jg - Świdnik - wysokich lotów

czwartek, 19 lipiec 2018 11:46

W Ostrowcu bez bramek

Po porażce 0:2 z drugoligowym Radomiakiem, piłkarze ze Świdnika rozegrali w środę kolejny mecz sparingowy. Wyjazd do Ostrowca Świętokrzyskiego zakończył się bezbramkowym remisem z ligowym rywalem, KSZO.

W tym spotkaniu trener Dominik Bednarczyk dał szansę aż siedmiu testowanym zawodnikom. Niespodzianką było pojawienie się w składzie Mateusza Jarzynki, który próbował sił w swoim macierzystym klubie, Cracovii. Po niepowodzeniu zapukał również do I-ligowej Stali Mielec. Wygląda jednak na to, że w drugi weekend sierpnia, w inauguracyjnym meczu III ligi ze Stalą Kraśnik, znowu będziemy oglądali go w żółto-niebieskich barwach.

Pierwsza odsłona meczu nie rozgrzała kibiców do czerwoności. Dwie dobre okazje do zdobycia bramki zawodnicy Avii mieli dopiero w drugiej połowie spotkania. Gospodarze byli jednak bliżsi wygrania meczu, ale w 74. minucie Daniel Dybiec nie wykorzystał rzutu karnego.

Kolejnym przeciwnikiem żółto-niebieskich w serii meczów testowych będzie Hetman Zamość. Pojedynek rozpocznie się na stadionie przy ul. Sportowej 2, w sobotę, o godz. 11.00.

KSZO Ostrowiec Świętokrzyski – Avia Świdnik 0:0

Avia: Wójcicki, Jarzynka, Szymala, Drelich, Orzędowski, Koczon, Mroczek, Białek, Szpak i dwóch zawodników testowanych oraz, w drugiej połowie: Piotrowski, Mykytyn, Kołodziej, Głaz, Wołos, Prędota, Wójcik i pięciu zawodników testowanych.

poniedziałek, 23 lipiec 2018 11:41

Sprawdzian zaliczony

Podopieczni Dominika Bednarczyka w sobotę zmierzyli się na stadionie miejskim z zawodnikami Hetmana Zamość. Żółto-niebiescy okazali się lepsi od rywali, zdobywając dwie bramki.

W sobotę odbył się kolejny mecz kontrolny żółto-niebieskich. Trener sprawdzał 6 testowanych zawodników, w tym 3 z nich weszło na murawę w wyjściowym składzie. Okazji do zdobycia pierwszej bramki nie wykorzystał podopieczny Jacka Ziarkowskiego. W 11 minucie, strzał z jedenastu metrów Kanarka odbił się od słupka. Gole padły dopiero w końcówce meczu. Wynik spotkania otworzył w 85 minucie Krystian Mroczek. Druga bramka padła 7 minut później. Zdobył ją Wojciech Białek.

Avia Świdnik - Hetman Zamość 2:0 (0:0)

Avia w I połowie: Piotrowski, Szymala, Mykytyn, Maluga, Orzędowski, zawodnik testowany, Koczon, Ozimek, zawodnik testowany, zawodnik testowany, Szpak.
Avia w II połowie: Wójcicki, Jarzynka, Kołodziej, Drelich, Lusiusz, Głaz, Wołos, Mroczek, Wójcik, zawodnik testowany, Białek, zawodnik testowany, zawodnik testowany.

sobota, 21 lipiec 2018 10:00

Kwietne łąki zachwycają

Pełne kolorów, pachnących ziół i różnych gatunków traw. W kilku miejscach, w Świdniku właśnie zakwitły pierwsze kwietne łąki. Jak wyglądają? -  Fantastycznie -mówią mieszkańcy.

Swoje kwietne łąki mają już mieszkańcy wielu polskich miast. Teraz kwitnące przestrzenie są również w Świdniku. Na razie chodzi o dwa obszary.

- W maju obsialiśmy dwa miejsca specjalnymi mieszankami różnych roślin - mówiła Magdalena Borowiec-Różycka z Urzędu Miasta w Świdniku.

