• Załatw sprawę w Urzędzie
  • Zdrowy Świdnik
  • rodzinka
  • Repertuar
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów
  • Idzie sobie Grześ...
sobota, 11 styczeń 2020 08:42

Goniąc za marzeniami

Napisała 
Goniąc za marzeniami fot. z archiwum O. Fijałkowskiej

Poznałyśmy się w liceum. Dołączyła do nas w drugiej klasie i choć przyszło jej wkupić się w łaski już dość zgranej paczki, szybko zaskarbiła sobie sympatię wszystkich. Już wtedy w głowie miała tylko konie. Uwielbiała o nich opowiadać, rysować je, a po lekcjach od razu ruszała do klubu, by trochę pojeździć. Niestety, jak to często bywa, gdy skończyłyśmy szkołę, nasz kontakt się urwał. Teraz, po latach, znów miałyśmy okazję porozmawiać. A było o czym. Wyjazd do Toskanii i otwarcie własnego klubu jeździeckiego to tylko część tego, o czym opowiedziała mi Olga Fijałkowska. Poznajcie jej drogę do spełnienia marzeń.

- Jak narodziła się Twoja pasja?

- Była we mnie odkąd tylko pamiętam. Początkowo, bardziej niż sam sport, interesowały mnie konie. Zanim zaczęłam uprawiać jeździectwo, marzyłam po prostu o kontakcie z tymi zwierzętami. Często je rysowałam i śniłam, że kiedyś będę właścicielką jednego z nich. Gdy tylko widziałam gdzieś konie, na żywo czy w telewizji, zastygałam jak słup soli i obserwowałam je. W końcu, gdy miałam 10 lat, podczas festynu organizowanego na świdnickim lotnisku, zobaczyłam parę kucyków. Dzieci mogły się na nich przejechać. Oczywiście przez cały dzień nie odeszłam od zagródki ani na krok. Aby móc na nich pojeździć, wydałam wszystkie pieniądze, a gdy mi ich zabrakło, zostałam, by chociaż patrzeć. Do dziś pamiętam ich imiona i to, jak wyglądały. To były dwa kucyki felińskie. Ciemnogniady ogierek Figlaz i myszowata Kiwi. Właściciele, pod koniec dnia, wręczyli mi wizytówkę z adresem ośrodka, którym był klub jeździecki Kenter w Świdniku. Tak moje sny zaczęły przeradzać się w rzeczywistość.

- Co tak bardzo podobało Ci się w koniach?

- To niewytłumaczalne. Powiedzieć, że wszystko, to za mało. To szlachetne i dumne zwierzęta. Zrozumieć moją fascynację może tylko ten, kto „choruje” na tę samą dolegliwość.

- Czy po festynie odwiedziłaś ten klub?

- Pojechałam do niego na drugi dzień. Spędziłam tam całe wakacje. Jak to mówią, „dajcie dzieciom pasję do zwierząt, a nigdy nie będą miały pieniędzy na używki i narkotyki.” I tak było ze mną. W głowie miałam tylko konie. Zresztą, te, które spotkałam na festynie, stały się tymi, na których nauczyłam się jeździć i wykonywałam pierwsze skoki przez przeszkody.

- A co o Twojej pasji mówili rodzice? W końcu miałaś zaledwie 10 lat, a konie bywają płochliwe.

- Nie było takiej siły, która mogłaby mnie od nich odwieść. Byłam pod stałą opieką instruktorów, którzy mnie uczyli i pilnowali. Zdarzało się, że byli surowi, ale dzięki temu mogli utrzymać porządek i moją uwagę w towarzystwie koni. Po latach doceniam wysiłki rodziców, którzy pozwolili mi pielęgnować pasję. Teraz widzę, ile musiało kosztować ich zaufanie mojemu instynktowi oraz płacenie za codzienne lekcje. Wcześniej zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Po prostu, podczas wakacji znajdowałam na stoliku wyliczone pieniądze na zajęcia i ruszałam na nie na swoim rowerku, aż żwirek się za mną podnosił. To dzięki rodzicom jestem dziś tu, gdzie jestem, bo to oni pozwolili mi gonić za marzeniami.

- Czy poza końmi, interesowałaś się również innymi zwierzętami?

- Tych także mi nie brakowało. Kocham wszystkie istoty, które nie mówią ludzkim głosem. Miałam psy, koty, króliki, papużki zeberki, rybki, szczurki, myszki i myszoskoczki. Słowem, niczego mi nie brakowało. Tylko konia nie miałam.

- Nie myślałaś o tym, by zostać weterynarzem? W końcu to zawód, który wybierają osoby kochające zwierzęta.

