• Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów
  • rodzinka
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • Idzie sobie Grześ...
  • Zdrowy Świdnik
  • Repertuar
sobota, 08 luty 2020 08:00

Z miłości do zwierząt

Napisała 

Papuga patrząca na chłopca odrabiającego lekcje, kot na głowie właściciela i koń zaglądający przez okno starego domu. Choć dla większości z nas te sytuacje są jak z filmów o zwierzętach, takie życie wybrali pochodzący ze Świdnika Marta i Łukasz Wróbel.

Kilka lat temu, gdy Marta przyniosła do mieszkania w bloku pudełko z kurczętami i małymi kaczkami, małżeństwo doszło do wniosku, że pora przeprowadzić się na wieś. Swoje miejsce na ziemi znaleźli w Kozicach Dolnych Koloni, gdzie stworzyli Ranczo Wróblówka. Wspólnie zajmują się 35 czworonożnych, i nie tylko, przyjaciół oraz uczą ludzi, jak mądrze kochać zwierzęta.

– Marto, jesteś bardzo żywiołową osobą i zawsze wszędzie Cię pełno. Jak to się więc stało, że tak energiczna dziewczyna osiadła w domu pełnym zwierząt?

– Zawsze marzyłam o psie, natomiast mama wyraziła zgodę jedynie na czarno-białego królika ze sterczącymi uszami. Zuzia nie była typem przytulanki, ale niesamowicie o nią dbałam i… marzyłam o kolejnym zwierzaku. Po wielu rozmowach, błaganiach i obietnicach, mama w końcu uległa. Kupiłyśmy wspaniałego owczarka niemieckiego, mojego wieloletniego przyjaciela, Nero. Ponieważ kochałam zwierzęta, sądziłam, że zostanę weterynarzem. Ten zawód kojarzył mi się bardzo pozytywnie. Byłam pewna, że to będzie droga, którą pójdę. Stało się jednak inaczej. Pragnęłam mieć pod swoim dachem kolejne czworonogi. Pies, kot, agama brodata, surykatka, później papuga, sowa i inne gatunki do reszty zawładnęły moim czasem. Pomyślałam, że przecież nie trzeba być weterynarzem, żeby je kochać, opiekować się nimi, pomagać im, ale także ludziom.

– Kiedy zdecydowałaś, że pora zamienić mieszkanie na dom na wsi?

– Kiedy przywiozłam w pudełku 20 małych kurek i tyle samo kaczek. Śliczne, piszczące „taś-tasie”. W jednej chwili, razem z Łukaszem, stojąc po dwóch stronach tego wielkiego pudełka, jednogłośnie zdecydowaliśmy, że chyba pora wyprowadzić się z bloku.

– Kaczki w bloku? To musiało być niezłe przeżycie! Długo szukaliście odpowiedniego miejsca?

– Zaczęliśmy jeździć po okolicy, ale nie trwało to długo. Zakochaliśmy się w starej chacie. Kiedy zdecydowaliśmy się na jej zakup, nie wiedząc co nas czeka, robiliśmy na działce gwiazdy, chodziliśmy na rękach i tarzaliśmy się w trawie. Kupiliśmy trampolinę i przez kilka dni skakaliśmy z radości, a razem z nami syn i cztery psy. Samo przygotowanie domu do zamieszkania nie było łatwe. Musieliśmy włożyć w to dużo pracy, która była ponad nasze siły. W tamtym czasie moim marzeniem był jeden, chociażby krótki odcinek czegokolwiek w telewizji, jakaś reklama, bo ciągle pracowaliśmy fizycznie. Wspieraliśmy się jednak nawzajem i tak powstała stajnia, domki, chałupa, później chodnik, lampeczki i kolejne rzeczy. Nie kupiliśmy nic gotowego, wszystko staraliśmy się zrobić sami. A efekty naszej pracy cieszyły, i to jak!

– Wiele osób mieszkających na co dzień w mieście chciałoby mieć własny kąt na wsi.

– Nie ukrywam, że nie do końca zgadzam się z dzisiejszym obrazem świata. „Wszystko można kupić”, „wszystko ma swoją cenę, jest na sprzedaż” to hasła, którym staram się przeciwstawiać i które niesamowicie mnie smucą. Dlatego, gdy nasz dom odwiedzają goście i pytają, gdzie kupiliśmy, na przykład lampę, odpowiadamy, że zrobiliśmy ją sami. A blat, kredens? Też.

