sm - Świdnik - wysokich lotów

środa, 11 październik 2017 11:24

W pracowni Pana Kleksa

To właśnie tam spędziły czas dzieci, które w środowe przedpołudnie odwiedziły Centrum Kultury. Obejrzały spektakl Teatru Pana O., oparty na jednej z najbardziej znanych książek Jana Brzechwy.

Przedstawienie „W pracowni Ambrożego Kleksa” to mieszanka bajecznych postaci. Obok tytułowego bohatera, potrafiącego sprawić, by stół unosił się nad ziemią, pojawiają się, między innymi Leń, Kaczka Dziwaczka, Kwoka oraz Igła z Nitką, które opowiadają, a czasem też wyśpiewują swoje historie. Widowisku towarzyszył niezwykły pokaz z wykorzystaniem światła UV oraz różnych efektów specjalnych. Aktorzy, we fluorescencyjnych strojach i charakteryzacji, wprowadzili publiczność w magiczny świat bajki.

af

Wydarzenie zostało zrealizowane z wykorzystaniem sprzętu zakupionego w ramach projektu „Nasze siedmiomilowe buty”. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

środa, 11 październik 2017 11:29

Przyjaciel każdego psa

Największą pasją Magdaleny Rudzińskiej są zwierzęta. Jako dziecko marzyła o zostaniu weterynarzem i przez lata do tego dążyła. Praktyki w jednej ze świdnickich lecznic i kontakt z czworonożnymi pacjentami sprawiły, że zainteresowała się pielęgnacją psów. Dziś prowadzi PSYjacielski Salon Groomerski.

- Od pasji do zawodu. Tak pokrótce można opisać Pani ścieżkę kariery.

- W dzieciństwie interesowałam się zwierzętami. Przynosiłam do domu ślimaki, trzymałam mrówki w słoikach. Hodowałam też papużki, świnki, myszki, rybki i psa… To był istny zwierzyniec. Bardzo chciałam zostać weterynarzem i nawet kształciłam się w tym kierunku. Najpierw zaczęłam naukę na zootechnice, jednak musiałam z niej zrezygnować. Później skończyłam studium chemiczne i weterynaryjne.

- Skąd to zainteresowanie?

- Biologia zawsze była u mnie na pierwszym miejscu, a wszystko, czego się uczyłam, dotyczyło zwierząt. Lubiłam o nich czytać, poznawać ich anatomię. Jeszcze w podstawówce prowadziłam notatnik, w którym pisałam o psach, ich fizjologii, chorobach, sposobie pielęgnacji. Opisywałam poszczególne rasy, rysowałam, zbierałam zdjęcia, plakaty i ulotki. W trakcie nauki w studium weterynaryjnym zaczęłam staż w przychodni dr Iwony Zadrzyńskiej. Bardzo spodobała mi się nasza współpraca. Chciałam dalej rozwijać się w tym kierunku.

- Kiedy pomyślała Pani o kursie groomingu?

- W przychodni zajmowałam się przygotowywaniem zwierząt do zabiegów, podawałam kroplówki, robiłam zastrzyki, wkucia dożylne. Przyprowadzano do nas, między innymi, ładnie ostrzyżone i wypielęgnowane psy. Niektórzy pytali, czy możemy polecić jakiegoś groomera, czy sami wykonujemy podobne usługi. Niestety, nie mieliśmy takiej możliwości. Grooming bardzo mnie wtedy zainteresował. Chciałam poszerzyć swoją wiedzę i zaspokoić zapotrzebowanie na rynku. Zapisałam się więc na kurs do Szkoły Groomingu w Krakowie.

- Trudno było się wszystkiego nauczyć?

- To zdecydowanie nie jest łatwy zawód. Wymaga wiedzy, zdolności manualnych, cierpliwości i pokory. W czasie szkolenia miałam wątpliwości. Nożyczki źle leżały w ręku, wszystko było dla mnie nowe. Każda rasa wymaga innego sposobu pielęgnacji... A psy bywają niegrzeczne i nieraz ciężko nad nimi zapanować. Łatwo je skrzywdzić ostrymi narzędziami, dlatego trzeba być bardzo precyzyjnym i uważnym.

- Po powrocie do domu od razu otworzyła Pani własną działalność?

- Najpierw pracowałam w przychodni pani Iwony, a później w Gabinecie Elza, żeby zdobyć więcej doświadczenia. Pani Małgosia dużo mnie nauczyła. Nie byłam jeszcze pewna swoich umiejętności, ale gdy nabrałam przekonania, że sobie poradzę, otworzyłam salon. Działa od ponad miesiąca.

- Jak opisałaby Pani swoją pracę?

- Grooomer to taki fryzjer, tylko zamiast ludzi, strzyże i trymuje psy oraz koty. W pewnym sensie to także kosmetyczka, bo kąpie, czyści uszy i obcina pazurki.

- Do psów trzeba mieć odpowiednie podejście. Ma Pani sposób, by wizyta w gabinecie nie była dla nich stresująca?

- Przede wszystkim, zachowuję spokój. Jestem miła, a w trakcie pielęgnacji mówię do nich. Traktuję je trochę jak dzieci. Kiedy zostają ze mną same, są grzeczne i posłuszne, a gdy pilnuje ich także właściciel, rozrabiają.

- Klienci chętnie zostawiają psy pod Pani opieką?

- Różnie do tego podchodzą. Osoby, które mają do mnie zaufanie wiedzą, że ich pupilowi nie stanie się nic złego. Przyjeżdżają po niego dopiero po wykonaniu usługi. Jeśli pies jest szczęśliwy i zadowolony, to jego właściciel wie, że wszystko poszło dobrze. Są też klienci, którzy uważają, że ich obecność uspokoi czworonoga. Takie podejście sprawdza się przy agresywnych psach, bo wtedy groomer czuje się bezpieczny. Ale są też ludzie, którzy po prostu chcą być obecni przy strzyżeniu czy kąpieli, bo boją się, że piesek będzie przeżywał rozłąkę. Niestety, w większości przypadków powoduje to, że zwierzak staje się „niedotykalski”. Zaczyna piszczeć, panikować, chce jak najszybciej uciec ze stołu groomerskiego w ręce pana, a to bardzo utrudnia dalszą pielęgnację.