Skwer między Halą Targową i ul. Okulickiego porasta mieszanka o nazwie „Romantyczna grządka”. Z kolei rondo u zbiegu ul. Traugutta i pas zieleni rozdzielający fragment ul. Racławickiej do skrzyżowania z al. Lotników Polskich, zostały obsiane mieszanką o nazwie „Czar kwiatów letnich”.

- Jest to działanie eksperymentalne. Na początek wybraliśmy rośliny jednoroczne, ponieważ chcemy sprawdzić, jak taka zieleń przyjmie się na terenie Świdnika i wśród jego mieszkańców – tłumaczy M. Borowiec – Różycka. – Jeśli eksperyment się powiedzie, będziemy rozszerzać łąki również na inne obszary.

Tereny obsiane roślinami właśnie zakwitły i cieszą oko. Mieszkańcy nie ukrywają, że z przyjemnością spacerują w tych miejscach. – Zdarzało się nam wcześniej siąść na skwerku przy hali targowej, ale teraz to wyjątkowo urokliwe miejsce, właśnie za sprawą łąki. Przez chwilę można się poczuć jak na wsi, a zapach jest wręcz zachwycający – mówią panie Janina Wąsik i Marianna Konieczna, które spotkaliśmy na skwerze.

Równie urokliwie prezentuje się pas zieleni przy ul. Racławickiej.

- Moja córka była zachwycona. Kiedy w tym miejscu pojawiły się kwiaty, koniecznie chciała je zebrać na bukiet - śmieje się pani Sylwia, mama 4-letniej Julii.

Na reakcję mieszkańców czekają również przedstawiciele ratusza. - Chcieliśmy się zorientować, jak pomysł się przyjmie. Jeśli świdniczanie będą zadowoleni, wybierzemy kolejne miejsca, w których powstaną kwietne łąki - mówi burmistrz Waldemar Jakson.

Tereny obsiane naturalnymi mieszankami nie są trudne w utrzymaniu, wymagają tylko podlania i ewentualnie pojedynczego koszenia. Co bardzo ważne, takie obszary szybko stają się enklawą dla pszczół, a jak wiadomo, tych owadów jest coraz mniej. Miasta zaczynają więc walczyć o ich powrót na trawniki i kwietniki. Niektóre, jak choćby Lublin, decydują się nawet na ustawienie uli na samorządowych budynkach.

niedziela, 22 lipiec 2018 10:15

Twarde jak beton

Do końca listopada ma się pojawić nowa nawierzchnia na ul. Fiołkowej i Gospodarczej. Remont ma rozwiązać najpoważniejsze problemy mieszkańców posesji zlokalizowanych w rejonie obu dróg. Będzie również testem dla nowej, eksperymentalnej nawierzchni. Jeśli się powiedzie, ulic z betonu wałowanego może być w Świdniku więcej.

Ulica Gospodarcza, to jedna z najstarszych i dłuższych miejskich ulic. Jej mieszkańcy regularnie proszą o jej budowę. Dotąd problemem były pieniądze, bo inwestycja jest wyliczona na 12 mln zł. Przedstawiciele ratusza postanowili spróbować sposobu tańszego, który rozwiąże problemy mieszkańców. Chodzi o zastosowanie nawierzchni z betonu wałowanego. Takiego materiału używa się m.in. do budowy dróg w USA. Na czerwcowej sesji, samorządowcy zdecydowali o wykonaniu z betonu dwóch ulic. Jeśli eksperyment się powiedzie, może zostać rozszerzony o kolejne drogi.

- Chcemy w pierwszej kolejności w ten sposób zrobić ulice gruntowe, ale strategiczne czyli zbierające ruch z innych dróg. Jest to metoda pośrednia, między bieżącym utrzymaniem ulic, a docelowym wykonaniem drogi z pełną infrastrukturą – tłumaczył Michał Piotrowicz, zastępca burmistrza Świdnika.

