jg - Świdnik - wysokich lotów

poniedziałek, 05 luty 2018 14:10

Rejkowizna ma wykonawcę

19 stycznia minął termin zgłaszania ofert na budowę ulicy Rejkowizna. Do przetargu stanęło pięciu kandydatów. Wygrała propozycja świdni­ckiej firmy ClipBud.

Nie była to najtańsza oferta, jednak autor korzystniejszej pod względem ceny, popełnił błędy formalne i przegrał przetarg.

Przypomnijmy. Na budowę 360-metrowego odcinka ul. Rejko­wizna przeznaczono w budżecie miasta 1,75 mln zł. Zwycięska oferta opiewa na niecałe 1,2 mln zł. Po podpisaniu umowy, wy­konawca będzie miał 8 miesięcy na przeprowadzenie robót. Jest więc szansa, że nowa droga zacznie służyć mieszkańcom okolicznych posesji jeszcze w tym roku. A pracy jest sporo.

Zadaniem firmy ClipBud będzie, między innymi, usunięcie drzew i krzewów, rozebranie nawierzchni jezdni, wykonanie konstrukcji nowej drogi i wylanie asfaltu. Nowy fragment ul. Rejkowizna zostanie również wyposażony w wyniesione przejścia dla pieszych i chodnik. W ramach prac będą też utwardzone wjazdy na posesje. Przy drodze zostanie zamontowane oświetlenie uliczne i wybudowana kanalizacja deszczowa.

Budowa ul. Rejkowizna jest frag­mentem większego przedsięwzię­cia. Łączy się ona bowiem z al. Lot­ników Polskich i dalej, z ul. Klonową. Trudności z wyjazdem z obu tych ulic, zwłaszcza w godzinach nasi­lonego ruchu, na al. Lotników Pol­skich, spowodowały konieczność przebudowy skrzyżowania. Rozpa­trywanych jest kilka koncepcji, w tym budowa ronda. Jednak fawory­tem wydaje się instalacja sygnaliza­cji świetlnej. Na przebudowę skrzy­żowania w tegorocznym, budżecie miasta zarezerwowano 0,5 mln zł.

sobota, 03 luty 2018 09:37

Aby zajęcia były bezpieczne

Trwają ferie zimowe. Świdnicki sanepid sprawuje nadzór nad bezpieczeństwem sanitarnym wypoczywających dzieci i młodzieży. W tym roku do stacji wpłynęły tylko dwa zgłoszenia od organizatorów półkolonii. W minionych latach, zimowych ofert wypoczynku, w tym stacjonarnych kolonii, z pełnym wyżywieniem, było o wiele więcej. Niezależnie od tego, pracy nie ubywa, gdyż w normalnym trybie funkcjonują przedszkola.

O atrakcyjny program zajęć w czasie wolnym od nauki zadbały Miejski Ośrodek Kultury i Spółdzielczy Dom Kultury. Pierwsza placówka przygotowała ofertę dla 45 dzieci, druga dla 20, na każdy turnus. Do sanepidu nie dotarły inne zgłoszenia z terenu powiatu świdnickiego, dotyczące organizacji ferii.

Od niedawna zmieniły się zasady zgłaszania wypoczynku dla najmłodszych. Kiedyś wystarczyło złożyć w sanepidzie podanie. Teraz organizator musi poinformować o tym MEN i kuratorium. Dopiero na podstawie takiego zgłoszenia stacja może skontrolować warunki wypoczynku.

– Jeśli chodzi o ferie, nie mamy zbyt wiele pracy – mówi Jan Nowicki, dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Świdniku. - Obie zgłoszone formy wypoczynku to półkolonie, bez wyżywienia i noclegu. Na najbliższe dwa tygodnie zaplanowaliśmy już kontrole, które w praktyce i tak pokrywają się z regularnymi, rutynowymi wizytacjami. Interesuje nas stan sanitarny łazienek, korytarzy i sal do prowadzenia zajęć. Wstępna weryfikacja dokonana przed feriami wskazuje, że nie pojawią się problemy. Podczas wizyt będziemy też przekazywać materiały oświatowe, dotyczące bezpieczeństwa wypoczynku, zasad utrzymania czystości i higieny w kontaktach między dziećmi, ze szczególnym wskazaniem na trwający okres grypowy. To ważne, bo w ciągu ostatnich tygodni liczba infekcji grypopodobnych znacząco wzrosła. Dla młodzieży gimnazjalnej przygotowaliśmy ulotki na temat szkodliwości palenia tytoniu i ryzyka zażywania środków psychotropowych.

słs

niedziela, 04 luty 2018 08:51

Jak walczyć ze smogiem?

