san - Świdnik - wysokich lotów

piątek, 08 czerwiec 2018 12:11

Wspominamy...

Zawsze, kiedy pytałam Go o życie zawodowe, powtarzał, że jego największym sukcesem jest tyle samo lądowań, co startów, a wszystko inne to tylko dodatek. 2 maja wyruszył w lot, z którego, niestety, powrotu już nie ma. Wraz ze śmiercią Ryszarda Kasperka, nestora świdnickiego lotnictwa, zwycięzcy zawodów rangi mistrzostw Polski, instruktora samolotowego i śmigłowcowego, zamknęła się też pewna karta lotniczych dziejów naszego miasta. Zapisał się na niej na zawsze, z nieżyjącymi już bratem Stanisławem i synem Januszem. Przypominamy dziś Jego sylwetkę, pracę i pasję.

Początki podniebnej przygody Jeden z najwybitniejszych świdnickich lotników urodził się 31 maja 1931 roku, w miejscowości Niemce k. Lublina. Podniebną przygodę rozpoczął w 1947 roku od kursu szybowcowego. Chociaż czasami śmiał się, że jednak było to znacznie wcześniej.

- W dzieciństwie bawiłem się samolotami wystruganymi z drewna - opowiadał mi przed 14 laty, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. - W ogródku zrobiłem podziemne hangary, a gdy zaczęła się wojna, schowałem tam te zabawki. Obserwowałem też nadlatujące niemieckie maszyny. Później przyszło wyzwolenie i radzieckie samoloty. W 1947 roku zapisałem się na teoretyczny kurs szybowcowy w Lublinie, gdzie było ponad 300 młodych ludzi. Skończyłem go wiosną, a jesienią pojechałem na szybowisko. Szybowiec nazywał się SG38, miał zamocowane siedzenie, skrzydełka, ogon i linki. To było zupełnie inne latanie niż obecnie. Kiedyś człowiek sam się uczył, a instruktor stał z boku.

W latach 1951-1954 Ryszard Kasperek odbywał służbę wojskową, początkowo w Technicznej Szkole Wojsk Lotniczych w Zamościu, a następnie w stołecznym pułku lotniczym. W 1954 roku rozpoczął pracę w świdnickim aeroklubie, najpierw jako mechanik, później szef techniczny, zaś od 1963 r. instruktor samolotowy. Tak wspominał trudne początki:

- Na lotnisku stał wtedy tylko drewniany hangar. Biuro aeroklubu znajdowało się w baraczku, przy stacji kolejowej. Paliwo przywoziliśmy z Warszawy albo dostawaliśmy z zakładu. Wyposażenie mieliśmy bardzo skromne. Trochę szybowców, na przykład treningowe Salamandry i szkolny ABC. Była też wyciągarka, ale bez traktora. Kiedy wiatr się zmienił, przepychaliśmy ją z jednego końca lotniska na drugi. Wymagało to naprawdę dużego wysiłku. Mieliśmy również samolot Po-2, popularnie zwany kukuruźnikiem, na którym instruktor Ryszard Kosioł wyszkolił pierwszą w Świdniku grupę pilotów: Irenę Pietrzak, Jana Cholewę, Andrzeja Ciesielskiego, Juliana Kaletę, Wojciecha Trawińskiego. Zacząłem latać szybowcem, ale początkowo nie wytrzymywałem fizycznie. Bardzo rzucało i było mi niedobrze. Dopiero, kiedy poleciałem dużym, dwumiejscowym, jakoś się udało. Dostałem Srebrną Odznakę Szybowcową, co oznaczało, że mam 5 godz. w powietrzu, przelot ponad 50 km, przewyższenie ponad 1000 m. Potem zrobiłem Złotą Odznakę. Musiałem przelecieć 300 km, na wysokości 3 tys. ponad pułap wyczepienia się od samolotu. Namówił mnie do tego brat, który był już kierownikiem aeroklubu. Powiedział: „Leć, ściągnę cię z każdego miejsca”. Poleciałem więc do Warszawy i z powrotem. W sumie wylatałem na szybowcach ok. 600 godzin.

Najważniejsza nagroda

Zdobywca licznych medali i tytułów, w kolejnych latach pracował w WSK Świdnik, między innymi jako pilot i instruktor. Miał na swoim koncie 3600 godz. wylatanych na samolotach oraz 8200 godz. na śmigłowcach.

- Razem z szybowcami uzbierało się w sumie ponad 12 tys. godzin - mówił R. Kasperek. - Najwięcej na śmigłowcach, więc chyba do nich czuję największy sentyment. Wracając zaś do sukcesów pana Ryszarda… Wśród nich wyliczyć można, między innymi kilkakrotnie I miejsca w Lubelskich Zimowych Zawodach Samolotowych, brązowe medale w mistrzostwach Polski w akrobacji samolotowej, Złotą Odznakę szybowcową czy tytuł mistrza sportu. Jednak to nie medale były dla niego najcenniejsze.