- Czworonogi lubią, jak się o nie dba?

- Niektóre bardzo. Ich zachowanie na stole jest wręcz wzorowe. Ładnie stoją, wiedzą, że trzeba podać łapę albo przekrzywić łebek. Zachowują się naprawdę fajnie. Bardzo dobrze nam się współpracuje, ale to wszystko trzeba też wyćwiczyć. Wypracować od szczenięcych lat.

- Które rasy powinny korzystać z usług groomera?

- Yorki, maltańczyki, shih tzu, szpice i sznaucery, to obecnie jedne z najpopularniejszych ras wymagających szczególnej pielęgnacji. Powinny przychodzić na strzyżenie co 2, 3 miesiące, żeby nie robiły się im kołtuny, a w konsekwencji filc i odparzenia skórne. Poza tym, nieostrzyżone wyglądają na zaniedbane. Psy krótkowłose, takie jak, na przykład mój dog argentyński czy amstafy również wymagają pielęgnacji. Ich sierść przypomina igiełki, które wbijają się w ubrania, pościel, dywan czy łóżko. Ciężko to wszystko posprzątać, dlatego pamiętajmy, by często je wyczesywać. Można to robić w domu, używając specjalnej, gumowej rękawiczki, furminatora albo po prostu u groomera.

- A co z kundelkami?

- Właściciele przyprowadzają także je. Z takim pieskiem można naprawdę zdziałać cuda. Bardzo dużo kundelków jest w typie jakiejś rasy, więc można je podobnie przystrzyc. Nierasowe czworonogi przechodzą niezwykłe metamorfozy. Ludzie są zachwyceni, że można z nimi zrobić coś tak fajnego, wymyślić dla nich zupełnie nową fryzurę.

- Za co ceni Pani swój zawód?

- Za miłość i oddanie zwierząt. Kiedy przychodzę do pracy w złym humorze i spojrzę w oczy psa, od razu czuję się lepiej. Czworonogi są cudowne. Bardzo łatwo nawiązują kontakt. Szybko przyzwyczajają się do człowieka. Pamiętajmy więc, że jeśli mamy sprawdzonego groomera czy weterynarza, nie zmieniajmy go. Na zaufanie psa trzeba sobie zasłużyć. Jeśli je zdobędziemy, odwdzięczy się wieloma miłymi gestami.

- To dopiero początek PSYjacielskiego salonu. Co dalej?

- Jesteśmy na etapie budowy hotelu dla zwierząt. Powstaną w nim trzy spore boksy z legowiskami, jeden dla większych psów i dwa dla mniejszych. Planuję też zaadaptować dół gabinetu na szpital. A poza tym, szkolenia i kursy. Jestem bardzo ambitną osobą i chciałabym umieć pielęgnować każdą rasę. W groomingu wciąż pojawia się wiele nowych trendów, na przykład styl koreański, koloryzacje, wycinanie wzorków w sierści czy zmywalne tatuaże. Przede mną jeszcze wiele wyzwań.

- Co radziłaby Pani osobie, która chce założyć własną działalność, ale wciąż się waha?

- Żeby wierzyła w siebie, swoje marzenia, plany i starała się osiągnąć w życiu jak najwięcej. Jest wiele instytucji, które pomagają otworzyć firmę. Trzeba się tylko odważyć i mówić, czego się chce. Ludzie naprawdę są życzliwi i chętnie służą wsparciem.

Agata Flisiak

PSYjacielski Salon Groomerski znajduje się przy ulicy Krępieckiej 4A. Więcej informacji o gabinecie można znaleźć na facebooku: PSYjacielskiSalonGroomerski.

wtorek, 10 październik 2017 15:04

Seniorzy rządzili Świdnikiem

Na kilka październikowych dni symboliczne klucze do miasta przejęli seniorzy, a stało się to z okazji  Międzynarodowego Dnia Osób Starszych. Uroczyste obchody  zorganizował oddział rejonowy Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów.

Świętowanie podzielono na dwie części, które miały miejsce w Centrum Kultury.

Wśród gości znaleźli się, między innymi: burmistrz Waldemar Jakson, Janusz Królik, przewodniczący Rady Miasta, Alina Gucma, przewodnicząca zarządu oddziału okręgowego PZERiI w Lublinie, ks. kan. Tadeusz Nowak, przedstawiciele szkół, a także instytucji kulturalnych i społecznych. Nie zabrakło gratulacji i serdecznych życzeń oraz pysznego tortu.

- Seniorzy są jednym z najważniejszych elementów naszego domu - Świdnika. Jako władze nieustannie składamy im cześć i wyrazy szacunku, bo to oni rozpoczynali budowę miasta, które teraz jest jednym z najszybciej rozwijających się na Lubelszczyźnie. Wymagało to wielkiej kreatywności, przedsiębiorczości i zaangażowania. Serdecznie za to seniorom dziękuję - podkreślał Waldemar Jakson.

Złote Odznaki Honorowe otrzymali: Wiesława Waniowska, Maria Kowalska, Krystyna Kulik, Władysław Stachyra, Anna Brendler, Lucyna Pulińska, Radosław Szczerba, Andrzej Radek, Piotr Jankowski, Ewa Jaśkowiak. Wręczono również pamiątkowe statuetki - podziękowania za działalność na rzecz PZERiI.

