• Repertuar
  • SH
  • Slajd Wirtualny Spacer
  • Zdrowy Świdnik
  • Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów
  • Idzie sobie Grześ...
  • rodzinka
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • Wirtualny spacer po Strefie Historii
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Schronisko w Krzesimowie
sobota, 15 wrzesień 2018 09:43

W terapii drzemie moc...

Napisał 

... - mówi psychoterapeutka Magdalena Pierzchała-Iwaniuk, która prowadzi w Świdniku gabinet psychoterapii KOKON i przekonuje, że najważniejsze, to odważyć się zrobić pierwszy krok w stronę zdrowia. W rozmowie pytamy o jej zawód i metody pracy, a także o to, czy korzystanie z pomocy terapeuty wciąż jest tematem tabu i w czym może pomóc nam terapia.

- Psycholog, psychiatra, psychoterapeuta. Niektórzy mylnie postrzegają te zawody, myśląc, że zajmują się tym samym. Na czym polega różnica?

- Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, ale na pewno bardzo ważna. Psychiatra to lekarz, doktor nauk medycznych. Ktoś, kto potrafi wysłuchać drugiego człowieka, a jeśli zajdzie taka potrzeba, dobrać mu odpowiednie leczenie farmakologiczne. Natomiast czym różni się psycholog od psychoterapeuty? Nie chciałabym umniejszać czy znieważać niczyjej pracy, ale mam poczucie, że psycholog, który nie jest terapeutą ma związane ręce, jeśli chodzi o możliwość współpracy z drugim człowiekiem. Oczywiście, warto do niego pójść po wsparcie. To dobra decyzja, jeśli ktoś chce zrzucić z siebie ciężar psychiczny, ale nie jest przekonany, że chce rozpocząć psychoterapię. Terapeuta natomiast to osoba, która przeszła terapię własną. Musi być mocno ugruntowana w swoim życiu, bo tylko wtedy jest w stanie zapewnić komuś długoletnie wsparcie. Psycholog, który zna się na rzeczy, jest świadomy swoich możliwości i ograniczeń. Wie, kiedy ktoś potrzebuje terapii krótko- lub długofalowej i należy skierować go do psychoterapeuty. Powiedziałabym, że psychoterapeuci sięgają do emocjonalnych trzewi pacjenta, żeby mogła zajść w nim zmiana, o ile naprawdę tego chce.

- Czym Pani się zajmuje?

- Prowadzę, m. in. terapię systemową, w którą angażowane są całe rodziny, a czasami także, na przykład, szkoła. To pozwala na rozwiązanie konfliktu i przemianę. Jest to jedna z szybszych form psychoterapii, ponieważ zmiana dokonuje się nie tylko w tzw. jednostce problematycznej. Rodzice często uważają, że to dziecko stanowi problem, że w domu, z nimi, wszystko jest dobrze. Nieraz okazuje się, że jest odwrotnie, więc pracujemy nad tym, by w każdym mogła zajść mikrozmiana, bo to nie fair wycelować wszystkie problemy w jednego człowieka.

- Takie spotkania, podczas których jedna osoba znajduje się w centrum uwagi wszystkich, muszą być trudne. Trzeba wszystko wypośrodkować i zapytać, co tak naprawdę jest problemem.

- To fajne, ponieważ można zadać jedno pytanie i już sama odpowiedź na nie wprowadza jakąś ewolucję. Rodzice, na przykład, mogą mieć fantazję na temat tego, dlaczego ich pociecha funkcjonuje w określony sposób. Myślą, że inaczej zachowuje się przy rówieśnikach niż w domu. Dziecko może w gabinecie opowiedzieć w bezpiecznych warunkach, o ile znajdzie w sobie na to odwagę, co go trapi. To może spowodować, że zyska trochę przestrzeni i powietrza, ale rodzice także dostaną wsparcie. Czasem to nie dziecko, nastolatek czy dorosły jest problemem, tylko to, w jaki sposób funkcjonuje system. Prowadzę również terapię indywidualną, par, małżeństw.

- Potrafimy przyznać się do tego, że coś nas trapi i nie wiemy, jak to przepracować?

- Większość osób, które mnie otacza przeszła terapię własną i wie, że jest to niezbędne, by stanąć na własnych nogach. Z relacji pacjentów, którzy przychodzą do mnie po raz pierwszy wiem, że trudno jest im się przełamać i przyznać, że coś ich trapi. Mówią, że boją się oceny społeczeństwa. Myślę, że to raczej lęk przed zmianą, przed tym, by wyjść z domu rodzinnego. Ten problem dotyka nawet 40- czy 50-latków, którzy boją się, że wychodząc z rodzicielskich butów, stracą je. Tymczasem, ta strata miała już miejsce. Podążając torem, który system rodzinny z jakiegoś powodu „zaprogramował” dla jednostki, rozpaczliwie przedłuża się relacje z nieobecnymi emocjonalnie lub rzeczywiście nieżyjącymi jej członkami. To strasznie trudne, nagle pożegnać się i wejść w swoje życie. Terapia jest krokiem dla ludzi odważnych. Jestem pod ogromnym wrażeniem, kiedy ktoś zjawia się na niej z własnej woli.

- Z czym przychodzimy do psychoterapeuty?