Gdyby udało się ograniczyć zjawisko smogu w Świdniku o 10 procent rocznie, to byłby sukces. Tak twierdzi Kazimierz Patrzała, wiceprzewodniczący Rady Miasta i mieszkaniec dzielnicy Adampol, oskarżanej często o największy udział w zatruwaniu Świdnika szkodliwym dymem. Stara się o to, żeby walka ze smogiem dawała korzyści wszystkim świdniczanom. Również tym, którzy za nią zapłacą.

- Pierwszą próbę podjęto rok temu - tłumaczy K. Patrzała. - Zasady były następujące: właściciel domku wybierał wykonawcę i wymieniał lub modernizował piec ogrzewający jego mieszkanie. Jeśli kosztowało go to 10 tys. zł, brał kredyt w wysokości 7 tys. zł i musiał go spłacić. Mógł jednak liczyć na refundację pożyczki. W sumie inwestował w nowy piec 3 tys. zł. Ta propozycja nie spotkała się jednak z entuzjazmem mieszkańców domków jednorodzinnych, tym bardziej, że były trudności z rozliczeniem inwestycji. Dlatego skorzystało z niej tylko trzech właścicieli posesji.

Radny odwiedził niedawno Wojewódzki Urząd Ochrony Środowiska, gdzie dowiedział się, że przygotowywana jest nowa, bardziej atrakcyjna propozycja. Jej zasady mają być ogłoszone w kwietniu. Według nowych reguł, na największe pieniądze mogą liczyć miejscowości regionu, w których zagrożenie smogiem jest najpoważniejsze.

Jednym z podstawowych problemów jest oszacowanie rzeczywistych potrzeb modernizacyjnych mieszkańców osiedli domów jednorodzinnych.

- Nie wiemy, ile systemów grzewczych zostało już zmodyfikowanych. Niektórzy, pomimo, że mają do dyspozycji zarówno piec węglowy, jak i bardziej ekologiczny, gazowy, wciąż grzeją węglem - tłumaczy K. Patrzała. - Dlaczego? Odpowiedź na pozór jest prosta. Ponieważ węgiel jest tańszy. Niektórzy tłumaczą też, że grzeje mocniej.

Pozostaje kwestia, jak, zgodnie z prawem sprawdzić, czym ogrzewają domy ich mieszkańcy. Trudno bowiem liczyć, że tłumnie, na ochotnika, zgłoszą się w tej sprawie do Urzędu Miasta. Poza tym, udział w takim przeglądzie powinni wziąć również fachowcy, potrafiący ocenić nie tylko stan pieca, ale i całej instalacji grzewczej.

- Popieram wszelkie inicjatywy zmierzające do tego, by powietrze nad Świdnikiem robiło się coraz czystsze - mówił na ostatniej sesji Rady Miasta burmistrz Waldemar Jakson. - Musimy jednak znaleźć formuję pozwalającą na przeprowadzenie rekonesansu bez narażenia się na zarzut naruszania miru domowego.

Mieszkańcy osiedli jednorodzinnych bardzo solidnie podchodzą do wymogu segregacji odpadów. Potwierdza to Krzysztof Falenta, prezes spółki Remondis, zajmującej się ich wywózką. Tak więc spalanie w piecach c.o. plastiku czy gumy to przypadki incydentalne, nie reguła.

Podobnie sytuację ocenia Janusz Wójtowicz, komendant Straży Miejskiej: - Z naszych obserwacji wynika, że odpadów, przede wszystkim do rozpalania w piecu, używa maksymalnie kilka procent mieszkańców domków jednorodzinnych. Głównie są to osoby starsze, które nie zawsze rozumieją zagrożenie związane z zanieczyszczaniem powietrza. Niestety, niektórych musieliśmy ukarać mandatami. Generalnie jednak obserwujemy znaczny wzrost świadomości o konieczności ochrony środowiska.
Przyczyną przykrego zapachu i smogu może być również zła jakość węgla.