Imprezy uświetniły występy: „Zefirków” z Przedszkola nr 4, „Gaduł”, „Piąteczek” oraz uczniów kl. 6c ze Szkoły Podstawowej nr 5, studia Wokalnego 24, chóru Klubu Seniora „Spokojna Przystań”, zespołów „Ale!Babki” i „Seniority”, Grupy Kabaretowej Emerytów, Danuty Kobylańskiej oraz Zofii Makuch.

W ramach świętowania seniorzy wybrali się także do Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej, gdzie wspólnie z jej pracownikami grali w kalambury.

- Dzień Seniora poświęcony jest ludziom starszym, ich potrzebom i problemom. Zwraca uwagę na ten ważny etap w życiu człowieka. Istotne jest, aby seniorzy przeżyli jesień życia w zdrowiu, spokoju i bezpieczeństwie, ciesząc się jak najdłużej sprawnością i aktywnością na polu rodzinnym, zawodowym, społecznym. Korzystając z okazji zachęcam starszych i młodszych mieszkańców miasta do udziału w konkursie literackim „Obyczaje i zwyczaje bożonarodzeniowe oraz noworoczne”. Prace, od 3 do 5 stron maszynopisu, można przynosić do siedziby związku, ul. Norwida 2, do 31 października - mówi Teresa Celej, prezes świdnickiego PZERiI.

Wydarzenie zostało zrealizowane z wykorzystaniem sprzętu zakupionego w ramach projektu „Nasze siedmiomilowe buty”. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

aw

wtorek, 10 październik 2017 14:28

Liczył, że mu się upiecze

44-letni mieszkaniec Świdnika odpowie za niedozwolony manewr wyprzedzania. Sytuację nagrał jeden z kierowców, który zgłosił sprawę na policję.

- W połowie września, funkcjonariusze otrzymali zawiadomienie oraz film, na którym kierujący pojazdem marki Ford, mimo złych warunków panujących na drodze, podjął się manewru wyprzedzania na powierzchni wyłączonej z ruchu. Zgłaszający był oburzony nieodpowiedzialnym zachowaniem kierowcy, który mógł doprowadzić do niebezpiecznego zdarzenia. Szybko ustalono jego tożsamość - informuje Elwira Domaradzka ze świdnickiej policji.

Mężczyzna przyznał się do zarzucanego czynu i wyraził chęć dobrowolnego poddania się karze. Grozi mu grzywna do 5 tys. zł.

niedziela, 08 październik 2017 17:57

Jazda zakończona tragedią

Wczoraj, tuż po godzinie 20.00, w Świdniku doszło do śmiertelnego wypadku. Policja wyjaśnia okoliczności zdarzenia.

Funkcjonariusze otrzymali zgłoszenie, że w pobliżu lasu Rejkowizna usłyszano potężny huk. Na miejscu służby zastały płonący pojazd, a obok zwłoki mężczyzny.

- Wstępnie ustalono, że kierowca samochodu marki Renault zjechał z drogi gruntowej i uderzył w drzewo - mówi Elwira Domaradzka z KPP w Świdniku. - W wyniku zderzenia wypadł z auta. 29-letni mieszkaniec Świdnika poniósł śmierć na miejscu. Jego ciało zostało zabezpieczone, w celu przeprowadzenia sekcji zwłok.

niedziela, 08 październik 2017 09:23

Historycznie - B. Zwolińska

Pierwszego września obchodziliśmy 78. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Wszystko wydawało się wówczas takie, jak dziś, ale tylko z pozoru. W rzeczywistości, od kilku dni szykowano się do kolejnej w historii Polski, wojny. Zakładano, że skończy się po miesiącu lub dwóch. Nikt nie przewidywał, że o wolność będzie trzeba walczyć przez następne 6 lat.

Cisza przed burzą

Barbara Zwolińska, która obecnie mieszka w Świdniku, w 1939 roku miała osiem lat, czworo rodzeństwa i tatę. Mama zmarła 2 kwietnia 1936 roku. Mieszkali w Warszawie, na Żoliborzu. Tata - Zygmunt Przewalski, od 1918 roku był żołnierzem Legionów Polskich Marszałka Józefa Piłsudskiego i uczestnikiem wojny 1920 roku. W cywilu pracował jako inżynier. Kiedy usłyszał, że Niemcy zaatakują Polskę, ponownie włożył mundur i zgłosił się do wojska.

- Oznaki nadchodzącej burzy były widoczne już wcześniej, jednak nikt nie wiedział, kiedy może to nastąpić - zaczyna opowiadać pani Barbara. - Po podpisaniu w Moskwie, w nocy z 23 na 24 sierpnia paktu Ribbentrop-Mołotow czyli czwartego rozbioru Polski, wszyscy już wiedzieli, że wojna zbliża się do nas coraz szybciej. A czasu było niewiele, bo zaledwie 7, 8 dni na przygotowanie się.

Przez głośniki radiowe przekazywano polecenia, jak ma zachowywać się ludność i w jaki sposób zabezpieczyć domy, by jak najmniej ucierpiały w czasie bombardowania. Okna zaklejano specjalnymi taśmami, żeby nie wypadły z ram, a okienka w piwnicach zasypywano ziemią. Bano się, że Niemcy użyją trującego gazu, dlatego rozdawano maseczki przeciwgazowe. Zalecano zrobić zapasy żywności, przystosować piwnice na schrony. Obok domów wysypywano piasek, by w razie potrzeby gasić nim bomby zapalające. - Mężczyźni kopali rowy przeciwczołgowe. Kobiety gotowały dla nich herbatę i wodę z miętą do picia, a my - dzieci nosiliśmy im je w butelkach - wspomina nasza rozmówczyni. - Dorośli pamiętali wojnę taką, jaka była w latach 1914-1918. Ta miała być zupełnie inna. Rowy kopane w zygzak, by powstrzymać czołgi, w ogóle się nie przydały. Teraz liczyło się lotnictwo.

