pracy było wdrożenie na świdnickim rynku idei akuszerki z wyboru i na całe życie. Osoby kompetentnej i zaufanej - tak działa to w Europie i się sprawdza. Chociaż oczywiście, mamy wśród pacjentek również panie, które zgłosiły się do nas dopiero na opiekę środowiskową. Mimo to, udaje nam się nawiązać dobrą relację i utrzymujemy kontakt przez długi czas.

- Co sprawia trudność młody mamom?

E. W.-Ch.: Przede wszystkim należy podkreślić, że mają prawo pewnych rzeczy nie wiedzieć, potrzebować wsparcia i tego, by ktoś nimi pokierował. Zdajemy sobie sprawę, że czasami problemem może okazać się pierwsza kąpiel niemowlęcia, zmiana pieluchy, przystawienie do piersi czy utrzymanie laktacji. Kobiety pytają też o powrót do formy, aktywność po połogu czy pielęgnację. Te zagadnienia są naprawdę z różnych półek.

A. K.: Kłopotliwa jest też obserwacja niemowlęcia albo dieta mamy, która zastanawia się, czy może ją poszerzyć. Generalnie pamiętajmy, że teraz nie mówi się już o diecie dla kobiet karmiących. Panie mogą jeść wszystko, zachowując zdrowy rozsądek. Oczywiście nie wchodzimy w kompetencje lekarza pediatry czy ginekologa.

- Czego potrzebują?

E. W.-Ch.: Czasem po prostu powiedzenia, że są super i że ze wszystkim świetnie sobie radzą. Bo czasami wydaje im się, że są beznadziejne i nic im nie wychodzi. Staramy się znaleźć w każdej dziewczynie potencjał i przypomnieć jej o nim. Mówimy, co robi dobrze, a co jeszcze trzeba poprawić i w jaki sposób to zrobić. To naprawdę bardzo pomaga i świetnie się sprawdza. Mamy znów zaczynają w siebie wierzyć. Każda z nas zasługuje na dobrą opiekę, dlatego staramy się dać ją naszym pacjentkom.

- Patrząc na ilość pozytywnych komentarzy w internecie, wasze podejście sprawdza się.

E. W.-Ch.: Jest nam bardzo miło, aczkolwiek zawsze po przeczytaniu takich wpisów czujemy presję odpowiedzialności i trochę się stresujemy. Wszystkie opinie motywują nas do tego, by dalej działać. Jednocześnie, nie chcemy się też zagalopować w samozadowoleniu.

- Cały czas mówimy o współpracy z mamami. A jak to wygląda, jeśli chodzi o ich najbliższych?

E. W.-Ch.: Tatusiowie są równie ważni. Bardzo chętnie uczestniczą w zajęciach. To chyba znak obecnych czasów, że opiekują się żonami jeszcze przed porodem, ale także po. Często angażują się do pomocy w pielęgnacji niemowlęcia. Natomiast z babciami, dziadkami czy ciociami bywa różnie.

A. K.: Zdarzają się takie babcie, które nie zgadzają się z naszymi radami, bo same inaczej dbały o dzieci. Niemniej jednak są też panie, które chętnie uczestniczą w spotkaniach, bo chcą o coś zapytać, zdobyć nową wiedzę i po prostu być pomocne. Bardzo dobrze współpracuje nam się też ze starszym rodzeństwem.

- Bierzecie na siebie dużą odpowiedzialność. W jaki sposób odpoczywacie?

E. W.-Ch.: Szybko i intensywnie. Każda wolna minuta to czas dla rodziny, która jest dla każdej z nas bardzo ważna. Mam dwoje wspaniałych i wyrozumiałych dzieci. Oliwia i Dawid wiedzą, że w pracy jestem zajęta obowiązkami, ale gdy wracam do domu, jestem cała dla nich. Mój mąż też zdążył się już przyzwyczaić, że w naszym domu wszędzie leżą moje notatki i książki. Nauczyliśmy się korzystać z każdej wolnej chwili. Wyjeżdżamy, kiedy tylko możemy, lubimy też razem wychodzić. Walczymy o każdą minutę. Nie wypada inaczej, skoro zawodowo dbamy o rodziny innych osób?

A. K.: Ja na szczęście mam wolne weekendy, więc łatwiej znaleźć mi chwilę na odpoczynek. Mam dorosłe dzieci, 16-letnią córkę i 20-letniego syna, którzy również są wyrozumiali dla mojej pracy. Mąż też doskonale rozumie moje zawodowe „wyskoki”, na przykład wyjazdy na szkolenia czy ciągłe podnoszenie kwalifikacji. Wie, że nawet poza godzinami pracy odbieram telefony od pacjentek. Myślę, że ani ja, ani Ewelina nie czujemy się wypalone zawodowo. Akuszerki zawsze prowadziły życie na walizkach, gotowe służyć pomocą o każdej porze dnia i nocy.

Więcej informacji o działalności, a także o opiece nad kobietą i edukacji okołoporodowej można uzyskać na facebookowym profilu wpisując Ixchel-Twoja-Polozna. Panie Agnieszka i Ewelina przyjmują też w gabinecie mieszczącym się przy ul. Ratajczaka 9/2. Czynny jest w poniedziałki, od godz. 15.00 do 18.00 oraz od wtorku do piątku, w godz. 8.30-11.30.

Agata Flisiak

Strona 5 z 302