• Załatw sprawę w Urzędzie
  • Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów
  • Repertuar
  • Idzie sobie Grześ...
  • Zdrowy Świdnik
  • rodzinka
  • Schronisko w Krzesimowie
niedziela, 26 luty 2017 09:37

Fryzjerka czy artystka?

Jolanta Chlebień zawsze była uzdolniona manualnie. W każdej dziedzinie sztuki i życia potrafiła znaleźć coś, w czym się sprawdzała i co sprawiało jej frajdę. Jako artystka, pierwsze kroki stawiała szkicując ołówkiem. Później były farby, elementy graffiti, renowacja starych przedmiotów, gotowanie. Wreszcie przyszedł czas na prawdziwie artystyczne rzemiosło. Fryzjerstwem, bo o nim mowa, zajęła się przez zupełny przypadek. Można powiedzieć, że ten zawód wręczono jej do ręki, w pośpiechu, wśród gwarów ulicy. Szybko okazało się, że był to szczęśliwy traf, dzięki któremu Jolanta połączyła swoją duszę artystki z rzemiosłem. W rozmowie opowiada o czym marzą fryzjerzy, jak wpływają na życie innych ludzi i jak to się wszystko zaczęło.

- Sztuka zawsze była Twoją pasją.

- Od najmłodszych lat lubiłam rysować i ku mojemu zaskoczeniu, zawsze byłam za to nagradzana. Nie trzymałam się zasad proponowanych przez różne kierunki w malarstwie, tylko robiłam wszystko po swojemu, nieszablonowo. Bardzo długo uczęszczałam na zajęcia prowadzone przez panią Barbarę Kasprzak w Ośrodku Terapii i Rozwoju, który mieścił się przy ulicy Kolejowej. Pani Kasprzak uczyła nas wielu ciekawych rzeczy. To były fantastyczne warsztaty. Bardzo miło je wspominam. Miałam w sobie duszę artysty, ale nie potrafiłam odnaleźć się w czymś konkretnym. Lubiłam szkicować ołówkiem, malować farbami, rzeźbić, podobały mi się też elementy graffiti, które w tym czasie były bardzo popularne. Odnawiałam stare przedmioty, meble, półki, malowałam różne wzory na ścianach swojego pokoju. Po prostu byłam uzdolniona plastycznie.

- Mimo to, nie wybrałaś plastyki jako swojej ścieżki kariery.

- Bardzo chciałam pójść do liceum plastycznego, ale moja mama, która jest kobietą mocno stąpającą po ziemi, odradziła mi to. Uważała, że nie jest to kierunek przyszłościowy, dzięki któremu zdobędę pracę. Podpowiedziała mi, żebym wybrała szkołę gastronomiczną i tak zrobiłam. Byłam z niej zadowolona, bo zawód kucharza też jest bardzo twórczy. Dziś gastronomia nie oznacza przecież baru mlecznego, gdzie podawało się pulpet z ziemniakami, tylko restaurację serwującą finezyjnie przyozdobione dania. Ze zwykłej potrawy można zrobić dzieło sztuki. To jednak wciąż nie było „to”.

- Wreszcie przyszedł czas na spróbowanie swoich sił we fryzjerstwie.

- Trafiłam do szkoły fryzjerskiej przez przypadek. W Lublinie działało wiele darmowych szkół policealnych i studium. Ludzie rozdawali mnóstwo ulotek zachęcających do zapisania się do jednej z takich szkół. Któregoś dnia po prostu dostałam jedną, wygooglowałam informacje o szkole, poczytałam i stwierdziłam, że spróbuję. Fryzjerstwo było dla mnie idealnym kierunkiem, bo nie było tam przedmiotów ścisłych, tylko takie, z którymi świetnie sobie radziłam. Pedagogika, elementy psychologii, marketing czyli wszystko to, czym interesowałam się w tamtej chwili. Do szkoły zapisałam się razem z koleżanką. Początkowo była bardzo nakręcona, ale w końcu stwierdziła, że to nie „to” i zrezygnowała. Ja mocno się zaangażowałam. Na początku uczyłam się teorii, nawijania wałków i rysowania. Świetnie mi wychodziły, więc rysowałam dla siebie, czasem też za koleżanki. Nauczycielki były zachwycone moimi pracami, tym jak łączę kolory i jakie mam pomysły. Zachęcały, żebym się rozwijała, załatwiały praktyki, staże. Widziały, że mam talent. Nie zdążyłam jeszcze skończyć szkoły, a już pracowałam jako fryzjerka. Najpierw u kogoś, potem otworzyłam własny salon. W jego stworzeniu pomogła mi siostra. Wspólnie przeprowadziłyśmy cały remont. W 2008 roku zrobiłam dyplom czeladnika, a kilka lat później tytuł mistrza we fryzjerstwie.

- Wydaje się, że gotowanie i malowanie mają niewiele wspólnego ze strzyżeniem.

- Wszystkie te umiejętności opierają się na zdolnościach manualnych. Zajęcia plastyczne i przygotowywanie dań nauczyły mnie precyzji, wyćwiczyły ręce, a to ułatwiło mi pracę w zawodzie fryzjera. Umiałam mieszać ze sobą kolory. Wiedziałam, które z nich są podstawowe, nasycone lub nie, jak zniwelować żółć, jakie kolory ze sobą kontrastują, a które współgrają. Nauczyłam się tego na warsztatach plastycznych, więc gdy podobne zagadnienia pojawiły na lekcjach w szkole fryzjerskiej, bardzo łatwo je przyswoiłam. W końcu mieszanie farb, żeby coś namalować, i mieszanie, by zmienić kolor włosów, to niemal to samo. Różnica polega wyłącznie na tym, że używa się innych składników. Teraz, kiedy przychodzi do mnie klientka, patrzę na nią jak na portret. Zwracam uwagę na to, w co jest ubrana, jaką ma cerę, oczy, brwi i dobieram do tego odpowiednie tło.

- Zmiana wizerunku wpływa też na osobowość?

