• Idzie sobie Grześ...
  • Zdrowy Świdnik
  • rodzinka
  • Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów
  • Repertuar
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • Wirtualny spacer po Strefie Historii
  • SH
  • Slajd Wirtualny Spacer
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Schronisko w Krzesimowie
wtorek, 07 sierpień 2018 09:36

Twarze Świdnika

Napisała 
Twarze Świdnika fot. Katarzyna Gromada

Swoją przygodę ze sportem zaczął od karate, jednak od zawsze interesował się wschodnimi sztukami walki. Mowa o Hubercie „Małpie” Szymajdzie, który jest pierwszym świdniczaninem reprezentującym zawodową grupę MMA. W rozmowie z nami opowiada o swojej ścieżce do kariery, zwycięstwach, ale i porażkach, które, jak sam mówi, nie są końcem świata, a możliwością rozwoju, który zależy wyłącznie od nas samych. Bo najważniejsze to odnaleźć własną drogę.

- Po dwuletniej przerwie wróciłeś do walk, choć tak naprawdę Twoje zamiłowanie do sportu nigdy się nie zmieniło.

- Teraz, z perspektywy czasu, wiem, że tego potrzebowałem. Wyjazd z kraju wiązał się z prywatnymi sprawami. Odciąłem się od wszystkiego, ale nawet podczas pobytu w Norwegii prowadziłem sekcję treningową. Początkowo plany były inne, bardziej długoterminowe. Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że każdy jest kowalem swojego losu. MMA dało mi pewność siebie, rozwinęło moją osobowość, całkowicie wpłynęło na życie. Trener ciągle powtarzał, że „i tak wrócisz, i tak będziesz chciał to robić”. Zobaczyłem, że można osiągać te same cele, rozwijać się i nie rezygnować z normalnego życia. Przerwa dała mi naprawdę wiele, dojrzałem też jako sportowiec.

- Trzeba jednak przyznać - nie każdy budzi się rano z myślą, że zostanie zawodnikiem MMA…

- Sam w to nie wierzyłem (śmiech). Moja przygoda ze sportem zaczęła się w wieku 13 lat. Zapisałem się do świdnickiej sekcji Lubelskiego Klubu Karate Kyokushin, gdzie trenowałem pod okiem Leszka Gierszona. W kolejnych latach eksperymentowałem z innymi dyscyplinami. W naszym mieście powstała sekcja szkoły „Gladio”, prowadzona przez Wojtka Klimkiewicza - to była moja pierwsza styczność z MMA. Będąc dzieckiem bawiłem się sportem, ale i fascynowałem wschodnimi sztukami walki. Później rozpocząłem nowy etap, naprawdę przykładałem się do treningów. Przeprowadziłem się do Białej Podlaskiej, gdzie studiowałem na AWF. Tam mój przyjaciel i trener, Łukasz Grochowski, stworzył klub i tak zacząłem powoli startować w zawodach oraz budować swoją ścieżkę kariery. Miałem też inne ambicje. Przez rok studiowałem na Politechnice Lubelskiej, ale zrezygnowałem z dalszej nauki właśnie na rzecz sportu, bez którego nie potrafię normalnie funkcjonować.

- To już sposób na życie?

- Zdecydowanie tak. Dzięki niemu rozwinąłem osobowość. Zresztą, bardzo podobną filozofię, którą kieruję się podczas walk, przyjmuję też w życiu. To wszystko zaczyna nakładać się na siebie do tego stopnia, że z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że tak, sport to moja życiowa droga. Gdy wróciłem, postawiłem sobie cel, który dużo mnie kosztował. Ciągle staram się poszerzać swoją wiedzę, aby każdy kolejny obóz przygotowawczy był naprawdę profesjonalny. Biorę udział w szkoleniach, między innymi z dietetyki, metodyki treningu, rozmawiam z innymi trenerami, zawodnikami. Współpracuję z profesjonalistami, między innymi z Andrzejem Rzeżutką, który dba o odnowę biologiczną sportowców. Sam jestem instruktorem i szkolę zawodników. To wszystko jest w temacie sportu. Trenuję i żyję tym.

- Jak oceniasz kondycję MMA w Polsce? Jeszcze kilkanaście lat temu nazywano je zwykłym biciem przeciwnika, bez jakichkolwiek zasad. Później zyskało więcej uznania, jednak zdania nadal są podzielone. Niektórzy twierdzą, że to nie sport, tylko show z walką w tle.

