• Załatw sprawę w Urzędzie
  • Wirtualny spacer po Strefie Historii
  • Zdrowy Świdnik
  • Idzie sobie Grześ...
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów
  • Slajd Wirtualny Spacer
  • Repertuar
  • SH
  • rodzinka
sobota, 03 listopad 2018 11:00

Przełamując stereotypy

Napisał 

Chociaż nie pochodzi z lotniczego miasta, uważa że Świdnik jest „spoko”. Korzystając z nowoczesnych technologii szuka sposobu, jak dotrzeć do młodych osób, zaszczepić w nich ciekawość świata i odnaleźć ścieżkę do wspólnego celu. O hejcie, serwisach społecznościowych oraz potędze internetu opowiedział nam Piotr Abramowicz, nauczyciel języka angielskiego w I Liceum Ogólnokształcącym im. Wł. Broniewskiego w Świdniku.

- Jakiś czas temu zobaczyłem Pana fotografię w koszulce z napisem „Świdnik jest spoko”...

- Publikując to zdjęcie, chciałem zwrócić uwagę na wszechobecny hejt, szczególnie  w internecie. Zauważyłem że niektóre dzieciaki czują się gorsze od tych z większych miast. Mają pewnego rodzaju kompleks, wstydzą się przyznać, że są ze Świdnika. W mojej ocenie jest to zupełnie niesłuszne. Hejt na to miasto pojawia się, przede wszystkim, w wypowiedziach osób, które nie znają Świdnika i ludzi tu żyjących. Łatwo, szczególnie w cyfrowej erze, przyczepić się, ale nie idą za tym żadne konkretne argumenty. Z drugiej strony, z pełną stanowczością podkreślam, że to miasto, jak i ludzie tu żyjący, są spoko. Dlatego zrobiłem sobie koszulkę z tym hasłem i noszę ją przy wielu okazjach.

- No właśnie, a jak trafił Pan do lotniczego miasta.

- W zasadzie był to przypadek. Uczyć zacząłem już na studiach i od razu zrozumiałem, że to jest to, czemu chciałbym się poświęcić. Na początku trafiłem do małej, wiejskiej podstawówki. Jednak ciągłe dojazdy były męczące, więc gdy zobaczyłem, że jest oferta pracy w Świdniku postanowiłem spróbować. I tak już 10 lat uczę w „Bronku”.

- Inaczej pracuje się z małymi dziećmi, a inaczej z dorastającą młodzieżą.

- Praca z każdą grupą wiekową ma swoje plusy. Dzieciaki są bardzo spontaniczne. Przeżyłem tam mnóstwo przecudnych sytuacji. Pamiętam uczennicę, która wołała na mnie „tato” (śmiech). Zdarzało się dość często, że maluchy wybiegały na drogę z dala widząc mój samochód. Licealiści już tak nie robią (śmiech). Po pewnym czasie stwierdziłem jednak, że chcę pracować na wyższym poziomie językowym, stąd transfer do liceum. To zupełnie inna bajka, jednak bardzo się cieszę, że zdecydowałem się na taki krok.

- Od początku wiedział Pan, że zostanie nauczycielem?

- Studiowałem lingwistykę stosowaną, w czasach gdy Polska wstępowała do Unii Europejskiej. Gros znajomych liczyło na pracę tłumacza i gigantyczne zarobki. To bardzo ciekawa wizja, jednak ja nie nastawiałem się na tę dziedzinę. Skoncentrowałem się na specjalizacji metodycznej. Momentem przełomowym był trzeci rok studiów, kiedy poszedłem na praktyki zawodowe do podstawówki, którą sam ukończyłem. Zobaczyłem, jak wspaniałe i kreatywne są dzieciaki. Gdy przerabiałem ten sam materiał w różnych klasach nigdy nie przeprowadziłem identycznych lekcji. Wtedy zrozumiałem, że to jest to.

- Przełamuje Pan stereotyp nauczyciela siedzącego za biurkiem, zmuszającego i nakazującego.