- Zmienia nas o 180 stopni. Przypomnę jedną z moich klientek, które ostrzygłam. Miała długie włosy zwinięte w kitkę. Była skromna i delikatna, ale przy tym zawsze uśmiechnięta. Metamorfoza bardzo ją zmieniła. Teraz nosi odważne fryzury. Stała się zauważalna i charakterystyczna. Nabrała pewności siebie, jest bardziej zdecydowana. Dawniej była przeganiana z kąta w kąt, a teraz potrafi się postawić, walczy o siebie. Wiele się w jej życiu zmieniło. To taki pierwszy przykład, który przychodzi mi do głowy, ale takich osób było zdecydowanie więcej. Nieraz słyszę, że kogoś odmłodziłam albo dostaję wiadomości z podziękowaniami, że fryzura wygląda super. To uskrzydla i jest bardzo budujące. Pewna mądra osoba powiedziała mi kiedyś, że nieważne kto do mnie przychodzi, czy to będzie bezdomny, woźna czy jakaś pani dyrektor, mam zrobić wszystko, żeby wyglądała i czuła się lepiej. I tym się kieruję.

- Fryzjer to też psycholog.

- Musisz mieć zdolności pedagogiczne i psychologiczne, bo ludzie przychodzą do ciebie w różnych momentach swojego życia, by na przykład uczesać się na pogrzeb bliskiej osoby. Siadają na krzesło i zaczynają płakać. Wtedy musisz wykazać się zrozumieniem i delikatnością, a jednocześnie musisz zadbać o to, by wyglądały ładnie. Ale jest też mnóstwo wesołych okazji. Wiele pań, które czesałam do ślubu, przychodziło później z córkami, żebym przygotowała je do komunii. To fajne przeżycie, bo pozwala mi uczestniczyć w najważniejszych wydarzeniach z ich życia. Nieraz śmieję się, że jestem jak członek rodziny. Widoczna na każdym zdjęciu poprzez uczesania.

- Nie żałujesz, że nie wybrałaś innej ścieżki?

- Absolutnie nie. Uważam, że to, co mi się przytrafiło, to dar od Boga. Splot szczęśliwych wydarzeń. Gdy byłam mała, malowałam pasemka lalkom i obcinałam im włosy, ale nie marzyłam o tym, że zostanę fryzjerką. Nie wiedziałam, że tego chcę, póki tego nie spróbowałam. Owszem, jak każdy, miewam ciężkie chwile w pracy, ale nigdy nie pożałowałam swojej decyzji. Jestem bardzo szczęśliwa i uważam, że spełniłam w ten sposób swoje marzenie. Nieważne gdzie pracuję, bylebym mogła to robić. Myślę, że jeszcze długo będę się tym cieszyć.

- O czym marzy fryzjerka?

- W szkole, w której uczyłam się zawodu, miałam do czynienia z nauczycielami pełnymi pasji. Myślę, że w przyszłości mogłabym zostać jednym z nich. Uczyć przedmiotów praktycznych, prowadzić warsztaty. To nauczyciele kształtują przyszłych fryzjerów, bo zarażają ich pasją. Nie zostają nimi osoby, które nie czują powołania albo przychodzą do pracy, bo muszą. Są „nakręceni” na to, by dzielić się swoją wiedzą i robić to dobrze. Myślę, że gdy będę po pięćdziesiątce i praca w salonie nie będzie mnie już tak pochłaniać, zajmę się właśnie tym. Wezmę pod swoje skrzydła kilka osób, opowiem im o wszystkim, pokażę co i jak.

Agata Flisiak
Magazyn Świdnik - wysokich lotów nr 12/luty 2017

sobota, 30 grudzień 2017 10:02

Do kwiatów trzeba mieć serce

Wszystko zaczęło się w 2000 roku, kiedy państwo Bernatowie otworzyli, przy ulicy Kopernika 4a sklep „Faun” . Początkowo zajmowali się wyłącznie sprzedażą artykułów ogrodniczych, jednak z czasem wprowadzili także wędkarskie. O historii przedsiębiorstwa oraz o pasji do ogrodów opowiada Dorota Bernat.

- Jak to się zaczęło?

- Mieszkamy na obrzeżach miasta. Własna działka, otoczenie natury i przestrzeń sprawiły, że w 2000 roku zdecydowaliśmy się zająć ogrodnictwem na poważnie i otworzyć sklep. W tej branży człowiek musi być cały czas na bieżąco z gatunkami roślin, nawozami. Korzystam z tych samych środków, które sprzedaję klientom, więc wiem, co im polecić. Mój mąż jest zapalonym wędkarzem, dlatego pięć lat później wprowadziliśmy też artykuły dla wędkarzy.

- Jakie produkty można kupić w „Faunie”?

- Osoby, które posiadają działki, dostaną tu nasiona, nawozy, chemię ogrodniczą, narzędzia, doniczki, ziemię, podłoże i akcesoria, czyli to, co jest niezbędne do ogrodu i domu. W przypadku wędkarstwa mamy praktycznie wszystkie akcesoria: zanęty, przynęty, kołowrotki, wędki, stojaki, podbieraki, specjalistyczną odzież oraz obuwie. Przekrój jest naprawdę szeroki. Każdy więc znajdzie coś dla siebie, niezależnie od tego, czy dopiero zaczyna przygodę z rybami, czy też łowi je już od lat. Zbliżają się święta, dlatego wprowadziliśmy promocję na sprzęt wędkarski. Można pomyśleć o upominkach dla wędkarzy i kupić je po trochę niższej cenie.

- W przypadku obu branż występuje martwy sezon. Co wtedy dzieje się w sklepie?

- U nas zaczyna się on w listopadzie, a kończy w styczniu. Skupiamy się wtedy na drobnych rzeczach, takich jak doniczki czy nawozy, których ludzie potrzebują do mieszkań. Z kolei, jeśli chodzi o wędkarstwo, jesteśmy zależni od pogody. Ci, którzy jeżdżą na ryby wiosną i latem nie są teraz zainteresowani zakupami. Natomiast wędkarze łowiący pod lodem jeszcze nie. Martwy sezon wykorzystujemy do zamawiania towaru na przyszły rok. Już w styczniu będziemy mieć świeże nasiona i niektóre cebulki kwiatów.

- Świdniczanie hodują własne owoce i warzywa. Jak Pani myśli, dlaczego?

