jg - Świdnik - wysokich lotów

niedziela, 06 maj 2018 09:10

Świat należy do marzycieli…

…mówi Monika Kowalczyk. Patrząc na to, jak potoczyło się jej życie, można śmiało przyznać temu stwierdzeniu rację. Dwudziestoczterolatka zawsze chciała być piosenkarką i aktorką. Pierwsze kroki w artystycznym świecie stawiała na przedszkolnej scenie. Dziś ma na swoim koncie występy na dużych muzycznych festiwalach, pierwszy album, a nawet Dziecięcy Chór Gospel, z którym dzieli się doświadczeniem. I choć wydawałoby się, że miłość do muzyki zdominowała jej życie, Monika wciąż marzy.

- Twoja przygoda z muzyką zaczęła się od przedszkolnych występów.

- Od zawsze mi towarzyszyła. Uwielbiałam jej słuchać, tańczyć, śpiewać. Osoby, które stanęły na mojej drodze, zauważyły, że mam predyspozycje do śpiewania - i tak się zaczęło. Myślę, że słuchanie dobrej muzyki pogłębia wrażliwość człowieka. Na scenie, już od pierwszych występów, czułam się jak ryba w wodzie. Do dziś, przed graniem czy śpiewaniem bardzo się denerwuję. Jednak po wejściu na scenę trema momentalnie opada. Ktoś kiedyś nazwał mnie żartobliwie „zwierzęciem scenicznym”. Może coś w tym jest.

- Swoje umiejętności szlifowałaś w Świdnickim Ognisku Muzycznym. Jednak gitara, która dziś towarzyszy Ci podczas koncertów, nie była Twoim pierwszym instrumentem.

- Pierwszy był keyboard, czyli potocznie mówiąc „klawisze”. Dzisiaj, niestety, niewiele z tego pamiętam, ale lekcje z panem Dariuszem Szymurą z pewnością dały mi podstawy wiedzy muzycznej. Chcę powrócić do grania na instrumentach klawiszowych. Moim marzeniem jest akompaniowanie sobie również na pianinie lub fortepianie.

- Marzyłaś o tym, że zostaniesz piosenkarką?

- Chciałam zostać piosenkarką i aktorką. Kiedyś także projektantką mody, choć później mi to przeszło. Czasami zmieniałam plany, ale tylko na krótko. Jeśli chodzi o marzenia związane z przyszłym zawodem, to raczej byłam wierna tym artystycznym zamierzeniom. Nawet w filmie, który nakręcono w naszej szkole z okazji Pierwszej Komunii Świętej, na pytanie o wymarzony zawód odpowiedziałam - „W przyszłości
chciałabym zostać piosenkarką.”

- Kiedy w twoim życiu pojawił się teatr? Ciężko było połączyć obie pasje?

- W trzeciej klasie szkoły podstawowej. Muzyka i teatr łączą się ze sobą w wielu elementach. Fakt, czasami dwa występy wypadają tego samego dnia i trzeba wybierać. Te pasje raczej się dopełniają i pokazują razem szersze perspektywy działania, niż robiłyby to „w pojedynkę”.

- Co dały Ci występy na scenie i te wszystkie doświadczenia? Czego się nauczyłaś?

- Występy i różnorodne artystyczne wydarzenia zbudowały ogromną część mojego doświadczenia. Przede wszystkim współtworzą mnie - to, kim jestem, mój charakter i wspomnienia. Pomogły przystosować się do stresujących sytuacji, rozwinąć kreatywność, otwartość, pewność siebie, wzbogacić moją wiedzę o kulturze i ulepszyć umiejętność organizacji. Dzięki nim poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy mają podobne zainteresowania i plany, jak ja. Poza tym, zwiedziłam również porządny kawał Polski. Myślę, że nigdzie indziej nie nauczyłabym się tyle i nie doświadczyłabym takiego bogactwa uczuć i przeżyć. Bez tego moje życie byłoby bardzo ubogie.

- Jesteś nie tylko wokalistką i aktorką. Swoją wiedzą dzielisz się też z młodszymi. Skąd pomysł na Dziecięcy Chór Gospel?

- Przez krótki czas sama byłam członkinią Świdnik Gospel Choir działającego w Miejskim Ośrodku Kultury. Dwa lata temu dyrektor ośrodka zwrócił się do mnie z propozycją poprowadzenia grupy dziecięcej, którą założył Grzegorz Głuch. Miałam już w pewnym sensie doświadczenie w prowadzeniu zajęć, ponieważ od kilku lat współprowadziłam Scholę „Boża Radość” przy parafii pw. Chrystusa Odkupiciela.

