• Idzie sobie Grześ...
  • rodzinka
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • Repertuar
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów
  • Zdrowy Świdnik
niedziela, 17 luty 2019 15:00

Zima basenom niestraszna

Warbud nie zwalnia tempa przy budowie centrum sportowo-rekreacyjnego przy ul. Fabrycznej. Postęp robót widać na zdjęciach zrobionych kilka dni temu. Robotnicy zbliżają się do poziomu „zero”, czyli do wysokości gruntu.

- Trwają roboty przy fundamen­tach i ścianach fundamentowych - mówi Maciej Olechnowicz, kie­rownik referatu inwestycji w Urzę­dzie Miasta.

Prace idą pełną parą, bo na wy­konanie basenów krytych i pod „chmurką” nie ma dużo czasu. Władze miasta podpisały umowę z Warbudem, zgodnie z którą całe centrum ma być gotowe w lutym przyszłego roku. Zgodnie z harmo­nogramem, już wiosną rozpocznie się zamykanie stanu surowego obiektu. Drugą połowę roku wyko­nawca przeznaczy na urządzanie terenów wokół basenów (m. in. boisk). Za całą inwestycję miasto zapłaci 52 mln zł.

rp

sobota, 16 luty 2019 09:45

Jak premier ratował Świdnik

Losy PZL Świdnik potoczyłyby się pewnie inaczej, gdyby nie zaangażowanie Jana Olszewskiego. Jednak nie tylko dzięki temu zmarły niedawno premier został w 2010 roku Honorowym Obywa­telem Świdnika.

Jan Olszewski zostanie pocho­wany w sobotę na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Msza rozpocznie się o godz. 11.00, w archikatedrze św. Jana Chrzciciela. Do sobotniego wie­czora trwa trzydniowa żałoba. Na ostatnie pożegnanie z premierem pojedzie do stolicy delegacja Rady Miasta i świdnickiego magistratu.

Być może niewiele osób pamięta, że Jan Olszewski od ponad 8 lat jest Honorowym Obywatelem Świdni­ka. Czym zasłużył się dla miasta? To intrygująca historia.

Cofnijmy się w czasie do przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Wów­czas załamał się rynek wschodni i skończyły zamówienia dla WSK PZL-Świdnik. Przed zakładem stanęło widmo upadku i masowych zwol­nień pracowników. Jednak dzięki zaangażowaniu ówczesnego pre­miera Jana Olszewskiego z Polski poleciało do Birmy ponad 20 śmi­głowców Sokół i Mi-2.

- Miasto i zakład dostały życiodaj­ny zastrzyk sił i kilka lat oddechu. Jestem przekonany, że dzięki od­ważnej decyzji Jana Olszewskiego, świdnicki zakład przetrwał - ocenia Krzysztof Falenta, prezes firmy Remondis, a niegdyś pracownik PZL-Świdnik. Dodaje, że do Azji wy­brało się z naszego miasta również kilkadziesiąt osób, żeby doglądać maszyn i trenować pilotów.

Birma rządzona przez wojskową dyktaturę została objęta embar­giem na dostawę sprzętu, który mógł posłużyć do walki z demokra­tyczną opozycją i świdnicki kontrakt został zablokowany.

- Mieliśmy poważny problem, bo za­kład wyprodukował już śmigłowce dla Birmy i ten owoc dwuletniej pra­cy stał na lotnisku pod Gdańskiem. Jan Olszewski opowiadał mi, jak podczas wizyty w Stanach Zjedno­czonych przekonał Amerykanów, żebyśmy mogli sprzedać ten sprzęt do Birmy. Gdyby kontrakt nie został odblokowany, WSK podzieliłaby los Odlewni Żeliwa w Lublinie - ocenia Kazimierz Bachanek, radny miejski ze Świdnika, a przed laty współpra­cownik byłego premiera i członek władz Ruchu Odbudowy Polski.

Tymczasem francuskie media informowały kilka lat temu, że Polska sprzedała śmi­głowce do Birmy za pośred­nictwem francuskiego handlarza bronią (ponoć za 60 milionów dola­rów). Mieczysław Majewski, prezes zakładów PZL-Świdnik, kontrował, że transakcja była korzystna dla fir­my i legalna. Być może dlatego, że embargo dotyczyło krajów Euro­pejskiej Wspólnoty Gospodarczej, a Polska nie była wtedy jej członkiem. Ostatecznie zgodę na sprzedaż wydało Ministerstwo Spraw We­wnętrznych.