Pośrednia, bo zakłada tylko wykonanie nawierzchni po istniejącym śladzie drogi. W planach nie ma za to budowy dodatkowej infrastruktury, czyli chodników czy oświetlenia. Natomiast utwardzenie betonem nawierzchni ma załatwić dwa podstawowe problemy zgłaszane przez mieszkańców, czyli błoto w deszczowych porach roku i kurz w lecie.

Na wypróbowanie eksperymentalnej metody zarezerwowano w budżecie miasta milion zł. 750 tys. zł jest przeznaczone na ul. Gospodarczą, 250 tys. zł na ul. Fiołkową. Natomiast, co istotne, za tę sumę ma zostać wykonana nawierzchnia na całej długości obu dróg. W przypadku ulicy Gospodarczej chodzi o ponad 1,7 kilometrowy odcinek. Ulica Fiołkowa jest krótsza, bo ma ok. 450 metrów. Przetarg na wykonanie remontów już został ogłoszony. Ratusz czeka na oferentów do 26 lipca. Ich zadaniem będzie położenie nawierzchni z wałowanego betonu o szerokości około 4,5 metra. Dodatkowo, wykonawca zajmie się również regulacją studni kanalizacji sanitarnej. Do jego obowiązków będzie należało też wysypanie kruszywem zjazdów do około 120, posesji mieszczących się przy obu ulicach.

Mieszkańcy Gospodarczej i Fiołkowej poprawę mają odczuć jeszcze w tym roku. Zgodnie z dokumentacją przetargową, wykonawca remontu będzie miał czas do końca listopada na uporanie się z zadaniem.

piątek, 20 lipiec 2018 11:48

Zmiany w rozkładzie

Po miesiącu od lądowania pierwszej maszyny Bravo Airways w Świdniku, ukraiński przewoźnik wprowadza korekty do rozkładu. Rezygnuje z lotów do Charkowa i proponuje inną formułę lotów do Chersonia i Kijowa.

Do tej pory podróżujący mogli polecieć do Kijowa liniami WizzAir. Od połowy czerwca do wyboru są również połączenia oferowane przez ukraińskiego przewoźnika Bravo Airways i to nie tylko do stolicy Ukrainy, ale również do Chersonia i Charkowa. W przypadku Kijowa nowa linia oferowała trzy połączenia w tygodniu (piątek, poniedziałek, czwartek) i tyle samo do Chersonia (piątek, niedziela, środa). Natomiast do Charkowa można było polecieć dwa razy w tygodniu, w poniedziałek i czwartek.

- To bardzo duży i bardzo istotny krok w rozwoju naszego lotniska. O połączenia z Ukrainą zabiegaliśmy od 2013 roku. Późniejsza sytuacja polityczna trochę nam uniemożliwiła dalsze kontakty, ale cieszymy się, że dzisiaj kierunki się otwierają i liczymy na sukces komercyjny tego połączenia - mówił Krzysztof Wójtowicz.

Niestety, niedawno przewoźnik poinformował o likwidacji połączenia do Charkowa, zaś w ubiegłym tygodniu ogłosił zmiany na kolejnych trasach.

- Przez pierwszy miesiąc wykonano 44 loty. Przy każdym kolejnym locie staramy się poprawić i stworzyć najbardziej komfortowe warunki i dogodny harmonogram - czytamy na stronie Bravo Airways - W ciągu pierwszego miesiąca otrzymaliśmy i przetworzyliśmy wszystkie recenzje i komentarze na temat lotów do Lublina. Na ich podstawie opracowaliśmy bardziej dogodny rozkład lotów.

Od dziś, samolot będzie startował z Kijowa do Świdnika, skąd następnie uda się do Chersonia. Stamtąd maszyna wróci do PLL i zabierze pasażerów do ukraińskiej stolicy. Takie połączenia oferowane będą dwa razy w tygodniu, w piątki oraz niedziele.

czwartek, 19 lipiec 2018 12:16

ASF w natarciu

Pod koniec czerwca, na łące w Dorohuczy (gmina Trawniki), znaleziono padłego dzika, w stanie zaawansowanego rozkładu. Wyniki badań laboratoryjnych wykazały, że zwierzę było chore na ASF, czyli afrykański pomór świń. To pierwszy przypadek tej choroby odnotowany w powiecie świdnickim.