- Jak pracuje Ci się z tak młodą grupą? W końcu różnica wieku między wami jest niewielka.

- Jednak da się odczuć różnicę pokoleniową - w świecie zdominowanym przez technikę zmiany zachodzą jeszcze szybciej. Praca z dziećmi jest nieustannym uczeniem się czegoś nowego. Czasami bywa zabawnie, innym razem wzruszająco. Są świetne, otwarte i ciekawe świata. Oczywiście, czasami też trzeba zapanować nad ich nadmierną energią. Dzieci są bardzo utalentowane i kreatywne, każde z nich jest inne. To bardzo ciekawe zadanie, choć nie ukrywam, że czasami wymagające.

- Czego chcesz ich nauczyć?

- Przede wszystkim staram się pomóc rozwinąć ich kreatywność i otwartość - nie tylko sceniczną i muzyczną, ale otwartość życiową na marzenia, innych ludzi, bycie sobą. Ćwiczymy śpiewanie zespołowe i solowe. Mam nadzieję, że pomaga im to stać się bardziej odważnymi i pewnymi siebie. Chciałabym, aby w miarę dorastania nie tracili swobody działania artystycznego i szczerej radości, którą, niestety, nieraz trudno jest znaleźć u dorosłej osoby. Chcę, aby czuli się jednością i działali razem dla wspólnego dobra. Przekazuję też podstawowe informacje dotyczące zasad poprawnego śpiewania czy zachowywania się na scenie.

- Rok temu wydałaś też swój debiutancki album pt. „Piosenki”. Pracujesz nad kolejnym?

- Obecnie chcę skupić się na graniu z zespołem, na koncertowaniu z grupą zaufanych osób, tak, aby utwory nabrały nowych brzmień. Dopiero, kiedy dobrze będzie nam się razem grało, pomyślimy nad nagraniem drugiej płyty, która, marzę o tym, byłaby już płytą długogrającą. Niemniej jednak planuję, żeby nowe piosenki czy wykonania stopniowo pojawiały się w mediach społecznościowych.

- Teatr chyba powoli odchodzi w zapomnienie i skupiasz się głównie na muzyce. Ostatnio, na przykład wzięłaś udział w eliminacjach do Jarocińskich Rytmów Młodych. Ale to chyba twoje nie jedyne zamierzenia na przyszłość...

- W najbliższych planach jest finał Festiwalu im. Andrzeja Zauchy w Bydgoszczy, a także premiera najnowszego spektaklu Teatru „Puk - Puk”, w którym gram. Tak więc - teatr nie odchodzi w zapomnienie. Gram także w spektaklach dla dzieci Teatru „Kto Tam?”, z którym prowadzimy warsztaty w szkołach i przedszkolach. Jest trochę marzeń do spełnienia, stare są zastępowane nowymi, może coraz śmielszymi... ale świat należy do marzycieli. Co jakiś czas zdarzają się momenty, przez które zaczynam wątpić w to stwierdzenie. Później jednak przychodzą lepsze, a wtedy utwierdzam się w przekonaniu, że warto marzyć.

Agata Flisiak

sobota, 05 maj 2018 09:54

Zaczęło się na Roztoczu

Bogusław Kocira pochodzi z Zamojszczyzny, z okolic Tyszowiec. Do Świdnika trafił w 1990 roku, po studiach na Akademii Rolniczej. Tu się ożenił i rozpoczął działalność gospodarczą. W 2008 roku zakładał klub rowerowy Alfa, przez który przewinęły się setki miłośników kolarstwa. Z zawodu jest informatykiem. Obsługuje oprogramowanie do prowadzenia rachunkowości. Ma pod opieką kilkadziesiąt firm z terenu Lubelszczyzny. Jak mówi, pęd technologiczny i ustawodawcy, wprowadzający ciągłe zmiany w przepisach, pozwalają z tego żyć.

- Świdnik dawał chłopakowi ze wsi sporo możliwości. W porównaniu z Lublinem można się tu było łatwiej i wygodniej urządzić, bez odczuwania przytłaczającej atmosfery wielkiego miasta. Z jednego końca na drugi można było przejść na piechotę w pół godziny, a ja zawsze czułem niechęć do komunikacji miejskiej. Jak jest do załatwienia większa sprawa, do centrum Lublina mamy bliżej niż z niejednej dzielnicy tego miasta. Chociaż przyznam, że kiedy przyjechałem tu pierwszy raz i wyszedłem na zakupy, to i w Świdniku się zgubiłem…

- Skąd wzięło się zainteresowanie rowerem?