- Myślałam, ale gdy doszło do wyboru studiów, trudno było mi się zdecydować. Miałam wiele zainteresowań. Zastanawiałam się, czy wybrać malarstwo, turystykę, hodowlę koni. Wszystkie zainteresowania udało mi się połączyć dużo później w Toskanii. Wracając do zawodu weterynarza, widziałam ludzi w nim pracujących. Zmęczeni, często już niewrażliwi na różne sytuacje, wzywani o każdej porze dnia i nocy, nie mieli właściwie na nic czasu. Chciałam studiować to, co by mnie interesowało, dawało satysfakcję, ale też pieniądze, które pozwoliłyby mi udźwignąć ekonomicznie moją pasję. Wybrałam więc fizjoterapię.

- Wróćmy jeszcze na moment do klubu. Jak wspominasz naukę? Czym, według Ciebie, powinna charakteryzować się osoba, która chciałaby sprawdzić się w siodle?

- Liczą się nie tylko dobre chęci, ale też dyscyplina i zdrowy wysiłek fizyczny. To idealny sport, by wyćwiczyć właściwą postawę ciała. Wykonywany na świeżym powietrzu, z wyjątkowymi właściwościami hipoterapeutycznymi, pozwalającymi tworzyć więź dziecka czy dorosłego ze zwierzęciem. Jeździec nigdy nie poprzestaje na nauce i doskonaleniu umiejętności. W pierwszym etapie nauki ważne są codzienne treningi, które przynoszą nieporównywalne efekty. Mało kto może sobie jednak na nie pozwolić, bo są kosztowne i wymagają sporo czasu. Dobrze jest jednak utrzymać częstotliwość przynajmniej kilka razy w tygodniu. Istotni są również instruktorzy, potrafiący zachęcić, nauczyć, a kiedy trzeba, przycisnąć ucznia. Ja bez wątpienia takich miałam. Dzięki nim i rodzicom bardzo szybko stałam się niezależną amazonką w siodle.

- Dyscypliną, która interesuje wielu laików, są skoki przez przeszkody. Miałaś okazję się w nich sprawdzić?

- Nasz ośrodek się w nich specjalizował. Ta dyscyplina bardzo mnie zresztą pociągała.

- Z boku wygląda na bardzo trudną. W końcu trzeba przekonać konia do skoku, no i samemu nie spaść. Jak to zrobić?

- Lata praktyki, ćwiczeń i coś, czego nie ma w żadnym innym sporcie – komunikacja ze zwierzęciem. Absolutne porozumienie bez słów, dzięki naszemu ciężarowi ciała, równowadze, ułożeniu nóg przy bokach konia oraz delikatnemu, ale jednocześnie zdecydowanemu kontaktowi z wędzidłem. To takie trzy podstawowe środki komunikacji, dzięki którym można dojść do perfekcji. Kiedy jeździec ma wyćwiczone ruchy i skurcze poszczególnych mięśni, jest w stanie pokierować koniem bez wędzidła czy strzemion.

- Jak trafiłaś do Toskanii?

- Miałam 16 lat. W tamtym czasie moja mama pracowała we Florencji, a ja pojechałam do niej na wakacje. To było jak sen. Nietrudno zakochać się w Toskanii czy w ogóle we Włoszech. To urzekające miejsce.

- Z przeprowadzką do Włoch jednak jeszcze trochę poczekałaś.

- Wierzę, że marzenia się spełniają. Jak to pisał Pablo Coelho „kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć” i tak też było ze mną. Do Toskanii ruszyłam zaraz po ukończeniu liceum, ale wróciłam do Polski, na studia. Byłam przekonana, że inwestycja w pewny zawód pozwoli mi na lepszy start. Po zrobieniu dyplomu z fizjoterapii, wyruszyłam z walizką, w którą spakowałam całe swoje dotychczasowe życie i już nigdy nie wróciłam. No, może poza tymi chwilami, kiedy przyjeżdżałam odwiedzić rodzinę. Zaczęłam praktyki w szpitalu we Florencji, ale moje marzenia, jak widać, były silniejsze. Zaczęłam chodzić do różnych ośrodków jeździeckich i odwiedzać hodowle koni. Dobre podstawy oraz technika szybko zaowocowały. Zaczęłam się udzielać pomagając w lekcjach i prowadząc przejażdżki. W krótkim czasie udało mi się zrobić niezbędne kursy, dające uprawnienia przewodnika w terenie i instruktora pierwszego stopnia. Wreszcie nadszedł czas na wielki krok i otwarcie własnego klubu jeździeckiego.

- Nie bałaś się? W końcu to duża odpowiedzialność.