– Jesteście najlepszym dowodem na to, że jak się bardzo chce, to wszystko da się zrobić. Te wszystkie rzeczy sprawiają, że Wasz dom jest jeszcze bardziej wyjątkowy.

– Tak, często się nad tym zastanawiam i jestem pewna, że wszystko, co udało nam się osiągnąć, spełniło się tylko dlatego, że… robiliśmy to razem! Wspólnie nie przesypialiśmy nocy, dłubaliśmy w belkach, malowaliśmy ściany. A między nami – nasze zwierzęta.

– Dom jest już gotowy, czy jeszcze coś szykujecie?

– Tu robota nigdy się nie kończy. Zawsze można dorzucić kawałek sznureczka czy zawiesić drewniane serduszko, bo to przecież rękodzieło.

– Macie u siebie wiele egzotycznych podopiecznych. Jak wygląda opieka nad nimi?

– Przede wszystkim, poświęcam moim zwierzakom zdecydowaną większość dnia. Nie gniewam się, gdy zarwę kilka nocy. Udało mi się zdobyć ich zaufanie, ale działo się to powoli i wymagało ode mnie sporych pokładów cierpliwości. Niełatwo sprawić, by sowa jadła nam z ręki, a wąż, wypuszczony z terrarium, sam nas odnajdywał. Na to trzeba zasłużyć.

– Nie martwiłaś się, że sobie nie poradzisz?

– Za każdym razem, gdy ktoś do mnie dzwoni i mówi „Pani Marto, mam taką wyjątkową sytuację. Zaopiekuje się Pani naszym stworzeniem?”, robię do męża wielkie oczy kota, niemo pytając, czy się zgodzi. Zawsze otrzymuję odpowiedź „To kiedy
przyjedzie nowy lokator?”. Myślę sobie wtedy, że przecież jeden zwierzak więcej nie zrobi nam różnicy.

– Ilu macie obecnie podopiecznych?

– Około 35. Są to papugi, surykatki, psy, kot sfinks, konie, jaszczurki, wąż, sowa. Mamy też szynszyle, kawie domowe, króliki. Cała gromada.

– Jak wygląda Wasz dzień? Budzicie się i…?

– Zwykle budzą nas papugi. Zawsze słyszę „Lalala, Marta, Marta, lalala”. Otwierając oko i patrząc na zegarek, jęczę „Alex! Błagam, jeszcze pół godziny!”. I o dziwo – zapada cisza. Później wstaję, mam chęć na herbatę, ale jej nie piję, bo nie mam czasu – i lecę! Wypuścić surykatki na wybieg, nalać wodę koniom, dać im siana, zadbać o boksy. Przecież to nasi przyjaciele. Czekają na nas. Łukasz przygotowuje jajecznicę z jaj od naszych kur. Pieczemy chleb, który uwielbiamy. Ale największą radość sprawiają mi zajęcia z dziećmi.

– Dlaczego zaczęłaś je prowadzić?

– Ubolewam nad tym, że najmłodsi mają coraz mniejszy kontakt z prawdziwą wsią. Krowa jest dla nich zwierzęciem wręcz egzotycznym. Kury także. Uwielbiam pracę z dziećmi. Ogromną radość sprawia mi patrzenie, jak własnoręcznie przygotowują łapacze snów, zabawki i świeczki dla rodziców. Zbierają patyczki, materiały, wycinają i mają pomysł na zrobienie czegoś prawdziwego, od serca. Dziś, w świecie, gdzie wszystko jest do kupienia i ma swoją cenę. Wiem też, jak bardzo maluchy uwielbiają zwierzęta. Lgną do nich, przytulają, głaszczą i rozmawiają. Rodzice nie zawsze chcą pozwolić na trzymanie w domu papugi czy wielkiego psa. Gdy najmłodsi widzą u nas takiego czworonoga, natychmiast znikają smartfony i inne gadżety.

– Wiem już, jak wyglądają warsztaty u Was. A w szkołach i przedszkolach, które odwiedzasz?

– Dużo opowiadam. O moim życiu, obowiązkach związanych ze zwierzakami, o ich wymaganiach. Uczę dzieci odpowiedzialności i delikatności w obcowaniu z drugą istotą. Słuchają z zapartym tchem. Po spotkaniach często słyszę pytanie „A kiedy znów pani do nas przyjedzie?”, które zresztą bardzo mnie cieszy. Nasi podopieczni pomagają innym ludziom. Może wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak.

– Co dla nich robią?