- Więcej osiągnięć mieli Stach i Janusz, ja nie mam się czym chwalić - podkreślał zawsze pan Ryszard, który był niezwykle skromnym człowiekiem i wolał mówić o dokonaniach innych niż o swoich sukcesach. - Najważniejszą nagrodą jest dla mnie dyplom za ratowanie życia. Miałem nocny lot, kiedy przez radio zapytali czy nie poleciałbym do Dębicy, bo trzeba przetransportować do Siemianowic trzech ciężko poparzonych mężczyzn. Śmigłowce były wtedy dopiero w próbach, ale polecieliśmy z kolegą. Po miesiącu przyjechali przedstawiciele zakładu z Dębicy, zabrali nas i tam wręczyli podziękowanie oraz puchar.

Rozsławiali Świdnik

Wielki wkład w rozwój świdnickiego lotnictwa i aeroklubu wnieśli również brat pana Ryszarda, Stanisław - pilot, instruktor szybowcowy i samolotowy, wielokrotny mistrz Polski w akrobacji lotniczej, zdobywca najwyższych lotniczych wyróżnień i tytułów (zmarł 30 czerwca 2011 roku) oraz syn Janusz - trzykrotny mistrz świata i czternastokrotny mistrz Polski w akrobacji samolotowej, pilot LOT-u (zginął 17 października 1998 roku, w katastrofie samolotu akrobacyjnego Extra 300 L).

- Godnie reprezentowaliśmy nasze miasto i zakład, chociaż samoloty mieliśmy stare - podkreślał w rozmowach Ryszard Kasperek. - Na przykład taki przerobiony pod nasze dyktando w zakładzie - z dwumiejscowego na jednomiejscowy. To był Zlin 26, z bardzo słabym silnikiem. Trener napisał na nim dermatografem „Super Kasper Akrobat” i od tego tak właśnie potem nazywali te samoloty: „Kasper” albo „Super Kasper”. Przez pewien czas lataliśmy na nich, ale kiedyś koledze urwało się skrzydło i samoloty zostały zawieszone. Tylko w muzeum można teraz taki zobaczyć.

Ryszard Kasperek często też sędziował na zawodach różnej rangi. Jak sam przyznawał, było to zadanie zdecydowanie trudniejsze niż pilotowanie samolotu czy śmigłowca. Na sędziowską emeryturę przeszedł w 2012 roku. Na pracowniczą 16 lat wcześniej.

- Czas idzie naprzód, wszystko się zmienia. Lataliśmy na samolotach ze śmigłem, teraz są odrzutowce. Nie żałuję niczego. Byłem pilotem przez 63 lata. Przez ten czas straciłem jedno śmigło i silnik. To znaczy, że nie popełniałem błędów i miałem szczęście. Kiedy odszedłem na emeryturę, bardzo brakowało mi latania, samolotów, zawodów. Teraz już nie tęsknię. Są młodzi, niech oni podbijają przestworza - mówił Ryszard Kasperek, kiedy rozmawialiśmy, jak się okazuje, po raz ostatni. Żałuję, że naszych spotkań było tak mało i że nie zdążyłam posłuchać o wielu innych ciekawych rzeczach, które przeżył.

Ostatnie pożegnanie

Ryszard Kasperek zmarł 2 maja. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 8 maja, w kościele pw. Św. Józefa na Adampolu. Wzięła w nich udział rodzina, a także przedstawiciele władz samorządowych, przyjaciele, członkowie Klubu Seniorów Lotnictwa, między innymi ze Świdnika i Lublina. Nestor świdnickiego lotnictwa spoczął w grobie rodzinnym, w alei zasłużonych cmentarza komunalnego.

Agnieszka Wójcik

czwartek, 07 czerwiec 2018 09:29

Skrzydlate marzenie

Kim zostaniesz, gdy dorośniesz? Na to pytanie chyba każdy z nas próbował kiedyś odpowiedzieć. Jednym przychodziło to z łatwością, innym zajmowało dłuższą chwilę. Niektórzy potrzebowali czasu, by etapami móc realizować swoją prawdziwą pasję. Tak było w przypadku Roberta Zawady, który już jako nastolatek postanowił na stałe związać się z lotnictwem. Pilot szybowcowy, samolotowy, śmigłowcowy, instruktor, oblatywacz. Rodowity świdniczanin dla którego nasze miasto to coś znacznie więcej niż podróż do wspomnień z dawnych lat. Bo to właśnie tu, w Świdniku wszystko się zaczęło.