Pojawienie się groźnego wirusa na naszym terenie nie powinno dziwić. Choroba rozprzestrzenia się w szybkim tempie. Pod koniec czerwca w województwie lubelskim doliczono się ponad 600 przypadków ASF u dzików. Najwięcej zgłoszeń dotyczących padłych zwierząt dotarło z powiatów: bialskiego, parczewskiego, włodawskiego i chełmskiego.

ASF to zakaźna choroba wirusowa świń domowych oraz dzików. Może całkowicie zdziesiątkować stado zwierząt. Na szczęście, ludzie nie są podatni na zakażenie wirusem, więc nie stanowi on zagrożenia dla naszego zdrowia i życia. Niestety, w przypadku zwierząt jest on bezwzględny, a dotąd nie znaleziono na niego antidotum. Dla rolników wyspecjalizowanych w produkcji wieprzowiny, pojawienie się ASF to katastrofa.

Oddzielone strefami

Zastępca powiatowego lekarza weterynarii w Świdniku Agnieszka Brodzka zapewniła, że już dawno wprowadzono szereg zaleceń i prewencyjnych działań. Od marca br. w całym kraju obowiązuje tzw. bioasekuracja. Nakłada ona na rolników szereg obowiązków, których celem jest ograniczenie ryzyka przeniesienia wirusa ASF do chlewni. Ich wypełnienie dotyczy wszystkich hodowców, bez względu na to, czy mieszkają w gminie, gdzie obecny jest wirus ASF, czy też nie. Wprowadzono żółtą strefę ochronną. W przypadku naszego powiatu obejmuje ona wszystkie gminy. Od 5 lipca, wytyczono na jego części czerwoną strefę ograniczeń, o jeszcze bardziej zaostrzonych restrykcjach. W jej obrębie znalazła się gmina Trawniki i część gminy Piaski.

- W przypadku dzików, reguły postępowania nie zmieniły się, ponieważ każdy odstrzelony bądź padły dzik jest badany w kierunku ASF - wyjaśnia A. Brodzka. - Zmieniły się za to obostrzenia, jeśli chodzi o gospodarstwa. W przypadku przesyłki świń do innych chlewni czy rzeźni, lekarz weterynarii wystawia świadectwo zdrowia i każde przemieszczenie zwierząt musi odbywać się za zgodą powiatowego lekarza weterynarii. Sprawdzamy na miejscu czy warunki bioasekuracyjne są spełnione i wystawiamy decyzję. Jeżeli zwierzęta jadą poza strefę, pobieramy próbki krwi 15 dni przed przesyłką i czekamy na wynik. Wtedy wydajemy zgodę na transport.

Wszytko pod kontrolą

Przed wejściem do gospodarstwa i budynków powinny leżeć maty nasączone płynem dezynfekującym. Świnie muszą być odizolowane od zwierząt dzikich oraz domowych. Prowadzone są też specjalne rejestry osób i środków transportu wchodzących lub wjeżdżających do gospodarstwa z zewnątrz oraz spis świń. Pomieszczenia na paszę powinny być również pod kontrolą, zabezpieczone przed dostępem przypadkowych zwierząt. W strefie czerwonej słoma musi przeleżeć trzy miesiące, zanim zostanie użyta jako ściółka. W przypadku uboju, zarówno na obszarze ochronnym, jak i objętym ograniczeniami, musi być wykonane badanie przed i poubojowe. Natomiast ubój należy zgłosić 24 godziny wcześniej. W strefie czerwonej, przed ubojem, trzoda powinna przebywać trzydzieści dni w gospodarstwie. Poza tym, każde przemieszczenie, ubój, bądź narodziny zwierzęcia powinny być zgłoszone w ciągu 24 godzin do Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa.