Pozostawiając na boku kontrower­sje, władze miasta postanowiły podziękować byłemu premiero­wi. Radny Kazimierz Bachanek za­proponował, żeby nadać Janowi Olszewskiemu tytuł Honorowego Obywatela Świdnika. Rada Miasta przegłosowała wniosek we wrześ­niu 2011 roku.

Zwolennicy podkreślali, że Olszewski uratował zakład i miasto przed katastrofą. Tłu­maczyli, że w owym czasie w Birmie latały śmigłowce amery­kańskie i francuskie, i nikogo to nie oburzało. Przeciwnicy podnosili m. in. wątpliwości moralne. Ostatecz­nie 11 radnych głosowało „za”, a 10 „przeciw”. Na decyzji wielu rajców zaważyła cała działalność politycz­na Olszewskiego.

- Dla mnie premier Jan Olszewski jest symbolem próby dokonania przełomu - mówi burmistrz Walde­mar Jakson. - Nie można było bu­dować wolnej Polski na kłamstwie. Nie chodziło o zemstę na komuni­stach, tylko o powiedzenie: to byli rezydenci Moskwy w Polsce, a po tej stronie stali patrioci, to było złe, a to dobre.

Burmistrz podkreśla: - Nasze miasto dokonało przełomu świdnickim lip­cem 1980 roku, a Jan Olszewski był pierwszym premierem, który chciał się całkowicie odciąć od czasów PRL.

Radny Bachanek wspomina, że Jan Olszewski przynajmniej sześcio­krotnie przyjeżdżał do Świdnika. Na spotkania m. in. w kościele NMP Matki Kościoła przychodziły rzesze mieszkańców. - Byłem pełen podzi­wu dla głębi jego myślenia - wspo­mina samorządowiec i tłumaczy, że nie mógłby nie pojechać w sobotę do Warszawy. - Miałbym wielkie wy­rzuty sumienia, gdybym nie uczest­niczył w pogrzebie pana premiera - podkreśla.

rp

sobota, 16 luty 2019 10:03

Zabrakło przeboju na 4 akordy

Jako młody chłopak, po przyjeździe do Świdnika z Janowa Lubelskiego, zaczął występować w zespole Amore. Była to jedna z pierwszych grup w mieście uprawiających muzykę taneczną. Grał w niej również, na saksofonie, Edmund Miazgowski, który był jednocześnie dyrygentem Zakładowej Orkiestry Dętej WSK. Zaproponował mu spróbowanie sił na perkusji w orkiestrze. Był rok 1967. Tak zaczęła się trwająca ponad pół wieku przygoda Stefana Dudzica ze świdnic­kimi dęciakami.

- Perkusja wydaje się być instru­mentem niezbyt skomplikowa­nym. Dwie nogi, dwie ręce, dwie pałki, kilka bębnów i talerzy.

- Jest akurat odwrotnie. Dawniej mu­zyk mógł sobie pozwolić na nieznajo­mość nut. Grał jedynie siłą własnego talentu, ze słuchu. W orkiestrze dętej, zwłaszcza nowoczesnej, gra na tym instrumencie bez zapisu nutowego jest niemożliwa. Józek Maruszak, zawodowy perkusista pracujący w filharmonii, powtarzał: na klawiszach, bądź na saksofonie gra się tak, jakbyś książkę czytał, ciurkiem. W przypadku perkusji jest sporo taktów przerwy, a potem jedno uderzenie i trzeba w ten moment idealnie trafić. Dyrygent zawsze wychwyci pomyłkę.

- Jak znalazł się Pan w Świdniku?

- Był 1963 rok. Kończyłem szkołę metalową. Przyjechali werbownicy z WSK i zachęcili grupę uczniów do podjęcia pracy w Świdniku. Niektó­rzy potem wrócili, ja już zostałem. Trafiłem do narzędziowni, gdzie praca była bardzo ciekawa. Ale mu­zyka ciągnęła.

- Jako Amore nie zrobiliście wiel­kiej kariery.

- To był typowo dancingowy, pię­cioosobowy zespół. Śpiewali w nim Basia Czyrko-Spodyniuk i Ziomek Barczyk. Graliśmy głównie podczas zakładowych imprez i akademii.

- Wejście do orkiestry dętej było jak rzucenie na głęboką wodę?

- Wtedy jeszcze nie. Wykonywaliśmy głównie marsze i walce, repertuar mało skomplikowany. Orkiestra wy­korzystywana była przede wszyst­kim w trakcie pochodów pierwszo­majowych. Muzycy rekrutowali się głównie z amatorów. Każdy, kto czuł pociąg do muzyki, garnął się do ze­społu. Było nas w sumie kilkunastu. Jazz i swing pojawiły się dopiero z Heniem Maruszakiem. Na szerokie wody wypłynęliśmy w latach 80.