- Sam postrzegam je jako najbardziej współczesną dyscyplinę, która gromadzi całą wiedzę ludzkości na temat sztuk walki. Możemy mówić tutaj o trzech podstawowych płaszczyznach: stójce, parterze oraz rzutach, zapasach czy walce w półdystansie, a więc wszystkim tym, co jest pomiędzy. Zostało to świetnie przygotowane pod kątem reguł sportowych. W tym momencie wszystkie organizacje podlegają zasadom przyjętym przez amerykańską Ultimate Fighting Championship (UFC). Każdy pojedynek wliczany jest do rekordu zawodowego, a jego rejestracją zajmuje się portal Sherdog.com. Co do opinii publicznej, rzeczywiście kiedyś tak było. Bez dwóch zdań wpływ na to miała organizacja Konfrontacji Sztuk Walki (KSW), która w tym momencie jest na pierwszym miejscu w Europie. Do tego stopnia, że wybiła się bardziej niż Cage Warriors, będące dosłownie wyrzutnią do UFC. Warszawska organizacja promowała dużo walk komercyjnych, gdzie nie oszukujmy się, rywalizowali po prostu celebryci. Następnie organizatorzy zaczęli wprowadzać zawodników MMA, sportowców, którzy poświęcają się temu w 100 proc. Gości, którzy są pionierami w tej dziedzinie i naprawdę liczą się na arenie międzynarodowej, jak np. Mateusz Gamrot czy Borys Mańkowski. Sam staram się nie utożsamiać mocno z opinią publiczną, bo prawda jest taka, że nie każdy jest ekspertem we wszystkich dziedzinach. Trzeba robić po prostu swoje. Po powrocie do Polski związałem się z Thunder Strike League i dzięki nim mam teraz jasną ścieżkę kariery.

- Na swoim koncie masz 9 zawodowych walk, w tym 7 zwycięskich. Czego nauczyły Cię dotychczasowe pojedynki?

- Przede wszystkim dały świetny obraz samego siebie. Każde przygotowania pokazują twoje słabe strony, ale mówimy tu nie o kwestiach fizycznych, a mentalnych. U jednego zawodnika będzie to cierpliwość, kontrola emocji, jeszcze inny będzie pracować nad pewnością siebie. Staram się z każdych przygotowań wyciągać wnioski. To powoduje, że sukcesywnie się rozwijam i nie stoję w miejscu.

- Oglądając walkę widzimy zawodników nastawionych na zwycięstwo, ale sport to coś znacznie głębszego. To nie tylko siła mięśni, ale i spokoju. Jak to wszystko pogodzić?

- Bardzo dobre pytanie. Kibice widzą gotowy produkt, ale to jest tylko powierzchowne wrażenie. Bycie zawodnikiem MMA wymaga przede wszystkim ogromnej wiedzy na temat odżywiania. Po przekroczeniu 25 roku życia zdałem sobie sprawę, jak ważna jest dieta w życiu sportowca. Nie mogę pozwolić sobie na losowe produkty. Mówią, że jedzenie to nasze paliwo i tak właśnie jest. Po drugie głowa. Dużo czasu poświęcam na słuchanie podcastów, czytanie artykułów o treningach mentalnych. Zawodnik wchodząc do oktagonu musi przede wszystkim zwalczyć swój umysł, opanować go, wyłączyć się i uspokoić. Myślę, że tak jest w każdej dyscyplinie sportu. MMA wyróżnia się o tyle, że wychodzimy do konfrontacji z człowiekiem. Opanowanie kwestii mentalnej, jest moim zdaniem, 70% sukcesu.

- A to nie zawsze się udaje.

- To prawda, ale nie podchodzę do walk na zasadzie chęci tylko i wyłącznie wygranej. Nie obarczam się presją psychiczną. Przegrana to nie koniec świata. Dla mnie nie liczy się wynik, ale przede wszystkim rozwój. Nie widzę siebie, jako zawodnika w perspektywie jednej czy trzech walk, tylko całościowego, który rozwija się z walki na walkę, wyciąga wnioski. Jak widać na razie to mi się udaje, mimo, że przytrafiła się sytuacja z dyskwalifikacją podczas marcowego starcia z Brazylijczykiem Guilherme Cadena Martins. Nie byłem tym przejęty, naprawdę, miałem jeszcze więcej motywacji. Z tego, co wiem, wynik ten może ulec zmianie. Na forum, gdzie sędziowie dyskutują z zawodnikami był poruszany temat mojego pojedynku. Sędziowie z UFC powiedzieli, że werdykt jest zły, że wykonałem legalne kopnięcie. Cóż, jestem osobą raczej skromną, nie mam cech awanturniczych, więc nigdy nie dyskutuję. Tak więc, poczekamy, zobaczymy.