- Z własnego doświadczenia wiem, że zakup nowoczesnego pieca, nawet węglowego i użycie odpowiedniej jakości opału, nie tylko poprawia jakość wydobywających się z komina spalin, ale również obniża koszty - mówi K. Patrzała. - Najlepszym wyjściem byłaby jednak instalacja pieców gazowych. Naturalnie potrzebna jest do tego zachęta, najlepiej finansowa. Oprócz dopłat do zakupu urządzeń, mogłaby ona polegać, na przykład, na sezonowym obniżeniu cen gazu w okresie grzewczym z określeniem limitów dla ogrzewających domy tym paliwem. Oczywiście decyzja nie należy do samorządów, jednak globalny problem smogu, nasilający się również w naszym kraju, powinien zmusić rząd do zastanowienia się i nad takim rozwiązaniem.

jmr

piątek, 02 luty 2018 13:08

Świdniczanie z szansą na tytuł

Kurier Lubelski ogłosił plebiscyt na „Człowieka Roku”. Szanse na zaszczytny tytuł ma kilku mieszkańców lotniczego miasta.

W tym roku, po raz pierwszy, nagrodzeni zostaną liderzy w czterech kategoriach: działalność społeczna i charytatywna, kultura, samorządność i społeczność lokalna oraz biznes.

- Z przyjemnością nagrodzimy ludzi nietuzinkowych, pomysłowych i ciekawych. Osoby, które pociągają za sobą innych. Mają na swoim koncie sukcesy lub potencjał, aby odnieść sukces w przyszłości. Zamierzamy uhonorować i wyróżnić tych, którzy konsekwentnie realizują obrane cele - tłumaczą organizatorzy.

W kategorii kultura, jedną z nominowanych jest Renata Szuryga, założycielka i instruktor grupy „Pod Błękitną Paletą”, działającą w Miejskim Ośrodku Kultury. Za działalność społeczną i charytatywną tytuł może powędrować do Agnieszki Jakubczyk, prezes stowarzyszenia „Biegający Świdnik”, Iwony Ratajczak, przewodniczącej zarządu PSONI lub sportowców: Grzegorza Kanikuły i Piotra Usidusa. W kategorii biznes, o tytuł walczy Mieczysław Majewski, prezes zarządu PZL-Świdnik. Największa rywalizacja toczyć się będzie wśród nominowanych w kategorii samorządność i społeczność lokalna. Tu szanse na tytuł mają Andrzej Wiśnioch, prezes Towarzystwa Śpiewaczego Arion w Świdniku, Klaudia Waryszak-Lubaś, prezes stowarzyszenia „Świdnik Miasto Dla Rowerów”, Magdalena Celińska, dyrygentka Chóru Św. Kingi, Władysław Starobrat i Patryk Sadowski, nominowani za prowadzenie modelarni lotniczej w Spółdzielczym Domu Kultury w Świdniku, burmistrz Waldemar Jakson, jego zastępca, Michał Piotrowicz oraz komendant Straży Miejskiej, Janusz Wójtowicz.

- Nominacja za zaangażowanie w rozwój powiatu i miasta oraz udział w przedsięwzięciach budujących patriotyzm to bardzo miła niespodzianka - mówił o nominacji burmistrz Waldemar Jakson. - To wyróżnienia dla Świdnika. Miasta, z którego jestem dumny.

Głosowanie potrwa do 15 lutego. Szczegóły na stronie internetowej dziennika. 

piątek, 02 luty 2018 10:28

Osiem razy u siebie

Dostępny jest już godzinowy terminarz domowych spotkań Avii Świdnik. Żółto – niebiescy, w rundzie wiosennej zagrają osiem pojedynków przed własną publicznością. Pierwszy, 17 marca, o godz. 13.00, z JKS Jarosław. Sezon zakończą 16 czerwca (godz. 17.00) meczem z Karpatami Krosno.

