• Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów
  • rodzinka
  • Repertuar
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • Zdrowy Świdnik
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Idzie sobie Grześ...
Błąd
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 48
wtorek, 19 kwiecień 2011 11:23

Świdnickie losy

Napisane przez 

Od zakończenia II wojny światowej mijają w tym roku 73 lata. Wciąż jednak odkrywamy związane z nią, nieznane jeszcze, ciekawe historie.

Jedną z nich opowiada Katarzyna Antoszewska, wnuczka Mariana Dobrowolskiego, jednego z pierwszych świdnickich lekarzy. Dotyczy ona Stanisława Dobrowolskiego, młodszego brata Mariana.

Telefon z Oświęcimia

Długi czas niewiele wiedziała o jego o życiu i śmierci. W domu o tym nie rozmawiano. Od mamy usłyszała tylko, że zginął w Oświęcimiu. Wszystko zmieniło się trzy lata temu. W grudniowy poranek zadzwonił telefon. Był to Adam Cyra, historyk, starszy kustosz Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Przeglądając akta w archiwum, natrafił na wspomnienia Jana Stawarza, spisane przez Mieczysława Zająca. Obaj byli więźniami Auschwitz. Ponieważ mówili właśnie o Stanisławie Dobrowolskim, więc kustosz postanowił odszukać jego krewnych. W ten sposób rodzina poznała wstrząsającą historię ostatnich godzin życia i śmierci Stanisława. Grudniowy telefon sprawił, że pani Katarzyna zainteresowała się losami swojej rodziny. Szperała w Internecie, przyjechała do Świdnika, gdzie mieszkali jej dziadkowie. Wspomogli ją inni członkowie rodziny. Odnaleźli nawet mieszkańców okolicznych wsi, którzy pamiętali Dobrowolskich. Spotkali też dawną narzeczoną Stanisława. W ten sposób udało się zrekonstruować nieznane dotąd losy kuzyna, który zginął mając 23 lata.

Sentymentalny Stanisław

Stefania i Julian Dobrowolscy, rodzice Mariana i Stanisława, w latach 20. ubiegłego wieku zamieszkali w Kolonii Krępiec, znajdującej się obecnie w granicach Świdnika. Mieli liczące ponad 60 hektarów gospodarstwo, a w nim duży sad, pola uprawne. Hodowali konie, krowy i świnie. Duży nacisk kładli na wychowanie patriotyczne i naukę synów. Starszy, Marian, studiował medycynę, ukończył też szkołę podchorążych. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku. Po aresztowaniu przez wojska sowieckie, udało mu się uciec z transportu wywożącego Polaków na wschód. Jako lekarz i żołnierz Armii Krajowej uczestniczył w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie wrócił w rodzinne strony. Był znanym i zasłużonym dla Świdnika lekarzem. Działał w Polskim Czerwonym Krzyżu, tworzył pogotowie ratunkowe w naszym mieście. Leczył kombatantów – żołnierzy Armii Krajowej. Młodszy o 4 lata Stanisław zdał maturę w 1938 roku. Rodzice spodziewali się, że zostanie na gospodarstwie. On jednak nade wszystko pragnął … śpiewać. Jego znajomi, także więźniowie z Auschwitz wspominają, że miał piękny, tenorowy głos. Lubił śpiewać sentymentalne piosenki, których z przyjemnością słuchano. Stanisław włączył się w działalność ruchu oporu, który działał w Krępcu. Zbierał z kolegami broń pozostałą po walkach w 1939 roku. Roznosili też ulotki z podawanymi przez aliantów informacjami, dotyczącymi sytuacji na frontach II wojny. Dostarczali je nie tylko w Krępcu, ale i w Mełgwi oraz Minkowicach. Historia Stanisława nie byłaby pełna, gdyby nie wspomnieć o jego wielkiej miłości, którą była Wanda Opalińska. Poznali się na balu karnawałowym. Ona była zaręczona z innym, bo tak chcieli rodzice. Miłość jednak zwyciężyła, Wanda zerwała narzucone zaręczyny i w czasie okupacji, młodzi potajemnie wymienili pierścionki. Jak to w życiu bywa, jedni rodzice przychylnie patrzyli na uczucie Stanisława i Wandy, drudzy nie do końca je akceptowali. Konieczna była nawet wizyta Juliana Dobrowolskiego u ojca dziewczyny. Przekonał go, ale jej matka nie chciała, by Wanda pracowała na gospodarstwie. Zachowało się kilka zdjęć z tego okresu, bo pasją dziewczyny było fotografowanie.