- Twoja ostatnia walka zakończyła się sukcesem. Co ciekawe, pojedynek odbywał się w krótkim odstępie czasu od poprzedniego.

- I to lubię (śmiech). Dużo łatwiej wtedy poradzić sobie z tremą, która towarzyszy każdemu zawodnikowi, bo nie oszukujmy się, dzień walki to święto dla każdego z nas. Fajne było to, że w tak krótkim czasie mogłem doświadczyć tego uczucia po raz kolejny. Byłem idealnie przygotowany. Mój kolejny rywal też był Brazylijczykiem. W dniu walki dowiedziałem się, że wywodzi się z Capoeiry, dyscypliny sportów walki połączonej z tańcem. Dzięki temu jest się bardziej mobilnym, elastycznym i nieschematycznym. Uznałem, że to będzie świetne wyzwanie dla moich umiejętności. Cały czas byłem rozluźniony i udało się wygrać.

- Pamiętasz swój debiut w MMA?

- Nie da się tego zapomnieć. Miałem wtedy 19 lat. To było mocno odległe od tego, co dzisiaj możemy zobaczyć na amatorskich zawodach. Walki toczyły się między zawodnikami z różnych dyscyplin: bokserami, karatekami, zapaśnikami itd. Dopiero debiut zawodowy rozjaśnił mi drogę kariery. Pamiętam, jak dwa tygodnie przed walką zadzwonił do mnie trener. Stwierdziłem, że teraz albo nigdy. Nie spinałem się, nie miałem nic do stracenia, nikomu nie musiałem niczego udowadniać. Walka była zakontraktowana na 3 rundy, po 5 minut, w kategorii do 77 kg. Moim rywalem był Przemysław Kośnik - zawodnik o mocnym charakterze. W pierwszej rundzie sprawił mi mega lanie. Teraz jestem na 100 proc. pewien, że byłem bliski nokautu. Udało się jednak zwyciężyć w drugiej rundzie, właśnie w parterze. Już wtedy wiedziałem, że ta przygoda będzie dalej kontynuowana. Kiedyś myślałem, że walka zawodowa to jest naprawdę „coś” i maksimum możliwości. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i teraz szerzej patrzę na to wszystko. To jest wspaniałe w sportach walki, że budują twoją pewność siebie i nie jesteś jakimś troglodytą, który potrafi skrzywdzić człowieka na 150 sposobów, ale sportowcem, który stawia na rozwój.

- Teraz masz 29 lat. Najlepsze momenty dopiero przed Tobą.

- Dokładnie. Często mylnie odbieramy przedziały wiekowe. Niektórzy myślą, że aby być świetnym i odnoszącym sukcesy sportowcem, musimy zacząć treningi najlepiej już w wieku 5 lat, natomiast zbliżając się do 30- stki powinniśmy już być spełnieni i kończyć cudowną karierę. To tak nie wygląda. Znam ludzi, którzy trenowali od dziecka, jako nastolatkowie osiągali poziom wręcz olimpijski i nagle koniec. Zaczęło ich to nudzić. Nie mieli potrzeby dalszego rozwoju. Moim zdaniem wiek od 25 do 35 lat to okres, gdzie możemy być bardzo skoncentrowani na tym, co robimy. Staram się być wszechstronnym zawodnikiem, którego nie można w żaden sposób zaszufladkować. Dochodzi do tego dojrzałość emocjonalna, bo tak szczerze, kto w wieku 20 lat nie lubi robić głupich rzeczy?

- Widzisz siebie w UFC?

- Stany Zjednoczone są prekursorem MMA. To moje marzenie i myślę, że jeżeli będę sukcesywnie podążać w tym kierunku, to jest ono na wyciągnięcie ręki.

rozmawiała Sandra Rutkowska

Najczęściej czytane

  • DSC_0611
  • DSC_0621
  • DSC_0559
  • DSC_0622
  • mural-3
  • mural-5
  • dsc_0586
  • DSC_0643
  • DSC_0599
  • DSC_0603
  • DSC_0586