Sympatyków świdnickiego zespołu czeka ciekawa runda przy ul. Sportowej 2. Podopieczni Dominika Bednarczyka będą gościć takich przeciwników jak Chełmianka Chełm, Orlęta Radzyń Podlaski czy Resovia Rzeszów. Najwcześniej wybiegną na boisko o godz. 11.00, przeciwko MKS Trzebinia. Poniżej terminarz domowych meczów:

Avia Świdnik – JKS Jarosław (17 marca, godz. 13.00)

Avia Świdnik – MKS Trzebinia (31 marca, godz. 11.00)

Avia Świdnik – Wiślanie Jaśkowice (14 kwietnia, godz. 13.00)

Avia Świdnik – Chełmianka Chełm (25 kwietnia, godz. 17.00)

Avia Świdnik – Orlęta Radzyń Podlaski (5 maja, godz. 17.00)

Avia Świdnik – Podhale Nowy Targ (26 maja, godz. 15.00)

Avia Świdnik – Resovia Rzeszów (2 czerwca, godz. 17.00)

Avia Świdnik – Karpaty Krosno (16 czerwca, godz. 17.00)

niedziela, 04 luty 2018 09:01

Żwirki i Wigury po nowemu

Osiedle czeka rewitalizacja. Początkowo miała objąć trzy ulice. Ostatecznie zapadła decyzja, że obejmie wszystkie. Jeszcze w tym roku powstanie dokumentacja projektowa tej inwestycji.

Pierwsze domy jednorodzinne na osiedlu Żwirki i Wigury powstawały kilkadziesiąt lat temu. Wraz z nimi pojawiały się nowe ulice. Co prawda, niewielkie drogi zostały utwardzone, ale również mają już kilka dekad. Mieszkańcy osiedla zaczęli odczuwać upływ czasu, choćby w postaci dziur w jezdniach.

- Inwestycje na naszym osiedlu pamiętają lata pięćdziesiąte. Niektóre z nich powstawały w tzw. czynie społecznym. Nie ma przy nich również kanalizacji burzowej. Kiedy popada mamy na ulicach wodne strumienie – tłumaczą mieszkańcy.
Świdniczanie z osiedla Żwirki i Wigury postanowili wystąpić z petycją do Urzędu Miasta. Wnioskują w niej o kompleksowy remont ulic, wykonanie kanalizacji burzowej, parkingów i oświetlenia. Urzędnicy z ratusza potwierdzają, że prośby mieszkańców zostały już wzięte pod uwagę.

- Przeprowadzenie kompleksowego remontu dróg na osiedlu Żwirki i Wigury jest zasadne. W tym celu do budżetu na rok 2018 wpisane zostało sporządzenie dokumentacji projektowej przebudowy sieci ulic, wraz z oświetleniem i infrastrukturą odprowadzająca wody deszczowe – tłumaczy radny Marcin Dmowski.

W planie miejskich wydatków zostało zarezerwowane na to zadanie 300 tys. zł. Początkowo jednak dokumentacja miała dotyczyć trzech ulic: Puławskiego, Matejki i Szopena. Na prośby mieszkańców, przedstawiciele urzędu postanowili wpisać do niej również ul. Miłą, Kwiatową i Willową. 

sobota, 03 luty 2018 09:30

Najlepsza jest radość ucznia

Tomasz Bochniak swoją przygodę z angielskim zaczął od książki o przygodach Robinsona Crusoe. Czytanie o Anglii spodobało mu się tak bardzo, że zapragnął poznać tamtejszy język. Gdy dorósł, rozpoczął studia filologiczne, później pracował jako tłumacz. Wreszcie otworzył szkołę języka angielskiego „Red Bus”. W rozmowie z nami, opowiada o tym, że najlepsza praca to ta, która jest naszą pasją.

- Jak to się wszystko zaczęło?