- Wtedy zaczęliście jeździć za gra­nicę?

- Zaczęło się od kontaktów Adama Maruszaka, brata Henia, w węgier­skim Szombathely. W końcu tra­filiśmy do Rastede w Niemczech, gdzie w wielkim festiwalu orkiestr dętych uczestniczyło po kilkadzie­siąt zespołów i nawet 2,5 tysiąca muzyków. Zajęliśmy tam 3 miejsce, a poziom był wysoki.

- Co zadecydowało o sukcesie?

- Przestaliśmy być orkiestrą marszów i walczyków. Henryk przekształcił nas w jazzujący zespół bigbandowy. Miał kontakty wśród muzyków, zaczął sprowadzać profesjonalistów.

- Wróćmy do Pana. Nie działał Pan czasem w Ikersach?

- Tak i to wiele lat. To był zespół znany nie tylko na Lubelszczyźnie, ale również w całym kraju. W 1972 roku wygraliśmy konkurs debiu­tów w Opolu, w 1975 roku Złoty Pierścień na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Jaka jest różnica między dzisiejszą a tamtą rzeczywistością? Jeśli dzisiaj ktoś wygra w Opolu, od razu staje się gwiazdą. My pozostaliśmy zespołem zakładowym.

- Nie postaraliście się czy nie było dla Was rynku?

- Pamiętam debiut Bajmu w kinie Lot. Rok był bodajże 1979. Pomy­ślałem, że gdybyśmy mieli chociaż jeden taki przebój, jak „Piechotą do lata”, moglibyśmy zrobić podob­ną karierę. Zabrakło hitu opartego na magicznych akordach: C-Dur, a-moll, F-Dur, G7. Jak uda się komuś to zrobić, ma zagwarantowany suk­ces. Chyba z pół roku grał z nami Romek Lipko, późniejszy lider Budki Suflera. Gdyby człowiek wiedział, że to taki talent, to by go nie puścił.

- Jaki był finał działalności Iker­sów?

- W 1976 roku pojechaliśmy do Nie­miec Zachodnich, jako artystyczny segment kulturalnej wizyty Edwar­da Gierka. Byliśmy częścią kilkuna­stoosobowej ekipy, wybranej przez centralę związkową. Nie staraliśmy się o ten wyjazd, byliśmy po prostu uznawani za dobry i zasłużony ze­spół. Graliśmy w końcu, z okazji Dnia Kobiet w Teatrze Wielkim i wielokrot­nie w Pałacu Kultury. W Niemczech daliśmy koncerty, między innymi, w Bremie, Hamburgu i Kolonii. Nieste­ty dla nas, okazaliśmy się również zespołem niepokornym. Jacek Za­krzewski wykonał podczas jednego z występów „Biały krzyż”, chociaż mieliśmy to surowo zabronione. Po powrocie otrzymaliśmy bardzo nie­pochlebne opinie od naszych „opie­kunów”, zwłaszcza tłumaczki, która, oprócz tego, że przekładała wszyst­ko jak jej pasowało, przetrzymywała nasze paszporty. Naturalnie musieli­śmy zniknąć z krajowego rynku, po ponad 10 latach obecności. Osta­teczny koniec nastąpił po zburzeniu tancbudy, jak nazywaliśmy drewnia­ny klub Ikar. Od niego właśnie nazwę wziął zespół, z którym osiągnąłem najwięcej i wiążę najmilsze wspo­mnienia.

- Plącze mi się jeszcze po głowie nazwa Tramp…

- Grałem i w Trampie, jeszcze przed Ikersami. Był to typowo bigbitowy zespół, z rockandrollowym składem – trzy gitary i perkusja. The Beatles, Czerwone Gitary, próbowaliśmy iść ich śladem.

- Mam wrażenie, że gra w zespo­łach bądź orkiestrach, oprócz sprawiania przyjemności, bo o pieniądzach chyba nie było co mówić, otwierała wówczas, w pewnym sensie, okno na świat.

- Pieniądze jakieś tam były, ale nie na tyle duże, żeby się z nich utrzy­mać. Cały czas pracowałem w narzę­dziowni. Ale faktycznie, zwłaszcza z orkiestrą, miałem okazję zobaczyć sporo miejsc na ziemi.