Wrzesień

Wkrótce nastąpił pierwszy września. O godzinie 8.00 mieszkańcy Warszawy usłyszeli syreny alarmowe, a nad miasto nadleciały niemieckie samoloty. Poprzedniego dnia Barbara Zwolińska spakowała tornister do szkoły, teraz jednak razem z rodzeństwem schroniła się w piwnicy, by przeczekać atak.

- Tego dnia niemieckie samoloty zwiadowcze zrzucały na miasto różne ulotki. Bombardowanie zaczęło się na drugi dzień - mówi pani Barbara. - Gdy tylko zawyła syrena, słyszeliśmy w radiu głos spikera, który mówił „Uwaga, uwaga, nadchodzi D.O.R.A. …” i tu podawał jakiś numer. Szybko chowaliśmy się wtedy do piwnicy i czekaliśmy przez wiele godzin. Naloty odbywały się codziennie, między 8.00 a 16.00, później aż do późnego wieczoru ostrzeliwano nas ogniem ciężkiej artylerii i granatnikami. Strach było wychodzić na ulicę, jednak ludzie to robili. Kiedy tylko była możliwość, ratowali innych, odkopywali ich spod gruzów.

Dzieci Zygmunta Przewalskiego ostatni raz widziały go 7 września. Jak co dzień wrócił do domu, by zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Tym razem jednak pożegnał się z nimi mówiąc, że wieczorem wyjeżdża z Warszawy. Zapewniał, że wkrótce zobaczą się ponownie, bo wojna długo nie potrwa. Młodzi Przewalscy zostali pod opieką dwóch obcych kobiet.

- Wszyscy wtedy myśleliśmy tak, jak on. Tymczasem wojna trwała 6 lat - mówi pani Barbara. - Niestety, tata już nie wrócił. Będąc z wojskiem w Tarnopolu, na wschodnich terenach Polski, gdy Sowieci przekroczyli granice naszego kraju, dostał się do niewoli. Przebywał w obozie jenieckim w Kozielsku, a 30 kwietnia 1940 roku został rozstrzelany przez NKWD w Lesie Katyńskim.

„Lany poniedziałek”

- lub „czarny poniedziałek”, tak z przekąsem nazywano 25 września 1939 roku, kiedy Niemcy zrzucili na Warszawę prawie 630 ton bomb. Bombardowanie rozpoczęto już o 7 rano i trwało bez przerwy do godziny 17.00. Około 400 samolotów nieustannie zrzucało na miasto ładunki burzące i zapalające. Po raz pierwszy z samolotów ostrzeliwano także ludność.

- O godzinie 8.00 razem z rodzeństwem i kobietami, pod których opieką zostawił nas tata, byliśmy już w piwnicy - wspomina pani Barbara. - Nagle coś gruchnęło. Dopadli i nas… Usłyszeliśmy straszny huk, na głowy posypały się cegły, tynk z sufitu i gruz. Nie wiedzieliśmy, czy bomba, która spadła na nasz dom była zapalająca czy burząca, czy piwnica jest naszym schronem, czy grobem. Nie mogliśmy otworzyć drzwi, bo schody przysypał gruz. Byliśmy uwięzieni. Na szczęście, nie poczuliśmy dymu, więc bomba była burząca. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Czy piekło otworzyło się nad naszymi głowami? Słyszeliśmy niesamowity huk samolotów latających tuż nad nami, wybuchy bomb, strzały artylerii… W końcu zaczęło cichnąć. Byliśmy przerażeni. Co z nami będzie? Jak zdołamy się wydostać z tej klatki? Powietrza było coraz mniej, dusiliśmy się wdychając kurz z rozbitych cegieł. Komuś może się to wydawać dziwne, ale cegły mają słodki smak…

Na pomoc przyszli ludzie. Gdy Przewalscy usłyszeli ich kroki, zaczęli wołać o pomoc. Zaczęto odrzucać gruz ze schodów, żeby dostać się do drzwi od zewnątrz. Wszystkich udało się uratować. Rodzeństwo zaprowadzono do piwnicy dużego, na wpół zburzonego domu, gdzie ukrywali się już inny mieszkańcy Żoliborza. Ktoś przyniósł im kołdrę, żeby nie siedzieli na gołej posadzce, inny podał coś do picia. - W tej piwnicy przebywaliśmy jeszcze przez dwa dni - dodaje pani Barbara. 28 września prezydent stolicy, Stefan Starzyński podpisał z Niemcami akt kapitulacji. Zrobiło się cicho. Ludzie wyszli z piwnic i schronów. Zobaczyliśmy ulice zasłane gruzami, gdzieniegdzie paliły się jeszcze domy. Niemcy triumfalnie wkroczyli do Warszawy. Chodziliśmy ich oglądać. Niektórzy warszawiacy odwracali się do nich plecami, inni krzyczeli i wygrażali pięściami, a oni szli zwartym szykiem, dumni, z głowami podniesionymi wysoko. W ciągu jednego miesiąca zniszczono moje dzieciństwo. Zaczęła się smutna rzeczywistość o głodzie i mrozie.

Leśniczówka państwa Karasińskich

O kolejnych latach spędzonych w okupowanej Warszawie pani Barbara mówi niewiele. W 1943 roku kobiety, które opiekowały się nią i jej rodzeństwem w Warszawie, oddały ją do ochronki dla sierot w Lublinie. Na mszach świętych księża ogłaszali, by ludzie zabierali je do siebie.