- Gdy miałem 5 lat, nieźle radziłem już sobie z czytaniem. W ręce wpadł mi wtedy „Robinson Crusoe”, w polskim wydaniu. Czytałem o Anglii i pomyślałem, że w przyszłości fajnie byłoby tam zamieszkać i podróżować, jak Robinson. Zastanawiała mnie tylko jedna rzecz - książkę była po polsku, a to jakoś mi nie grało. Anglicy przecież nie mówią w naszym języku. Chciałem poznać lekturę w oryginalne. Udało mi się ją pożyczyć. Oczywiście, nic z niej nie rozumiałem, ale porównywałem ją z tym, co znałem z polskiej wersji i coś tam wyłapałem. Kolejnym etapem, który ugruntował moje zainteresowania, było obejrzenie w wieku 6 czy 7 lat meczu Manchester United, mojej ulubionej drużyny piłkarskiej. Zastanawiałem się, co śpiewają kibice na trybunach i jakie polecenia wydaje trener. Stwierdziłem, że kiedyś nauczę się angielskiego, pojadę do Manchesteru, będę tam mieszkał i chodził na mecze. Niestety, na razie udało mi się zobaczyć tylko jeden, ale wszystko jeszcze przede mną. Uważam, że to hobby powoduje, że dzieci zaczynają się interesować językiem. Ja, na przykład radzę im, by jeśli lubią jakiś zagraniczny zespół muzyczny czy sportowy, film, książkę, zarejestrowali się na forum anglojęzycznym. Będą mieć informacje z pierwszej ręki, a przy okazji poznają nowe słownictwo.

- Kiedy zdecydował Pan, że zostanie nauczycielem?

- Gdyby ktoś w wieku 18, 19 lat powiedział mi, że nim będę, roześmiałbym się i powiedział, że nie ma takiej opcji. Ta myśl pojawiła się dużo później. Wiadomo, że każdy student anglistyki, chciał być tłumaczem. Tak było też ze mną. W 2015 roku poszedłem na staż do Parku Technologicznego, gdzie przyjeżdżały delegacje z zagranicy. Musiałem wejść w szersze relacje międzyludzkie i stwierdziłem, że mi to odpowiada. Na próbę zacząłem uczyć jednego kursanta, później drugiego. Usłyszałem pochlebne opinie o sobie, a szczerze mówiąc, myślałem, że jestem w tym beznadziejny. Widziałem sukcesy moich uczniów i stwierdziłem, że lubię to. A jeżeli robię to, co sprawia mi przyjemność i jeszcze na tym zarabiam, to w sumie jestem szczęściarzem. Niewielu ludzi może sobie na to pozwolić. W końcu założyłem własną działalność.

- Nie chciał Pan kontynuować przygody z tłumaczeniami?

- Teraz poznaję fantastycznych ludzi. Uczę nie tylko w przedszkolu. Mam kursantów w wieku gimnazjalnym i licealnym, prowadzę też szkolenia dla dorosłych. A dlaczego nie poszedłem w tłumaczenia? Ciężko jest o pracę w tym zawodzie. Można spróbować w biurze tłumaczeń, ale wiele osób mi to odradzało. Pracodawcy specjalnie wyszukują słowo, którego znaczenie podane przez tłumacza odbiega nieco od ich koncepcji. Z tego powodu nie płacą za cały artykuł, tylko za część. Moja firma otrzymuje mało zleceń. Zdarzają się jednak rzeczy ciekawe, takie jak przetłumaczenie homilii na język angielski dla księdza, którego uczyłem. Akurat leciał do Nowego Jorku, gdzie miał poprowadzić mszę i wygłosić kazanie.

- Lekcje odbywają się w grupach?

- Trafiają do mnie głównie kursanci indywidualni. Z angielskim jest trochę, jak z transferem internetu. Jeśli puścimy go na więcej osób, będzie wolniejszy, bardziej podzielony. Natomiast, kiedy trafia tylko do jednego adresata, staje się szybki i płynny. W związku z tym, jeśli rodzice płacą 150 zł miesięcznie za zajęcia w grupie 10-osobowej, z których dzieci wyniosą kilka słów, to dlaczego nie dopłacić 30 zł za lekcje indywidualne? Może to naiwne, ale nie byłbym w stanie brać stawek rzędu 50 czy 60 zł za godzinę lekcyjną od kobiety samotnie wychowującej dzieci. W takim przypadku stosuję indywidualne ceny.

- Jak wyglądają zajęcia? Nie jest przecież tak, że przy każdym uczniu stosuje się tą samą metodę.