- Pamiętam czasy dla orkiestry najgorsze. Był przełom lat 80. i 90. Brak pieniędzy w zakładzie, zespół ciągnął resztką sił. Musieliście na­prawdę kochać muzykę, skoro to przetrwaliście.

- Chodziliśmy wtedy z Heńkiem po prośbie wszędzie, gdzie się dało, bo żal było odpuścić. Sytu­acja polepszyła się w 1992 r., kiedy znaleźliśmy się pod opieką Miej­skiego Ośrodka Kultury. Zmienili­śmy wtedy nazwę na Helicopters Brass Orchestra. Pamiętam też inne, jasne momenty. Było to dużo później, już po 2000 roku. Do wy­dania naszej drugiej płyty brako­wało nam 8 czy 9 tysięcy złotych. Poszliśmy z tym do dyrektora Mieczysława Majewskiego. Podpisał natychmiast kwity i w ciągu dwóch tygodni dostaliśmy brakującą kwotę. Odwdzięczyliśmy mu się setką płyt.

- Lubelski rynek muzyczny nie był nigdy przesadnie wielki. Mówili­śmy o znanych artystach, którzy przewinęli się przez świdnickie zespoły. Nie miał Pan propozycji dołączenia do sławnych dzisiaj ekip lubelskich?

- Owszem, proponowano mi grę, między innymi w Budce Suflera, kiedy jeszcze odbywała próby w Milejowie. Miałem już wówczas ro­dzinę, a tu trzeba by się zdecydować – rodzinne albo młodzieżowe życie, czyli nocne próby, trasy koncertowe, ciągła dyspozycyjność. Wybrałem to pierwsze i nie żałuję. Mam trzech sy­nów. Jeden mieszka w Stanach Zjed­noczonych, dwaj pracują i mieszkają w Warszawie.

- Jest Pan zadowolony ze swojego muzycznego dorobku?

- Owszem, między innymi po ostat­nim koncercie noworocznym He­licopters Brass Orchestra, która wykonuje nowocześnie, na najwyż­szym poziomie zaaranżowany, róż­norodny repertuar. Myślę, że warto było ciągnąć ten wózek i doprowa­dzić go w miejsce, w którym jest teraz.

- Z jakich powodów nastąpiło roz­stanie?

- Zdrowotnych. Głowa wciąż daje radę, ale ciało, niestety, nie jest już takie sprawne.

Jan Mazur

niedziela, 17 luty 2019 08:45

Spędzaj czas kreatywnie

Spółdzielczy Dom Kultury organizuje zajęcia, podczas których młodzi świdniczanie mogą wykazać się artystycznymi talentami. Są to, między innymi, warsztaty wokalne, taneczne, teatralne czy rękodzielnicze.

Tajniki Hip Hop-u zdradza Magda­lena Mizura. Na zajęciach dziecia­ki cały czas są aktywne fizycznie i mają okazję popisać się swoją koor­dynacją ruchową. Podczas warszta­tów wokalnych Anna Choina uczy śpiewu i prawidłowego używania głosu na co dzień. Na zajęciach z rę­kodzieła Jadwiga Marcinek pokazu­je dzieciom i młodzieży, jak zrobić coś z niczego. Oprócz tego, w ofer­cie SDK znajdują się również pla­styka, teatr, Akademia Pana Kleksa i kabaret. Spotkania odbywają się podczas ferii w poniedziałki, środy i piątki. Korzysta z nich trzydzieści osób.

– Mamy nadzieję, że dzieci, które spędzają u nas czas w ramach ferii zimowych, zapiszą się na zajęcia prowadzone w naszym ośrodku na co dzień – mówi Ola Wołodźko z SDK. - Jest to szansa na odnalezie­nie swojej pasji i rozwijanie talentu. Tego rodzaju spotkania mogą być początkiem dobrej przygody, no­wych znajomości i świetną okazją do aktywnego spędzania czasu. Nie ma w tej kwestii granic wiekowych.

 Zachęcamy do kontaktu ze Spół­dzielczym Domem Kultury, miesz­czącym się przy ul. Piłsudskiego 6A.

mn

czwartek, 14 luty 2019 11:24

Czekając na pomyślne wiatry

Podsumowując ubiegły rok działalności, władze Portu Lotniczego Lublin przewidywały, że początek roku 2019 nie będzie łatwy. Ich przypuszczenia się sprawdziły.

- W 2019 roku będziemy odczuwali negatywne skutki zmian w siatce połączeń, dlatego spodziewamy się spadków w pierwszym i drugim kwartale tego roku. Później jednak sytuacja powinna się stopniowo poprawiać i prognozujemy ruch na poziomie zbliżonym do wyników z 2018 roku – mówił wówczas Krzysztof Wójtowicz, prezes Portu Lotniczego Lublin.