- Rzeczywiście fakt, że dorastałem wśród odgłosów lotniczych silników, widoków kręcących się wirników oraz zapachu samolotowego paliwa bez wątpienia spowodował, że zostałem pilotem.

- Marzenie od dziecka?

- Przyszło trochę później. Co innego interesować się lotnictwem, lubić spoglądać w niebo, kiedy słyszymy odgłos samolotu czy śmigłowca, a podjąć decyzję o byciu pilotem. U mnie to przyszło dopiero pod koniec szkoły podstawowej. Wtedy zdecydowałem się spróbować dostać do Liceum Lotniczego w Dęblinie. Wówczas na jedno miejsce było 22 kandydatów, co wcale mnie nie zniechęciło, a wręcz przeciwnie, bardziej zmotywowało. Pamiętam, że nauczycielka od j. polskiego odradzała mi wybór takiej przyszłości twierdząc, że zmarnuję swój talent humanistyczny.

- A jak na tę decyzję zareagowali rodzice?

- Bardzo mnie wspierali, chociaż widziałem, że matczyne serce słabo znosi perspektywę rozstania na co najmniej cztery lata. Jak się później okazało, ta rozłąka trwała nie 4 a prawie 35 lat. Lotnictwo zabrało mnie rodzicom na większość życia. Żadne z nich nigdy jednak nie powiedziało, że dokonałem złego wyboru.

- Miewał Pan wtedy chwile zwątpienia lub myślał o zmianie zawodu?

- Oczywiście. Szczególnie w sytuacjach, kiedy tego latania było mało, a to w lotnictwie wojskowym zdarzało się bardzo często, ale także wtedy, gdy trudno było mi opanować jakieś nowe elementy lotniczego rzemiosła. Nie było jednak planu B. Zaciskałem zęby i realizowałem cele. Od razu po zakończeniu studiów w Szkole Orląt, dokładnie w 1990 roku, trafiłem do Marynarki Wojennej. Najpierw do Darłowa, gdzie latałem na śmigłowcach Mi-14, w wersji ratowniczej oraz w wersji do poszukiwania i zwalczania okrętów podwodnych, potem przyszedł czas na Gdynię. Tam dowodziłem Kluczem (formacja w lotnictwie - przyp. red.) nowo stworzonego lotnictwa pokładowego. Byłem pierwszym dowódcą, ale także pilotem, instruktorem i oblatywaczem śmigłowców SH-2 G „Superseasprite”. To było trudne latanie - lądowanie na malutkim pokładzie okrętu, miesiące poza domem, dosłownie jak marynarz. Opowiadam o tym i o wielu innych historiach, w mojej książce „Związane skrzydła”. Zainteresowanych zachęcam do przeczytania.

- Kolejnym punktem był wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Jako pierwszy polski pilot wojskowy wyszkolił się Pan na śmigłowcach pokładowych.

- Polska Marynarka Wojenna otrzymała w darze od Amerykanów dwa okręty typu Oliver Hazard Perry. Jednym z elementów jego wyposażenia są stacjonujące na nim śmigłowce, tzw. oczy i uszy jednostki. Zakupiliśmy 4 maszyny SH-2G i przypadł mi zaszczyt być wyznaczonym do wyjazdu, do USA na szkolenie. Poleciały tam dwie załogi (czterech pilotów i dwóch nawigatorów). Poza Polską i USA takie śmigłowce posiadała jeszcze Nowa Zelandia i Egipt. Szkolenie powinno trwać minimum sześć miesięcy. My jednak, ze względu na oszczędności, musieliśmy się wyszkolić w trzy miesiące! Na pytanie „dlaczego nie dłużej”, odpowiadano Amerykanom, że polscy piloci są tak świetni, że więcej im nie potrzeba. I tak, w niecałe 4 miesiące, wyszkoliłem się do poziomu instruktora i oblatywacza, chociaż wcale nie czułem się tak pewnie, jakbym sobie tego życzył. Po powrocie do kraju wraz z kolegami tworzyłem całą strukturę polskiego lotnictwa pokładowego. Trzeba było zrobić wszystko od początku. Napisać programy szkolenia, instrukcje, współpracować i uczyć lotnictwa marynarzy na okręcie, szkolić pilotów, wypływać w rejsy. Mnóstwo roboty. W swojej karierze latałem też na szybowcach, samolotach aeroklubowych typu PZL-110. Zlin-42, Wilga, śmigłowcach Mi-14, Mi-2, Mi- 8, Mi-17 i SH-2G.

- Które z nich zrobiły na Panu największe wrażenie?

- Zdecydowanie statki powietrzne, którymi udało mi się polatać kilka razy nie zawodowo. Często na ćwiczeniach zagranicznych wymienialiśmy się w załogach i była okazja poznać możliwości sprzętu zachodniego. Było to zawsze świetne przeżycie. Pilot to tak naprawdę wieczny mały chłopiec, tylko cieszący się większą zabawką. Powinien jednak być rozsądny. Ktoś powie, że odważny, ale źle pojęta odwaga nie raz doprowadziła do wielu katastrof.