- Miałem je od zawsze. Już jako maluch jeździłem rowerem do szkoły, a w Dzień Dziecka uczestniczyłem w wyścigach organizowanych przez wuefistę. I tak powoli rower wszedł mi w krew.

- Jest Pan współzałożycielem klubu Alfa. Czy nie łatwiej i przyjemniej jest jeździć samotnie lub w gronie rodziny czy też przyjaciół, niż brać na głowę całą grupę ludzi? Nawet jeśli będą zbiorowiskiem aniołów, to i tak znajdzie się powód do konfliktu.

- Pomysł klubu powstał, żeby robić coś nie tylko dla siebie. Nie żałuję tego. Pomimo znacznej rotacji osobowej jego trzon ciągle stanowi ok. 10 członków, którzy zakładali klub lub przystąpili do niego w pierwszych latach ...

- Pilnujecie „czystości składu” zespołu?

- Absolutnie nie. Na wyjazd może zapisać się każdy. I tak, na przykład, na wiosenne topienie Marzanny, wybrało się z nami kilkanaście osób niezrzeszonych. Bardzo mnie ucieszyło, że nasze wyjazdy przyciągają nowych sympatyków zorganizowanych wycieczek i rajdów. Niektórzy z nich zostają klubowiczami. Oficjalnie do Alfy należy ponad 30 członków.

- Nie słychać o tym, byście mieli ambicje sportowe. Raczej nastawiacie się na rekreację.

- Ale aspiracje są. W Świdniku nie ma tradycji wyczynowego uprawiania kolarstwa, z czym wiąże się brak wychowawców, trenerów oraz infrastruktury do treningów. Bliskość Lublina i duży ruch na drogach, nawet lokalnych, zwiększa niebezpieczeństwo treningu. Niebagatelne są też koszty – średniej klasy rower do ścigania to nierzadko wydatek kilkunastu tysięcy złotych. Z tego względu łatwiej trenować, na przykład, bieganie lub nordic walking.

- Nie jesteście jedynym klubem rowerowym w mieście. Jak żyjecie z konkurencją?

- Powiedziałbym, że się uzupełniamy. My bardziej zajmujemy się rekreacją, promocją zdrowego trybu życia, namawiamy do wyjazdu za miasto, gdzie nie jest istotne, czy jest tam ścieżka rowerowa, czy nie. Przy okazji uczymy młodych rowerzystów uczestnictwa w normalnym ruchu drogowym i z czasem nie sprawia im to już problemu. Może nie będzie szczególnie popularne co powiem, ale nie jestem za tym, by w każdym miejscu powstawały ścieżki rowerowe, ponieważ jest to przesadne i nawet niebezpieczne. Nagle ta ścieżka gdzieś się kończy i spotyka się dwóch uczestników ruchu, z których żaden nie wie, jak się zachować.

- Znam kierowców, którzy z powodu nagromadzenia różnych traktów: samochodowych, pieszych i rowerowych, natłoku informacji, sygnalizacji, przejść i przejazdów, unikają wjazdu do ścisłego centrum Świdnika.

- Miałem kiedyś taki pomysł, żeby wyznaczyć szerokie centrum miasta, poważnie ograniczyć w nim prędkość poruszania się i puścić wszystkich razem. Uczyłoby to ostrożności, uwagi i szacunku dla innych uczestników ruchu. A czy przejedziesz przez to centrum w 4 czy w 3,5 minuty, różnica jest chyba niewielka. Oczywiście była to tylko ogólna idea, a nie skonkretyzowany zamysł.

- Czyli nie jest Pan rowerowym szowinistą.

- Po Świdniku najbardziej lubię poruszać się pieszo. Kiedy wyruszam w drogę kolarzówką, muszę szukać trasy, gdzie nie ma ścieżki rowerowej, bo tego typu rowerem po ścieżce słabo się jedzie. Kiedy wybiorę się samochodem, wiadomo – korki, światła… A pieszo zawsze znajdę jakąś drogę na skróty.

- Czy któraś z wycieczek szczególnie utkwiła Panu w pamięci?