- Czasami znajdujemy się w sytuacji na tyle kryzysowej i bolesnej, że wiemy, iż nie będziemy potrafili sami sobie pomóc. Doraźne formy nie działają albo są mało skuteczne i nagle trzeba zapukać do drzwi gabinetu. Innym razem ktoś nas przyprowadza - partnerka, mąż, żona, rodzina, choć najfajniej jest, kiedy przyprowadzamy sami siebie. Ludzie przychodzą z powodu nadmiaru przeżywanych trudności, ale też z chęci własnego rozwoju albo dlatego, że terapię zaleca im psychiatra. Zdarza się też, że do gabinetu trafiają osoby, które cierpią na bóle somatyczne. Chodzą od lekarza do lekarza, bo fizycznie coś im doskwiera, ale wyniki badań tego nie potwierdzają. Nie ma wtedy powodu, by podawać komuś na to leki. Na szczęście, lekarze coraz częściej zauważają, że większość problemów bólowych bierze się z nieprzepracowanego stresu i zalecają wizytę u psychologa albo psychoterapeuty. Są też pacjenci, którzy zgłaszają się z traumami. Ich przepracowanie jest konieczne, ponieważ grozi naprawdę głębokim uszczerbkiem na zdrowiu. Dobrym rozwiązaniem może być w tym przypadku metoda TRE® (Trauma Releasing Exercises), opracowana przez dr Davida Berceli’ego. Polega na uruchomieniu w ciele, za pomocą sekwencji ćwiczeń, wibracji neurogenicznych umożliwiających uwolnienie się od stresu i traumy. Metoda ta cudownie współpracuje z procesem terapeutycznym u klienta, znacznie przyspieszając jego proces terapeutyczny. Jest odpowiednia dla osób w każdym wieku oraz kondycji fizycznej i prosta do opanowania. Dzięki TRE® ciało odzyskuje naturalną równowagę, w której neurologiczny, biochemiczny i anatomiczny układ pracują w harmonii. Więcej można się dowiedzieć na www.tre-polska.pl, stronie Elżbiety Pakocy, licencjonowanej nauczycielki TRE®, u której się certyfikuję. Moim zadaniem jest nauczenie drugiego człowieka tej metody, by mógł praktykować ją w warunkach domowych.

- Z jakich innych metod Pani korzysta?

- Wykonuję terapię EEG Biofeedback. To nowa metoda terapeutyczna, zwiększająca skuteczność funkcjonowania naszego mózgu, która wchodzi w spis międzynarodowych procedur medycznych. Jest uznana za nieinwazyjną, bez skutków ubocznych. Polega na nauczeniu mózgu samokontroli pracy za pomocą modyfikacji fal mózgowych. Stosuje się ją w gabinetach medycyny klasycznej. Obecnie jedynym miejscem w Świdniku, gdzie klienci mogą prywatnie skorzystać z tej metody terapii jest KOKON. Dzięki treningom znacznie poprawia się pamięć, koncentracja, szybkość myślenia, wzrasta kreatywność i myślenie twórcze. Zmniejszeniu ulegają też fizjologiczne objawy nadpobudliwości psychoruchowej, podnosi się samoocena, odporność na stres, zdolność do kontroli emocji i opanowania gniewu. Ta metoda sprawdza się również przy pracy z osobami, które mają problem np. z wystąpieniami publicznymi.

- W pracy nieraz słucha Pani o bardzo ciężkich przeżyciach innych ludzi.

- Gdybym nie przeszła procesu terapeutycznego, zdecydowanie nie mogłabym pracować w branży. Na szczęście przeszłam i mam fajne metody, które mogę stosować. Po całym dniu słuchania różnych historii, czasem trudnych i dramatycznych, robię sobie sesję TRE®. Uprawiam też dużo sportu. Chodzę na Zumbę, siłownię, pływam. Wysiłek fizyczny pomaga mi zrzucić napięcie i pozwala przyjść na kolejne spotkanie z czystą głową. Jednak dla każdego psychoterapeuty bardzo ważna jest też superwizja, czyli zabezpieczenie w postaci osoby, do której możemy pójść, kiedy z czymś utkniemy, pojawią się wątpliwości jak pomóc drugiemu człowiekowi albo pytania, na które nie znamy odpowiedzi. Superwizor daje nam informację zwrotną na temat naszej pracy z pacjentami. Jestem dobrze zabezpieczona, bo oddzielnie superwizuję pracę terapeutyczną, TRE® i Biofeedback.

- Dlaczego w ogóle zdecydowała się Pani na ten zawód?

- W środowisku, w którym się wychowałam oraz w szkole, brakowało miejsca na wyrażanie emocji. A ja czułam, że mam potrzebę wyrzucenia ich z siebie. Robiłam to w dziwaczy sposób. Strasznie przechodziłam okres buntu. Mogłabym mówić o tym, jak nie mieściły się we mnie emocje i co wyczyniałam jako dziecko, a potem nastolatka. Mogłabym też opowiadać o godzinach spędzonych na superwizjach, szkoleniach, treningach. O stratach, które przeżyłam i które zobligowały mnie do tego, żeby zaopiekować się sobą. Dzięki temu dostrzegłam, jak niezbędne jest to, żeby nawzajem się słuchać i zaufać drugiej osobie. Uświadomiłam sobie, że w tym jest moc. Ma to działanie kojące i lecznicze. Odkryłam też, że sama potrafię słuchać i pomagać innym. Kiedy w 2010 roku zaczęłam pracę w Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Świdniku, zostałam zobligowana do wspierania innych, co natychmiast zmotywowało mnie do pójścia na terapię własną. Czułam, że jeśli usłyszę, że ktoś ma historię podobną do mojej, popłaczę się razem z nim, zamiast mu pomóc. Nie wiem do końca, która z tych odpowiedzi jest najbardziej trafna. Chyba cała siatka tych doświadczeń, dużo chęci i samozaparcia sprawiła, że zdecydowałam się na taką, a nie inną działalność.

Agata Flisiak

Najczęściej czytane

  • DSC_0586
  • DSC_0622
  • DSC_0567
  • dsc_0036
  • mural-2
  • mural-6
  • DSC_0560
  • mural-7
  • DSC_0600
  • DSC_0617
  • DSC_0603