– Papugi, surykatki, wąż i inne zwierzęta biorą udział w wielu akcjach, w których zbieramy pieniądze na leczenie najmłodszych. Są mistrzowską atrakcją, uwielbianą przez wszystkich. Charytatywne ogniska czy warsztaty skupiają tylko ludzi o wielkich sercach. Takie spotkania organizowaliśmy, między innymi, przy okazji zbiórki dla małej Marysi. Teraz chcemy dołączyć do akcji charytatywnej na rzecz dziecka potrzebującego pompy insulinowej.

– Wiem, że część Waszych zwierząt to „podrzutki”.

– Wszystkie psy zostały nam „oddane”. Cieszę się, że ludzie mają do nas zaufanie, dzwonią i proszą o pomoc. Rozumiem, że zdarzają się w życiu różne sytuacje losowe. Choroba, wyjazd, utrata pracy, mieszkania… wtedy czworonożny przyjaciel szuka domu. Oczywiście, nie możemy przygarnąć każdego, choć kilka lat temu miałam plan, że uratuję wszystkie zwierzęta. Życie jednak szybko go zweryfikowało. Zdarza się, że mamy „naddatek”. Wtedy nasi przyjaciele pomagają nam znaleźć dla maluchów nowe domy. Jeśli chodzi o pomoc zwierzakom, przed świętami wpadliśmy na nowy pomysł. Wrzuciłam ogłoszenie na Spotted Lublin, na Facebooku, że przygotuję wyprawkę dla 5 psów, które szukają kochającego właściciela albo że kupię budę dla czworonoga, który jej nie ma.

– Kiedy powiecie „dość”? Że nie macie już miejsca dla kolejnej potrzebującej istoty?

– Nigdy tego nie powiemy. Dlaczego? Kiedy ktoś dzwoni, obdarza mnie szczerością i prosi o pomoc, czy mogłabym mu odmówić? Czy w patowej sytuacji, w jakiej znalazł się ten człowiek, mam go oczernić i powiedzieć, że wyrzuca z domu przyjaciela? Nie. Wysłucham tej osoby i pomyślę, co mogę dla niej zrobić.

– Nie boisz się, że są i tacy, którzy wykorzystają Wasze dobre serca?

– Tak, i dlatego często rozmawiam z takimi ludźmi. W internecie nieraz trafiamy na ogłoszenia, że ktoś chce oddać kota, bo ma uczulenie. Czytając takie treści i komentarze pod nimi, wyrobiłam sobie krytyczne zdanie. Do czasu, gdy przyjechało do mnie pewne małżeństwo, by zostawić kota. Kobieta nie mogła prowadzić samochodu, tak mocno spuchły jej oczy z powodu… uczulenia. Od tej pory mocno zweryfikowałam swoje podejście. Oczywiście, zdarzają się i drastyczne sytuacje. Jeden z psów został wyrzucony z samochodu. Znaleźliśmy go w bardzo ciężkim stanie i pewnie nigdy nie dowiemy się, dlaczego to wszystko mu się przytrafiło. Wiemy natomiast, że ta psina już do końca życia będzie z nami. To mój ulubieniec. Zastanawiam się nieraz skąd biorą się takie „pomysły” wyrzucania zwierzęcia. Może z obawy przed hejtem, krytyką? Może przez wstyd? Przecież to niemożliwe, żeby ludzie byli tak źli. Nie wierzę w to. Dlatego potrzebne są takie zajęcia
dla dzieci, jak te, które prowadzę. Podam prosty przykład. Pojawiam się w szkole z surykatką Timonem. Pierwsze, co słyszę od uczniów, to że też chcą taką mieć. Zaczynam więc opowiadać o hodowli, obowiązkach i o tym, że surykatka ma gruczoły zapachowe, z których wydziela „niesamowite” perfumy. Przy odrobinie „szczęścia” możemy je poczuć. Gdy kończę spotkanie i pytam, kto chce kupić surykatkę, nie widzę już lasu rąk. Taka sama sytuacja jest z psem czy innym zwierzęciem. Nie chodzi mi o to, by zniechęcić do ich posiadania, tylko o to, by w mądry sposób do tego przygotować.

Agata Flisiak

Zachęcamy do kontaktu z Martą i Łukaszem pod nr tel. 796 395 656 lub mailowo: wroblowka53@gmail.com. Ranczo Wróblówka zapewnia kontakt ze zwierzętami. To także świetne miejsce do organizacji sesji fotograficznej. Ranczo organizuje też warsztaty przyrodnicze dla szkół i przedszkoli oraz imprezy integracyjne dla dzieci i dorosłych.

Najczęściej czytane