- W 2006 roku, pracując w zawodzie, wzbił się Pan w powietrze po raz ostatni. Nie tęskni Pan za lataniem?

- Tęsknię, ale nie na tyle, żeby poświęcać mu więcej czasu niż rodzinie. Kiedyś było na odwrót. Dojrzałem do tego, aby te proporcje odwrócić.

- Nadal pozostaje Pan wierny pasji. Obecnie jako ekspert Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, konsultant sejmowej komisji ds. personelu, a także organizator pokazów i festiwali lotniczych.

- Na stałe pracuję dla dużego, zachodniego przewoźnika lotniczego. Pozostałe zajęcia są dodatkowymi. Traktuję je bardziej jako hobby, nowe wyzwania dające radość z możliwości pomocy. Wielokrotnie uczestniczyłem w pokazach lotniczych jako pilot, widz, a ostatnio w roli organizatora. Zdecydował o tym przypadek, ale od tamtej pory dobrze się w tym odnajduję. Zebrałem najlepszych ludzi w branży, razem tworzymy świetny zespół, który pomaga w organizowaniu pokazów w całej Polsce.

- W czerwcu również w Świdniku…

- Od razu pomyślałem sobie - nareszcie! - Świdnik potrzebuje takiej imprezy. Brawo za pomysł. Kiedy po kilku miesiącach poproszono mnie o pomoc w zorganizowaniu części lotniczej, nie od razu się zgodziłem. Proszę mi wierzyć, że profesjonalne stworzenie takiego widowiska, bezpiecznego i efektownego, wymaga dokładnego przemyślenia, czy na pewno się uda. Wspólnie z zespołem stwierdziliśmy, że tak, a teraz robimy wszystko, aby tak się stało. Przyznaję też, że kierowałem się sympatią do tego miasta. Od lat mieszkam w Gdańsku, ale zawsze z sentymentem chodzę po świdnickich ulicach.

Sandra Rutkowska

środa, 06 czerwiec 2018 13:51

Piątka czyta na piątkę

Z wesołą poezją, między innymi Juliana Tuwima, Jana Brzechwy, Wandy Chotomskiej czy Agnieszki Frączek, zmierzyli się uczestnicy świdnickiej odsłony akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Zorganizowały ją nauczycielki ze Szkoły Podstawowej nr 5: Helena Cisowska, Danuta Pastuszak i Iwona Dworak.

W czytelni szkolnej biblioteki utwory znanych i lubianych polskich pisarzy czytali uczniowie „Piątki”: Gabrysia Kamińska, Julka Sapko i Szymon Wójcik, a także zaproszeni goście. Interpretację „Lokomotywy” przedstawili Bożena Zapalska, po. naczelnika wydziału oświaty i spraw społecznych UM, oraz dyrekcja placówki: Tomasz Szydło, Ewa Darwicz, Marzena Herda i Leszek Kalicki. Ks. proboszcz Andrzej Krasowski zaprezentował „Dyzia marzyciela”, Grzegorz Hołub, szef świdnickich policjantów, „Stasia Pytalskiego”, zaś Janusz Wójtowicz, komendant Straży Miejskiej, „Stefka Burczymuchę”. Najmłodszych odwiedzili ze swoimi ulubionymi wierszami również: Ewa Marchlewska, dyrektor Przedszkola nr 7, Mirosław Król, dyrektor Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej, Krzysztof Kawalec ze świdnickiej straży pożarnej, Dariusz Szałaj, Danuta Walczak i Krzysztof Szlachta z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, doktor Kalina Tatara, Marcin Lenard i Krzysztof Rostek z Rady Rodziców SP nr 5, Barbara Rutkowska ze szkolnej stołówki.

Autorskie wiersze o szkole zaprezentowały Julka Krawczyk z kl. III e oraz Julka Krawczyk z kl. III f. Gośćmi specjalnymi spotkania były dzieci z Przedszkola nr 7, które wystąpiły w brawurowym tańcu do utworu „Kalinka”.

- Czytanie to najtańsza forma spędzania czasu, która rozwija intelekt, wyobraźnię, słownictwo. Uczy też myślenia i poprawia koncentracje. To inwestycja na całe życie. Dążmy więc do tego, by nasze pociechy je polubiły i traktowały jako przyjemność - mówiły organizatorki wesołego spotkania.

aw

poniedziałek, 11 czerwiec 2018 10:32

Artystyczny koniec sezonu

Jak co roku, Miejski Ośrodek Kultury podsumowuje pracę swoich podopiecznych, zapraszając świdniczan na finał mijającego sezonu artystycznego. Dzięki niemu, mieszkańcy będą mogli nie tylko obejrzeć i wysłuchać artystów, ale także zapoznać się z ofertą w MOK.