W styczniu na lubelskim lotnisku odprawiono 24,9 tys. pasażerów, co stanowi spadek o prawie 31 proc. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. W minionym miesiącu wykonano 276 operacji lotniczych, czyli o sto mniej niż rok wcześniej.

Tymczasem styczeń 2018 r. był dla portu rekordowy - obsłużono wtedy ponad 36 tys. pasażerów. Tegoroczny wynik jest nieco lepszy niż ten z 2017 r., w którym odprawiono 24,6 tys. podróżujących.

Załamanie dobrej koniunktury nastąpiło w drugiej połowie ubiegłego roku. Najpierw likwidację bazy zapowiedział Wizz Air. W konsekwencji zniknęło kilka połączeń obsługiwanych przez węgierskiego przewoźnika. Zeszłoroczną nadzieją, a jak się potem okazało niewypałem okazała się współpraca z ukraińskimi liniami Bravo, które po kilku tygodniach zlikwidowały połączenia ze wszystkimi trzema kierunkami: Charkowem, Chersoniem i Kijowem. Przygodę z podróżami na Wschód zakończył również LOT, który przerwał loty do Kijowa. Nasz narodowy przewoźnik zaprzestał także rejsów do Tel Awiwu, tłumacząc to problemami z zapewnieniem odpowiedniej liczby załóg. Długo nie przetrwało połączenie na lotnisko w Mediolanie, obsługiwane przez Easy Jet.

Jaskółki nadziei pojawiły się pod koniec 2018 r. Sukcesem okazały się wznowione przez LOT krajowe loty do Warszawy. Wydaje się, że połączenie z portem Chopina jest obecnie stabilne i rozwojowe. Władze Lot zapowiedziały już zwiększenie intensywności połączeń z Lublinem, z 5 do 7 tygodniowo. Początkowo miało to nastąpić dopiero w sezonie jesiennym, jednak ostatnio przyspieszono ten termin na kwiecień. Mówi się również o wprowadzeniu dwóch rotacji dziennie.

Od końca grudnia,  dwa razy w tygodniu, Lot lata znowu do Tel Awiwu. Wprawdzie rozeszły się plotki o likwidacji tej linii, jednak zostały one zdementowane. Na wiosnę czeka nas otwarcie komunikacji z belgijską Antwerpią. Dwa razy w tygodniu będą tam latały Embraery linii TUIfly. WizzAir, kursujący do Endhoven, używa do tego roku wyłącznie Airbusów A321, które zabierają na pokład 50 pasażerów więcej niż dotychczas wykorzystywane A320.

Pozostaje więc mieć nadzieję, że pod koniec drugiego kwartału wiatry rzeczywiście zmienią się na pomyślne dla świdnickiego lotniska.

jmr

czwartek, 14 luty 2019 08:53

Od dzieci dla dzieci…

…czyli językowe kartki walentynkowe to akcja, która zapoczątkowała współpracę Szkoły Podstawowej nr 7 z lubelskim Uniwersyteckim Szpitalem Dziecięcym. Jej pomysłodawcami są opiekunowie Szkolnego Koła Wolontariatu: logopeda Magdalena Kraśnicka-Kierepka i Marta Malec-Kilianek, nauczycielka języka hiszpańskiego.
Uczniowie klas siódmych, ósmych oraz członkowie SKW przygotowali ponad 150 walentynkowych kartek językowych. W akcję zaangażowali byli także nauczyciele Anna Skoczeń i Hubert Wiktorowicz, którzy służyli wsparciem językowym.

- Najserdeczniejsze życzenia uśmiechu, zdrowia i miłości popłynęły prosto z serc naszych wychowanków do małych pacjentów oddziałów rehabilitacji, ortopedii, nefrologii oraz gastroenterologii. Do szpitalnych świetlic przekazaliśmy również książki i gry dydaktyczne. Serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy wspomogli naszą akcję – mówią organizatorki walentynkowej poczty.

Szkolne Koło Wolontariatu powstało w „Siódemce” w styczniu. Liczy ok. 30 osób, ale grono to cały czas się powiększa i, jak mówią opiekunki, działalność SKW powoli nabiera rozpędu.

aw

wtorek, 12 luty 2019 10:27

Pomoc prosto z serca

10 i 11 lutego, wolontariusze Komitetu Pomocy SOS Solidarność oraz Szkoły Podstawowej nr 3 pukali do drzwi starszych, samotnych, rzadko wychodzących z domu ze względu na stan zdrowia świdniczan. Odwiedzili też podopiecznych Miejskiego Centrum Usług Socjalnych i świdnickiego koła Polskiego Stowarzyszenia na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną. Okazją był Światowy Dzień Chorego, ustanowiony 27 lat temu przez papieża Jana Pawła II.