- Dlatego polubiłem metodę Montessori. W szkołach utarło się, by wszystkich uczyć jednakowo. Do tego dochodzi szufladkowanie ze względu na pochodzenie ucznia, czy jest z biednej czy też z zamożnej rodziny, czy jego rodzeństwo jest grzeczne, czy łobuzuje. Czasami przychodzi do mnie rodzic i mówi, że jeśli wytrzymam z jego synem pół godziny, to będzie sukces. Że wszyscy na niego narzekają i właśnie zabrał go z kolejnej szkółki. A do niego trzeba podejść indywidualnie. Nagle okazuje się, że pracuję z tym uczniem już 20 minut, robimy ćwiczenia na tablicy interaktywnej, dopasowujemy słówka do obrazków i jest fajnie. Po pół godziny faktycznie następuje rozkojarzenie, więc mówię mu, że dobrze pracuje, ale teraz zrobimy 10 minut przerwy. W tym czasie kursant może włączyć na tablicy cokolwiek chce. To dla niego wielka frajda. Do końca zajęć pracujemy już bez problemu. U dzieci najważniejsze jest oddziaływanie na jak największą ilości zmysłów. Powtarzanie słowa nie wystarczy, gdyż uruchamiamy tylko 1 zmysł. Wzrok - wyświetlenie na tablicy, plus dotyk - praca na tablicy interaktywnej lub, co stosuję w przedszkolu, kliknięcie pilotem z laserem na obiekt, o który pytam po angielsku. Dziecko zanim znajdzie w sali ów obiekt, idzie z pilotem powtarzając sobie w głowie słowo, np. „yellow box”. W końcu go znajduje i świeci na nie laserem. Dla nas dorosłych to banalne, ale dla nich to frajda. Wystarczy, że pilota zabraknie na zajęciach i mniej chętnie wskazują przedmioty.

- Prowadzi Pan zajęcia w przedszkolach, do których chodzą także chore dzieci.

- Jeśli dziecko ma wysoki poziom Aspergera czy autyzmu, nie ma szans na przeprowadzenie lekcji, bo taki maluch często nie mówi jeszcze po polsku. Trzeba wyczekać na moment w jego rozwoju, kiedy czuje się komfortowo ze swoim językiem. Jeśli określamy dany przedmiot po polsku i angielsku, musi wiedzieć, co to oznacza. Jeśli nie rozumie, usłyszy jakieś abstrakcyjne nazwy i będzie zastanawiać się, której użyć. Natomiast jeśli to delikatny poziom opóźnienia, najważniejsze jest podejście i aura. Uczeń musi czuć się akceptowany i lubiany. Była dziewczynka, która siedziała z grupą na zajęciach, ale nie odzywała się i nie wykonywała zadań. Nie przeszkadzało mi to. Któregoś dnia spadł śnieg. Przyszedłem do przedszkola, a ona złapała mnie za rękę, pociągnęła do okna i zaczęła mówić „white”. Czuła się gotowa, by myśleć samodzielnie, abstrakcyjnie, że biały znaczy „white”, że śnieg jest biały. Było warto. Do tego dochodzą jeszcze dzieci z zespołem Downa, moi ulubieni podopieczni. Są bardzo ekspresywni. Trzeba z nimi postępować w sposób ruchowy. Czyli, na przykład, mówiąc „hello”, użyć zamaszystego ruchu ręką albo uśmiechu.

- Co jest najfajniejszego w nauczaniu?

- Radość ucznia. Kiedy przychodzi do mnie pani cała w skowronkach i mówi, że po raz pierwszy odbyła na Skypie rozmowę po angielsku z koleżanką, z Kanady. Albo ksiądz, którego uczę, był jedynym kapłanem znającym angielski i wyspowiadał pewną Włoszczkę. Jeśli chłopiec rozwiązuje quiz i zdobywa w nim 10 punktów na 10 możliwych i cieszy się, jakby wygrał milion dolarów - to jest fajne. Wychodzę z założenia, że wszystko, czego się w życiu nauczyliśmy, powinniśmy przekazywać innym. I to właśnie dzielenie się wiedzą jest w tym wszystkim najlepsze.

- A co uważa Pan za swój największy sukces?

- Na pewno, na wysokim miejscu znalazłby się kapłan, który wygłosił homilię w Nowym Jorku i uczennica, która z wyniku na poziomie 50%, w dwa miesiące przed maturą, podniosła się na 80%. Trzeci, największy sukces jest związany z moją siostrą. W ciągu 9 miesięcy przeszła z poziomu A2 do B2. Uczę dopiero od dwóch lat i jednego miesiąca, więc tych osiągnięć nie ma wiele, ale mam nadzieję, że przyjdą kolejne.