Efektami wspólnej pracy są nagrody i wyróżnienia, które dzieci, młodzież i dorośli otrzymali na festiwalach oraz konkursach w całej Polsce. Poniżej szczegółowy program wydarzenia:

17 czerwca (Miejski Ośrodek Kultury)

10.00 (sala widowiskowa)
Świdnicki Zespół Baletowy: Diament, Koda, Onyks, Rubinki, Szafirki, Agat, instr. Beata Kamińska
ArtAkrobatyka, instr. Nina Drzewiecka
Zumba Kids, instr. Renata Elmerych
Zumba Junior, instr. Weronika Kassin-Lenik

godz. 15.00  (hol I piętro)
Turniej Szachowy, sędziowie: Zdzisław Marciniak, Rafał Bojczewski

18 czerwca (sala kameralna)

17.00-17.15 Chór Arion, dyryg. Magdalena Celińska
17.20-17.50 Dziecięcy Chór Gospel, dyryg. Monika Kowalczyk
18.00-18.45 Świdnik Gospel Choir, dyryg. Grzegorz Głuch
18.50-19.20 Studio Wokalne 24, instr. Robert Dorosz

19 czerwca (sala kameralna)

17.00-17.15 Teatr Maluch „W 800 sekund dookoła świata”, reż. Beata Kubiak
17.20-17.30 Teatr Stonoga „Teatr to podróż”, reż. Magdalena Mazurek-Chlebuś
17.35-17.50 Teatr Stonoga „Fotobudka”, reż. Magdalena Mazurek-Chlebuś
18.00-18.15 Teatr Puk-Puk (gr. młodsza) „Sen o żeglarzach”, reż. Katarzyna Marjasiewicz
18.25-18.55 Teatr Puk-Puk (gr. średnia) „Baśń o Pryszczycerzu i Królewnie Pięknotce”, reż. Katarzyna Marjasiewicz
19.10-19.20 Teatr Puk-Puk  (gr. licealna) „Łódeczka” -fragm. spektaklu, reż. Katarzyna Marjasiewicz
Teatr Puk-Puk (gr. dorosłych) „U Janka na urodzinach”, reż. Katarzyna Marjasiewicz

20 czerwca, godz. 17.00 (sala kameralna)

zespoły muzyczne The Fudges, Backstage, instr. Tomasz Deutryk

21 czerwca, godz. 17.00 (sala kameralna)

Świdnicki Zespół Baletowy: Szmaragdy, Perełki, instr. Joanna Dudek
Teatr Tańca Topaz, instr. Joanna Dudek
Zespół Tańca Współczesnego Flex, Flex Mini, instr. Eliza Maruszak
Zespół tańca Nowoczesnego Fux, instr. Iwona Syroka

24 czerwca, godz. 10.00 (hol, I piętro)

Turniej gier planszowych i konkursy fantasy, instr. Grzegorz Krusiński

17 - 24 czerwca, wystawy prac (galeria „Za szybą”)

„Pod błękitna paletą”, instr. Renata Szuryga
„Manufaktura rękodzieła”, instr. Iwona Kozak
Grupa Malarstwa i Rysunku M, instr. Anna Kozakowska
Pracownia Ceramiki, instr. Igor Kaznowski

poniedziałek, 27 sierpień 2018 11:57

50 twarzy Czarka Pazury

Najpopularniejszy polski aktor komediowy i satyryk Cezary Pazura ponownie przyjedzie do naszego miasta.

O jego poczuciu humoru, świdniczanie mogli przekonać się w 2015 roku podczas występu w Centrum Kultury. Tym razem zaprezentuje swój najlepszy program „50 twarzy Czarka Pazury”.

Prawie dwie godziny niesamowitych żartów rozbawi nawet najpoważniejszych widzów. Artysta wystąpi w Świdniku 20 października.

50 twarzy Czarka Pazury

20 października, godz. 20.00, sala widowiskowa

bilety: 65,00 zł (normalny), 60,00 zł (ulgowy), 55,00 zł (grupowy, od 10 osób)

niedziela, 27 maj 2018 11:25

Miliony utopione w kieliszku

Ponad 36 milionów złotych wydali w minionym roku mieszkańcy Świdnika na napoje alkoholowe. To o blisko milion złotych więcej niż w roku 2016 i aż o 5 milionów więcej w porównaniu do roku 2014. Jak widać popyt na napoje wyskokowe stale wzrasta, a prym wiedzie nieodmiennie piwo i wódka. Znacznie rzadziej dajemy się uwieść smakowym walorom wina.