W naszym mieście akcję, nad którą patronat sprawuje burmistrz Waldemar Jakson, zorganizowano już po raz jedenasty.  Kwiatami i drobnymi upominkami, ufundowanymi przez gminę, obdarowano  ponad 150 osób. Do podarunków dołączono życzenia, a także „Kopertę życia”.

- To bardzo miłe, że pamiętacie i troszczycie się o nas - mówili seniorzy z MCUS, których razem z wolontariuszami odwiedził Włodzimierz Radek, przewodniczący Rady Miasta. Życzył im zdrowia, błogosławieństwa Bożego i nieustającej opieki św. Jana Pawła II. W podziękowaniu za wizytę seniorzy zaśpiewali swój hymn.

Po raz pierwszy wolontariusze odwiedzili Dzienne Centrum Aktywności PSONI. Listy z życzeniami i upominki odebrali rodzice podopiecznych placówki: - Jesteśmy zaskoczeni, ale oczywiście cieszymy się z tego spotkania.

Przedstawiciele komitetu byli również w szpitalu, gdzie na ręce ks. Wojciecha Zasady złożyli list skierowany do wszystkich chorych.

- Odebrałam już kilka telefonów z podziękowaniami za odwiedziny - mówi Urszula Radek, prezes Komitetu SOS Solidarność. - Widać, że nasza akcja jest bardzo potrzebna. Ludzie starsi i chorzy ogromnie potrzebują kontaktu z drugim człowiekiem. Zawsze chętnie nas przyjmują, częstują herbatą, ciastem. Te spotkania wnoszą w ich życie wiele radości. W ich imieniu serdecznie dziękuję wszystkim wolontariuszom.

aw

wtorek, 12 luty 2019 12:20

Baczyński na podium

II Liceum Ogólnokształcące im. K.K. Baczyńskiego jest wśród trzech szkół z całego województwa, które miały najlepsze wyniki na próbnej maturze. To kolejny sukces tej szkoły w ostatnich tygodniach.

Ranking przygotowało Wydawnictwo Pedagogiczne Operon. Po zestawieniu wyników próbnych matur, które uczniowie pisali w listopadzie ubiegłego roku, okazało się, że „Baczyński” jest wśród najlepszych. Liceum ze Świdnika zajęło trzecie miejsce w rankingu. Wyżej były tylko Prywatne Liceum Ogólnokształcące im. I.J. Paderewskiego i LO nr V im. M. Curie-Skłodowskiej (obie szkoły z Lublina).

 - Cieszy nas, że codzienna, intensywna praca nauczycieli i uczniów przynosi efekty. Taki wynik dodaje skrzydeł, to duże wyróżnienie i jednocześnie ogromne wyzwanie przed egzaminami maturalnymi. Musimy pokazać, że to nie był przypadek - komentuje Magdalena Skwarczyńska-Zuch, wicedyrektor II LO im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w Świdniku.

To pierwszy sukces świdnickiego liceum w dotychczasowych zestawieniach Operona. Magdalena Skwarczyńska-Zuch podkreśla, że w ocenie szkoły praca nauczycieli i uczniów jest tak samo intensywna, a poziom matur próbnych i „prawdziwych” stale na wysokim poziomie. O tym może świadczyć sukces „Baczyńskiego” sprzed kilku tygodni. Liceum zdobyło Srebrną Tarczę w prestiżowym rankingu portalu „Perspektywy”. W poprzednich latach placówka otrzymywał Brązową Tarczę (w tym roku to wyróżnienie przypadło po raz kolejny I Liceum Ogólnokształcącemu im. Wł. Broniewskiego).

„Perspektywy” oceniają wyniki matury z przedmiotów obowiązkowych, wyniki matury z przedmiotów dodatkowych oraz sukcesy uczniów w olimpiadach przedmiotowych. Wśród 2126 liceów ogólnokształcących z całego kraju, „Baczyński” znalazł się na 427 miejscu. Świdnicka placówka była 27 w naszym województwie („Bronek” 39).

rp

wtorek, 05 luty 2019 21:08

Świdnickie Spacery (foto)

W lutym 1982 roku, świdniczanie wychodzili masowo z domów, w porze nadawania głównego wydania Dziennika Telewizyjnego, stawiając w oknach włączone odbiorniki telewizyjne i paląc świece. Te spacery były oznaką protestu wobec propagandy reżimu komunistycznego. Tak zwykli obywatele i mieszkańcy Świdnika upominali się w pokojowy sposób o godne życie, prawdę i wolność. Dziś obchodziliśmy 37. rocznicę Świdnickich Spacerów.

