• Schronisko w Krzesimowie
  • Zdrowy Świdnik
  • Wirtualny spacer po Strefie Historii
  • Slajd Wirtualny Spacer
  • rodzinka
  • SH
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • Repertuar
  • Idzie sobie Grześ...
sobota, 03 luty 2018 09:30

Najlepsza jest radość ucznia

Napisał 

Tomasz Bochniak swoją przygodę z angielskim zaczął od książki o przygodach Robinsona Crusoe. Czytanie o Anglii spodobało mu się tak bardzo, że zapragnął poznać tamtejszy język. Gdy dorósł, rozpoczął studia filologiczne, później pracował jako tłumacz. Wreszcie otworzył szkołę języka angielskiego „Red Bus”. W rozmowie z nami, opowiada o tym, że najlepsza praca to ta, która jest naszą pasją.

- Jak to się wszystko zaczęło?

- Gdy miałem 5 lat, nieźle radziłem już sobie z czytaniem. W ręce wpadł mi wtedy „Robinson Crusoe”, w polskim wydaniu. Czytałem o Anglii i pomyślałem, że w przyszłości fajnie byłoby tam zamieszkać i podróżować, jak Robinson. Zastanawiała mnie tylko jedna rzecz - książkę była po polsku, a to jakoś mi nie grało. Anglicy przecież nie mówią w naszym języku. Chciałem poznać lekturę w oryginalne. Udało mi się ją pożyczyć. Oczywiście, nic z niej nie rozumiałem, ale porównywałem ją z tym, co znałem z polskiej wersji i coś tam wyłapałem. Kolejnym etapem, który ugruntował moje zainteresowania, było obejrzenie w wieku 6 czy 7 lat meczu Manchester United, mojej ulubionej drużyny piłkarskiej. Zastanawiałem się, co śpiewają kibice na trybunach i jakie polecenia wydaje trener. Stwierdziłem, że kiedyś nauczę się angielskiego, pojadę do Manchesteru, będę tam mieszkał i chodził na mecze. Niestety, na razie udało mi się zobaczyć tylko jeden, ale wszystko jeszcze przede mną. Uważam, że to hobby powoduje, że dzieci zaczynają się interesować językiem. Ja, na przykład radzę im, by jeśli lubią jakiś zagraniczny zespół muzyczny czy sportowy, film, książkę, zarejestrowali się na forum anglojęzycznym. Będą mieć informacje z pierwszej ręki, a przy okazji poznają nowe słownictwo.

- Kiedy zdecydował Pan, że zostanie nauczycielem?

- Gdyby ktoś w wieku 18, 19 lat powiedział mi, że nim będę, roześmiałbym się i powiedział, że nie ma takiej opcji. Ta myśl pojawiła się dużo później. Wiadomo, że każdy student anglistyki, chciał być tłumaczem. Tak było też ze mną. W 2015 roku poszedłem na staż do Parku Technologicznego, gdzie przyjeżdżały delegacje z zagranicy. Musiałem wejść w szersze relacje międzyludzkie i stwierdziłem, że mi to odpowiada. Na próbę zacząłem uczyć jednego kursanta, później drugiego. Usłyszałem pochlebne opinie o sobie, a szczerze mówiąc, myślałem, że jestem w tym beznadziejny. Widziałem sukcesy moich uczniów i stwierdziłem, że lubię to. A jeżeli robię to, co sprawia mi przyjemność i jeszcze na tym zarabiam, to w sumie jestem szczęściarzem. Niewielu ludzi może sobie na to pozwolić. W końcu założyłem własną działalność.

- Nie chciał Pan kontynuować przygody z tłumaczeniami?

- Teraz poznaję fantastycznych ludzi. Uczę nie tylko w przedszkolu. Mam kursantów w wieku gimnazjalnym i licealnym, prowadzę też szkolenia dla dorosłych. A dlaczego nie poszedłem w tłumaczenia? Ciężko jest o pracę w tym zawodzie. Można spróbować w biurze tłumaczeń, ale wiele osób mi to odradzało. Pracodawcy specjalnie wyszukują słowo, którego znaczenie podane przez tłumacza odbiega nieco od ich koncepcji. Z tego powodu nie płacą za cały artykuł, tylko za część. Moja firma otrzymuje mało zleceń. Zdarzają się jednak rzeczy ciekawe, takie jak przetłumaczenie homilii na język angielski dla księdza, którego uczyłem. Akurat leciał do Nowego Jorku, gdzie miał poprowadzić mszę i wygłosić kazanie.

- Lekcje odbywają się w grupach?

- Trafiają do mnie głównie kursanci indywidualni. Z angielskim jest trochę, jak z transferem internetu. Jeśli puścimy go na więcej osób, będzie wolniejszy, bardziej podzielony. Natomiast, kiedy trafia tylko do jednego adresata, staje się szybki i płynny. W związku z tym, jeśli rodzice płacą 150 zł miesięcznie za zajęcia w grupie 10-osobowej, z których dzieci wyniosą kilka słów, to dlaczego nie dopłacić 30 zł za lekcje indywidualne? Może to naiwne, ale nie byłbym w stanie brać stawek rzędu 50 czy 60 zł za godzinę lekcyjną od kobiety samotnie wychowującej dzieci. W takim przypadku stosuję indywidualne ceny.