- Najbardziej te pionierskie, z początków Alfy, czyli, na przykład, wycieczka sprzed 10 laty na Roztocze, od której zaczęła się historia klubu. Później był wyjazd w Bieszczady, gdzie nikt nie wiedział, co nas czeka. No i przede wszystkim rajd do Gdańska, z okazji rocznicy powstania „Solidarności”, który dzięki pomocy samorządów i władz związku udał się bardzo dobrze. Poza tym objechaliśmy dookoła, wzdłuż granic, praktycznie całą Polskę. W zasadzie w tym roku zamykamy pętlę rajdem wzdłuż zachodniej granicy. A prywatnie, na zawsze w pamięci pozostanie mi ubiegłoroczna pielgrzymka do Rzymu.

- Jakie macie plany na przyszłość?

- Zastanawiamy się, w którą stronę pójdziemy. Myślimy o wyjazdach za granicę. Wiele osób ma jakieś prywatne związane z tym doświadczenia, ale w grupie jeszcze nie jeździliśmy. Marzy mi się rajd Szlakiem św. Jakuba, którego, dzięki Michałowi Piotrowiczowi, zastępcy burmistrza i zapalonemu rowerzyście, polski odcinek już przymierzyliśmy. Jednak trasa do samego Santiago de Compostella zajęłaby nam miesiąc, to chyba za długo, jak na jednorazowy wyjazd. No i wraca idea współzawodnictwa. Jeżeli znajdzie się wychowawca lub trener, rozpoczniemy zajęcia głównie dla młodszych. Oczywiście będziemy kontynuować rajdy dla mieszkańców Świdnika „O błękitną koszulkę serca”, „Na rowerowym szlaku” i pielgrzymkowe do Wąwolnicy.

- Zgłaszacie również inicjatywy, które wykraczają poza sferę aktywności rekreacyjnej.

- Jedną z nich było miasteczko ruchu drogowego, które w ramach Budżetu Obywatelskiego powstało przy Szkole Podstawowej nr 5. Mam też pomysł na niewielki tor dla dzieciaków, tak zwany pumptrack, ale najpierw musimy znaleźć miejsce i pieniądze.

- Ma Pan już trochę doświadczenia w pracy społecznej, organizacyjnej, kontaktach z ludźmi. Nie zastanawiał się Pan nad tym, żeby wykorzystać to, na przykład, w działalności w samorządzie?

- Od pewnego czasu chodzi mi to po głowie, ale nie podjąłem na razie konkretnych kroków. Jest kilka spraw, którymi mógłbym się zająć. Pewne rzeczy muszę rozważyć, przekalkulować, ale w przyszłości, kto wie…

środa, 02 maj 2018 08:46

Zmarła Wanda Wiłkomirska

Wczoraj zmarła Wanda Wiłkomirska, światowej sławy skrzypaczka i honorowa obywatelka miasta Świdnik. Miała 89 lat.

Wanda Wiłkomirska urodziła się 11 stycznia 1929 roku w Warszawie, w rodzinie znanych muzyków. Zaczęła grać na skrzypcach w wieku pięciu lat. Po raz pierwszy wystąpiła publicznie mając 7 lat. Uczyła się u najwybitniejszych polskich pedagogów skrzypiec. W 1947 ukończyła studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, w Łodzi, w klasie skrzypiec Ireny Dubiskiej, a w 1949 - u Ede Zathureczky’ego w Akademii im. Ferenca Liszta w Budapeszcie.

Była laureatką wielu międzynarodowych konkursów. Koncertowała na pięciu kontynentach, dając recitale i grając z czołowymi orkiestrami, pod batutą takich mistrzów jak Otto Klemperer, Leonard Bernstein, Carlo Maria Giulini, John Barbirolli, Kurt Masur, Wolfgang Sawallisch, Zubin Mehta. Wanda Wiłkomirska przez 22 lata była solistką Filharmonii Narodowej w Warszawie, towarzysząc orkiestrze w jej podróżach. Brała udział, między innymi w inauguracji, odbudowanej po wojnie, Filharmonii Narodowej w Warszawie, otwarciu Barbican Hall w Londynie. Wystąpiła także na pierwszym koncercie orkiestry Sydney Symphony w Operze w Sydney.

Nagrywała dla EMI, Deutsche Grammophon, Polskich Nagrań, Philipsa, Hungarotonu i innych wytwórni płytowych. Za muzyczną działalność otrzymała wiele medali, nagród i wyróżnień, z których najbliższa jej sercu jest nagroda za propagowanie muzyki Karola Szymanowskiego w świecie.

W 2012 roku otrzymała tytuł Honorowego Obywatela Miasta Świdnika.