- Sprzedajemy sporo nasion, ale część mieszkańców produkuje też własne sadzonki. Najwięcej kupujących jest wśród starszych ludzi. Młodzi nastawiają się raczej na gotowe sadzonki, bo wyhodowanie własnych wymaga większego zaangażowania. Natomiast osoby bardziej doświadczone są przekonane, że jeśli same wybiorą odmianę nasion, wyhodują to, co najbardziej im odpowiada. Klientki czasami mówią, że raz czy dwa poszły na łatwiznę i kupiły gotowe sadzonki, które niestety, im nie urosły. A, gdy robią wszystko od początku same, lepiej wychodzi i, jak mówią, wiedzą, co jedzą. Dlatego zgadzam się, że jednak warto samodzielnie coś sobie wyhodować.

- Jakie kwiaty posadzić w przydomowym ogródku?

- Nastawiam się na kwiaty wieloletnie. Takie, które posadzę raz i które będą się rozrastały, a ja ograniczę się tylko do utrzymania w nich czystości, nawożenia i podlewania. Jednoroczne wymagają więcej pracy. Jednocześnie można się nimi dłużej cieszyć, bo kwitną niemal cały rok. Wieloletnie natomiast, mają różne okresy kwitnienia. Jedne cieszą oko wiosną, drugie w środku lata, trzecie jesienią. Żeby w naszym ogrodzie zawsze było ładnie, najlepiej mieć różnorodne rośliny. Warto też umieszczać je w kompozycjach. Ja sadzę kwiaty wieloletnie, które stanowią bazę, ale między nimi dokładam jednoroczne. Dzięki temu wiem, że kiedy jedne przekwitną, drugie będą je uzupełniać. W ten sposób mogę cieszyć się nimi przez całe lato.

- Które gatunki są wieloletnie?

- Są to, na przykład hiacynty, tulipany, narcyzy, piwonie oraz lilie. Jesienią pojawiają się różnego rodzaju złocienie, astry i chryzantemy, które w Polsce kojarzą się głównie z kwiatami cmentarnymi. Jest to trochę krzywdzące, bo naprawdę cudnie prezentują się w ogrodach. Na szczęście, coraz częściej można spotkać je także przy urzędach i miejskich skwerach. Powoli zaczynają mieć inne zastosowanie. Są też bardzo wytrzymałe. Radzą sobie nawet przy pierwszych przymrozkach.

- A co z jednorocznymi?

- Niestety, po przekwitnieniu trzeba je usunąć i oczyścić ziemię. Nic po nich nie zostaje. Można spróbować zebrać nasiona, ale nie ma pewności, że coś z nich wyrośnie. W tej chwili wszystkie nasiona są modyfikowane. Lepiej kupić nowe i być pewnym, że urosną takie, jak powinny, tym bardziej, że ich koszt jest niewielki.

- O co najczęściej pytają klienci?

- W okresie zimowym najwięcej problemów sprawiają rośliny doniczkowe. Kwiaty usychają, pojawiają się na nich szkodniki, ziemia zaczyna pleśnieć. W mieszkaniach jest bardzo gorąco i sucho, a żadna roślina tego nie lubi. No, może poza kaktusami. W takich warunkach łatwo o przędziorki, wełnowce, grzyby albo patogeny. Są oczywiście środki grzybo- i owadobójcze, których można użyć. Nie zawsze jednak uda się kwiaty uratować. Jeśli zareagujemy zbyt późno, raczej nie da się im pomóc.

- Czy jest jakiś sposób, żeby kwiaty doniczkowe ładnie rosły?

- Klientki mówią, że najlepiej rosną te, które wyhoduje się od szczepki, że jeśli same się ukorzenią i urosną, to staną się odporniejsze. Być może coś w tym jest. Mnie się wydaje, że najważniejsze to mieć serce do kwiatów. Po prostu, żeby je hodować, trzeba je lubić. Jeśli ktoś wyobraża sobie, że wystarczy je od czasu do czasu podlać i dzięki temu będą piękne, myli się. Kwiaty trzeba pielęgnować, zaglądać do nich, podpatrywać, co się z nimi dzieje, czy nie jest im za zimno albo za gorąco.

- Po kilku godzinach spędzonych w sklepie, ma Pani jeszcze siły do pracy w ogródku?

- W sezonie sklep mamy czynny od 8 do 18. Pod koniec dnia jestem bardzo zmęczona i myślę, że po skończonej pracy, to za nic już się nie wezmę. Ale jak tylko przyjadę do domu, wyjdę na powietrze i popatrzę na ogródek, od razu zabieram się za najpilniejsze prace. Czasami kończę dopiero, gdy na dworze zrobi się ciemno, ale naprawdę to lubię. Jedni odpoczywają przy telewizorze, ja wolę pooddychać świeżym powietrzem i spędzić czas wśród natury. Czuję satysfakcję, kiedy widzę, że roślina, którą posadziłam, rośnie. A kiedy zrywam wyhodowane przez siebie warzywo, wiem, że jest czyste, zdrowe i niczym nie pryskane.

Agata Flisiak

Sklep ogrodniczo-wędkarski „Faun” znajduje się przy ulicy Kopernika 4a. W sezonie letnim (marzec-październik) czynny jest w tygodniu, w godzinach 8.00-18.00 oraz w soboty od 8.00 do 14.00. Natomiast w zimowym (listopad-luty) otwarty jest od poniedziałku do piątku, od 8.00 do 17.00, a także w soboty, w godzinach 8.00-14.00.

sobota, 17 luty 2018 09:09

Stanowimy zgrany zespół

Vet Centrum powstało w 1989 roku. Pierwszy gabinet mieścił się przy ul. Orzeszkowej. Z czasem, oczekiwania i potrzeby klientów zmieniły się. Właściciele sukcesywnie podnosili kwalifikacje, rozszerzali wachlarz usług i inwestowali w nowy sprzęt ułatwiający badanie i leczenie zwierząt. Gdy pomieszczenie zrobiło się za ciasne, przychodnię przeniesiono na ul. Racławicką 1/11. Założyciel Vet Centrum Krzysztof Szabała, Magdalena Szabała oraz Dorota Capiga, opowiedzieli nam o pracy lekarzy weterynarii.

- Vet Centrum to miejsce prowadzone przez rodzinę.