Uroczystości z tej okazji odbyły się przy pomniku upamiętniającym te wydarzenia, w centrum miasta. Nie zabrakło władz Województwa Lubelskiego w osobach wicemarszałka Zbigniewa Wojciechowskiego oraz Konrada Sawickiego, radnego Sejmiku Wojewódzkiego, Łukasza Reszki, starosty powiatu świdnickiego, Waldemara Jaksona, burmistrza Świdnika, przedstawicieli związku NSZZ Solidarność oraz uczestników wydarzeń sprzed 37 lat. Obecni byli również uczniowie świdnickich szkół.

- Chylę czoło i dziękuję Wam za odwagę - powiedział wicemarszałek Zbigniew Wojciechowski. - Daliście iskrę, która rozświetliła Polskę i cały blok komunistyczny. Burmistrz Waldemar Jakson dodał: - My, świdniczanie powinniśmy być z dumni z tej szczególnej karty naszej historii. Musimy też stale o niej przypominać, aby była cenną lekcją historii na przyszłość.

Po złożeniu wiązanek kwiatów przy pomniku zebrani przeszli, tak jak 37 lat temu, ulicą Niepodległości do Miejskiego Ośrodka Kultury, gdzie odbyła się projekcja filmów wyprodukowanych przez TVP Lublin pt. „Spacerem po wolność” oraz „Świdnickie dziuple kultury” autorstwa Magdaleny i Rafała Kołodziejczyków. Słowo wstępne do filmów wygłosił dr hab. Tomasz Panfil, z lubelskiego oddziału IPN.

słs

piątek, 01 luty 2019 08:53

Pomóżmy Nestorowi

Cała Polska ratuje maltretowanego Nestora, psa organisty!

Nawet najlepszy rodowód niewiele dziś znaczy. Ofiarą zaniedbania może paść zwykły pies rasy „kundel”, ale też z bardzo cennym rodowodem. W sieci nie brak historii rasowych czworonogów odebranych interwencyjnie przez organizacje prozwierzęce. Niejednokrotnie takie psy to obraz nędzy i rozpaczy, a sprawa kończy się na sali sądowej. Bywa też niestety i tak, że na leczenie jest już za późno, a najlepsza pomoc, to poddać bardzo cierpiącego zwierzaka eutanazji.   

Bardziej jednak bulwersuje sytuacja, gdy zaniedbane zwierzę jest własnością organisty kościelnego, a dzieci właściciela są ministrantami i harcerzami. Wydawałoby się, że w takim otoczeniu zwierzak dostanie najlepszą ochronę i opiekę. Tymczasem okazuje się, że Nestor był przetrzymywany przez swoich właścicieli w piwnicy. Nikt nie wypuszczał go stamtąd od wielu miesięcy. Od tak dawna, że okoliczni mieszkańcy byli pewni, że pies nie żyje. Ale pies żył. I niewyobrażalnie cierpiał, skrzętnie ukryty przed wzrokiem ludzi. Któregoś dnia udało mu się uciec. Ta chwila nieuwagi byłych właścicieli najpewniej ocaliła mu życie. Nestor wyszedł przed bramę wprost na Panią, której jego los nie był obojętny. 

Kobieta zgłosiła się po pomoc do ogólnopolskiej organizacji prozwierzęcej Fundacji Centaurus, która prowadzi największy w Europie azyl dla zwierząt pod Wrocławiem. Psa odebrano właścicielowi w trybie natychmiastowym i przewieziono do kliniki, gdzie wykonano pełną diagnostykę. 

- Gdy przyjechaliśmy na miejsce, pies był zamknięty w kojcu pełnym odchodów i błota. Leżał w rozpadającej się budzie, tak małej, że Nestorowi ciężko było się z niej wydostać. Właściciel potwierdził, że zamykał psa również w piwnicy, nie potrafił wyjaśnić dlaczego. Twierdził również, że psa leczył, ale nie posiadał żadnej dokumentacji potwierdzającej jego słowa. Jedyne dokumenty, jakie uzyskaliśmy, to rodowód oraz książeczka psa, w której nie było nawet aktualnych szczepień - opowiada Norbert Ziemlicki, inspektor ds. zwierząt z Centaurusa. 