- Jestem bardzo dumna z tego tytułu. Dziękuję za niego i obiecuję, że zrobię wszystko, by nie splamić honoru Świdnika. Żyjecie państwo w pięknym i czystym miejscu, które ciągle się rozwija i ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Postaram się odwiedzać je jak najczęściej - mówiła podczas pobytu w lotniczym mieście.

Rodzina Wiłkomirskich patronuje Państwowej Szkole Muzycznej w Świdniku.

www.historia.swidnik.net

środa, 02 maj 2018 08:34

Nie spróbujesz? Nie wygrasz

Marcin Paśnikowski, świdniczanin od urodzenia, nauczyciel języka angielskiego z wyboru. Jeszcze w trakcie studiów na UMCS rozpoczął pracę w Gimnazjum nr 3. Po 19 latach aktywności zawodowej nie żałuje obranej drogi. Praktycznie od początku zaangażowany jest w organizację międzynarodowej wymiany młodzieży. Zwiedza świat, widuje wiele atrakcyjnych miejsc, poznaje ciekawych ludzi, ale nie ciągnie go do opuszczenia Świdnika na stałe.

- Myślę, że trzyma mnie tu sentyment i fakt że bardzo odpowiada mi charakter miasta. Jest niewielkie, ciche, spokojne, bez wielkich korków na ulicach i wielkomiejskiego szumu. Poza tym, kiedy chce się zobaczyć świat, wystarczy pojechać na ulicę Jana III Sobieskiego 1, wsiąść w samolot i zacząć realizować turystyczne marzenia.

- Czy za organizację wymiany młodzieży wziął się Pan dlatego, że zawód nauczyciela jest nudny?

- Nie jest nudny, ale dzięki wymianie i projektom, które realizuję, o wiele bardziej ciekawy. Przedmiot, którego uczę, jest na tyle specyficzny, że pozwala na przekazywanie wiedzy z innych dziedzin. W czasie lekcji poruszamy często zagadnienia z matematyki, fizyki, geografii, ekologii, zwłaszcza w klasach dwujęzycznych, gdzie mamy na to więcej czasu. Ta różnorodność bardzo mi odpowiada, ponieważ pozwala nie tylko na rozbudzenie pasji do angielskiego, ale również do bycia ciekawym świata. Szczególną przyjemność sprawia mi, kiedy uczniowie mówią: na języku angielskim nauczyliśmy się o tym więcej niż na lekcji przedmiotu. To zrozumiałe. Jeśli w planie lekcji na przedmiot poświęcona jest zaledwie jedna godzina w tygodniu to nauczyciel nie może za bardzo poszaleć.

- Pierwszy projekt i pierwszy wyjazd zorganizował Pan z własnej inicjatywy czy z polecenia dyrektora?

- Nie było żadnego odgórnego polecenia. Od razu zdałem sobie sprawę, że wymiana to coś, co wzbogaci naszą pracę i pozwoli wyjść poza ramy podręczników, a uczniom da szansę praktycznego sprawdzenia nabytej wiedzy, pobycia z rodziną o innej kulturze, spróbowania tamtejszych potraw, otwarcia się na świat. Jest również szkołą samodzielności i odpowiedzialności. W ubiegłym tygodniu grupa młodzieży przebywała w Padwie. Uczeń, który stamtąd wrócił, opowiadał, że rodzice koleżanki, u której przebywał, rozmawiali z nim o polityce i sytuacji w Polsce. Ponieważ mówi bardzo dobrze po angielsku, dawał sobie radę, ale okoliczności były dla niego dosyć zaskakujące i rozwijające zarazem. Nieczęsto bowiem trafia się 14-latkowi okazja do rozmowy o polityce z dorosłymi, za granicą, w dodatku po angielsku.

- Przygotowanie takiego wyjazdu i uczestnictwo w nim, chociaż wymaga sporo pracy, musi chyba także sprawiać frajdę.

- Oczywiście. Podobnie jak uczniowie, mieszkamy u rodzin, poznajemy inne kultury, zwiedzamy ciekawe miejsca. Sześć razy byłem na wymianie w USA, osiem na Malcie. Za każdym razem jadę tam z przeświadczeniem, że odkryję coś nowego i nigdy jeszcze się nie zawiodłem. Podobne odczucie mają chyba uczniowie. Mam kontakt z niektórymi z nich, kontynuującymi naukę w liceach lubelskich. Wręcz namawiają swoich nauczycieli do organizowania podobnej wymiany. Później, na studiach, uczestniczą w programie Erasmus, a po ich zakończeniu, zdarza się, że podejmują pracę za granicą, wiedząc już, że świat nie jest taki obcy i straszny.