Kwota wydana na alkohol może przyprawić o zawrót głowy, biorąc pod uwagę, że budżet naszego miasta na bieżący rok to kwota ponad 151 mln zł. Pieniądze pozostawione w lokalach gastronomicznych i sklepach wystarczyłyby, na przykład, na wybudowanie dwóch kompleksów sportowo-rekreacyjnych. Jednak odłóżmy żarty na bok. Gdy przyjmiemy, że Świdnik liczy prawie 40 tys. mieszkańców, to przeciętny świdniczanin, wliczając nieletnich i seniorów, wydał na alkohol, w skali roku, kwotę około 900 zł. Przy skromnych zarobkach obowiązujących po tej stronie Wisły, mamy raczej spory ubytek w domowych budżetach. Często właśnie rodziny płacą najwyższą cenę, nie tylko w wymiarze finansowym, za nadużywanie alkoholu przez ich najbliższych. Pomocną dłoń wyciąga wtedy Miejska Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, działająca przy Miejskim Centrum Profilaktyki. Można się do niej zwrócić w celu skierowania na leczenie osoby dotkniętej tym problemem.

- Corocznie wpływają nowe podania i wnioski o leczenie - mówi Andrzej Toboła, sekretarz MKRPA. - Ich ilość wprawdzie spada. Jeszcze pięć lat temu wpływało około 100 spraw. Obecnie 70-80. Nie znaczy to wcale, że problem jest mniejszy. Wiele spraw udaje się załatwić pozakomisyjnie, czyli zmotywować osobę do podjęcia leczenia bez angażowania machiny administracyjno-sądowej. Jeszcze kilka lat temu nakazy leczenia były mało skuteczne. Na szczęście to się zmieniło. Przynajmniej połowa osób trafiających na oddziały odwykowe, kończy terapię z większym lub mniejszym sukcesem. Choroba alkoholowa to ciężar dla całej rodziny. Zwykle najbardziej cierpią dzieci. Większość osób przychodzących do nas po pomoc to nie pijący, ale ich najbliżsi. Alkoholicy nigdy nie chcą się leczyć. Nie znam przypadku, aby ktoś pijący poradził sobie samodzielnie z tym problemem.

Piją coraz młodsi

Z roku na rok obniża się wiek interesantów odwiedzających Komisję. Zaledwie 10 lat temu średnia oscylowała wokół 45-50 lat, teraz około 30. A. Toboła upatruje główną przyczynę tego zjawiska w zmasowanej promocji i sprzedaży piwa, które przez znaczną rzeszę społeczeństwa jest traktowane jako niegroźny napój. Tymczasem w jednej półlitrowej butelce znajduje się średnio 18-20 ml czystego alkoholu.

- Można dojść do tezy, że piwo, w odróżnieniu od innych alkoholi, powoduje większą zdolność do uzależnienia - tłumaczy A. Toboła. - Bo systematyczność i ilość wypitego alkoholu ma wpływ na ewentualne uzależnienie się. Jeżeli pijemy codziennie, nawet niskoprocentowe trunki, problem stopniowo narasta. Nie ma lekkich napojów alkoholowych i nieszkodzących. W każdym jest określona zawartość spirytusu, który ma na wszystkich jednakowe działanie.

Na szczęście, coraz rzadziej członkowie Komisji ujawniają sprzedaż alkoholu nieletnim i nietrzeźwym. Co roku odwiedzają oni profilaktycznie wybrane sklepy i puby, bacznie przyglądając się ich pracy. Wieloletnie kontrole zdyscyplinowały sprzedawców. Zdarzają się oczywiście wyjątki, ale to już margines problemu. Jeszcze kilka lat temu można było wymieniać nazwy sklepów, w których nieletni mogli zakupić alkohol. Obecnie zmieniła się świadomość, ale też zakaz obwarowany został sankcjami prawnymi, na przykład utratą koncesji. Na terenie Świdnika był tylko jeden taki przypadek.

Paragraf orężem?

Od stycznia funkcjonuje znowelizowana ustawa o wychowaniu w trzeźwości, dająca samorządom większe możliwości w ograniczaniu dostępu do alkoholu czy kontroli wydawania zezwoleń na jego sprzedaż. Wiele miast korzysta z tych zapisów, na przykład Puławy, gdzie radni zakazali nocnej sprzedaży alkoholu. A. Toboła nie widzi takiej potrzeby w Świdniku.