Krzysztof Szabała: Zaczynaliśmy z żoną Iwoną. Teraz pracujemy we czwórkę. Dołączyły do nas Magda i Dorota, więc można powiedzieć, że to miejsce tworzą rodzina i przyjaciele.

- Dlaczego weterynaria?

Dorota Capiga: Zawsze wiedziałam, że będę lekarzem weterynarii. Myślę, że to pragnienie tkwiło w każdym z nas. Taki wewnętrzny głos serca.
Magdalena Szabała: Od dziecka miałam do czynienia z medycyną. Cała rodzina jest z nią w jakimś stopniu związana, więc wiedziałam, że pójdę w tym kierunku. Nie byłam jednak pewna, czy będę leczyła ludzi, czy zwierzęta.

- Jest Was czworo. Kto, za co odpowiada?

K. Sz.: Zajmuję się chirurgią i kardiologią, a moja żona interną i egzotycznymi zwierzętami. Cały czas szkolimy się w tych dziedzinach.
M. Sz.: Interesuję się chirurgią weterynaryjną. W tym roku kończę specjalizację. Dodatkowo prowadzę hotelik dla zwierząt oraz zajmuję się ich strzyżeniem i pielęgnacją.
D. C.: Zajmuję się anestezjologią, stomatologią oraz endoskopią. Ponieważ badania i zabiegi endoskopowe wykonuje niewielu lekarzy w Polsce, przyjeżdżają do mnie zarówno pacjenci z Lubelszczyzny, jak i z bardzo odległych rejonów kraju. W trakcie operacji odpowiadam za znieczulenie, obsługę sprzętu do narkozy wziewnej i monitorowanie parametrów życiowych pacjenta. Poza tym, wszyscy musimy umieć wykonywać, na przykład RTG, USG czy badanie krwi.

- Z jakich usług można skorzystać w centrum?

D. C.: Nasza oferta jest bardzo szeroka. Często przychodzą do nas właściciele, którzy pierwszy raz mają zwierzaka i nie do końca wiedzą, jak z nim postępować. Wykonujemy podstawowe badania i zabiegi profilaktyczne, jak odrobaczanie, szczepienie, ochrona przeciw pchłom i kleszczom. Dobieramy odpowiednią dietę bytową lub leczniczą i udzielamy porad, jak postępować z nowym członkiem rodziny. Mamy też sklep, w którym można kupić miski, smycze, obroże, kuwety, karmy itd.
K. Sz.: Dużą wagę przykładamy do diagnostyki. Posiadamy własne laboratorium, gdzie możemy wykonywać badania krwi i moczu. Dzięki temu szybko otrzymujemy wyniki. Nasza przychodnia wyposażona jest w wysokiej klasy aparat ultrasonograficzny, rentgenowski, a bogato usprzętowiona pracownia badań endoskopowych pozwala na wszechstronną i bardzo dokładną diagnostykę chorób wewnętrznych. Ponadto, odbywają się u nas, w każdy wtorek, w godz. 18.00 - 20.00, konsultacje specjalistyczne z dermatologii, a także z chirurgii, kardiologii i radiologii.

- Pomagacie psom i kotom, ale też bardziej egzotycznym gatunkom. Jak o nie zadbać?

M. Sz.: Na pewno przed ich zakupem trzeba dobrze poznać potrzeby zwierzęcia i dowiedzieć się, w jakich warunkach powinno być trzymane. Nie wystarczy przeczytać, co polecają użytkownicy forów internetowych, trzeba zdecydowanie bardziej zagłębić się. No i przede wszystkim, kiedy już dokonamy zakupu, interesować się naszym pupilem, a nie cały czas trzymać go w klatce.
D. C.: Podstawą jest właściwa pielęgnacja i odpowiednie żywienie. Warto zajrzeć do przychodni na wizytę kontrolną, by sprawdzić stan zębów i pazurów.

- Waszymi pacjentami są również zwierzęta, które nie mają domu.

K. Sz.: Podpisaliśmy umowę z Gminą Miejską Świdnik na leczenie bezdomnych czworonogów, które uległy wypadkom. Gdy już wyzdrowieją, umożliwiamy ich adopcję. Bardzo pilnujemy, pod czyją opiekę trafią. Chcemy znaleźć im kochające domy.
M. Sz.: W ubiegłym roku, dzięki nam zaadoptowano kilkadziesiąt psów i kotów. Uważamy to za duży sukces.
D. C.: Otrzymujemy informacje zwrotne od nowych właścicieli, zwłaszcza kotów, że to świetnie zsocjalizowane zwierzaki. Wszystko dlatego, że nie zamykamy ich w klatkach, tylko pozwalamy wychodzić, dzięki czemu mają szansę spotkać ludzi, inne psy i koty. Stają się otwarte i naprawdę fajnie adaptują się do nowych warunków.

- Prowadzicie też hotel.

M. Sz.: Wszystko zaczęło się kilka lat temu, gdy przyszedł do nas pan ze swoim psem i zapytał o możliwość zostawienia go na dwa tygodnie. Pomyśleliśmy - czemu nie? Mamy duży ogród, pomieszczenia, w których zwierzęta mogą przebywać, no i zawsze ktoś jest na miejscu. Do każdego zwierzęcia podchodzimy indywidualnie, nie przyjmujemy wielu naraz, gdyż chcemy zapewnić im jak najbardziej komfortowe warunki.

- Jak to wszystko ze sobą łączycie?

K. Sz.: Jesteśmy we czwórkę, więc staramy się to jakoś pogodzić. Czasami korzystamy z konsultacji innych specjalistów. Pewnie przyjdzie czas, że będzie nas za mało i powiększymy zespół.
D. C.: Już teraz odczuwamy braki kadrowe, kiedy mamy pełną poczekalnię pacjentów. Pomagają nam studenci, którzy przychodzą do nas na praktyki lub wolontariat.

- Jak Wam się razem pracuje?

D. C.: Bardzo dobrze. Widać to zwłaszcza podczas zabiegów, które wspólnie przeprowadzamy. Ponieważ zajmuję się anestezjologią, a doktor Krzysztof i Magda chirurgią, musimy działać razem. Pacjenta i zabiegi, które trzeba mu wykonać traktujemy jako całość. Stanowimy zespół i musimy się dogadywać, żeby nie wchodzić sobie nawzajem w paradę, ale tworzyć drugiej osobie jak najlepsze warunki do pracy.

