• Slajd Wirtualny Spacer
  • Repertuar
  • Zdrowy Świdnik
  • rodzinka
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów
  • Wirtualny spacer po Strefie Historii
  • SH
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Idzie sobie Grześ...
wtorek, 06 listopad 2018 12:53

Wszystko jest możliwe

Napisała 

Świdniczanin Piotr Usidus udowadnia to na każdym kroku. Miłośnik triathlonu, nauczyciel z pasji, od zawsze dążący do samorealizacji, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. W życiu prywatnym i zawodowym kieruje się prostą zasadą - wystarczy chcieć, a chcieć to móc.

- Twoje życie porównałabym właśnie do triathlonu. Nauczyciel, sportowiec, działacz społeczny. Trzy materie na pozór podobne, a jednak każda z nich wymaga ogromu zaangażowania.

- Po części coś w tym jest, ale od zawsze powtarzam, że dla chcącego nic trudnego. Jedyne, na co mogę ponarzekać to czas, którego często brakuje. Jeżeli chcemy zająć się jakimś hobby, jeśli zaangażujemy się, wtedy znajdziemy i wygospodarujemy czas tak, aby móc zrealizować swój plan. Nie siądziemy o 18.00 przed telewizorem, tylko zrobimy wszystko, żeby znaleźć dodatkowe minuty i ruszyć dalej.

- Co sprawiło, że zostałeś nauczycielem?

- To dobre pytanie. Hm. Chyba wszystko zaczęło się właśnie od szkoły. Sport towarzyszył mi od najmłodszych lat. Często brałem udział w zawodach sportowych, później rozpocząłem studia na Akademii Wychowania Fizycznego. To była sama przyjemność móc studiować różne dyscypliny sportu, poznawać i uczyć się nowych rzeczy. Czułem, że to daje mi wiele radości. Podczas studiów miałem też okazję pojechać na kolonie z dziećmi niepełnosprawnymi. To właśnie wtedy zapadła decyzja. Zrobiłem kolejny krok do przodu, uprawnienia z oligofrenopedagogiki, które umożliwiają pracę w szkole specjalnej. Złożyłem CV w wielu z nich, po czym okazało się, że właśnie w Świdniku jest wolne miejsce. Swoją przygodę zacząłem od internatu, gdzie byłem wychowawcą, ale od początku próbowałem zaszczepiać w moich uczniach zamiłowanie do sportu. W wolnych chwilach zabierałem ich na „orliki” czy spacer, żeby tylko się ruszyć i nie marnować dnia.

- Teraz zajmujesz się sportem w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym.

- To kolejny etap mojej pracy. Prowadzę zajęcia, jestem wychowawcą. Daję dzieciakom możliwość rozwoju. Większość z nich jest świadoma swojej niepełnosprawności czy dysfunkcji. Najważniejsze jednak jest to, aby znaleźć u każdego coś, co zmotywuje do działania. W każdej szkole znajdą się dzieci, które odrabiają lekcje, po czym siedzą bezczynnie w domu i nic poza tym nie robią. W naszej placówce staramy się, aby tak nie było. Praca daje mi naprawdę wiele, przede wszystkim satysfakcję. Uważam, że ze zdrowymi dziećmi łatwiej jest osiągnąć zamierzone cele. Nasi uczniowie nie mają takich możliwości fizycznych, jak one. Inaczej się zachowują, w szkole masowej mogliby być skreśleni. Dzięki naszym zajęciom możemy ich docenić. W swoim środowisku są zupełnie inni, dajemy im możliwości dążenia do tego, żeby lepiej funkcjonowali. To niezwykła radość, gdy dziecko, które miało problem z chodzeniem, teraz pokonuje większe dystanse. Są osoby, które nie lubiły sportu, a obecnie uczęszczają na wszystkie zajęcia wychowania fizycznego. Może nie stworzymy jakiejś wielkiej reprezentacji, ale uczestniczymy w wielu zawodach w całym województwie.

- Efektem tego są liczne nagrody i wyróżnienia. Patrząc na zdjęcia z takich imprez stwierdzam, że po Twoich uczniach w ogóle nie widać zmęczenia…

- Bo to jest radość, że można wyjść i coś zrobić. Teraz współpracujemy z Miejskim Klubem Sportowym Avia Świdnik. Dzięki temu mamy możliwość przeprowadzenia zajęć na profesjonalnym boisku. Dla dzieciaków samo hasło, że idziemy na Avię, to już jest „coś”. Jak spotykają zawodników na stadionie, prezesa MKS i mogą uścisnąć im dłoń, przywitać się. To dla nich duże przeżycie, a dla nas sama przyjemność, że możemy sprawić im radość. Uśmiech na ich twarzach uświadamia nam, nauczycielom, że idziemy w dobrą stronę. Nie chodzi o to żeby męczyć i rozkazywać, bo uważam, że to najgorsze, co możemy zrobić. Każdy jest indywidualnością. Trzeba dać dziecku wybór. To dotyczy wszystkich sfer życia. Jestem też przeciwny zwolnieniom z wf-u. Jedni będą grać w piłkę, drudzy biegać czy pływać, a inni, np. chodzić na dłuższe spacery. Nie trzeba trenować codziennie, by poczuć się lepiej. Najtrudniejszy jest pierwszy krok, później idzie już z górki. Ważne, żeby się nawzajem motywować.