- Na bieżąco prowadzimy szkolenia, chociaż ze stosowaniem się rolników do zaleceń różnie bywa. Część gospodarstw dokładnie spełnia wymagania, nawet przy małej ilości trzody chlewnej. Inne, niestety, nie do końca. Wielu zniechęconych rolników zamierza rezygnować z hodowli - dodaje A. Brodzka.

200 zł za padłego dzika

Urząd Marszałkowski ogłosił 3. edycję konkursu na zgłoszenie znalezionych zwłok padłego dzika. Akcja zorganizowana została w celu wsparcia działań zmierzających do eliminacji wirusa poprzez usuwanie martwych zwierząt, potencjalnie zakażonych ASF. Szczegóły w załączniku poniżej

czwartek, 19 lipiec 2018 19:26

Przeprowadzka już za rok

Już w przyszłym roku śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego startować będą z bazy przy świdnickim lotnisku. Ratownicy przeniosą się tu z Radawca prawdopodobnie jeszcze przed  wakacjami.

Informacje o przeprowadzce lubelskiej bazy LPR pojawiały się już w 2014 roku. Wtedy zdecydowano, że zostanie ona przeniesiona z Radawca, w miejsce zlokalizowane bliżej lotniska pasażerskiego. Wybrano działkę w gminie Mełgiew, tuż przy południowo-wschodnim terenie PLL.

- Dotychczasowa jednostka funkcjonowała w wynajmowanych pomieszczeniach, więc nie można było ubiegać się o ich modernizację - tłumaczyła Justyna Sochacka, rzecznik prasowy LPR.

W lutym ogłoszono przetarg na budowę nowej bazy. W sąsiedztwie PLL powstanie budynek o powierzchni ok. 700 mkw. z hangarem na śmigłowiec, magazynami medycznymi i technicznymi, a także zapleczem dla załogi.

- Prace budowlane już się rozpoczęły i mają potrwać do lutego 2019 r. Następnie, około 2 miesięcy będzie trwało uzyskanie pozwolenia na użytkowanie. Dopiero wtedy załoga będzie mogła rozpocząć pełnienie dyżuru w nowej lokalizacji – dodaje J. Sochacka.

Inwestycja pochłonie kilka milionów złotych. Gros z tej kwoty pochodzić będzie ze środków europejskich.

środa, 18 lipiec 2018 11:30

Lepkie ręce „przyjaciółki”

Pieniądze, zegarek, biżuteria, portfel i dokumenty systematycznie ginęły mieszkance Świdnika. O kradzieże zaczęła podejrzewać znajomą, która regularnie ją odwiedzała.

Na komendę zgłosiła się kobieta, która twierdziła, że w ciągu kilku miesięcy z jej mieszkania oraz pracy ginęły rzeczy. Utraciła portfel z dokumentami, pieniądze, zegarek oraz biżuterię o łącznej wartości 1900 zł. Zorientowała się, że tajemnicze zaginięcia przedmiotów łączą się z wizytami jej znajomej z pracy.

Policjanci przeszukali mieszkanie 17-latki i odnaleźli tam pocięte dokumenty pokrzywdzonej. Ponadto skradziony zegarek znajdował się w lombardzie, a zastawiony był tam właśnie przez nastolatkę. Dziewczyna usłyszała zarzuty kradzieży oraz zniszczenia dokumentów.

- Przyznała się do popełnienia czynów. Tłumaczyła, że miała długi i potrzebowała pieniędzy do ich spłaty. Z pokrzywdzoną przyjaźniła się od kilku lat - informuje Elwira Domaradzka z KPP w Świdniku.  

Teraz za swoje czyny odpowie przed sądem. Grozi jej do 5 lat pozbawienia wolności.

czwartek, 28 czerwiec 2018 15:00

Burmistrz z absolutorium

Radni miejscy podsumowali zeszłoroczny budżet. Ocenili także pracę władz miejskich w 2017 roku i zdecydowali, niemal jednogłośnie, o udzieleniu burmistrzowi absolutorium.