- Zadziałała nieświadomość początkującego. Gdy pojawiała się jakaś przeszkoda, pokonywałam ją. A trochę ich było. Pamiętam taką scenę. To było w pierwszym roku po mojej przeprowadzce. Wciąż czekałam na decyzję ministra zdrowia w Rzymie, aby móc rozpocząć staż we Florencji, więc w międzyczasie znalazłam stadninę koni arabskich do endurance (zawodów w wyścigach wytrzymałościowych na przełaj). Swoją drogą, wiele z nich było polskiego pochodzenia. Stadnina znajdowała się nad jeziorem Bilancino, jakieś 30 km od Florencji. Tam, oprócz jazd, pomagałam w ujeżdżaniu młodych koni. To był koniec wiosny. Miałam swojego ulubionego ogiera siwka. W promieniach słońca błyszczał jak perła. Od pierwszego kontaktu z Aidem, bo tak nazywał się ten koń, czułam z nim niezwykłą więź. Któregoś razu wyjechaliśmy w teren. Wokół nas były lasy, wzgórza, rzeki, piękno nie do opisania. Zaczęło się już zmierzchać, a my pokonywaliśmy ostatni odcinek trasy, wspinając się po łagodnym wzgórzu. W oddali, od gwiazd srebrzyło się jezioro, a ja czułam się jakbym jechała na zaczarowanym koniu. Jak mogłam nie zakochać się bez pamięci? Wtedy postanowiłam, że chcę mieć miejsce z końmi i innymi zwierzętami. Gdzie będę mogła przeżywać takie magiczne momenty w świecie pełnym wad i trudów. Dla takich momentów, uwierz mi, warto wylać pot, krew i łzy.

- Opowiedz o swoim klubie.

- Jest dość mały, w terenie nie tak wygodnym, jak przywykliśmy do tego w Polsce. Bardziej górzystym, ale to właśnie tu zamieszkałam z narzeczonym. Po prawie 6 latach działalności, mamy 5 koni, w tym pierwszego źrebaka, który urodził się u nas. Mamy trochę lokalnych jeźdźców, od najmłodszych, 3-latków czy 6-latków, którzy stawiają pierwsze kroki pod moją czujną opieką, po 70-latków. Ale największe zainteresowanie budzimy wśród turystów – Włochów i obcokrajowców, których przyciągają do Toskanii natura, zamki, sanktuaria. W okolicy znajduje się sanktuarium św. Franciszka La Verna oraz sanktuarium braciszków z Camaldoli.

- Wspomniałaś o turystach. Czy można się u Ciebie zatrzymać?

- Mamy apartament, w którym nocują nasi goście. Jeśli ktoś chce przeżyć przygodę na  koniu, serdecznie zapraszam. Nie potrzebuje doświadczenia. Wszystkiego go nauczę. Na stronie www.centroippicoantares.it/pl można znaleźć więcej informacji o moim klubie, zajęciach i całej ofercie.

- Twoim głównym zadaniem stało się więc przekazywanie miłości do koni innym osobom. Czy, mimo to, wciąż znajdujesz czas na przejażdżki dla przyjemności?

- Tak, przemierzanie starej, romańskiej drogi, otoczonej stuletnimi cyprysami, zwiedzanie w najwdzięczniejszy sposób, bo na grzbiecie konia, Toskanii. Nadal mam wiele magicznych momentów jak ten, o którym wcześniej opowiedziałam. Teren jest tak rozmaity i jest tyle do zobaczenia, że wraz z narzeczonym lubimy wybrać się na wycieczkę, by zbadać nowe ścieżki czy zjazdy do zabytków. W tym roku pojechaliśmy z końmi nad morze. W ten sposób zrealizowałam stare marzenie o galopowaniu na plaży. Posiadanie własnego klubu, to też ciężka praca, nie zaprzeczam. Trzeba o wszystko zadbać. Konie, wbrew pozorom, to bardzo delikatne istoty. Biorę też odpowiedzialność za swoich uczniów podczas lekcji czy przejażdżek.

- Widać, że ciężka praca w ogóle Ci nie przeszkadza.

- Nie mogę pozwolić sobie na gorszy dzień. Zawsze daję z siebie 100%, chociaż, gdy nadchodzi koniec dnia też czuję zmęczenie. Ta praca ma swoje zalety i wady. Nie spędzam 8 godzin dziennie przy biurku, w sklepie czy gabinecie. Ale gdy na dworze pada deszcz, to moknę. Gdy wieje wiatr, łzawią mi oczy, jak pali słońce, to płonie mi skóra, a gdy jest mróz, zamarzają czubki palców. To praca, która nigdy się nie kończy. Konie mam właściwie przy domu, tak, żeby zawsze mieć wszystko pod kontrolą. Nie wyobrażam sobie innego życia.

- Jak chcesz, by to wszystko dalej się potoczyło? Jak myślisz, jak Twoje życie będzie wyglądało za kilkanaście lat?

- To trudne pytanie. Ciągle się rozwijamy, coś konstruujemy, ulepszamy. Mamy nowe pomysły, oferty. Może w to nie uwierzysz, ale nie myślę o przyszłości. Mogę tylko fantazjować co będzie za kilkanaście lat. Minęło już prawie 8 lat odkąd jestem we Włoszech. Sama nie wiem, kiedy to zleciało. Dla mnie czas się zatrzymał i dobrze mi z tym. Jedyne, czego jestem pewna to, że tu jest moje miejsce na ziemi. Kto wie, może w przyszłości zdecyduję się na powrót do Polski, ale gdybyś zapytała mnie o to dziś, odpowiedziałabym, że zostaję tutaj.

Najczęściej czytane