Gestapo weszło o świcie

Dalszy ciąg losów Stanisława znamy dzięki Jerzemu Gągołowi, którego ojciec Stanisław był podczas wojny komendantem Związku Walki Zbrojnej w Krępcu: - Na początku marca 1941 roku ostrzeżono nas, że gestapo szykuje się do aresztowania Dobrowolskiego. Chłopak ukrył się w lesie, ale ponieważ Niemcy nie przyszli, po kilku dniach, wrócił wieczorem do domu. O świcie następnego dnia zjawiło się gestapo. Przesłuchiwano go w Lublinie i osadzono na zamku. To był 14 marca 1941 roku. Rodzice chcieli syna wykupić z więzienia. Niestety, zanim zebrali pieniądze, wywieziono go do Oświęcimia. Otrzymał numer 16061. Aresztowania nie ominęły też Wandy. W celi zamku lubelskiego otrzymała „ pozdrowienie od Stanisława”. Zdążył je przekazać przed wywiezieniem do obozu. Ojciec zdołał wykupić córkę z więzienia. Aresztowano ją jednak ponownie i spędziła na zamku półtora roku. Przed obozem uratowało ją to, że zachorowała na tyfus. Kobieta przeżyła wojenny koszmar i tak dzisiaj wspomina Stanisława: - Był szarmancki i dobrze wychowany, bardzo przez wszystkich lubiany. Po prostu dusza towarzystwa. Miał piękne, czarne włosy. Był wysokim, przystojnym mężczyzną. Co niedzielę, podczas mszy świętej o godzinie 9, śpiewał w kościelnym chórze. Zawsze przychodziłam go posłuchać. Gdy śpiewał Ave Maria, większość ludzi w kościele płakała. Bardzo mu zależało, by starszy brat Marian mnie poznał. Spotkanie odbyło się w lubelskiej kawiarni Roxy, znajdującej się na rogu ulic - Krakowskiego Przedmieścia i Królewskiej. Skłamałam mamie, że jadę do swojej przyjaciółki Hani. Obie poszłyśmy na spotkanie. Pamiętam, że Stach grał na fortepianie i specjalnie dla mnie śpiewał: „…Na skraju alei minęłaś mi jak złoty sen i to był w życiu mym pamiętny dzień…”

Obozowe koncerty

Jan Stawarz tak wspomina obozowe koncerty: - Do jego żelaznego repertuaru należały przedwojenne przeboje: „Taka miła jest moja dziewczyna”, „Jesienne róże”, „Ta ostatnia niedziela” i „Niebieskie oczy”. Bardzo często śpiewał obozową pieśń „Druty, druty, bezlitosne druty”. Jakże wdzięczni byli koledzy za ten śpiew. W pamięci utkwił mi specjalnie ostatni występ Dobrowolskiego, w nocy z 27 na 28 października 1942 roku. Śpiewał tak, jakby w sentymentalne słowa przebojów chciał przelać wszystkie swoje uczucia, całą duszę. Więźniowie długo nie mogli zasnąć, jakby przeczuwali, że dla wielu z nich to ostatnie godziny życia. Podczas porannego apelu pisarz blokowy wyczytał kilkanaście numerów, między innymi Stanisława i polecił by zostali na placu. Wszyscy rozumieli, co to może oznaczać. - Dobrowolski miał łzy w oczach i powiedział do mnie – na pewno rozwałka – wspomina Jan Stawarz.- Stojącemu obok koledze wręczył zegarek mówiąc – Jeżeli przeżyjesz, to oddaj go moim rodzicom i powiedz, jak zginąłem. Dalszy przebieg tego dnia znamy z relacji Mieczysława Zawadzkiego, spisanej przez Adama Cyrę: W południe więźniowie byli już rozstrzelani. Ich ciała transportowano do krematorium, na wozie, który ciągnęli sanitariusze ze szpitala obozowego. Ostatnią drogę rozstrzelanych znaczyła struga krwi. W pewnym momencie zauważyłem, że spod koca przykrywającego ciała zamordowanych wychyliła się ręka, a potem głowa Staszka Dobrowolskiego. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć jego zakrwawionej twarzy. Po wojnie starałem się odnaleźć jego rodziców. Niestety, nie udało mi się to.

Świece za syna

W zachowanym w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu akcie zgonu Stanisława Dobrowolskiego podano fałszywą datę jego śmierci – 29 października 1942 roku oraz fikcyjny jej powód – chorobę serca. Jego mama, co wieczór zapalała w jego pokoju świeczkę i modliła się za syna. Po wojnie cała rodzina chodziła pod wybudowany w 1948 roku pomnik i tam paliła świece. Powstał on w wyniku społecznej zbiórki, ku czci osób zamordowanych przez Niemców. Widnieje na nim, między innymi nazwisko Stanisława Dobrowolskiego oraz napis „Oto imiona tych, którzy umarli ciałem lecz żyją duchem wśród nas”. Pomnik stanął w miejscu, gdzie zaczęły się aresztowania, tuż przy drodze z Krępca do Świdnika. Wszystko wskazuje na to, że historia życia Stanisława zostanie wkrótce uzupełniona. Pani Katarzyna dowiedziała się, że uniwersytet w Ontario ma w swych zbiorach dwie kartki oraz dwie koperty wysłane przez Dobrowolskiego do rodziców z Oświęcimia. Na razie nie wiadomo jednak, jak tam trafiły. - Bardzo proszę osoby, które znały i pamiętają Stanisława Dobrowolskiego o skontaktowanie się z nami, by uzupełnić te relację – apeluje Katarzyna Antoszewska. – Jesteśmy wdzięczni tym, którzy dotychczas pomogli nam zebrać materiały dotyczące jego życia i tragicznej śmierci – Adamowi Cyrze, Ewie Bazan, Łukaszowi Krzysiakowi, Wandzie Sykut, Jerzemu Gągołowi i Dagmarze Spodar. Dziękujemy wszystkim, w sercach których pamięć o Stanisławie jest nadal żywa.

Oprac. Anna Konopka

W materiale wykorzystano artykuł „A mnie jest szkoda lata”, autorstwa Adama Cyra, historyka, starszego kustosza, Państwowego Muzeum Auschwitz - Birkenau.

Najczęściej czytane