- Właściciel psa to organista, jego dzieci służą do mszy, są też harcerzami. Wydawałoby się, że to postawy godne naśladowania, a tymczasem nikt z domowników nie potrafił wykazać choć grama empatii w stosunku do cierpiącego zwierzęcia. Nestor spędził u nich całe życie. Swoją miłością i oddaniem nie zasłużył nawet na minimum troski i opieki - dodaje Weronika Nieborak, która w Centaurusie zajmuje się, między innymi, szukaniem zwierzakom nowych domów adopcyjnych.

Czas pokaże, na ile Nestor odpowie na leczenie. Na ten moment rokowania są bardzo ostrożne. Pies cierpi z powodu dysplazji. Ma bardzo zaawansowane zwyrodnienia w kręgosłupie, poważną anemię, a chodzenie sprawia mu sporo trudności. Jelita były całe wypchane kałem, pies od dawna nie mógł się wypróżnić. 

Fundacja Centaurus zapowiada dochodzenie praw zwierzaka w sądzie.

- Nie zawsze kierujemy sprawę do sądu, ale obojętność i celowe działanie to coś, co wymaga interwencji siły wyższej, w tym wypadku prokuratury. Doprowadzenie psa do takiego stanu wymagało zaangażowania. Można było go po prostu wypuścić na ulicę i miałby większe szanse, niż zamknięty z premedytacją w piwnicy. Gdyby nie to, że uciekł, najpewniej skonałby na dniach. Mamy XXI wiek, a ciągle dzieją się takie rzeczy. Od wielu lat prowadzę liczne interwencje i wiele widziałem, ale takie zaniedbania mnie niezmiennie przerażają. W końcu brały w tym udział osoby, które w oczach społeczeństwa powinny stanowić przykład - mówi N. Ziemlicki. 

Centaurus finansuje swoje działania jedynie z datków. Organizacja prowadzi pod Legnicą ośrodek, w którym od wielu lat otacza opieką 400 koni i setki innych zwierząt, w tym psy, koty i liczne zwierzęta gospodarskie. Drugie tyle mieszka w kontrolowanych domach adopcyjnych. Kto pomaga? Większość darowizn pochodzi od osób prywatnych, nieliczne od firm i instytucji. Centaurus nie jest dotowany przez państwo, ani nie ma dotacji unijnych. 

Jak się udaje utrzymać tyle zwierząt ?

 - Działamy już przeszło 12 lat. Mamy działaczy nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Przez ten czas wsparło nas ponad 400 000 osób z całego świata. Tak naprawdę dzięki nim udaje się to wszystko poskładać. Ludzie kochający zwierzęta są naszą siłą. My, jako fundacja, stanowimy tylko narzędzie. Mamy też wspaniałych ambasadorów, jak aktor Marek Siudym, piosenkarka Maryla Rodowicz oraz reżyser i scenarzysta Patryk Vega, którzy wspierają nasze działania swoim wizerunkiem. Bez wsparcia nie bylibyśmy tym, czym jesteśmy dzisiaj, a pod naszymi skrzydłami nie schroniłyby się tysiące zwierząt - wyjaśnia W. Nieborak.

- Nestor potrzebuje dziś waszej pomocy. Bez was nie damy rady mu pomóc, dlatego apelujemy o darowizny na jego dalszą diagnostykę i leczenie, bo to kwoty idące w tysiące złotych, stan psa jest bardzo poważny - dodaje N. Ziemlicki.

Pod linkiem www.psiaplaneta.pl/psy/nestor/#page-content można zobaczyć film z Nestorem - materiał dla ludzi o mocnych nerwach. 

Nasi Czytelnicy mogą wesprzeć Nestora, dokonując darowizny na konto Fundacji Centaurus PKO BP 15 1020 5226 0000 6002 0220 0350, koniecznie z dopiskiem „dla Nestora”. Więcej informacji można uzyskać pod numerem 518 569 487 (Kasia) lub 518 569 488 (Ania).

Można też wysłać SMS o treści NESTOR na numer 74567 za 4.92 zł z VAT  - działacze Centaurusa podkreślają, że każda pomoc jest na wagę złota i za każdą dziękują w imieniu dzielnego Nestora, który walczy teraz  życie we wrocławskiej klinice.   

Więcej o Fundacji Centaurus na www.centaurus.org.pl     

artykuł sponsorowany

Strona 1 z 22

Najczęściej czytane