- Zawarte znajomości pozostają na dłużej?

- Oczywiście. Znam nauczycieli, którzy byli w Świdniku już osiem razy. Cztery z grupą, pozostałe prywatnie. Podoba im się nasze miasto i kraj. Doceniają też poczucie bezpieczeństwa, którego w Europie coraz bardziej brakuje.

- Wypełnienie zgłoszenia do uczestnictwa w programie nie sprawia już chyba Panu dużej trudności.

- Ale nie jest też rutynowe. Kryteria są coraz ostrzejsze, ocena też. Przygotowanie dokumentów zajmuje trzy tygodnie codziennej pracy. Z drugiej strony ci, którzy dopiero zaczynają przygodę z programami wymiany, mają, rzecz jasna, dużo trudniejsze zadanie. Zawsze im jednak powtarzam: jeśli nie spróbujesz, masz sto procent pewności, że się nie zakwalifikujesz.

- Pańscy uczniowie nie tylko wyjeżdżają za granicę, ale z powodzeniem uczestniczą w różnych olimpiadach i konkursach przedmiotowych.

- Zachęcam ich do udziału we wszelkiego rodzaju rywalizacji, nie tylko językowej. Jedna z moich uczennic zajęła drugie miejsce w konkursie plastycznym pod hasłem „Bezpieczny przejazd”. Staram się oswajać uczniów z nowoczesnymi metodami pracy, polegającymi, na przykład, na nagrywaniu filmików czy uczestnictwie w konkursie za pośrednictwem Skype, przez który trzeba wypowiedzieć się na zadany temat. W tym roku było nim pytanie: co oznacza bycie innym? Trzeba było nagrać 5-minutowe wideo, a to jest już dużym wyzwaniem.

- W dawnych czasach, w 5 klasie szkoły podstawowej angielskiego można się było uczyć tylko prywatnie. Było to w pewnym sensie luksusem, ale i sztuką dla sztuki. Przecież turystycznie można było wyjechać jedynie do NRD czy Bułgarii, gdzie mało kto posługiwał się tym językiem. Obecnie znajomość języka staje się podstawą normalnego funkcjonowania w świecie.

- Dzieci mają okazję uczyć się angielskiego od pierwszej klasy szkoły podstawowej. W związku z tym, jako przedmiot szkolny, nieco spowszedniał. Jednak właśnie poprzez wymiany staramy się, żeby pozostał czymś wyjątkowym, jako narzędzie pozwalające na odnalezienie się w świecie. Czasami uczniowie mówią mi, że chcieliby dobrze poznać angielski, żeby zostać nauczycielami. Tłumaczę wtedy, że angielski jest językiem ułatwiającym pracę w każdej profesji, prostującym drogi kariery, nie tylko nauczyciela, ale i lekarza. Widzę, że u większości nastolatków kiełkuje już świadomość, że uczą się angielskiego nie tylko po to, żeby dostać piątkę z kartkówki.

- Nie kusi Pana czasem, żeby zmienić zawód?

- Znam wyznawców tezy, że pracę powinno się zmieniać co 5-7 lat. Ja jednak jestem zwolennikiem stabilizacji. Któryś z uczniów zadał mi pytanie: a gdyby wygrał pan 170 milionów w Eurojackpot to co, jutro nie przychodzi Pan do szkoły? Odpowiedziałem, że nie pracuje się tylko dla pieniędzy, ale również po to, żeby się zrealizować. Siedzenie w domu, na kanapie i oglądanie seriali? Co to za życie?I

- Jak spędza Pan wolny czas?

- Uwielbiam czytać, pływać i jeździć na rowerze.

- Gdyby jednak kiedyś zapragnął Pan opuścić Polskę, gdzie chciałby Pan zamieszkać?

- Chyba na Malcie. Po pierwsze, jest krajem śródziemnomorskim, gwarantującym sprzyjający klimat. Nad morzem czuję się jak ryba w wodzie. Plaża, fale, odgłosy statków, bardzo mnie uspokajają. Pytają mnie czy nie chciałbym mieszkać w USA. Stany są piękne. Warto tam pobyć, pozwiedzać, zobaczyć te niesamowite krajobrazy …i tyle. Po dwóch tygodniach chcę już do domu. Tu ludzie inaczej myślą, nie żyją tylko z dnia na dzień, wiedzą więcej o świecie. Amerykanów nie interesuje wiele więcej niż własny stan. Trochę mi to przeszkadza. Kiedy przyjeżdżają do nas amerykańscy nastolatkowie, nasi uczniowie nie mają się czego wstydzić.