- Całe szczęście, że tam trafiłam, bo nie przeżyłabym powstania. Nasi rodzice musieli się za nas modlić, że to wszystko tak się ułożyło - mówi pani Barbara. W ochronce nie byłam zbyt długo. Wiosną 1943 roku przygarnęła mnie rodzina państwa Karasińskich z Olszanki koło Krzczonowa. Namówili też sąsiadów z gospodarstwa naprzeciwko, by wzięli mojego brata Andrzeja. Pan Karasiński był leśniczym. Mieszkał z żoną i córką, która była ode mnie starsza o 5 lat. To byli bardzo dobrzy i zacni ludzie. Spędziłam u nich 3,5 roku. Przed wojną pani Barbara skończyła dwie klasy szkoły podstawowej. Kiedy zaczęła mieszkać u państwa Karasińskich, wróciła do nauki. Skończyła czwartą i piątą klasę. Do trzeciej i szóstej nie chodziła wcale.

- Kiedy skończyła się wojna, nowe władze wyrzuciły pana Karasińskiego z leśniczówki - opowiada pani Barbara. - Przez chwilę pracował w Lublinie, później dostał leśniczówkę w Dąbrowie niedaleko Zemborzyc. Dobrze je pamiętam. Tu, gdzie dziś znajduje się zalew, były łąki, płynęła Bystrzyca. Chodziłam tamtędy do kościoła. Naprzeciwko parafii znajdował się sklep, w którym robiłam zakupy. Wracając do domu przez łąki śpiewałam sobie piosenkę „Niezapominajki to są kwiatki z bajki…”. Dobrze było mi u tych państwa.

Trzy lata później po panią Barbarę zgłosiła się rodzina. Razem z nimi wyjechała do zachodniej Polski. Tam skończyła gimnazjum i liceum, a później zaczęła pracę. Nigdy jednak nie zerwała kontaktu z rodziną Karasińskich. Kiedy tylko mogli, odwiedzali się i pisali listy.

- Córka państwa Karasińskich była jedynaczką i nigdy nie wyszła za mąż. Jej mama jeszcze przed śmiercią prosiła mnie, żebym się nią opiekowała, żeby nie czuła się samotna. I robiłam to - wspomina pani Barbara.

Powrót do domu

W 1957 roku leśniczy, u którego pani Barbara znalazła schronienie w czasie wojny, zmarł. Ona sama po próbie odbudowy życia w Warszawie, zdecydowała się wrócić do Lublina i szukać pracy. Szczęśliwy traf chciał, że poznała kobietę, która poleciła jej przyjechać do Świdnika i tu poszukać pracy w działającej od kilku lat Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Udało się. Po rozmowie z dyrektorem handlowym Pawłem Drożdżyńskim, rozpoczęła pracę w jego dziale.

- W Świdniku założyłam rodzinę - mówi pani Barbara. - Mam męża, dwoje dzieci i troje wnucząt. Tutaj znalazłam swój dom. Nareszcie, po dwudziestu latach niepewności. Myślę, że nigdy nie przeprowadziłabym się gdzie indziej. Jestem już świdniczanką.

Stowarzyszenie Rodzina Katyńska

Wojenne przeżycia, a przede wszystkim losy Zygmunta Przewalskiego, oficera, który zginął w Katyniu w 1940 roku oraz taty pani Barbary sprawiły, że dołączyła do Stowarzyszenia Rodziny Katyńskiej w Lublinie. Już od 25 lat pracuje w nim społecznie. Razem z innymi krewnymi zamordowanych w Katyniu, zajmuje się szerzeniem wiedzy na temat historii Polski wśród młodzieży.

- Opowiadamy im o tym, co przeżyliśmy w czasie wojny - tłumaczy pani Barbara. - Bo młodzi ludzie nie mają wystarczająco dużej wiedzy na ten temat. To, czego uczą się w szkole to drobiazgi. Ale widzę, że naprawdę chcą się czegoś dowiedzieć. Jakiś czas temu miałam prelekcję w jednej ze szkół. Mojej historii słuchali licealiści i gimnazjaliści. Spotkanie odbywało się w sali gimnastycznej, a gdy mówiłam było cicho. Nawet nauczyciele byli zdziwieni, że młodzież była tak zasłuchana, bo zwykle w trakcie apelu czy innych szkolnych wydarzeń słychać szepty. Ktoś naszkicował wtedy dla mnie portret, który mi podarował. Spotkania w szkołach to nie jedyny sposób propagowania i uczenia historii. Członkowie stowarzyszenia chętnie pomagają uczniom także w przygotowywaniu się do konkursów wojewódzkich i ogólnopolskich. W 2015 roku pani Barbara udzieliła wywiadu uczniom - Sebastianowi Niedźwiedziowi, Grzegorzowi Paluszkowi, Jakubowi Podkańskiemu, Kacprowi Kowalczykowi i Dawidowi Staniakowi z Gimnazjum nr 3. Materiał stał się podstawą do stworzenia reportaży i prezentacji na konkurs historyczno-literacki pt. „Katyń. Zginęli w imię miłości Ojczyzny”. Jednym z laureatów został Jakub Podkański.

- Ucieszyłam się, że im pomogłam i zostali wyróżnieni. Bardzo miło wspominam naszą współpracę, a później galę wręczenia nagród, która odbyła się na Zamku Lubelskim - mówi pani Barbara.

Jednym z priorytetów stowarzyszenia jest także sadzenie Dębów Pamięci. W 2009 roku, w Świdniku posadzono jeden dla Zygmunta Przewalskiego przy Szkole Podstawowej nr 5. Dwa lata później pojawił się kolejny, tym razem obok I Liceum Ogólnokształcącego. Poświęcony pamięci Józefa Karbownika, policjanta, zamordowanego w 1940 roku, w Twerze.

- W 2018 roku chcemy, by drzewko pojawiło się też przy II Liceum Ogólnokształcącym. W samym Lublinie jest ich już ponad 60, ale to wszystko wciąż za mało. Każdy oficer i policjant zamordowany w czasie wojny przez Sowietów, a było ich ponad 22 tysiące, powinien zostać w ten sposób uhonorowany - podsumowuje pani Barbara.