- To w sumie bardzo spokojne miasto. Mamy około 5 sklepów całodobowych, nastawionych głównie na sprzedaż alkoholu i wiele ogródków piwnych. Na uciążliwości skarżą się głównie najbliżsi sąsiedzi obiektów. Z jednej strony musimy zagwarantować im spokój. Z drugiej, obowiązuje ustawa o swobodzie działalności gospodarczej, na którą powołują się sprzedawcy. Pod uwagę trzeba wziąć również potrzebę spędzania wolnego czasu, nawet w pubach, przez sporą rzeszę świdniczan. Zatem trudno w tym wypadku znaleźć złoty środek. Jednak nie widzę potrzeby aż tak radykalnych cięć w dostępności do alkoholu i jego ograniczaniu.

słs

piątek, 25 maj 2018 10:23

Ogłoszenie

Burmistrz Miasta Świdnik działając na podstawie art. 19 a ustawy z dnia 24 kwietnia 2003 r. o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie (Dz.U. z 2018 r. poz. 450) informuję o zamiarze zlecenia realizacji zadania publicznego organizacji pozarządowej z pominięciem otwartego konkursu ofert oraz zamieszcza ofertę organizacji pozarządowej lub podmiotu wymienionego w art. 3 ust. 3. ustawy.

Organizacja pozarządowa: Klub Tenisowy AVIA Świdnik

Zadanie: „Organizacja Młodzieżowych Mistrzostw Polski do lat 23 w tenisie ziemnym - Świdnik 2018”

wtorek, 10 lipiec 2018 10:59

Nagrodzą najzdolniejszych

Jak co roku, najzdolniejsi uczniowie otrzymają stypendia naukowe. Przypominamy, że 15 lipca upływa termin przyjmowania wniosków.

- Stypendia są przeznaczone uczniom od klasy 4 szkoły podstawowej, którzy w mijającym roku szkolnym osiągnęli wysokie wyniki w nauce i mieszkają w Świdniku, bez względu na to, gdzie uczęszczają do szkoły - wyjaśnia burmistrz Waldemar Jakson. - To nagrody za wytrwałość, ciężką pracę i zaangażowanie we własny rozwój, który, jestem pewien, w przyszłości zaowocuje w postaci wymarzonej pracy i satysfakcji z jej wykonywania.

Wysokość stypendium jest uzależniona od jego stopnia i typu szkoły, do której uczeń uczęszczał w roku szkolnym 2017/2018. Minimalna wysokość stypendium to 40 zł, a maksymalna 190 zł miesięcznie. Regulamin oraz wniosek zgłoszenia do pobrania poniżej.

poniedziałek, 21 maj 2018 09:40

Premiera już w czwartek

24 maja odbędzie się premiera pierwszych odcinków serii pt. „Skrzydlaty Świdnik”, poświęconych naszym tradycjom lotniczym, pilotom oraz spadochroniarzom. Pomysłodawcą cyklu jest Miejski Ośrodek Kultury.

- To wyjątkowy rok, bogaty w jubileusze. Obchodzimy 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości, 100-lecie Polskiego Lotnictwa Wojskowego, 80-lecie uruchomienia Szkoły Pilotów L.O.P.P. Na ten rok przypada również setna rocznica urodzin gen. bryg. pil. Tadeusza Góry oraz 80-lecie jego rekordowego przelotu z Bezmiechowej do Solecznik Małych. Bardzo ważne jest wykorzystanie tych okazji, by zmierzyć się z lotniczą historią Świdnika i opowiedzieć o niej młodszym pokoleniom. Będzie to pierwszy obraz, poza animacją o Tadeuszu Górze i cyklem „Niezapomniane historie”, w którym szerzej przybliżymy nasze tradycje - wyjaśnia Adam Żurek, dyrektor MOK.

Za scenariusz, zdjęcia i montaż odpowiadali Paulina Niezbecka i Jakub Boczkowski, autorzy m.in. dokumentu „Fenomen Spacerów”, nominowanego do festiwalu Niepokorni Niezłomni Wyklęci w Gdyni. Seria „Skrzydlaty Świdnik”, składa się z kilku odcinków. Bohaterami każdego z nich są ludzie zasłużeni dla lotnictwa oraz miejsca z nimi związane.

Prace nad dokumentem trwały kilka miesięcy. Materiał nagrywany był w kilku miejscach: aeroklubie, PZL Świdnik, Porcie Lotniczym Lublin, Strefie Historii, Miejsko-Powiatowej Bibliotece Publicznej, Powiatowym Centrum Edukacji Zawodowej oraz Miejskim Ośrodku Kultury, w którym od ubiegłego roku można oglądać szybowiec Pirat. Ostatnie ujęcia tworzono pod koniec kwietnia.

Premiera serii odbędzie się 24 maja, o godz. 18.00, w sali kameralnej. Wstęp wolny.

poniedziałek, 21 maj 2018 08:24

Czworonogi nadal w potrzebie

Na przełomie marca i kwietnia Nadleśnictwo Świdnik przedłużyło umowę na dzierżawę terenu schroniska dla bezdomnych psów w Krzesimowie. Na mocy tego dokumentu placówka może działać do 30 czerwca przyszłego roku. Niestety, wraz z upublicznieniem tej dobrej wiadomości w mediach, liczba adopcji zwierząt zmalała niemal do zera. Skąpe wpływy trafiają również ze zbiórek pieniężnych organizowanych z myślą o leczeniu bezdomnych zwierząt.