Jan Mazur

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 15:17

Podniebny kunszt

W tym roku świętują drugą dekadę w powietrzu. Przez ten czas zachwycali na wielu pokazach lotniczych w kraju i za granicą. Kolejną gwiazdą Świdnik Air Festival będzie Zespół Akrobacyjny „Orlik”. Piloci z Radomia zaprezentują swoje umiejętności podczas pierwszego dnia imprezy.

Lista lotniczych gwiazd Świdnik Air Festival stale się powiększa. Tym razem dołącza do niej zespół wojskowy, którego historia sięga 1998 roku. Właśnie wówczas, w Radomiu zrodził się pomysł stworzenia teamu akrobacyjnego. Piloci, rekrutujący się spośród instruktorów z 42 Bazy Lotnictwa Szkolnego, mieli latać na samolotach PZL-130 „ ORLIK. Są to maszyny polskiej konstrukcji, jednosilnikowe, dwumiejscowe, wyposażone w silnik turbośmigłowy. Konstrukcja jest całkowicie metalowa z chowanym podwoziem. Samolot został zaprojektowany do szkolenia pilotów wojskowych.

 „Przygotowania w powietrzu do pokazów rozpoczęły się w marcu. Pierwsze loty były wielką zagadką, czy w ogóle uda się wykonać akrobację grupową na Orliku, samolocie przecież w ogóle nie stworzonym do tego typu zadań. Czas naglił, szkolenie posuwało się w szybkim tempie. W połowie kwietnia było już wiadomo, że Zespół Akrobacyjny „ORLIK” wzbije się w powietrze! Piloci mieli za sobą około 100 treningów w powietrzu” – można przeczytać w historii latającego teamu.

W pierwszym roku piloci wzięli udział w czterech pokazach, w tym również w angielskim Fairford. W kolejnych latach przybywało pozycji na liście występów. Pojawiły się również plany rozbudowy zespołu. W 2001 roku składał się już z 7 samolotów, w kolejnych latach nawet z 9. Dwa lata później Zespół Akrobacyjny „ORLIK” stał się odrębną Eskadrę w strukturze 2OSzL Radom. Od tej pory zadaniem pilotów przestało być szkolenie podchorążych, ale przygotowanie się do pokazów lotniczych.

Już wiadomo, że piloci wojskowi z Radomia przylecą do Świdnika 9 czerwca. Zaprezentują pokaz dedykowany dla formacji składającej się z trzech samolotów. W ich wykonaniu będzie można zobaczyć latanie w szyku, efektowne mijanki i wiele skomplikowanych figur akrobacyjnych.

W tej chwili na liście festiwalowych gwiazd są już soliści: Łukasz Czepiela, Marek Choim i Artur Kielak, który zaprezentuje się także w duecie z Marią Muś. Zaprezentują się również zespoły: 3 AT3, Celfast Flying Team, Wojciech Gawroński i Janusz Gąsienica, a także formacja 57 – my. Do lotniczych gwiazd dołączyły również Biało – Czerwone Iskry, które wystąpią podczas obu dni pokazów. Świdnik Air Festival odbędzie się na trawiastym lotnisku już 9 i 10 czerwca. Jego organizatorami są Urząd Miasta Świdnik i Miejski Ośrodek Kultury.

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 14:22

Kłęby dymu w południe

Sześć zastępów straży pożarnej gasiło pożar, do którego doszło na terenie składu budowlanego przy ul. Kusocińskiego. Na szczęście, w zdarzeniu nikt nie ucierpiał.

Tuż przed godziną 12.00, świdniccy strażacy otrzymali mnóstwo sygnałów o kłębach gęstego dymu w okolicy supermarketu Kaufland. Na miejsce wysłano 20 mundurowych.

- Płonęły materiały budowlane, folie oraz styropian. Trudno w tej chwili mówić o przyczynach pożaru. Jedna z hipotez zakłada przypadkowe zaprószenie ognia - mówi Paweł Dańko z KP PSP w Świdniku.