Agata Flisiak
Magazyn Świdnik - wysokich lotów nr 17 / wrzesień 2017

sobota, 07 październik 2017 13:47

Patrzeć na świat kadrami

Ambitny i znający swoją wartość - tak mówią o nim współpracownicy. Od ponad roku prowadzi sekcję fotograficzną w Robotniczym Stowarzyszeniu Twórców Kultury. Wielu adeptów, często starszych, nie może uwierzyć w jego młody wiek. On sam reaguje uśmiechem, mówiąc: „Każdy kiedyś miał 20 lat”. Jakub Bodys ze Świdnika, swoimi kadrami potrafi zachwycić niejednego miłośnika fotografii. Na swoim koncie ma już kilkanaście ważniejszych wyróżnień, niezliczone warsztaty, szkolenia i pierwsze poważne zlecenia. Młodzieńcza ciekawość połączona z doświadczeniem, którego z dnia na dzień przybywa? To musiało się tak ...zacząć.

- Pamiętasz zdjęcie, z którego po raz pierwszy byłeś zadowolony?

- To była pierwsza klasa liceum. Mieliśmy przygotować szkolny projekt na wiedzę o kulturze. Z racji tego, że mam dwie lewe ręce do malarstwa, postanowiłem zrobić zdjęcie, które bardzo spodobało się nauczycielce. Uznałem, że może warto pokazać je szerszemu gronu. Wysłałem trzy prace na „Prezentacje” RSTK i wygrałem. To była w ogóle kuriozalna sytuacja. Złożone prace były anonimowe i wszystkie zdjęcia mojego autorstwa pojawiły się na podium. W jednej z kategorii zdobyłem I oraz ex aequo II miejsce.

- Teraz sam jesteś nauczycielem.

- Moje życie to seria szczęśliwych przypadków (śmiech). Naprawdę tak jest. Odwiedzasz redakcję i poznajesz szefa z zupełnie innego działu. Idziesz na warsztaty do człowieka, którego prace podziwiasz, a po jakimś czasie stajesz się jego dobrym kolegą i zaczynacie współpracować. Gdyby nie serdeczność ludzi wokół, to nic by nie ruszyło. Dzięki nim czuję większą motywację. Gdy trzy lata temu zobaczyłem, że wszystko idzie w dobrą stronę postanowiłem zająć się tym na poważnie. I tak jest do tej pory.

- W Twojej rodzinie techniki fotografii znane są nie od dziś.

- Rzeczywiście, zarówno tata, jak i dziadek zajmowali się hobbystycznie fotografowaniem. Zmieniły się czasy, ale i technologia, są większe możliwości. Można powiedzieć, że jestem trzecim pokoleniem, które kontynuuje tę przygodę. Na pewno są zadowoleni z tego, co robię. Mam niesamowite wsparcie u rodziców i dobre relacje, więc czym bym się nie zajmował - zawsze będą przy mnie.

- Jeszcze kilka miesięcy temu studiowałeś finanse i rachunkowość.

- To był radykalny krok. Dużo nad tym myślałem, jednak dojrzałem do decyzji i po roku rozsądek przegrał ...lub może wygrał? To się dopiero okaże. Obecnie studiuję fotografię w lubelskiej Szkole Sztuki i Projektowania. W przyszłości, spełnieniem marzeń będzie dostanie się do Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Dużo zależy od tego, jak poukładam swoje plany. Jednak nie nakręcam się na to w 100%.

- Fotografowałeś, między innymi lubelską Noc Kultury, Jarmark Jagielloński, festiwal Inne Brzmienia. Starasz się współpracować z najlepszymi w tej branży. Powoli wypracowujesz też swój styl.

- Tak naprawdę cały czas poszukuję siebie. Zależy mi, aby robić coś lepiej, iść do przodu. Patrzę na większych, dużo czytam. Staram się poznawać jak najwięcej ludzi, wynosić coś z tych znajomości. Miałem okazję spotkać Chrisa Niedenthala, Tadeusza Rolke i to mnie mocno zmotywowało. Cieszę się, że mam przy sobie wiele świetnych osób. Mówię o: Robercie Grablewskim, który bardzo pomógł mi w fotografii koncertowej, Ignacu Tokarczyku - człowieku, który nie tylko mnie uczy, ale też kształci moją wrażliwość czy o rewelacyjnych makijażystkach - Bercie Stępkowskiej i Magdzie Nocoń-Łysko. Dzięki nim mogę dalej się rozwijać.

- Jak daleko sięga Twoja ambicja?

- Na pewno wielkim prestiżem byłby włoski Vogue. Już publikacje na ich stronie są niesamowite, a drukowane wydanie jest pewnym wyznacznikiem stylu dla większości fotografów.

- W tym zawodzie często liczy się też refleks. Masz czasem poczucie, że mogłeś dać z siebie więcej?

- Tak czasem bywa, ale nawet nie chodzi o jakość materiału ogólnego, bo zawsze można wybrać lepsze zdjęcia i dać ich mniej, co świadomość, że coś się stało za twoimi plecami lub poza polem widzenia, gdzieś dosłownie obok. Kiedyś usłyszałem świetne słowa, że fotografując, zawsze trzeba mieć na baczności drugie oko. Podpatrzyłem to u któregoś z fotografów. Czasem jest tak, że po zrobieniu zdjęcia, podnosi się migawka i masz chwilę oddechu, i widzisz, że coś się jeszcze dzieje, a ty masz zablokowane lustro i jest po temacie. To bardzo boli (śmiech).

- Istnieje rywalizacja?

- Jest taki rodzaj fajnej zazdrości, ale nie zawistnej - gdy widzisz, że ktoś brał udział w tym samym wydarzeniu i znalazł coś, czego ty nie zauważyłeś. To nie jest rywalizacja, bo ciężko o niej mówić, ale bardziej na takiej zasadzie „Dobry jest. Fajnie mu to wyszło”.