- Ma Pan marzenie związane ze szkołą i kursantami?

- Może zabrzmi to pretensjonalnie, ale chciałbym, żeby za 20, 30 lat znalazło się kilka osób, które stwierdzą, że był taki facet, który ich czegoś nauczył, był dla nich świetnym trenerem. To by mi wystarczyło.

Agata Flisiak

wtorek, 06 luty 2018 08:06

Spółka na podglądzie

PK „Pegimek” stawia na nowości. Na terenie zakładu zainstalowano ponad 20 kamer. Monitoring „pilnuje” również cmentarza komunalnego. W przedsiębiorstwie pojawił się też nowy sprzęt budowlany i nie tylko.

Dotąd miejska spółka zatrudniała firmę ochroniarską. Kilka miesięcy temu zapadła jednak decyzja o zainstalowaniu na terenie PK Pegimek kamer. Monitoring pojawił się we wszystkich budynkach należących do przedsiębiorstwa. Podgląd na to, co dzieje się na ich terenie, mają władze PK Pegimek i kierownicy poszczególnych działów. Mogą na bieżąco sprawdzić czy choćby o wyznaczonej godzinie wyjechały pługi odśnieżające miasto.

- Stawiam na innowacyjność, dobrą komunikację i usprawnienie procesów - mówi Hubert Obrusiewicz, prezes Przedsiębiorstwa Komunalnego „Pegimek”. - Temu również służy montaż systemu monitoringu we wszystkich zakładach. Ma on z jednej strony charakter prewencyjny, z drugiej pomaga kierownictwu w wypełnianiu codziennych obowiązków.

Razem z montażem kamer na terenie przedsiębiorstwa zapadła również decyzja o zainstalowaniu dwóch na cmentarzu komunalnym, którym zarządza PK „Pegimek”.

- Wielokrotnie zgłaszano nam, jako administratorowi nekropolii, pewne nieprawidłowości. Otrzymywaliśmy informacje, że ktoś coś wysypał na cmentarzu, że nieuprawnione osoby przebywają na terenie nekropolii w późnych godzinach, czy że nieznany sprawca uszkodził nagrobek. W związku z tym pomyśleliśmy, że wraz z przetargiem na założenie monitoringu w całym przedsiębiorstwie, wystąpimy do miasta o środki na montaż kamer na cmentarzu, żeby takim sytuacjom przeciwdziałać - tłumaczy H. Obrusiewicz.

Od minionego tygodnia w PK „Pegimek” działa również nowoczesna centrala telefoniczna.

- Możemy się dzięki niej komunikować za pomocą linii wewnętrznych z całym przedsiębiorstwem. Z drugiej strony daje nam to dużo innych możliwości, choćby w postaci nagrywania rozmów, które w razie potrzeby można odtworzyć. Myślimy również o wydzieleniu dodatkowych numerów do zakładu zarządzającego nieruchomościami tj. administracja i czynsze, bądź innych komórek mających bezpośredni kontakt z klientem. Dzięki temu mieszkańcy będą mogli już bezpośrednio dzwonić do konkretnej jednostki odpowiedzialnej za dany obszar. Cyfrowa centrala umożliwia nam też nagranie komunikatów dotyczących awarii, bądź innych zapowiedzi o charakterze informacyjnym. Na razie jesteśmy na etapie poznawania jej możliwości - mówi prezes PK „Pegimek”.

Nowości pojawiły się też w bazie sprzętowej przedsiębiorstwa. - Zakupiliśmy dwie koparki za ok. 800 tys. zł. Robimy szereg inwestycji, a w przypadku starego taboru istnieje duże niebezpieczeństwo, że dojdzie do jego awarii. W takiej sytuacji od razu robi się problem choćby z dotrzymaniem terminu zakończenia inwestycji - dodaje Hubert Obrusiewicz.

W minionym roku przedsiębiorstwo wykonywało m.in. przebudowę ul. Szkolnej czy kładło kanalizację we fragmencie ul. Kusocińskiego.

poniedziałek, 22 styczeń 2018 10:10

Logo dla Niepodległej

Startuje konkurs na logo obchodów 100-lecia niepodległości w Świdniku. Dla autora najlepszej pracy przewidziana jest nagroda pieniężna.