- Wydaje mi się, że taki obraz belfra przechodzi do lamusa. Jestem zdania, że opór jest naturalną reakcją na przymus. Im mocniej komuś nakazujemy, tym usilniej będzie szukał sposobu, aby od tego uciec. Miałem to szczęście, że na studiach poznałem kilka osób, które pokazały mi, że ucząc się dostrzegamy różnice kulturowe, otwieramy oczy na cały świat. To chcę przekazać też moim uczniom, stawiać na współpracę, odnalezienie ścieżki do wspólnego celu. Aby tego dokonać, musimy porozumiewać się zrozumiałym dla siebie językiem, korzystać z tych samych technologii. Wystarczy spojrzeć na młodzież, by przekonać się, że 90% nastolatków siedzi z telefonem w ręku. Social media są ogromnym obszarem, w którym oni świetnie się czują, a nas tam brakuje. Chcąc do nich dotrzeć tą drogą założyłem konta na serwisach społecznościowych. Ważne jest to, że w tej przestrzeni nie ma przymusu. Kto chce ten wchodzi, kto nie, nie musi. Dlatego wszelkie reakcje tak mnie cieszą, bo płyną z serca, a nie poczucia obowiązku. Uczniowie wiedzą doskonale, że za „lajka” nie spojrzę na nich łaskawszym okiem (śmiech). Dodatkowo internet daje nam możliwości, których nie mamy podczas zajęć szkolnych. Mogę podesłać film, który moim zdaniem warto zobaczyć, a na to nie byłoby czasu podczas 45-minutowych lekcji.

- Spodziewał się Pan takiej reakcji na ten pomysł?

- Powiem szczerze, że już na początku przerosło to moje wyobrażenia. Zakładając profil na facebooku myślałem, że będzie mnie obserwować ok. 40 osób, które uczę. Już w pierwszych dniach, kiedy nie publikowałem zbyt dużo treści, było ich ponad 100. Reakcja internautów zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Wiedziałem, że internet ma wielką moc, ale nie spodziewałem się, że aż tak dużą. Niesamowite jest to, że w tej przestrzeni wszyscy jesteśmy równi. Wpisy komentują uczniowie, absolwenci, ale także osoby, których kompletnie nie znam. W ten sposób tworzy się fantastyczna jedność.

- Co daje najwięcej satysfakcji w tej pracy?

- Tych momentów jest sporo. Najbardziej lubię drobne dowody świadczące o tym, że dotarłem do kogoś, mogłem poszerzyć czyjeś horyzonty. Często odzywają się absolwenci mówiąc, że akurat mogli posłużyć się słowem czy zwrotem, który wynieśli z moich lekcji. Ważne jest to, że uczniowie mnie akceptują. Nie chodzi absolutnie o to, żebyśmy byli przyjaciółmi, jednak warto, aby widzieli w pedagogach osoby, którym mogą zaufać, podejść podczas przerwy i normalnie pogadać. Te wszystkie małe sprawy nadają sens moim działaniom. Oczywiście są też kwestie wymierne, jak dobre wyniki na maturze, które w „Bronku” są na wysokim poziomie.

- W ubiegłym roku echem odbiła się Pana inicjatywa związana z apelem o niekupowanie kwiatów podczas zakończenia roku szkolnego. Zaproponował Pan, aby zamiast tego przekazać pieniądze na leczenie chorego dziecka.

- Wszelkiego rodzaju akcje charytatywne czy dobroczynne nie są nam obce. Cała szkoła angażuje się w co tylko może. Zbieramy pieniądze, ubrania, zabawki, karmę dla zwierząt, organizujemy kiermasze ciast, turnieje charytatywne, tworzymy prezenty na mikołajki dla dzieciaków z domu dziecka. Zupełnie przypadkowo natrafiłem na informacje o Jasiu, który zbierał pieniądze na leczenie w Stanach i stwierdziłem, że mogę dołożyć coś od siebie. Będąc już świadomym mocy Internetu, wiedziałem, że jeśli wiele osób wykona drobny gest, efekt będzie wielki. To, że zrobił się wokół tego duży szum tylko cieszy. Dzięki temu takie akcje organizowane były także w innych szkołach w Świdniku i w Polsce.

- Oprócz nauki, ważne jest by mieć jeszcze odskocznię...

- W moim przypadku jest to sport. Jeżdżę rowerem, pływam, gram w koszykówkę. Tu znów wrócę do szkoły. To niezwykle miłe momenty, kiedy uczniowie czy absolwenci proponują wspólną grę, a zdarzyło się to już parę razy. Poza tym, czasami po intensywnym tygodniu miło przeczytać książkę, obejrzeć film, pograć z synem na Xboxie, czy po prostu nic nie robić.

Jacek Gański

Najczęściej czytane