Na szczęście ogień nie przeniósł się na pobliskie zabudowania. Straty oszacowano na kilkanaście tysięcy złotych.

wtorek, 01 maj 2018 10:21

Gołębie kością niezgody

Ptaki stały się przyczyna sąsiedzkiego sporu. Jeden z mężczyzn, chcąc rozwiązać „problem”, zaczął do nich strzelać. Teraz grożą mu nawet 3 lata więzienia.

Na policję zgłosił się mieszkaniec Świdnika, który złożył zawiadomienie o przestępstwie. Mężczyzna na swojej działce hoduje ponad 50 gołębi, co nie podoba się sąsiadowi. Gdy ptaki przylatują na teren jego posesji i siadają na dachu stodoły - strzela do nich z wiatrówki. Według zgłaszającego, ucierpiało kilkanaście ptaków.

- Mężczyzna tłumaczy, że prowadzi warsztat samochodowy, a zwierzęta zanieczyszczają mu samochody klientów oraz teren całej posesji - informuje Elwira Domaradzka z KPP w Świdniku.

Policjanci zabezpieczyli wiatrówkę. Teraz prowadzone będzie dochodzenie w kierunku art. 35 ustawy o ochronie zwierząt, które za takie zachowanie przewiduje nawet do 3 lat pozbawienia wolności.

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 10:48

Dąb Tadeusz zasadzony

„100 dębów na 100-lecie Niepodległości” to akcja zainicjowana przez Lubelski Urząd Wojewódzki, w którą włączyła się Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Lublinie. Jedno z drzewek, będące symbolem obchodzonego w tym roku jubileuszu, ale również leśnej siły, potęgi i trwałości, posadzono w poniedziałek przed Szkołą Podstawową nr 3 w Świdniku.

Zanim jednak to się stało, Marek Kwieciński, dyrektor SP nr 3, odczytał list od Jerzego Sądla, dyrektora Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie, skierowany do społeczności szkolnej: - „Udział w tak cennej inicjatywnie ma dla nas, leśników, szczególny wymiar, zarówno patriotyczny, jak i przyrodniczy. W 100. rocznicę odrodzenia się państwa polskiego zasadzimy drzewa szczególne, bowiem na nas, leśnikach, spoczywa odpowiedzialność za lasy, wielkie dziedzictwo naturalne Polski. Liczymy, że wy, młodzi ludzie, będziecie wspierać nasze starania o jak najlepszą kondycję polskich lasów. Wierzymy, że dzisiejszy dzień zapisze się w waszej pamięci jako niezwykłe patriotyczne wydarzenie, zaś zasadzony dąb będzie stanowił pamiątkę nie tylko bohaterskiej przeszłości narodu polskiego, ale także symbol działań łączących pokolenia”.

Wspólnie z dyrektorem drzewko zasadzili przedstawiciele uczniów. Dąb otrzymał również imię - Tadeusz.

- Cieszę się bardzo, że właśnie to imię zostało wybrane, bo przecież patronem szkoły jest Tadeusz Kościuszko, który walczył o niepodległość naszej ojczyzny. Akcję sadzenia drzewek prowadzimy co roku, ale ta ma wymiar szczególny. Jest nie tylko lekcją przyrody, ale przede wszystkim patriotyzmu, przeprowadzoną w 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości - mówi Marek Kwieciński.

aw

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 07:22

Uwaga mieszkańcy

Uprzejmie informujemy, że w środę, 2 maja Urząd Miasta Świdnik będzie nieczynny.

niedziela, 29 kwiecień 2018 10:29

Hallera i inne

Urząd Miasta ogłosił przetarg na remont bądź modernizację trzech ulic: Hallera, Akacjowej i Brzegowej. Chętni na wykonanie robót mogą zgłaszać się do 7 maja. W związku z tym, iż postępowanie udzielane jest w częściach, wykonawca może złożyć oferty częściowe na wszystkie zadania, bądź na dowolną liczbę, przez siebie wybranych, spośród trzech.

W przypadku ulicy Brzegowej chodzi o 454-metrowy odcinek od ul. Vetterów w kierunku południowymi. Na ulicy Hallera modernizacja będzie dotyczyła 270 metrów, a w przypadku ul. Akacjowej 412 metrów drogi.

- Remont i modernizacje będą polegały na wymianie nawierzchni jezdni. W przypadku ul. Brzegowej będzie to dywanik asfaltowy, na Hallera i Akacjowej położymy kostkę - tłumaczy Maciej Olechnowicz z wydziału inwestycji i zamówień publicznych UM.
W budżecie miasta, na wszystkie te przedsięwzięcia, przeznaczono 1,6 mln zł.

Strona 5 z 302