Zeszłoroczny budżet opiewał na około 140 mln zł. Jak tłumaczyli przedstawiciele ratusza, miał on przygotować wielkie inwestycje, które już ruszyły, bądź lada moment się rozpoczną.

- Na każdy rok budżetu trzeba patrzeć w pewnej perspektywie czasowej. Niedługo będzie nam potrzeba na inwestycje około 138 mln zł. Żeby je uzbierać, przez kilka lat trzeba było dokonywać montażu finansowego. Mieszkańcy, instytucje czy grupy formułują swoje oczekiwania w oderwaniu od całości. Natomiast chodzi o to, żeby wszystkie aspekty zsynchronizować i zgrać w całość. Rok 2017 był czasem przygotowawczym. W jego trakcie powstały projekty wielkich inwestycji, m.in: budowy ul. Kusocińskiego, Rejkowizna czy al. NSZZ Solidarność - wyliczał burmistrz Waldemar Jakson.

Dochody zeszłorocznego budżetu zostały zrealizowane w 100 proc. Wzrosły wydatki na oświatę i pomoc społeczną. Podczas oceny zeszłorocznego budżetu nie mogło zabraknąć planowanej budowy kompleksu basenów.

- Zgromadziliśmy na tę inwestycję 30 mln zł, ale ceny na rynku znacznie wzrosły. Musieliśmy więc znaleźć jeszcze 20 mln zł. Mamy też w perspektywie pozyskanie środków unijnych, ale jeśli się nam uda, to w trakcie wykonywania inwestycji, albo już po jej zakończeniu - mówił W. Jakson.

Radni pozytywnie ocenili wykonanie zeszłorocznego budżetu.

- Widać zaangażowanie burmistrza i troskę, żeby zrealizować długo oczekiwane przez mieszkańców inwestycje. Chciałbym podziękować burmistrzowi za pracę, którą wykonał, bo jest ona rzetelna - mówił radny Andrzej Kaciuczyk.

- Wiele zadań pojawiało się też na bieżąco. Dotyczyły różnych sfer naszej społeczności. W takich dziedziny jak sport, kultura i oświata nie obniżaliśmy dotychczasowych poziomów, a kierowaliśmy takie środki, które umożliwiały utrzymanie ich na dotychczasowym poziomie lub wyższym. Chwała też panu burmistrzowi i urzędnikom, którzy sięgnęli po duże środki unijne - dodawał Janusz Królik, przewodniczący rady miasta.

Radni docenili również zaangażowanie miejskich urzędników i jednostek podlegających ratuszowi. Podczas głosowania byli niemal jednomyślni. Tylko jedna osoba wstrzymała się od głosu, pozostali pozytywnie ocenili działania burmistrza i zdecydowali o udzieleniu mu absolutorium.

środa, 27 czerwiec 2018 10:28

W ojczyźnie Kunta Kinte

Gambia ma 50 kilometrów szerokości i kilkaset długości. Leży wzdłuż rzeki o tej samej nazwie, która ciągnie się przez cały kraj i dzieli go na pół. Do tej pory nie postawiono na niej ani jednego mostu. Podobno Gambia jest też ojczyzną legendarnego Kunta Kinte. W przeszłości biali wywieźli stamtąd ponad 3 miliony niewolników. Państwo podzielone jest na cztery dystrykty, w których używa się czterech różnych języków. Angielski nie jest żadnym z nich. Piątka Polaków postanowiła wybrać się tam na osobliwą wycieczkę. Taki tygodniowy, charytatywny survival. Wśród nich był Łukasz Langwiński, mieszkaniec Jackowa.

Każdy z podróżników wsiadał do samolotu z 10-kilogramowym bagażem, który miał wystarczyć na każdą okoliczność, w zdrowiu i chorobie.

- To był impuls. Przeczytałem ogłoszenie o „Wyprawie Gambia” i postanowiłem, że jadę. Organizował ją Dominik Skurzak, wychowany w Afryce fotoreporter, podróżnik, autor przewodników, organizator wycieczek turystycznych. Tym razem postanowił spróbować czegoś innego. Bez hoteli all inclusive, dni ułożonych zgodnie z planem, za to w kontakcie z prawdziwą Gambią, jej przyrodą i mieszkańcami – tłumaczy Łukasz Langwiński.