- Jak wyglądają zajęcia? Nie jest przecież tak, że przy każdym uczniu stosuje się tą samą metodę.

- Dlatego polubiłem metodę Montessori. W szkołach utarło się, by wszystkich uczyć jednakowo. Do tego dochodzi szufladkowanie ze względu na pochodzenie ucznia, czy jest z biednej czy też z zamożnej rodziny, czy jego rodzeństwo jest grzeczne, czy łobuzuje. Czasami przychodzi do mnie rodzic i mówi, że jeśli wytrzymam z jego synem pół godziny, to będzie sukces. Że wszyscy na niego narzekają i właśnie zabrał go z kolejnej szkółki. A do niego trzeba podejść indywidualnie. Nagle okazuje się, że pracuję z tym uczniem już 20 minut, robimy ćwiczenia na tablicy interaktywnej, dopasowujemy słówka do obrazków i jest fajnie. Po pół godziny faktycznie następuje rozkojarzenie, więc mówię mu, że dobrze pracuje, ale teraz zrobimy 10 minut przerwy. W tym czasie kursant może włączyć na tablicy cokolwiek chce. To dla niego wielka frajda. Do końca zajęć pracujemy już bez problemu. U dzieci najważniejsze jest oddziaływanie na jak największą ilości zmysłów. Powtarzanie słowa nie wystarczy, gdyż uruchamiamy tylko 1 zmysł. Wzrok - wyświetlenie na tablicy, plus dotyk - praca na tablicy interaktywnej lub, co stosuję w przedszkolu, kliknięcie pilotem z laserem na obiekt, o który pytam po angielsku. Dziecko zanim znajdzie w sali ów obiekt, idzie z pilotem powtarzając sobie w głowie słowo, np. „yellow box”. W końcu go znajduje i świeci na nie laserem. Dla nas dorosłych to banalne, ale dla nich to frajda. Wystarczy, że pilota zabraknie na zajęciach i mniej chętnie wskazują przedmioty.

- Prowadzi Pan zajęcia w przedszkolach, do których chodzą także chore dzieci.

- Jeśli dziecko ma wysoki poziom Aspergera czy autyzmu, nie ma szans na przeprowadzenie lekcji, bo taki maluch często nie mówi jeszcze po polsku. Trzeba wyczekać na moment w jego rozwoju, kiedy czuje się komfortowo ze swoim językiem. Jeśli określamy dany przedmiot po polsku i angielsku, musi wiedzieć, co to oznacza. Jeśli nie rozumie, usłyszy jakieś abstrakcyjne nazwy i będzie zastanawiać się, której użyć. Natomiast jeśli to delikatny poziom opóźnienia, najważniejsze jest podejście i aura. Uczeń musi czuć się akceptowany i lubiany. Była dziewczynka, która siedziała z grupą na zajęciach, ale nie odzywała się i nie wykonywała zadań. Nie przeszkadzało mi to. Któregoś dnia spadł śnieg. Przyszedłem do przedszkola, a ona złapała mnie za rękę, pociągnęła do okna i zaczęła mówić „white”. Czuła się gotowa, by myśleć samodzielnie, abstrakcyjnie, że biały znaczy „white”, że śnieg jest biały. Było warto. Do tego dochodzą jeszcze dzieci z zespołem Downa, moi ulubieni podopieczni. Są bardzo ekspresywni. Trzeba z nimi postępować w sposób ruchowy. Czyli, na przykład, mówiąc „hello”, użyć zamaszystego ruchu ręką albo uśmiechu.

- Co jest najfajniejszego w nauczaniu?

- Radość ucznia. Kiedy przychodzi do mnie pani cała w skowronkach i mówi, że po raz pierwszy odbyła na Skypie rozmowę po angielsku z koleżanką, z Kanady. Albo ksiądz, którego uczę, był jedynym kapłanem znającym angielski i wyspowiadał pewną Włoszczkę. Jeśli chłopiec rozwiązuje quiz i zdobywa w nim 10 punktów na 10 możliwych i cieszy się, jakby wygrał milion dolarów - to jest fajne. Wychodzę z założenia, że wszystko, czego się w życiu nauczyliśmy, powinniśmy przekazywać innym. I to właśnie dzielenie się wiedzą jest w tym wszystkim najlepsze.

- A co uważa Pan za swój największy sukces?

- Na pewno, na wysokim miejscu znalazłby się kapłan, który wygłosił homilię w Nowym Jorku i uczennica, która z wyniku na poziomie 50%, w dwa miesiące przed maturą, podniosła się na 80%. Trzeci, największy sukces jest związany z moją siostrą. W ciągu 9 miesięcy przeszła z poziomu A2 do B2. Uczę dopiero od dwóch lat i jednego miesiąca, więc tych osiągnięć nie ma wiele, ale mam nadzieję, że przyjdą kolejne.

- Ma Pan marzenie związane ze szkołą i kursantami?

- Może zabrzmi to pretensjonalnie, ale chciałbym, żeby za 20, 30 lat znalazło się kilka osób, które stwierdzą, że był taki facet, który ich czegoś nauczył, był dla nich świetnym trenerem. To by mi wystarczyło.

Agata Flisiak

Najczęściej czytane

  • mural-7
  • mural-3
  • DSC_0586
  • DSC_0575
  • DSC_0587
  • mural-1
  • mural-5
  • mural-4
  • dsc_0586
  • DSC_0567
  • mural-6