- „Reportaż, koncert, portret” - równa się Jakub Bodys?

- To hasło, które w sporej mierze wiąże się z moją marką. Są to trzy ważne dla mnie grupy. Zaczynałem od koncertów, do których mam wielki sentyment. Chyba trochę jestem niespełnionym muzykiem. Gram na gitarze, dawniej próbowałem pianina. Muzyka towarzyszy mi na każdym kroku. Fotografowanie koncertu to też szukanie tam człowieka. Na początku nie wiedziałem o co w tym chodzi, skupiałem się na innych rzeczach. A chodzi głównie o artystę, który przekazuje ci emocje, a ty pokazujesz je na fotografii. Reportaż? Po prostu lubię to robić. Natomiast portrety to coś, przez co chyba najbardziej pokazujesz siebie. W pozostałych sytuacjach znajdujesz jakieś zdarzenie. Nie układasz planu, ale dopasowujesz kadr, ogniskową i inne rzeczy. Owszem, mogę wtedy zagrać kadrem, zmienić emocje, ale to w portrecie realizuję się od początku do końca. Nigdy nie jest tak, że praca podczas sesji to tylko działanie i pomysł jednej osoby. To spotkanie gdzieś po drodze, pośrodku. Zdecydowanie bliżej mi też do industrialnego stylu. To wypływa gdzieś z mojej estetyki. Jak mam do wyboru pokój w hotelu 5-gwiazdkowym i opuszczoną kamienicę, to zdecydowanie wybiorę drugą opcję. Całe otoczenie nie odcina się od modelki, od tematu, nie rozprasza.

- Czyje twarze możemy zobaczyć na fotografiach?

- Na moim zdjęciach przeważają kobiety. Mężczyźni wybierają fotografie biznesowe i sesje wizerunkowe. Dość rzadko pozują mi profesjonalne modelki. Sam nie zawsze czuję się kompetentny do tego, aby je fotografować. Oczywiście zdarzają się takie sytuacje, ale do tej pory najczęściej pracowałem z osobami, które znam lub zobaczyłem przypadkiem w tłumie. Potrafię podejść do zupełnie obcej mi osoby, z wizytówką i zaprosić do udziału w sesji. Tu chodzi o ciekawe twarze. Bycie atrakcyjnym to jedno, a fotogenicznym to drugie. Jest wiele takich twarzy, ale często osoby boją się pozować, więc staram się wyciągnąć je trochę do tablicy (śmiech).

- W planach masz swoją pierwszą indywidualną wystawę.

- Tak, informacja jest już potwierdzona. Jej wernisaż odbędzie się 16 listopada w Spółdzielczym Domu Kultury w Świdniku. Nazywa się „Kobiety”. Na zdjęciach zobaczymy znajome dla mnie twarze. Każda z nich intryguje, ma w sobie coś ciekawego. W ogóle koniec roku będzie trochę przełomowy. Otwieram działalność i będę pracować nad własną marką. Chcę się rozwijać. W fotografii wspólnym mianownikiem jest wrażliwość i obrazowe patrzenie na każdą sytuację. To straszne truizmy, znajdziemy je w wielu książkach, ale właśnie takie patrzenie kadrami pozwala robić zdjęcia, o których nikt inny by nie pomyślał. Tak samo jest z wrażliwością. Chodzi o to, żeby widzieć więcej. Reszta to detale.

Sandra Rutkowska
Magazyn Świdnik - wysokich lotów nr 17 / wrzesień 2017

Prace Jakuba można obejrzeć na stronie www.jakubodys.wordpress.com.

niedziela, 08 październik 2017 09:56

Marsz śladami bohaterów

21 października, w trasę II edycji Marszu Szlakiem Józefa Franczaka ps. „Laluś”, wyruszą jego uczestnicy, chcący uczcić pamięć ostatniego poległego w walce ze służbą bezpieczeństwa Żołnierza Wyklętego oraz innych żołnierzy podziemia antykomunistycznego. Zapisy chętnych do udziału w tej patriotycznej manifestacji przyjmowane będą do 14 października.

- Naszym celem jest kształtowanie postaw obywatelskich i prospołecznych, propagowanie patriotycznych wartości, poznanie historii państwa i narodu polskiego, szczególnie zrywów wolnościowych, popularyzacja spraw obronności kraju, a także promocja aktywnych form wypoczynku - mówi Michał Kamela, komendant Marszu, prezes koła LOK „Suseł” w Świdniku. - W tym roku podążymy tym samym szlakiem, co poprzednio: ze Świdnika, przez Majdan Kozic Górnych - miejsce śmierci sierż. Józefa Franczaka, do Piask, gdzie w rodzinnym grobie spoczywa „Laluś”. W sumie pokonamy dystans około 28 km. W przeddzień, od godziny 17.00, w Miejskim Ośrodku Kultury, planujemy koncerty zespołów 33n9, Karma (lubelska scena rap) oraz gwiazdy wieczoru, zespołu Contra Mundum.

Karty zgłoszeniowe dostępne są po kontakcie e-mail lub na profilu marszu na Facebooku. Szczegółowe informacje uzyskamy u M. Kameli, pod numerem tel. 508 054 433. Pozostałe kontakty: e-mail susel.lok@gmail.com oraz www.facebook.com/marszszlakiemlalusia.

jmr

sobota, 07 październik 2017 09:21

Lotnisko utrzymuje kurs

Wrześniowe statystyki pokazują, że świdnicki port lotniczy utrzymuje kurs wznoszący. W minionym miesiącu obsłużył 43299 pasażerów, czyli o prawie 25 procent więcej niż przed rokiem. Podobnie jest, jeśli chodzi o liczbę wykonanych operacji lotniczych. Było ich 453, czyli o prawie 9 procent więcej niż w 2016 roku.