Drugiego dnia wyprawy dotarli do Vassu, gdzie znajduje się zabytek UNESCO, tak zwane afrykańskie Stone Henge. Podobno kamienny krąg odzwierciedla układ gwiazd, ale kto, po co i kiedy go ustawił, pozostaje tajemnicą. Ponieważ trafili na miejsce poza sezonem, jedyną osobą, jaką zastali był kustosz obiektu, który w drodze wyjątku pozwolił im zostać. Zapytali więc, jak mogą się odwdzięczyć.

Zepsute jest zepsute

Roboty było sporo, bo w miejscowej mentalności nie funkcjonuje pojęcie „naprawa”. Jeśli coś się zepsuło, jest zepsute i już. Dzięki zabranym ze sobą narzędziom, udało się pozbijać do kupy połamane ławki i stoliki.

- Kolejnego dnia rano postanowiliśmy wysłać swojego gambijskiego przewodnika do pobliskiej wioski z pytaniem czy nie można zrobić czegoś dla jej mieszkańców. Okazało się, że jedna z biednych rodzin nie ma w domu drzwi i okien. Kiedy przyjdzie burza piaskowa, wnętrze domu zamienia się w pustynię. Wstawienie blaszanych drzwi i okien zajęło cały dzień. Na szczęście materiał był na miejscu, ale brakowało nawet młotka i gwoździ. Wyglądało tak, jakby czas zatrzymał się w średniowieczu – opowiada Ł. Langwiński.

Polscy śmiałkowie mieli chęć pomóc miejscowym w łowieniu ryb. Na własnoręcznie wykonanych łódeczkach wypływają 15 kilometrów w ocean, na połów. Wracają albo nie. Jeśli nie, na drugi dzień sąsiedzi, na podobnych łódeczkach wyruszają na poszukiwania. Te okoliczności odebrały Polakom odwagę. Nie wypłynęli. Kolejne dni upłynęły w buszu. Na bocznej, szutrowej drodze postanowili poczuć afrykańskie gorąco. W końcu miał być też survival. W pełnym umundurowaniu, zabezpieczeni przed skorpionami i wężami, w 39 stopniowym upale przeszli 12 kilometrów, które nieźle dały im w kość.

- W pierwszej napotkanej wiosce mieszkańcy nie potrzebowali pomocy. Przynajmniej tak mówili, ale chyba po prostu nie chciało im się wstać. Życie w buszu polega na tym, że mężczyźni spędzają całe dnie w altanie na środku wioski. Kobiety w tym czasie przynoszą wodę, przygotowują posiłki. Tak się dzieje w porze suchej i ramadanie, czyli świętym miesiącu muzułmanów, do których zalicza się 97 procent Gambijczyków. Zaledwie 3 procent to chrześcijanie, którzy jednak nie mogą narzekać na złe traktowanie. Muzułmanie są tam bardzo tolerancyjni, co więcej, masowo świętują Boże Narodzenie i ubierają choinki – mówi podróżnik. - Zatrzymywaliśmy się w każdej napotkanej wiosce, żeby miejscowe dzieci nacieszyły się widokiem białego człowieka, którego widują niezwykle rzadko, a wiele chyba widziało go w ogóle pierwszy raz w życiu. Dotarliśmy w końcu do wioski, w której od trzech miesięcy nie było studni. To znaczy była, ale zepsuta, a jak wiadomo, zepsuta to zepsuta. Zazwyczaj w każdej wiosce są, na wszelki wypadek, dwie studnie. Jednak w tym wypadku obie nie nadawały się do użytku, ponieważ druga, na miesiąc przed zakończeniem pory suchej, wysychała. Do następnej miejscowości było 15 kilometrów, które przy tej temperaturze trudno przemierzać na piechotę, nawet po wodę. Tymczasem brakować może wszystkiego, ale bez wody wioska nie przeżyje.