- Jakie macie plany na przyszłość?

K. Sz.: Rozwój, cały czas rozwój. Uczymy się, jeździmy na szkolenia, inwestujemy w nowy sprzęt i poszerzamy zakres usług.

Agata Flisiak

niedziela, 20 maj 2018 09:39

Pastelowe cuda

Julita Piskorek od najmłodszych lat lubiła wyrażać się poprzez sztukę. Wyszywała, robiła na drutach. Kilka lat temu zobaczyła u znajomych ozdobną kartkę wyszywaną haftem matematycznym. Bardzo jej się spodobała, więc spróbowała również taką wykonać. Jej zainteresowanie rękodziełem powoli rosło i w ubiegłym roku otworzyła pracownię Pastellowo.pl.

- Pierwsze rękodzieło, które wykonała Pani techniką scrapbookingu powstało dla kuzynki.

- Myślę, że początek mojej pasji sięga jeszcze wcześniej. Któregoś razu odwiedziliśmy z mężem znajomych, u których zobaczyłam piękną kartkę wykonaną haftem matematycznym. Spodobała mi się tak bardzo, że gdy wróciłam do domu, zaczęłam szukać wzorów i zrobiłam własną. Przeglądając internet w poszukiwaniu inspiracji trafiłam na forum poświęcone scrapbookingowi i powoli zaczęłam się w to wciągać. Przygotowywałam prace dla przyjaciół i rodziny, aż w ubiegłym roku założyłam własną działalność.

- To był impuls czy przemyślana decyzja?

- Raczej spontaniczna. Postanowiłam zmienić coś w swoim życiu, przede wszystkim pracę. Jednak nie do końca wiedziałam, co tak naprawdę chcę robić. Nie sądziłam, że pasja stanie się dla mnie i źródłem utrzymania. Decyzja zbiegła się z informacją o dotacjach przyznawanych przez urząd pracy, więc złożyłam wniosek i dalej wszystko jakoś się potoczyło.

- Rękodzieło jest wspaniałym hobby, jednak jako biznes sprawia chyba wiele trudności.

- Na rynku jest spora konkurencja, ale myślę, że każdy twórca, który ma ciekawą propozycję, przebije się. Wiadomo, że trzeba nieustannie pozyskiwać nowych klientów, pokazywać się i docierać do szerszego grona, ale naprawdę, każdy znajdzie tu swoje miejsce.

- Scrapbooking to jedyna metoda, którą stosuje Pani w swoich pracach?

- Jest to technika ozdabiania i tworzenia albumów ze zdjęciami. Stanowi mniejszą część tego, co robię. Bardziej pochłaniają mnie kartki okolicznościowe i zaproszenia. Staram się też szukać innych form, nie ograniczać się tylko do tego, co już znam. Jeśli przeglądając fora internetowe czy portale trafię na coś fajnego, próbuję to wykonać. Tworzę też exploding boxy, czyli trochę inną formę kartek. Ciągle pojawia się coś nowego, więc ile pomysłów, tyle wykonań. Zresztą, nigdy nie robię dwóch jednakowych rzeczy.

- Czym są exploding boxy?

- To pudełeczko, zwykle o rozmiarach 10x10 cm. Mogą być po prostu oryginalną kartką, albo opakowaniem na prezent. Przygotowywałam już takie exploding boxy na zegarek, minisamochodzik, biżuterię, klucze do motocykla. Najłatwiej jednak przygotować pudełko na pieniądze, bo wtedy wystarczy dorobić na nie kieszonkę.

- Przygotowuje też Pani pamiątkowe albumy. Czy klient powinien wcześniej przynieść do nich zdjęcia?

- Tak byłoby łatwiej. Kiedy mam już fotografie, wiem, ile z nich będzie w poziomie, a ile w pionie, jakie ozdoby przygotować, w którym miejscu mogę je umieścić i na ile mogę sobie pozwolić. Elementy ozdobne pojawiają się nie tylko wewnątrz, ale i na okładce. Ostatnio przygotowywałam takie albumy jako prezent komunijny. Są bardzo pojemne. Zwykle robię je na 14 fotografii, ale jest możliwość zamówienia ich w większych formatach czy dodania schowków na różne drobiazgi.

- Skąd czerpie Pani pomysły?

- Często jest tak, że klienci przychodzą do mnie i mówią, jakie mają oczekiwania. Narzucają formę, kolorystykę, mówią, co im się podoba, a co nie. Są też osoby, które wolą się zdać na mój gust i pomysł. Wydaje mi się, że mam swoją stylistykę i ulubione kolory, które najczęściej pojawiają się w moich pracach. Jeśli natomiast chodzi o samą inspirację, szukam jej wszędzie. Czasem pojawia się od tak, innym razem zajrzę do sieci, na przykład na Pinterest, którego jestem aktywnym użytkownikiem i tam wyszukuję różne perełki.

- Które z dotychczasowych zleceń stanowiło największe wyzwanie?

- To, nad którym pracuję obecnie. Jest wyzwaniem nie ze względu na stopień trudności, ale dlatego, że wykonuję je dla koleżanki, która również zajmuje się rękodziełem. A ponieważ zbliża się komunia jej dziecka, chciała mieć z tej okazji coś innego. Czuję sporą presję, bo trudniej tworzy się dla bliskiej osoby niż dla kogoś, kogo się nie zna. To dla mnie bardzo emocjonujące. Zastanawiam się, czy spodoba jej się rezultat, jak go oceni. Bardzo przeżywam, że weźmie moją pracę „pod lupę”, chociaż ona twierdzi, że lubi mój styl.

- Zaczął się sezon komunii. Jakie obowiazują trendy, jeśli chodzi o zaproszenia?

- W tym roku przygotowuję jeden model. Jest prosty, w stonowanych kolorach z przewagą ecru. W ubiegłym roku zaproszenia na tę uroczystość były inne, ale teraz klienci stawiają na prostotę. Oczywiście, zdarzają się wyjątki i kiedy do komunii przystępuje dziewczynka, wybiera różowy kolor, a kiedy chłopiec- niebieski. Jednak zdecydowana większość decyduje się na beże i ecru. Tak to wygląda w mojej pracowni. W innych może być odwrotnie.