- Przyczyną tego wzrostu jest głównie uruchomienie nowych kierunków, takich jak Monachium, Tel Awiw czy Kijów - tłumaczy Krzysztof Wójtowicz, prezes zarządu spółki Port Lotniczy Lublin. - Cieszą się one dużym powodzeniem i dają nadzieję na dalszy rozwój portu. Dobrze trzymają się również połączenia dotychczasowe.

Pod koniec roku lotnisko powinno zapisać na swoim koncie około 400 tysięcy obsłużonych pasażerów. Władze portu myślą o zwiększeniu jego przepustowości. W tym celu planują rozbudowę terminala odlotów. Wkrótce ruszą również kolejne destynacje: pod koniec października do Mediolanu, a w grudniu do Werony.

- Dynamiczny rozwój portu dowodzi, że umiejscowienie go w Świdniku było bardzo dobrym rozwiązaniem - mówi Waldemar Jakson, burmistrz miasta. - Podobnie pozytywnie, z perspektywy czasu, oceniam decyzję naszego samorządu o przystąpieniu do spółki PLL. Na 15 portów lotniczych działających w Polsce, PLL zajmuje 10 miejsce pod względem liczby osób korzystających z jego usług. Wyprzedza, między innymi, lotniska z wieloletnimi tradycjami, jak Łódź czy Bydgoszcz.

jmr

niedziela, 08 październik 2017 09:59

Dokąd nocą do lekarza

1 października rozpoczęła działalność nocna i świąteczna opieka zdrowotna organizowana przez Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Świdniku. Dyżury prowadzone są na parterze budynku przy ul. Leśmiana 4, gdzie mieści się również przychodnia specjalistyczna. Z pomocy lekarza lub pielęgniarki możemy skorzystać od poniedziałku do piątku, w godzinach 18.00 - 8.00 dnia następnego oraz w soboty, niedziele i inne dni ustawowo wolne od pracy, w godzinach od 8.00 do 8.00 dnia następnego.

- Obowiązek sprawowania nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej przejęliśmy od niepublicznego ZOZ „Analco”. Może to być ważna informacja dla osób korzystających wcześniej z usług tego zakładu. Dyżury pełnią dwa zespoły - ambulatoryjny i wyjazdowy. Każdy z nich składa się z lekarza i pielęgniarki. Poradę ambulatoryjną możemy uzyskać zarówno przez bezpośredni kontakt z lekarzem, jak i telefonicznie. Lekarz może również udać się do domu pacjenta, jeśli okaże się to niezbędne. Podobnie jest z zabiegami wykonywanymi przez pielęgniarki - mówi Jacek Kamiński, dyrektor SP ZOZ w Świdniku.

W ramach nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej pacjentom udzielana jest pomoc medyczna w sytuacji nagłego zachorowania lub pogorszenia stanu zdrowia, jeśli nie zagraża ono życiu, a zastosowane środki domowe, czy też leki dostępne bez recepty nie przynoszą poprawy. Takie przypadki to choćby, zaostrzenie dolegliwości choroby przewlekłej, infekcja dróg oddechowych, wysoka gorączką, zwłaszcza u małych dzieci i ludzi w podeszłym wieku, bóle brzucha lub głowy nieustępujące mimo stosowania leków przeciwbólowych, biegunka lub wymioty.

Po zaświadczenia do rodzinnego

- Pacjenci powinni zdawać sobie sprawę z faktu, że w ramach nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej nie skorzystają ze wszystkich świadczeń realizowanych w ramach podstawowej opieki zdrowotnej - tłumaczy J. Kamiński. - Nie mogą na przykład, uzyskać wizyty kontrolnej w związku z wcześniej rozpoczętym leczeniem, recepty na stosowane stale leki, zaświadczenia o stanie zdrowia czy skierowania do specjalisty. Nie są to bowiem świadczenia o charakterze pilnym i można je uzyskać u lekarza rodzinnego.

Pacjent może więc zgłosić się do placówki świadczącej nocną i świąteczną opiekę zdrowotną, jeśli w czasie, kiedy jego przychodnia jest nieczynna, nagle zachoruje lub objawy choroby się nasilą. Ma tam także prawo od uzyskania świadczeń pielęgniarskich zleconych przez lekarzy w ramach kontynuacji leczenia, jeśli konieczne jest ich wykonanie w czasie, gdy jego przychodnia jest nieczynna. Nie może jednak traktować nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej jako alternatywy dla przychodni podstawowej opieki zdrowotnej i domagać się od lekarza na nocnym dyżurze świadczeń, które nie są pilne z medycznego punktu widzenia.

W stanie bezpośrednio zagrażającym życiu nie powinniśmy zgłaszać się na dyżur nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej, gdyż pomoc mogłaby być spóźniona. Powinniśmy wówczas wezwać Pogotowie Ratunkowe, albo, jeśli to możliwe, sami zgłosić się do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego lub do Szpitalnej Izby Przyjęć.

Tylko dla ubezpieczonych

Prawo do bezpłatnych świadczeń nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej mają pacjenci objęci powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym. Można z nich skorzystać bez skierowania. Aby uzyskać poradę lub mieć wykonany zabieg, należy przedstawić dowód tożsamości z numerem PESEL. Dotyczy to również porady telefonicznej.

Telefony kontaktowe:

Porady ambulatoryjne i telefoniczne pielęgniarskie - 81 751 56 29

Porady ambulatoryjne i telefoniczne lekarskie - 81 751 40 02, 81 751 57 36

Zespół wyjazdowy: pielęgniarka - 885 105 655

Zespół wyjazdowy: lekarz - 885 105 755

jmr

Strona 9 z 297