- Stąd pomysł na utworzenie fanpage’a „Wuefista Triathlonista”?

- Dokładnie tak. Jestem sportowcem-amatorem, starty w zawodach sprawiają mi wielką przyjemność, ale nie zmuszam się do niczego i nigdy nie będę zawodowcem. Nie zależy mi na tym, żeby za wszelką cenę trenować i wygrywać. Dla mnie najfajniejsze jest to, że na wyjazdach mogę poznawać nowych ludzi, przełamywać bariery, walczyć z własnymi słabościami, próbować czegoś nowego. Publikując moje przygotowania, plany i przemyślenia na Facebooku uświadamiam moim uczniom, że nie ma żadnych ograniczeń. Na Świdniku życie się nie kończy, można gdzieś pojechać, coś osiągnąć. Mamy dużo przykładów takich osób, jak np. Artur Jendrych, Czarek Bednarz, sportowcy- amatorzy, którzy trenują i pokazują, że wszystko jest możliwe. To dla dzieciaków duża motywacja. Też lubię wyznaczyć sobie jakiś cel i dążyć do niego. Po to jest ten fanpage, żeby u innych zaszczepić zamiłowanie do sportu, dać nadzieję, a dla mnie to taki bat (śmiech). Skoro powiedziałem A, to muszę powiedzieć B i nie poddawać się. Ludzie myślą, że bycie nauczycielem to taki „lajcik”. W przypadku wuefisty - pójdzie się na trzy czy cztery godziny, rzuci się piłką i do domu… Nie, tak wcale nie jest. Jeżeli praca jest naszą pasją, to trzeba poświęcić dużo czasu nie tylko na treningi, ale i na rozmowę. To ona gwarantuje nam połowę sukcesu. Dzieciaki uwielbiają konkrety. Jeżeli coś im się obieca, trzeba tego pilnować, inaczej linia współpracy może zostać zachwiana. Na fanpage’u, ale i w szkole, staram się im przekazywać, przede wszystkim, ważną zasadę fair play. Działamy razem, każdy może osiągnąć swój sukces, ale nie zrobimy tego po tak zwanych „trupach do celu”. I to jest najważniejsze. Możesz być ostatni, ale jesteś zwycięzcą, jeśli przestrzegasz zasad.

- Właśnie taki jest triathlon?

- Nie ma podkładania nóg i zwycięstwa za wszelką cenę. To ciekawy sport łączący trzy dyscypliny: pływanie, kolarstwo i bieg. Zaciekawił mnie dlatego, że jest sportem indywidualnym. Oczywiście są odmiany, gdzie można startować w sztafecie. Nie należy on do najtańszych, niestety, ale sprawia przyjemność i daje możliwość realizowania się na wielu płaszczyznach. A dodatkowo mamy dużo czasu na przemyślenie miliona spraw i wyciszenie się. Wtedy też wpadają do głowy różne kosmiczne pomysły, jak np. udział w zawodach Ironman czy wyjazd, większą grupą, na rowerach do Gdańska (śmiech). Przy okazji staramy się wspierać potrzebujących. Organizujemy wyprawy rowerowe, zbieramy pieniądze na leczenie. Zapraszam każdego na fanpage. Można do nas dołączyć. Tak samo w przypadku triathlonu, jeżeli ktoś chciałby zacząć swoją przygodę, to chętnie pomogę, doradzę i wspólnie zaczniemy treningi.

- Twoja praca została już doceniona. Otrzymałeś dwie nominacje do tytułu Najpopularniejszego Sportowca Roku w Świdniku, a także lubelskiego „Człowieka Roku 2017”, w kategorii działalność społeczna i charytatywna.

- To bardzo fajne, ale nie najważniejsze. Nigdy nie chciałbym być kojarzony ze słowem „charytatywność”. Nie chodzi też o promocję własnej osoby. Jedni oddają krew, drudzy organizują imprezy. Najważniejsze to czerpać z tego przyjemność i pomagać innym. Zawsze warto to robić.

- Wiem, że Twoim marzeniem jest utworzenie świdnickiej, triathlonowej grupy młodzieżowej.

- Tak, ale to bardzo ciężkie logistycznie zadanie. To treningi na basenie i w hali, za którymi idą wysokie koszty. W całej Polsce takich grup jest może dwie lub trzy. W Świdniku króluje piłka nożna i siatkówka, triathlon nie jest aż tak popularnym sportem, a przecież to dyscyplina olimpijska. Gdyby udało się utworzyć taką grupę, byłoby świetnie. To także promocja dla całego miasta. Jeżdżąc na zawody widzę, że ludzie kojarzą Świdnik, głównie dzięki wuesce i śmigłowcom. Mam nadzieję, że kiedyś usłyszą o nas poprzez triathlon. Liczę, że znajdzie się więcej osób, które zechcą go trenować. Kiedyś nie wyobrażałem sobie, że wystartuje w Ironmanie i ukończę zawody. Przepłynę blisko 4 tys. km, zaliczę 180 km na rowerze i jeszcze pokonam maraton. Dzisiaj wiem, że wszystko jest możliwe. Trzeba tylko podejść do tego zdrowo. Nie zakładać sobie wysokich celów, najpierw trzeba spróbować, a później, w miarę możliwości, poprawiać swoje wyniki.

Sandra Rutkowska

Najczęściej czytane