Ambitni charytatywni survivalowcy z Polski postanowili naprawić pompę. Zdjęli abisynkę nakręconą na 20 metrową rurę. Nasmarowali, żeby uruchomić mechanizm i zalali wodą. Zachwyceni tubylcy orzekli, że wszystko jest w porządku i woda, chociaż ciepła, pochodzi ze źródła. Niestety, już wieczorem okazało się, że ich optymizm był przedwczesny. Studnia znowu nie działała. Rano nie poszło już tak gładko. Abisynka rozleciała się rękach. Na szczęście 100 kilometrów od wioski mieszkał fachowiec, który 18 lat wcześniej montował pompę i miał na składzie nowe urządzenia. Podróżnicy „zrzucili się” i za 500 zł uszczęśliwili miejscowych. Po 5 godzinach studnia była w wiosce.

Wizyta na szczeblu

Wbrew trudnościom komunikacyjnym, wieści w buszu rozchodzą się bardzo szybko. W wiosce zjawił się szef administracji całego dystryktu. Mercedes klasy S, kapiący od złota strój małżonki, która nawet nie opuściła auta, bo gorąco. Przyjechał zobaczyć białych i sprawdzić, co robią na jego terenie.

- Bardzo się ucieszył, że naprawiliśmy pompę. Wiedział o kłopocie wioski, ale jakoś do tej pory nie zrobił nic, żeby jej pomóc. Może dlatego, że jak zepsute, no to przecież zepsute. Uściskał nas, podziękował i pojechał. Mieszkańcy nie mieli mu za złe braku wcześniejszej interwencji i obiecali, że będą modlić się za nas przez miesiąc, co w zupełności nas zadowoliło – przyznaje Ł. Langwiński.

Gambia jest jednym z najbezpieczniejszych krajów Afryki. Skoro jednak policjant zarabia tam równowartość 15 zł dziennie, trudno się dziwić, że czasem bierze go pokusa nastraszenia białego turysty. Jednak prawdziwe problemy zaczynają się, kiedy natkniesz się na służby specjalne. Pierwsza przygoda spotkała naszych wędrowców już na lotnisku w Banjungu, narodowym, chociaż trochę mniejszym od świdnickiego.

Ketonal nie narkotyk

- Wszyscy byliśmy w strojach survivalowych. Mundury, wojskowe plecaki… Zarzucili nam, że jesteśmy żołnierzami, żeby było śmieszniej, kolumbijskimi, jako że jeden z kolegów miał koszulkę marki Kolumbia. Przesłuchiwali nas trzy godziny i przyznam, że trochę się przestraszyłem. Już prawie wyjaśniliśmy, że nie jesteśmy żołnierzami z Kolumbii, kiedy zadano nam pytanie, co robimy w Polsce. Jeden z kolegów przyznał się, że szkoli strażaków w Wyższej Szkole Pożarnictwa i…. został uznany za podpalacza. Każdy z nas musiał udowodnić, że wykonuje deklarowany przez siebie zawód. Szczególnym przypadkiem przy innej okazji, dla nas zbawiennym, był lekarz anestezjolog, który wyjaśnił, że ketonal nie jest narkotykiem. Inaczej mielibyśmy gigantyczne problemy z muzułmańskim prawem Gambii.

Gdyby przyszło jeszcze raz pojechać?

Pomimo różnych stresujących sytuacji, Łukasz Langwiński już planuje kolejną wyprawę: - Spotkałem tam wielu normalnych, życzliwych ludzi. Każdy próbuje cię zagadnąć, pyta o samopoczucie i czy wszystko w porządku. Wszyscy są uśmiechnięci. Do życia wystarczy im posiadanie wody. Można się tam czuć na tyle bezpiecznie, że następny wyjazd próbowałbym już zorganizować sam, zabierając znajomych. Koniecznie chce tam lecieć również moja 13-letnia córka, która początkowo bardzo sceptycznie podchodziła do moich pomysłów.

Jan Mazur

Strona 8 z 311