- Ile czasu zajmuje przygotowanie zaproszeń i ile może ich Pani zrobić?

- Myślę, że jestem w stanie wykonać każdą ilość, ale muszę mieć na to odpowiednio dużo czasu. Jeśli chodzi o zaproszenia na przyjęcie dla 20, 30 osób, zajmuje mi to dosłownie kilka dni. Takie zamówienie wykonuje się trochę taśmowo, bo praca idzie szybciej niż w przypadku pojedynczej kartki. Wtedy zaczynam zastanawiać się nad kolorem, kompozycją, dodaniem jakiegoś elementu. Natomiast gdy mam do przygotowania kilkanaście sztuk, opieram się na pewnym schemacie i pod niego przygotowuję potrzebne materiały - bazę serwetki i inne dodatki.

- Można u Pani zamówić również zaproszenia ślubne?

- Owszem, choć póki co, nie posiadam jeszcze wzorów. Od niedawna działa moja strona www.pastellowo.pl oraz fanpage www.facebook.com/Pastellowo, więc od tej strony jeszcze się nie uaktywniłam, ale mam plany, by pójść w tym kierunku, bo widzę, że jest na to zapotrzebowanie. Ale oczywiście, jeśli ktoś zgłosi się teraz i da mi więcej czasu na przygotowanie, to nie ma problemu.

- Z jakimi materiałami lubi Pani pracować?

- Na pewno są to tekturki, ponieważ nadają pracom elegancji. Nie wyobrażam sobie również życia bez wykrojników, które pozwalają mi uzyskiwać różne kształty. No i oczywiście ręcznie robione kwiaty.

- Co wyróżnia Pani prace?

- Nie umiem odpowiedzieć. Trudno mówić o sobie samej. Może to, że bazuję na pastelowych kolorach. Lubię jasne, niezbyt intensywne barwy, ale oczywiście zdarzają mi się od tego odstępstwa. Wydaje mi się, że wyróżnia mnie też prosta kompozycja.

- W sklepach można dostać wiele gotowych kartek czy zaproszeń. Dlaczego więc lepiej postawić na rękodzieło?

- Zawsze, gdy wchodzę do jakiegoś sklepu, przyglądam się tym kartkom z bliska. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jakość i estetyka wykonania. Zazwyczaj takie prace tworzone są maszynowo i nie są spersonalizowane. Moje, robione na zamówienie konkretnego klienta, zawsze zawierają daty czy imiona osób, są pamiątką jakiegoś wydarzenia. Drukuję również życzenia nadesłane przez klienta. Dzięki temu są bardziej osobiste oraz dopasowane do okazji i danej osoby niż te standardowe, drukowane na kartkach ze sklepów. Wykorzystuję wysokiej jakości materiały oraz dokładam starań, aby praca była estetyczna. Poza tym, zawsze uwzględniam to, co sugeruje zamawiający, dzięki czemu osoba obdarowana będzie zadowolona.

Agata Flisiak

wtorek, 24 kwiecień 2018 10:02

Terminal już się buduje

Dzięki rozbudowie świdnickiego lotniska, będzie można w nim obsłużyć nawet milion pasażerów rocznie. Pierwsze prace już ruszyły.

- Po pięciu latach istnienia portu, jesteśmy na takim etapie, że terminal jest już zbyt ciasny - mówił podczas marcowej konferencji Krzysztof Wójtowicz, prezes Portu Lotniczego Lublin w Świdniku. - Dzięki realizacji tej inwestycji przystosujemy go do wzrastającego ruchu lotniczego. Rozbudowa zwiększy przepustowość hali odlotów.

Miesiąc temu została podpisana umowa z wykonawcą inwestycji - firmą Strabag, która rozbudowała już osiem krajowych lotnisk, między innymi w Łodzi, Rzeszowie, Szymanach, Wrocławiu, Poznaniu czy Bydgoszczy. Przedsiębiorstwo właśnie rozpoczęło prace.

- Teren został ogrodzony, ustawiono też budynki zaplecza - mówi Piotr Jankowski, rzecznik PLL. - Realizacja inwestycji potrwa około 8 miesięcy. Po tym czasie rozpoczną się procedury odbioru.

Pod rozbudowę przeznaczono teren przy wschodnim skrzydle istniejącego budynku, w części „odloty”. W hali zlokalizowane będą: poczekalnia dla pasażerów strefy Schengen wraz z wyjściami dla podróżujących, nowy punkt kontroli bezpieczeństwa, pomieszczenia służbowe Służby Ochrony Lotniska, Służby Celnej i Straży Granicznej, poczekalnie komercyjne, salonik „business lounge”, toalety oraz pomieszczenia techniczne. Obecna hala odlotów zostanie w całości dostosowana do obsługi ruchu Non-Schengen, wraz z nowymi stanowiskami kontrolerskimi Straży Granicznej. 

Rozbudowana część będzie miała długość 34,8 m, szerokość 61,8 m oraz wysokość 8 m. Jej koszt wyniesie 10,6 mln zł.

wtorek, 26 czerwiec 2018 10:43

Na wakacje do Świdnika

Do naszego miasta przyjechała 35-osobowa grupa dzieci z Litwy i Białorusi. Spędzą u nas najbliższe półtora tygodnia.

Kolonie organizowane są już od 16 lat. Wczoraj przywitaliśmy 20-osobową grupę z białoruskiego Radunia oraz 15 dzieci z Solecznik. Przez najbliższe dni będą mieszkać w domach rodzin ze Świdnika oraz okolic.

- Staramy się, by co roku mogły wyjechać osoby, które jeszcze tutaj nie były. Dzieci tak bardzo polubiły lotnicze miasto, że chętnie do niego wracają - mówi  Halina Zegzdryn, opiekun kolonii i kierownik Związku Polaków na Białorusi z oddziałem w Grodnie.

Dziś goście poznali historię naszego miasta, a także uczestniczyli w zajęciach sportowych.

- Zwiedzą nie tylko Świdnik, ale i inne ciekawe zakątki Lubelszczyzny. W planach mamy, między innymi wycieczkę do Farmy Iluzji, Zamościa czy Krasnobrodu - mówi Anna Broda z Miejskiego Ośrodka Kultury.