- Gdy mieliśmy przysłowiowy nóż na gardle, adopcje były na porządku dziennym - narzeka Maria Gulanowska ze Świdnickiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, zarządzającego schroniskiem. - Już w marcu wyniki nie napawały optymizmem, ale zrzucaliśmy winę na silne mrozy i opady śniegu. Jednak w kwietniu sytuacja ani trochę się nie poprawiła. Nagle zainteresowanie losem psów zmalało.

Obecnie w schronisku przebywa 138 czworonogów. To dużo i jednocześnie mało mówi personel schroniska. Biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno liczba rezydujących tu zwierząt sięgała blisko 700, jest się z czego cieszyć. Jednak zbliża się okres wakacyjny, zwykle martwy sezon jeśli chodzi o adopcje.

Nowe domy nawet za granicą

We wrześniu okaże się, że znowu czasu jest mało.

- Robimy wszystko, żeby mimo tej sytuacji znaleźć psiakom domy. Wkrótce kilka, dzięki fundacji „Hunde Hilfe” trafi do Niemiec i Holandii. Większość znajdzie miejsca w domach tymczasowych, gdzie będą wszechstronnie przygotowywane są do adopcji. Strona niemiecka, organizująca adopcje, pokrywa wszystkie koszty związane z transportem. Nie ma ryzyka, że czworonogi trafią do niewłaściwych osób. Współpracujemy od 10 lat. Regularnie otrzymujemy zdjęcia naszych psów z domów tymczasowych i stałych w Niemczech - uspokaja M. Gulanowska.

Trudna sytuacja, w której znalazł się psi przytułek, zmusił wolontariuszy szukania wsparcia wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Niedawno 16 psich seniorów przeszło badania krwi, rtg i okulistyczne na Uniwersytecie Przyrodniczym. Uczelnia zorganizowała je nieodpłatnie. W czerwcu do laboratorium pojedzie kolejna grupa czworonogów. Inicjatywa ta okazała się nad wyraz potrzebna. Dzięki niej u czterech psów stwierdzono siatkówczaka. To choroba źrenic, którą trudno zdiagnozować bez specjalistycznych badań. Jest więc szansa na skuteczne leczenie.

Ratują nas tylko darowizny

Najbardziej martwi sytuacja finansowa schroniska. Obecnie, na 138 psów tylko 50 ma utrzymanie. Oznacza to, że nie wszystkie gminy, które mają ze schroniskiem podpisane umowy, wywiązują się z obowiązku. Pozostałe prawie 90 psów, od 2016 roku żyje bez utrzymania.

- Z czterech gmin otrzymujemy ok. 8 tys. zł - dodaje M. Gulanowska. - Dla oszczędności zredukowaliśmy liczbę personelu. Utrzymaliśmy tylko dwa i pół etatu na umowy o pracę. Po odliczeniu kosztów zatrudnienia, czyli 6,5 tys., pozostaje nam zaledwie 1500 zł na pozostałą działalność: wyżywienie i leczenie psów, opłaty za paliwo, podatki, energię elektryczną. Ratują nas tylko darowizny. Koszty leczenia zwierząt pokrywane są z darowizn i zbiórek na internetowych platformach pomocowych. Tylko w ubiegłym roku koszty leczenia zamknęły się kwotą ok. 50 tys. zł. Na stronie schroniska publikowane są informacje o zbiórkach. Podany jest również numer schroniskowego konta. Można wesprzeć konkretną zbiórkę, na przykład zabieg operacyjny albo przekazać darowiznę na cele statutowe (nr konta: 32 1240 5497 1111 0000 5006 4065, w tytule darowizna na cel statutowy). Nadal potrzeba karm specjalistycznych, głównie dla psich seniorów, przeciwcukrzycowych, typu diabetic, mobility - wspomagających stawy, pracę wątroby, odchudzających.

Do sprzedania są jeszcze dwa nowe boksy pozostałe po likwidacji schroniskowych sektorów oraz materiały budowalne. Nieodpłatnie można zabrać ze schroniska płyty chodnikowe typu jomb oraz gresowe, często poszukiwane przez działkowców. Jest również do sprzedania blacha ocynkowana i trapezowa falista.

Od 2016 roku schronisko w Krzesimowie nie przyjmuje już czworonożnych pensjonariuszy. Mimo to nadal poszukiwani są chętni, którzy zechcą przygarnąć zwierzęce sieroty. Kontakt w sprawie wszelkiej pomocy pod numerem tel. 691 522 924.

 

 

Strona 6 z 317