Miejski Ośrodek Kultury ogłosił konkurs graficzny, którego celem, a zarazem zadaniem projektanta, jest stworzenie autorskiego logo, które stanie się znakiem rozpoznawczym obchodów 100-lecia niepodległości w Świdniku.

- Zachęcamy do udziału zarówno profesjonalnych grafików, jak i tych, którzy projektowaniem zajmują się w wolnych chwilach – mówią organizatorzy. - Logo może mieć dowolną formę graficzną, składać się tylko z napisu literowego lub połączenia napisu i symbolu.

Jak zgłosić się do konkursu? Warunkiem uczestnictwa jest złożenie lub przesłanie projektów oraz niezbędnych dokumentów do Miejskiego Ośrodka Kultury. Każdy uczestnik konkursu może przygotować maksymalnie 3 projekty graficzne. Propozycje przyjmowane będą do 15 lutego.

Autor najlepszego logo otrzyma nagrodę w wysokości 500 zł. Jego praca wykorzystywana będzie do celów marketingowych i informacyjnych w 2018 roku, podczas obchodów jubileuszu odzyskania niepodległości. Pojawi się, między innymi w materiałach promocyjnych, folderach, na plakatach, papierze firmowym oraz innych drukach i materiałach wydawanych przez Miejski Ośrodek Kultury, Urząd Miasta Świdnik i inne jednostki samorządowe Gminy Miejskiej Świdnik.

Regulamin do pobrania poniżej

czwartek, 01 luty 2018 12:13

Rekordowy styczeń

Tak dobrych styczniowych statystyk jeszcze nie było. W pierwszym miesiącu 2018 roku, w Porcie Lotniczym Lublin obsłużono ponad 36 tysięcy pasażerów. Oznacza to blisko 47-procentowy wzrost, w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

- To najlepszy w historii naszego lotniska styczeń, zarówno pod względem liczby pasażerów, jak i operacji lotniczych. Obecnie mamy sześciu przewoźników, w tym trzy największe tanie linie lotnicze Europy - Ryanair, Wizz Air i easyJet – mówi Krzysztof Wójtowicz, prezes PLL.

W sezonie zimowym, port obsługuje ponad 50 lotów tygodniowo. Ryanair wykonuje 4 loty tygodniowo do Londynu Stansted. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami przewoźnika, w sezonie zimowym nie jest obsługiwana trasa do Dublina. To połączenie wróci już za kilka miesięcy. Z liniami Wizz Air polecimy natomiast do Londynu Luton, Tel Awiwu, Kijowa,  Doncaster Sheffield, Liverpoolu, Oslo, Sztokholmu i Eindhoven. Przewoźnik, operując na tych trasach, realizuje ponad 20 lotów tygodniowo. Polskie Linie Lotnicze LOT, dwa razy w tygodniu, obsługują połączenie ze Świdnika do Tel Awiwu. EasyJet, również dwa razy w tygodniu, proponuje loty do Mediolanu, a z przewoźnikiem BMI regional możemy codziennie latać do Monachium.

Przełożyło się to na styczniowe statystyki. Liczba pasażerów wyniosła 36066, co stanowi wzrost o 46,7% w porównaniu z ubiegłym rokiem (24585 pasażerów). Odnotowano również ogromny wzrost liczby operacji lotniczych - z 193 do 376, co stanowi skok o blisko 95%. 

- Kolejny rekordowy miesiąc portu dowodzi, że nasze starania o umiejscowienie go w Świdniku były w pełni uzasadnione. Pozytywnie oceniam również decyzję naszego samorządu o przystąpieniu do spółki PLL. Dzięki decyzjom sprzed lat, dziś nie tylko możemy korzystać z bogatej oferty przewoźników czy nowoczesnego systemu dróg. Budowa lotniska w Świdniku podniosła wartość inwestycyjną terenów, dzięki czemu mogliśmy utworzyć Strefę Aktywności Gospodarczej - mówi burmistrz Waldemar Jakson.

Władze PLL zakładają, że w tym roku uda się obsłużyć pół miliona pasażerów.

Strona 2 z 290