W drogę powrotną najmłodsi wyruszą w przyszłą środę.

wtorek, 21 czerwiec 2016 15:34

PZL-Świdnik na targach

PZL-Świdnik, spółka należąca do Leonardo-Finmeccanica, uczestniczy w XIV Bałtyckich Targach Militarnych BALT MILITARY EXPO, które odbywają się w dn. 20-22 czerwca w Gdańsku.

PZL-Świdnik opracował i wyprodukował śmigłowiec W-3RM Anakonda, który służy w polskiej Marynarce Wojennej. Polscy marynarze wykorzystują sześć takich maszyn oraz dwa śmigłowce W-3 w wersji transportowej. Obecnie w Świdniku realizowany jest kontrakt na modernizację pięciu śmigłowców użytkowanych przez Brygadę Lotnictwa Marynarki Wojennej do nowocześniejszej wersji ratownictwa morskiego. W ramach zamówienia PZL-Świdnik dokonuje unifikacji wyposażenia do jednolitego standardu W-3WA RM. Do zadań ratowniczych zostaną również przystosowane maszyny transportowe. Umowa przewiduje też przeszkolenie załóg oraz personelu technicznego. Śmigłowce Anakonda służą w polskiej Marynarce Wojennej od blisko 24 lat i w tym czasie wzięły udział w ponad 330 akcjach ratowniczych.

Poza Anakondami, na stoisku PZL-Świdnik na BALT MILITARY EXPO zaprezentowano morską wersję śmigłowca AW101, używanego przez marynarki wojenne Włoch i Wielkiej Brytanii, wykorzystujące na co dzień ponad 50 maszyn tego typu. Nie zabrakło też najnowocześniejszego średniego śmigłowca wojskowego AW149 oraz nowoczesnego lekkiego AW169 w konfiguracji przeznaczonej do realizacji misji z zakresu ratownictwa medycznego.

PZL-Świdnik jest kluczowym partnerem polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej w ramach najważniejszych programów śmigłowcowych polskich Sił Zbrojnych – prawie 160 śmigłowców produkcji PZL-Świdnik w służbie polskich Sił Zbrojnych. Prawie 80% śmigłowców dostarczonych polskim Siłom Zbrojnym w ostatnich 10 latach to maszyny wyprodukowane w Świdniku (SW-4 Puszczyk, W-3PL Głuszec, W-3WA Sokół w wersji VIP do przewozu najwyższych rangą urzędników państwowych).

jmr

czwartek, 16 czerwiec 2016 14:15

PZL-Świdnik Orłem Biznesu

PZL-Świdnik S.A., spółka z grupy Leonardo-Finmeccanica Helicopters, została uhonorowana specjalną nagrodą Orła Biznesu z Diamentami, w konkursie Lubelski Orzeł Biznesu 2015.

Wydarzenie prezentuje oraz wyróżnia najlepiej i najprężniej rozwijające się przedsiębiorstwa na Lubelszczyźnie. W finałowej gali, którą zorganizowano 14 czerwca, w Lubelskim Urzędzie Wojewódzkim, wzięli udział przedstawiciele lokalnych władz oraz lubelskiego środowiska naukowego i biznesowego. W ceremonii wręczenia nagród spółkę reprezentował Gianmario Prato, członek zarządu PZL-Świdnik S.A.

Jury przyznało świdnickiemu zakładowi szczególną nagrodę, wyróżniającą zwycięzców poprzednich edycji konkursu. To szósta, na koncie zakładu, statuetka z orłem. Pierwszy raz spółka otrzymała ją w 2005 r. w kategorii Lubelski Eksporter, następnie w 2006 r. w kategorii Lider w wykorzystywaniu środków unijnych. W roku 2011, 2012 i 2014, PZL-Świdnik został uhonorowany specjalną nagrodą Orła z Diamentem. Spółka została także Eksporterem 2013.

piątek, 06 maj 2016 10:11

Leonardo Świdnik

Finmeccanica, piąta największa korporacja na świecie, zmienia nazwę na Leonardo. W konsekwencji zmieni się również nazwa należących do niej zakładów lotniczych w Świdniku.

Jak czytamy w oficjalnym komunikacie, wydanym przez przedsiębiorstwo, nowa nazwa odzwierciedla historię Włoch, związaną z naukowymi odkryciami renesansu, technologiczną doskonałością, rozwojem myśli filozoficznej i technicznej, zwróceniem się ku przyszłości, wszechstronnym podejściem do wiedzy, których symbolem jest postać Leonarda da Vinci.

Obecnie pełna nazwa zakładu brzmi PZL-Świdnik, spółka z grupy Leonardo-Finmeccanica Helicopter Division. Z początkiem 2017 roku firma przekształci się w PZL-Świdnik, spółka z grupy Leonardo Helicopter Division.

poniedziałek, 13 sierpień 2018 08:35

Nowocześnie, ale ze smakiem

Tak w skrócie można opisać usługi ślubne, które oferuje firma Wedding Designers, za którą stoi Rafał Zajko. Wspólnie z przyjacielem Krzysztofem, dbają o to, by najważniejszy dzień w życiu każdej młodej pary, został upamiętniony w nietuzinkowy sposób, zarówno na zdjęciach, jak i filmach. Dodatkowo, kilka miesięcy temu wprowadzili do oferty wielkoformatowe napisy ledowe, które stanowią „must have” nowocześnie zaplanowanego weselnego przyjęcia.

- Skąd pomysł na taki biznes?

- Zauważyliśmy, że na regionalnym rynku jest mało firm, które oferują usługi aranżacyjne i wystroju wnętrz właśnie w kierunku wesela. Doszliśmy więc do wniosku, że fajnie byłoby połączyć wszystkie oferty w jedno. Zajmujemy się wykonywaniem zdjęć, klasycznym filmowaniem oraz z drona, a niedawno poszerzyliśmy usługi o aranżację wielkogabarytową w postaci ledowych napisów. To fajny element, który wzbogaci wesele, a jednocześnie będzie dobrze prezentował się na pamiątkowych zdjęciach. Nada im zupełnie nowy charakter i wymiar. To coś innego niż fotobudka czy czekoladowa fontanna. Tego nie spotkamy na Lubelszczyźnie.

- Jakimi napisami dysponujecie? Można je kupić czy tylko wypożyczyć?

- Pary młode raczej nie decydują się na zakup takich aranżacji, bo koszt ich produkcji jest zbyt duży. Zrobienie jednego napisu może kosztować od 2,5 do 5 tys. zł, w zależności od wielkości. Wypożyczamy napisy „love”, w kilku różnych formatach, ale najpopularniejsze są te o wysokości 1,2 m. Wysokość dekoracji jest bardzo istotna. Jeśli małżonkowie są niskiego wzrostu, nie powinna decydować się na napis w rozmiarach 1,5 m, ponieważ, gdy staną za nim do zdjęcia, będzie widać tylko głowy. Na pewno nie będą zadowoleni z takiej fotografii. Lepiej wybrać rozmiar 1,2 m, który, mimo że mniejszy, będzie pięknie się prezentował. Myślimy już nad rozszerzeniem oferty o kolejne napisy, na przykład „Mr. and Mrs.”, „miłość” i tak dalej. Spektrum jest naprawdę szerokie.

- Jak wygląda ich produkcja?

- Taki napis można wykonać samemu, ale jest to bardzo czasochłonne. My tworzymy je z kilkukrotnie klejonej sklejki, którą powlekamy warstwami ochronnymi. W literach umieszczamy oświetlenie w formie żarówek LED. Wszystko jest estetycznie zabudowane płytą. Dzięki temu uzyskujemy efekt rozświetlenia miejsca oraz osób, które robią sobie przy napisie zdjęcie. Co ważne są one wodoodporne, więc mogą stać na zewnątrz. Oczywiście, jeśli jest duża ulewa, należy je schować, bo wszystko jest w nich elektryczne, ale niewielka mżawka nie powinna zaszkodzić.

- Wedding Designers to nie tylko napisy, ale również cała gama innych usług.

- Klient, który zdecyduje się z nami pracować, może też zamówić fotografa i kamerzystę razem z obsługą drona. Nawiązaliśmy też współpracę z innymi specjalistami z branży ślubnej, na przykład florystami, stylistami czy fryzjerami. Kiedy więc klient przychodzi do nas i zamawia którąś z usług, a nie zdecydował się jeszcze, gdzie wynajmie samochód albo wykona makijaż, możemy polecić mu specjalistów. Dodatkowo proponujemy zniżkę od 10 do 20 procent. Podobnie jest w ich przypadku. Jeśli ktoś najpierw nawiązał współpracę z nimi, polecają nas.

- Pracujecie we dwóch.

- Ja zajmuję się napisami, które można obejrzeć na www.facebook.com/ztobanakoniecswiata. Natomiast Krzysiek jest odpowiedzialny za filmy i zdjęcia. Jego prace można także znaleźć na facebooku wpisując: Skoczylasfotofilm. Jak wspominałem, jest jeszcze grupa osób z zewnątrz, z którą współpracujemy.

- Filmowanie ślubu za pomocą drona to także coś nowego.

- Na Lubelszczyźnie oferuje taką usługę kilka osób. Dron pozwala na zupełnie inną perspektywę uwieczniania kościoła, sali weselnej, tego, co dzieje się wewnątrz i na zewnątrz, z różnych kątów i wysokości. Efekt jest naprawdę piorunujący.

- Jak wyglądają filmy kręcone w ten sposób?

- Materiał nie jest monotonny tak, jak w przypadku filmów sprzed 5, 10 lat. Wówczas trwały one nawet 1,5 godziny, a oglądając je, można było kilka razy zasnąć. Te, które proponujemy, trwają do kilkunastu minut. To wyjątkowy materiał, o zupełnie innej dynamice. Naprawdę przyciąga uwagę. W ten sposób kręci się też filmy z bardzo dużych imprez takich, jak na przykład maratony biegowe. Z jakiegoś powodu, na Lubelszczyźnie nie jest to jeszcze popularne. Trudno mi powiedzieć dlaczego. Być może wynika to z faktu, że mamy dość zamknięty rynek albo, że jeszcze niewiele osób posiada wiedzę o takiej usłudze.

- Jaki jest jej koszt?

- Ludziom wydaje się, że aranżacje czy właśnie kręcenie filmów za pomocą drona to horrendalne wydatki. Nasze ceny są bardzo konkurencyjne, dzięki czemu na takie usługi może pozwolić sobie większa liczba osób. Zdjęcia, filmowanie zwykłą kamerą oraz dronem, wynajem napisu może kosztować tyle, ile lubelski fotograf bierze za jedną usługę. Podsumowując, jesteśmy konkurencyjni, a przy tym zachowujemy wysoką jakość, co potwierdza nasze portfolio.

- Do zdjęć także podchodzicie bardzo nowocześnie.

- Oprawa wizualna, cały proces zdjęciowy, sprzętu, z jakiego korzystamy, jak i strona programistyczna jest inna, niż w przypadku standardowego fotografa, który jest przyzwyczajony do określonego sposobu wykonywania zdjęć. Przede wszystkim, robi je pod jednym kątem, przez co na każdym weselu wychodzą tak samo. My staramy się, żeby zdjęcia były urozmaicone, fajne i nowocześnie obrobione. Żeby przyciągały wzrok, zaciekawiały. Dla pary młodej to ma być pamiątka, która ją uszczęśliwi i którą będzie się chciała pochwalić przed znajomymi.

- Jakie jeszcze macie pomysły? Co chcecie wprowadzić?

- Myślimy nad czymś innowacyjnym. Mamy już kilka pomysłów, ale póki co, są w powijakach, więc zobaczymy co z nich wyjdzie. Na pewno zamierzamy wzbogacić ofertę o wynajem aut do ślubu, bo mamy kilka fajnych opcji do wyboru. Zastanawiamy się, jakie samochody wybrać. Wbrew pozorom, nie każdy chce jechać do ślubu czymś retro. Wiele osób decyduje się na auta klasy Premium albo nowe, z segmentu A i B. Odpowiednio przyozdobione będą się świetnie prezentować. Zobaczymy, jakie będzie zapotrzebowanie na rynku. Wiadomo, wesela nigdy się nie skończą.

Agata Flisiak

Strona 1 z 320

Najczęściej czytane